2020 w książkach | podsumowanie i statystyki


Wiem, że nowy rok powinno się zacząć ze świeżym umysłem i najlepiej nie patrzeć za siebie zbyt długo, a już na pewno nie pod koniec stycznia, ale na Złodziejce jeszcze przez jakiś czas będziemy rozmawiać o niechlubnym 2020 roku. Po pierwsze, mam w planach przygotować zestawienie z moją prywatną topką lektur z ubiegłego roku. A po drugie, nie mogłam sobie odmówić przyjemności stworzenia posta pełnego statystyk. Jeżeli jesteście czytelnikami Złodziejki książek już jakiś czas, wiecie że jestem ogromną wielbicielką wszelakiego rodzaju tabelek, wykresów itp. i że pod koniec roku lubię podzielić się z Wami pewnymi statystykami dotyczącymi mojego czytelniczego życia. Ze względu na moją przerwę w blogowaniu nie opublikowałam podobnego materiału w okolicach czerwca, ale tym razem nie mogłam już po prostu tego przegapić. Zwłaszcza, że wiem, że w tym zamiłowaniu do wykresów nie jestem osamotniona! Przyznaję, że myślałam, że wyrobię się ze stworzeniem tego materiału nieco wcześniej, ale pewne komplikacje w pracy i moja skłonność do prokrastynacji nieco utrudniły mi proces tworzenia - spuśćmy jednak na to kurtynę milczenia i skupmy się na tym co ważne - podsumowaniu.

PODSUMOWANIE 2020 ROKU

O ile dobrze pamiętam 1 stycznia 2020 roku, a wydaje się to całe lata świetlne temu, założyłam sobie, że przeczytam 100 książek. Na przestrzeni kolejnych 12 miesięcy zmieniłam jednak ten próg dwukrotnie - najpierw na 110, a potem jeszcze na 120 pozycji. I sprostałam temu wyzwaniu! Koniec końców poznałam w 2020 roku 121 historii. Według statystyk przygotowanych przez Goodreads to łącznie przeszło 45 tys. stron (dokładnie 45 354), ale akurat tutaj mam pewne wątpliwości jeżeli chodzi o wiarygodność tych danych - jeżeli sami posiadacie konto na tym portalu, wiecie, że zdarzają się sytuacje, w których brak informacji o ilości stron w danej pozycji, albo podana liczba nie jest zgodna z rzeczywistością. Najkrótszą przeczytaną przeze mnie historią był prawdopodobnie pierwszy tom opowiadań o losach Muminków - „Małe trolle i duża powódź", a najdłuższą - „Imperium burz". 

Jeżeli chodzi o to jak prezentowało się moje czytelnictwo na przestrzeni całego roku, mam wrażenie, że nie ma tu jakiś drastycznych różnic. Najmniej czytałam w styczniu i lutym (po siedem książek) co może mieć coś wspólnego z tym, że pod koniec styczniu zaczęłam pracę i potrzebowałam nieco czasu żeby przyzwyczaić się do nowego trybu dnia. Z drugiej jednak strony, początek roku już od kilku lat w moim przypadku ewidentnie „nie sprzyja czytaniu" (tzn. czytam trochę poniżej swojej średniej ilości). Wiosenny, a potem jesienny lockdown, chwilowa praca zdalna (pod koniec marca i na początku kwietnia), ani nawet tygodniowy urlop również jakoś znacząco nie wpłynęły na moje czytelnictwo. Bez względu na to ile mam pracy i jak wygląda sytuacja na świecie czytam ok. 10 książek miesięcznie. Zresztą, właśnie z tego powodu zdecydowałam się koniec końców ustawić swoje tegoroczne wyzwanie czytelnicze na Goodreads na 120 tytułów.

W 2020 roku poznałam twórczość 89 nowych dla mnie autorów. 74 razy wracałam z kolei do autorów, z którymi miałam już uprzednio do czynienia. Jak zapewne zauważyliście sumarycznie ta liczba przekracza ilość przeczytanych przeze mnie książek, a to dlatego, że kilkakrotnie sięgałam po pozycje napisane przez duety autorów czy zbiory opowiadań. Proporcje te przedstawiają się podobnie jak w ubiegłym roku, więc nie do końca sprostałam własnym oczekiwaniom (chciałam się nieco bardziej zbliżyć  do stosunku 50/50), ale i tak jestem dumna z drogi jaką przebyłam na przestrzeni ostatnich lat. Wspominałam już o tym wielokrotnie, ale przez bardzo długi czas wykazywałam tendencje do tego by sięgać po twórczość coraz to nowych pisarzy (chyba po to żeby móc się wypowiedzieć na jak najwięcej tematów, albo przynajmniej wiedzieć o czym dyskutują inni). I chyba w jakimś stopniu z tym sobie poradziłam. Wciąż ciągnie mnie do tego by poznawać coraz to nowsze historie, ale równocześnie staram się traktować priorytetowo tych autorów, którzy już w jakimś stopniu ujęli mnie za serducho.


Niewiele zmieniło się także w tym zakresie, że wciąż grawituję raczej ku tytułom napisanym przez kobiety. Przeszło 80% czytanych przeze mnie lektur wyszło spod pióra autorek, a i w tzw. „Mix" (tj. duetach pisarskich czy zbiorach opowiadań) znacznie częściej przewijają się damskie nazwiska. Powtórzę swoje zdanie z ubiegłego roku, skoro lepiej odnajduję się w problematyce, którą poruszają autorki niż autorzy, nie czuję szczególnej potrzeby by zmieniać coś w tym zakresie, ale też nie unikam męskiego spojrzenia celowo (a w czasach gdy miałam naście lat tak właśnie było). W 2021 roku mam w planach sięgnąć jednak po kilka(naście) polecanych mi polskich kryminałów, a że większość z nich została jednak napisana przez panów, być może wpłynie to w jakimś stopniu na statystyki w kolejnym roku.


Publikując post z postanowieniami książkowo-blogowymi na 2021 rok (TUTAJ możecie poczytać na ten temat nieco więcej), zdradziłam Wam już, że w ubiegłym roku na nowo odkryłam w sobie jakiś pierwiastek dziecka i rozkochałam się w literaturze skierowanej do młodszego czytelnika. Granica między literaturą dziecięcą a tzw. middle-grade jest dla mnie bardzo płynna i akurat do tego podziału nie przykładałabym szczególnej wagi, nie zmienia to jednak faktu, że w 2020 przeczytałam 13 historii, których targetem było teoretycznie dziecko. Zakochałam się w opowieściach, które z myślą o najmłodszych napisała Marta Kisiel czy Marcin Szczygielski i posmakowałam trochę niesamowicie ostatnio popularnych opowieści detektywistycznych dla dzieciaków. I narobiłam sobie takiego apetytu, że chcę więcej! „Przeprosiłam się" też z literaturą młodzieżową - wątpię, żebym wróciła do tego etapu w swoim życiu, gdy czytałam przede wszystkim tzw. „powieści Young Adult", ale zdecydowanie nie zamierzam się od niej zupełnie odciąć. 


Kilka lat wstecz ocenienie przeze mnie książki na jedną gwiazdkę było czymś nie do pomyślenia - czułam jakiś dziwny, wewnętrzny sprzeciw przed tego typu zachowaniem i nie pytajcie mnie dlaczego, bo nie jestem w stanie sama znaleźć na to racjonalnego wytłumaczenia. Ewidentnie jednak z tego wyrosłam. Wciąż niezmiennie dominują pozycje ocenione przeze mnie w przedziale od trzech do czterech gwiazdek, czyli takie, które uważam za pozycje warte lektury, ale równocześnie nie posiadające „tego czegoś wyjątkowego”, ale zdarza mi się też „postawić" najniższą z możliwych ocen. Co dziwne, wśród tytułów, które mnie rozczarowały sporo jest popularnej literatury polskiej - głośnych nazwisk, które poleca spore grono czytelników, a które mnie jakoś nie zdołały do siebie przekonać. Średnia ocen (uwzględniająca „połówki gwiazdek”, a nie Goodreadsowa) wynosi 3,5, a więc jest odrobinę wyższa niż w roku ubiegłym. I oby tak dalej! 


Wspominałam o tym w roku ubiegłym, ale pozwólcie, że się powtórzę - nie przepadam za przygotowywaniem statystyk w odniesieniu do gatunku czytanych przeze mnie lektur. Czasami jest mi bowiem trudno jednoznacznie sklasyfikować do jakiego gatunku przypisać dany tytuł - albo nie pasuje do żadnego, albo wręcz przeciwnie - do kilku równocześnie. Starałam się jednak jak mogłam! I muszę przyznać, że akurat w tym wypadku jestem nieco zaskoczona rezultatem. Jasne, spodziewałam się że wśród moich lektur dominowały powieści obyczajowe i lektury z dreszczykiem tj. kryminały bądź thrillery. Ale fantastyka? Nie, tego zdecydowanie nie przewidziałam. Bez zaskoczenia prezentuje się jednak inny wynik, mianowicie niezmiennie wybieram beletrystykę ponad literaturę non-fiction (115/6).


Największa zmiana jaka zaszła w moim czytelniczym życiu, gdyby porównać początek mojej „kariery blogerskiej", a chwilę obecną to fakt jak często sięgam po twórczość naszych rodzimych autorów. Był taki moment w moim życiu, kiedy polsko brzmiące nazwisko autora skreślało w moich oczach dany tytuł, a tymczasem w 2020 to właśnie literatura polska dominowała wśród moich lektur. I ja już doskonale wiem kto ponosi za to „winę"! W 2021 roku mam dwa postanowienia związane z tym zagadnieniem. Po pierwsze, chciałabym spróbować sięgnąć po twórczość jakiś azjatyckich autorów (mam na półce kilka polecanych przez innych czytelników tytułów i chciałabym sprawdzić czy są one tak dobre, jak sugerują niektórzy). Po drugie, zamierzam się przyjrzeć nieco bliżej literaturze skandynawskiej. Mam teorię, że, z pewnymi wyjątkami (dla kryminałów i Fredrika Backmana, którego uwielbiam), nie jest to do końca „moja literatura". Chciałabym sprawdzić czy mam w tym zakresie rację, czy po prostu nie natrafiłam do tej pory na odpowiednie dla mnie tytuły.


Biorąc pod uwagę jedno z moich noworocznych postanowień, chyba nikt nie jest zaskoczony tym jak rzadko sięgałam po powieści będące jednocześnie zamknięciem jakiejś serii. Wśród moich lektur zdecydowanie dominują historie zamknięte w jednym tomie, co zupełnie mi nie przeszkadza. Ale chciałabym w końcu ograniczyć nieco rozpoczynanie nowych serii (hahaha). Z pozytywnych informacji, wywiązałam się ze swojego postanowienia by czytać zbiory opowiadań. Sięgnęłam po nie w ubiegłym roku sześciokrotnie i okazało się, że sprawia mi to mnóstwo frajdy - to dobra okazja do tego by przekonać się czy odpowiada mi styl pisania jakiegoś autora i sprawdza się świetnie jako lektura przed snem.


28% czytanych przeze mnie w 2020 lektur to nowości wydawnicze tzn. tytuły, które w danym roku zostały wydane w Polsce, co może być zaskakujące jeśli weźmie się pod uwagę, że ze względu na brak aktywności na blogu (niemal całkowicie) zrezygnowałam ze współprac. Nie przestałam jednak kupować nowych książek, a ponad to rozpoczęłam subskrypcje abonamentu Legimi - czy naprawdę muszę dodać coś więcej? Wciąż czytałam jednak sporo tytułów z tzw. „backlisty", zwłaszcza wydanych po 2015 roku i mam nadzieję, że i teraz o tym nie zapomnę, bo mam świadomość jak wiele wspaniałych tytułów umknęło mojej uwadze w roku, gdy zostały wydane.

Ostatni punkt tego podsumowania to taki mój prywatny powód do dumy. Nie wiem czy pamiętacie, ale w ubiegłym roku ubolewałam nad tym, że wpadłam „w pułapkę” korzystania z biblioteki - znosiłam stosami kolejne pozycje, ignorując tytuły z własnej biblioteczki (te zachomikowane z ubiegłych lat i te kupowane na bieżąco). I trochę obawiałam się tego, że teraz, gdy mam jeszcze łatwiejszy dostęp do zbiorów bibliotecznych, ta sytuacja jeszcze się pogorszy. Na szczęście jednak nie! Jasne, przynoszę z pracy pokaźne stosiki dla siebie, albo Pani Mamy, ale to własny księgozbiór traktuje priorytetowo. Przeczytałam też znacznie więcej książek na czytniku niż widoczne na wykresie 23 tytuły (o ile nie pomyliłam się w obliczeniach było takich pozycji 51). Zdarza mi się bowiem czytać na czytniku historie, które już mam w swojej biblioteczce w formie papierowej, a w tych statystykach zależy mi na tym żeby dostrzec ile pozycji ubywa z mojego „fizycznego TBRu". 

*

Jeżeli dotrwaliście ze mną do tego punktu to przybijam Wam wirtualną piątkę. Zdaję sobie sprawę z tego, że nie każdy jest wielbicielem statystyk i wykresów (zwłaszcza jeżeli dotyczą one kogoś innego), ale dla mnie tego rodzaju post jest pewną pamiątką jak prezentował się mój czytelniczy rok. Zrezygnowałam też w tym roku z prezentacji statystyk w odniesieniu do zakupionych tytułów, bo nie chciałam już dłużej odwlekać w czasie publikacji (i czułam się lekko przytłoczona pierwszymi obserwacjami). Następnym razem postaram się poprawić.

Jestem ciekawa tego jak wyglądał Wasz rok i liczę na chociaż krótkie podsumowania w komentarzach. 

*Zdjęcie wykorzystane w poście pochodzi z banku zdjęć Unsplash, a jego autorem jest @anniespratt

You Might Also Like

0 komentarze