Zlodziejka Ksiazek

sobota, 14 kwietnia 2018

Raczej szczęśliwy niż nie, Adam Silvera
kwietnia 14, 2018 Comments

Wydaje mi się, że bardzo długo oczekiwałam na moment, w którym ktoś wyda w Polsce powieść Adama Silvery. Twórczość tego autora zbierała niemal wyłącznie pozytywne opinie, a fabuła każdego kolejnego tytułu brzmiała coraz bardziej fascynująco i chyba nawet nie przeszło mi przez myśl, że mogłabym nie podzielić odczuć innych czytelników. Niewykluczone, że tym samym postawiłam przed „Raczej szczęśliwym niż nie" poprzeczkę nie do pokonania. I chociaż nie mogę nie docenić powieści Adama Silvery, pod pewnymi względami oczekiwałam jednak od lektury czegoś więcej.

Aaron wciąż stara się pozbierać po samobójczej śmierci swojego ojca. Chłopak nie rozumie dlaczego ten zostawił ich samych, a blizna w kształcie uśmiechu nieustannie przypomina o tym, że i on zdecydował się na równie egoistyczną próbę. W chwilach, w których ciężko odnaleźć chociaż odrobinę szczęścia, znajduje wsparcie u swojej zapracowanej matki i dziewczyny - Genevie. A potem pojawia się ktoś jeszcze - Thomas. Kiedy Genevie wyjeżdża na obóz, a Aaron zaczyna spędzać coraz więcej czasu z nowym przyjacielem, odkrywa że dopiero teraz jest naprawdę szczęśliwy. Z tym, że to nie wydaje się do końca właściwe.

Raczej szczęśliwy niż nie" jest powieścią, która niewątpliwie niesie ze sobą ważne, istotne przesłanie i doskonale wpasowuje się w aktualne trendy w literaturze - by różnorodność świata znajdowała odzwierciedlenie w opowiadanych na kartach powieści historiach. Adam Silvera z subtelnością i delikatnością dotyka tematu homoseksualizmu, ale wiadomość zawarta w losach Aarona ma o wiele bardziej uniwersalny charakter - traktuje o tym jak ważne jest aby akceptować samego siebie i pozwolić sobie na bycie szczęśliwym. A to nie jedyne atuty „Raczej szczęśliwy niż nie".

Świat jaki kreuje Adam Silvera pozostaje mocno osadzony w naszej rzeczywistości. Jedynym, ale nadającym całej opowieści unikatowego charakteru, elementem realizmu magicznego pozostaje wątek osnuty wokół Instytutu Lateo. Obok przesłania, zdecydowanie jest to najmocniejszy punkt powieści i celowo staram się Wam nie zdradzić zbyt dużo. Na przestrzeni historii znajdziecie mnóstwo odniesień do świata geeków - czy to jeśli chodzi o filmy, czy komiksy, czy też inne dziedziny kultury. Nieco nie zrozumiała jest dla mnie decyzja autora by używać w powieści rzeczywistych nazw fandomów, a jedynie w przypadku serii zadziwiająco przypominającej Harry'ego Pottera (łącznie z tym, że w jedną ról w ekranizacji wciela się Emma Watson) stosować inny tytuł, ale nie rzutowało to znacząco na moje odczucia.

Co w takim razie nie zagrało? Trudno było mi pozbyć się wrażenia, że pomimo obiektywnie emocjonalnego charakteru tekstu, opowiadana historia nie dotknęła mnie personalnie. Od samego początku towarzyszyło mi przeświadczenie, że przedstawiono naraz zbyt dużą ilość bohaterów i przez to odczuwałam względem nich dystans. Na przestrzeni powieści pojawiają się ponad to sceny, czy po prostu same dialogi, o nieco sztucznym, momentami infantylnym charakterze, które tylko wspomniany dystans pogłębiają

Nie chodzi o to, że chcę Was zniechęcić do lektury „Raczej szczęśliwego niż nie". Wręcz przeciwnie, uważam że to tego rodzaju wartościowa powieść młodzieżowa, z którą warto się zapoznać bez względu na to czy wciąż macie -naście lat. Chciałam natomiast przygotować Was na to, że wbrew spopularyzowanej opinii, nie jest to opowieść zupełnie pozbawiona wad i być może obniżyć nieco Wasze oczekiwania.

Za możliwość lektury dziękuję wydawnictwu Czwarta Strona

Raczej szczęśliwy niż nie” Adam Silvera; tłum. Sylwia Chojecka; wydawnictwo Czwarta Strona; Poznań 2018  ★★★½☆
Read more

sobota, 7 kwietnia 2018

Ona to wie, Lorena Franco
kwietnia 07, 2018 Comments

Thriller jest jednym z gatunków, po który sięgam zdecydowanie najczęściej. Czerpię niesamowicie dużo przyjemności z lektur o atmosferze gęstej od tajemnic i niedopowiedzeń; albo zaskakującymi fabularnymi twistami. A wydawnictwo Albatros już nie raz i nie dwa przedstawiło mi niesamowicie intrygujących przedstawicieli tego gatunku - Harlan Coben, B. A. Paris czy Alex Marwood. Ostatnio jednak coraz trudniej znaleźć mi pozycje w tym gatunku, która w pełni by mnie satysfakcjonowała. A lektura hiszpańskiego thrillera „Ona to wie" stanowi dla mnie niestety spore rozczarowanie.

Andrea mieszka na niewielkim osiedlu, w pobliżu Barcelony, razem ze swoim mężem. Po tragicznych wydarzeniach jakie miały miejsce na krótko przed przeprowadzką, kobieta poddała się nałogowi. Zamroczona alkoholem i tabletkami spędza większość dnia obserwując przez okno swoich sąsiadów - zwłaszcza małżeństwo z naprzeciwka. Odwiedziny szwagra - Victora stają się początkiem dla dziwnych, niepokojących wydarzeń. Kobieta z sąsiedztwa znika i wszystko wskazuje na to, że to właśnie Andrea jest ostatnią osobą, która ją widziała. Ale chociaż ma ona swoje podejrzenia co do sprawcy, nie może w pełni ufać osądem swojego zamroczonego umysłu. 

Po sukcesie debiutu Pauli Hawkins, większość thrillerów porównywano właśnie do „Dziewczyny z pociągu" lub „Zaginionej dziewczyny". W przypadku „Ona to wie" ma to jednak widoczne uzasadnienie. Koncepty fabularne Franco i Hawkins są do siebie bardzo zbliżone - podglądanie przez okno małżeństwa, zaginięcie żony, uzależnienie bohaterki, ale też jej zaniedbanie i konflikt z mężem (czy też eksmężem). A i to nie są jedyne podobieństwa pomiędzy oboma tytułami. Słowo plagiat jest zdecydowanie za mocne, ale wydaje mi się, że jeśli czytaliście „Dziewczynę z pociągu" istnieje niewielka szansa, że poczujecie się zaskoczeni lekturą. 

Lorena Franco wykazuje okropną tendencję do tego by przekonać nas, że nie możemy ufać Andrei jako narratorce - wielokrotnie przewija się sparafrazowana fraza „a może tylko to sobie wymyśliłam". Zresztą, czytanie z perspektywy Andrei jest doświadczeniem wyjątkowo niekomfortowym. Bohaterka ma tendencje do tego by popadać w przesadę i wszędzie doszukiwać się teorii spiskowych. A sugestie, że każdy z bohaterów skrywa jakiś brudny sekret nie wypadają zbyt subtelnie. Po powolnym, bogatym w opisy początku, akcja rzeczywiście rusza nieco do przodu - mamy do czynienia z mnóstwem niejasności i pojawia się całkiem fajny klimat. Niestety, większość z wątków łatwo przewidzieć, bo przypominają motywy z innych powieści (nie tylko Hawkins).

Nie jest do końca tak, że wszystko co przeczytałam w „Ona to wie" mnie rozczarowało. Żeby oddać autorce sprawiedliwość, Lorena Franco umiejętnie i bardzo stopniowo ujawnia pewne informacje a tym samym cały czas buduje napięcie. Miłą odmianę stanowi także sama sceneria, czyli Barcelona. Zwłaszcza, ze Lorena Franco kilkakrotnie nawiązuje do bestselerowego cyklu Carlosa Ruiza Zafona, w szczególności do „Cienia wiatru". Dla mnie był to przyjemny dodatek, choć nie zrekompensował mankamentów historii. 

Jeśli chodzi o thrillery, zawsze mam pewne wątpliwości co Wam polecać. Istnieje duża szansa, że jeżeli nie jesteście bardzo zaznajomieni z gatunkiem, „Ona to wie" okaże się dla Was lekturą znacznie ciekawszą niż to miało miejsce w moim przypadku.równocześnie jednak powieść Loreny franco była dla mnie rozczarowaniem i wydaje mi się, że na rynku wydawniczym możecie znaleźć sporo lepszych tytułów.

Za możliwość lektury dziękuję wydawnictwu Albatros


Ona to wie” Lorena Franco Godek; tłum. Elżbieta Sosnowska; wydawnictwo Albatros; Warszawa 2018 ★★☆☆☆
Read more

środa, 4 kwietnia 2018

Wyspa, Sigríður Hagalín Björnsdóttir
kwietnia 04, 2018 Comments

Chociaż od pewnego czasu nie publikuję już na blogu zestawienia z najciekawszymi premierami miesiąca, nie wyzbyłam się nawyku przeszukiwania portali książkowych czy też księgarń internetowych pod kątem  intrygujących tytułów, z którymi chciałabym się zapoznać. A „Wyspa”  autorstwa Sigríður Hagalín Björnsdóttir od razu zwróciła moją uwagę. I nie zniechęciły mnie nawet ostrożne jeśli chodzi o optymizm opinie pierwszych recenzentów. Teraz, już po skończonej lekturze, muszę przyznać, że rozumiem mieszane uczucia względem debiutu islandzkiej autorki, co zmienia jednak tego, że jest to tytuł, którym warto się zainteresować. 

Początek katastrofy jest niepozorny - Islandia traci kontakt z resztą świata. Nie działa internet ani połączenia komórkowe z zagranicznymi numerami; samoloty nie lądują, a statki nie wracają do portów. Coś co traktowane jest jako chwilowa awaria lub atak hakerów, staje się stanem permanentnym - nową rzeczywistością dla osób przebywających na wyspie. Hjalti, dojrzały dziennikarz, przez wzgląd na swoje znajomości, trafia w samo centrum rządowych działań. Maria, rdzenna Hiszpanka i była partnerka Hjaltiego, znajduje się w dużo trudniejszej sytuacji. Oboje zostają zmuszeni do podejmowania niemożliwych decyzji i zupełnego przewartościowania dotychczasowego życia.

Za sukcesem „Wyspy” stoi przede wszystkim niesamowity koncept. Odseparowanie Islandii od reszty świata jest nie tylko doskonałym pretekstem do podjęcia wielu istotnych i aktualnych tematów o naturze społeczno-politycznym, ale też przerażająco prawdopodobną wizją, zwłaszcza jeśli weźmiemy pod uwagę tempo akcji. Sigríður Hagalín Björnsdóttir nie przedstawia na siłę szybkich i drastycznych zmian wizji rzeczywistości; a z drugiej strony różnica pomiędzy obrazem świata na początku i końcu książki jest na tyle znacząca by nie pozostać niezauważoną i by w pewnym sensie wzmocnić emocje czytelnika.

Autorka skupia się przede wszystkim na przedstawieniu sytuacji z dwóch perspektyw - Hjaltiego i Marii, co jest o tyle słusznym wyborem, że odmienność statusu bohaterów pozwala Sigríður Hagalín Björnsdóttir na szerokie spektrum poruszanej problematyki. Czytamy o roli mediów, działaniach rzątu, buntach społeczeństwa, rosnącej agresji i sytuacji turystów i imigrantów, którzy pod pewnymi względami stają się metaforą dla tematu uchodźców. Przewijają się sceny drastyczne, brutalne, a momemntami niesmaczne i zdecydowanie  nie jest to lektura, którą nazwałabym przyjemną. Zwłaszcza, że islandzka autorka stara się bardzo uwiarygodnić swoją opowieść m.in. zamieszczając fragmenty stylizowane na gazetę.

Jest jednak pewna sztuczność w stylu autorki; coś co sprawiło, że jako czytelnik czułam się emocjonalnie odseparowana od opowiadanej historii. Zresztą, pewna fragmentaryczność scen z życia bohaterów również nie ułatwia uczuciowego zaangażowania w lekturę. A chociaż wiem, że nie jest to coś co przeszkadza każdemu czytelnikowi, dla mnie stanowi spory mankament. Nie do końca podoba mi się też finał „Wyspy". Rozumiem zamysł autorki - to że nie zawsze możliwe jest uzyskanie odpowiedzi na nurtujące nas pytania - ale pozostawienie tylu otwartych kwestii, zwłaszcza to co stało się z resztą świata, było dla mnie rozczarowujące. 

Powieść islandzkiej autorki zdecydowanie ma swoje mocne punkty, zwłaszcza jeśli chodzi o aktualność poruszanych tematów, ale nie jest to historia wolna od wad. Nieco żałuję niewykorzystanego w pełni potencjału. Mimo to jestem ciekawa czym jeszcze zaskoczy nas Sigríður Hagalín Björnsdóttir, a Was zachęcam zarówno do lektury „Wyspy”, jak i chwili refleksji nad zagadnieniami, o których pisze autorka. 

Za możliwość lektury bardzo dziękuję wydawnictwu Literackiemu

Wyspa” Sigríður Hagalín Björnsdóttir; tłum. Jacek Godek; wydawnictwo Literackie; Kraków 2018 ★★★½
Read more

sobota, 31 marca 2018

Co się działo w marcu?: podsumowanie miesiąca
marca 31, 2018 Comments

Czekałam na tą wiosnę z utęsknieniem. I nie chodzi już nawet o to, że z natury jestem człowiekiem ciepłolubnym i nie mogłam się doczekać wyższych temperatur. Wiosna obdarowuje mnie zawsze nową perspektywą - nawet jeśli nie otrzymuję dodatkowej godziny w prezencie, mój dzień naprawdę wydaje się dłuższy. Zresztą, już teraz możecie dostrzec tego efekty przyglądając się moim czytelniczym statystykom. Marzec był dla mnie stosunkowo zapracowanym miesiącem i zdarzały się dni, w które spędzałam w domu dosłownie kilka godzin - nieustannie kursowałam pomiędzy domem, uczelnią, a innymi obowiązkami. Wyjątkowo sporo czasu spędziłam na podziwianiu muzealnych eksponatów, powoli zaczęłam działać w wolontariacie. A mimo to jak do tej pory jest to dla mnie najlepszy miesiąc pod względem czytelniczym w tym roku. Przeczytałam aż dwanaście nowych tytułów, większość spod pióra kobiet i zbiorów mojej lokalnej biblioteki. A warto podkreślić, że spora ich część nie należała do najkrótszych pozycji.

PRZECZYTANE:

Raczej szczęśliwy niż nie, Adam Silvera ★★★½☆

Powieść Adama Silvery zdecydowanie jest historią, której warto poświęcić chwilę uwagi i w tej kwestii w zupełności zgadzam się z ogromem innych czytelników. Już sam temat jaki autor porusza w tej konkretnej opowieści - akceptacja tego kim się jest i danie samemu sobie pozwolenia na bycie szczęśliwym - jest niesamowicie istotny, ale to nie jedyne atuty przemawiające za Raczej szczęśliwy niż nie. Podoba mi się realizm opowiadanej przez Adama Silverę historii i jedynie drobny element realizmu magicznego w postaci Instytutu Lateo. W tym konkretnym przypadku fala pozytywnych opinii wpłynęła jednak w pewnym sensie na moją własną ocenę. Nie mogę powiedzieć, żeby historia Aarona nie była wzruszająca i emocjonalna, ale nie uderzyła we mnie jakoś personalnie, a niektóre fragmenty uderzały mnie pewną sztucznością i infantylnością. Chciałabym Wam jednak opowiedzieć o tym tytule więcej.

Alienista, Caleb Carr ★★★★☆

Powieść Caleba Carra to taki tytuł, o którym być może zrobi się nieco głośniej w nadchodzących dniach z racji na premierę serialu na jej podstawie, który w kwietniu zagości na polskim Netflixie. I skrycie na to liczę, bo Alienista to naprawdę unikalna historia, z którą warto się zapoznać. Tym co wyróżnia powieść Caleba Carra są przede wszystkim realia w jakich została osadzona - klimat przełomu XIX i XX wieku Nowego Jorku (a już zwłaszcza jego półświatka). Spora część fabuły skupia się na szczegółowym, a dla niektórych być może wręcz nużącym, przedstawieniu śledztwa - mówi się tu o początkach nauk związanych z kryminalistką takich jak choćby daktyloskopia i sposobie w jaki postrzegani byli wówczas alieniści - ale gdzieś w tle przewija się też codzienne życie nowojorczyków. Nie brak graficznych i być może nieco brutalnych opisów, ale ta atmosfera zostaje przełamana odrobiną humoru. I po raz pierwszy od dawna mogę powiedzieć, że jest to coś, czego jeszcze nie czytałam  - a to bardzo dużo znaczy.

Mimo moich win, Tarryn Fisher ★★☆☆☆

Nie mogę niestety powiedzieć, żeby moje pierwsze zetknięcie z twórczością Tarryn Fisher należało do szczególnie udanych. Mimo moich win przeczytałam bardzo szybko, ale trudno pozbyć mi się w tym przypadku pewnego poczucia rozczarowania. I nie chodzi wcale o to, że wszyscy bohaterowie tej powieści zaliczają się do grona  postaci, z którymi nie da się sympatyzować. Przeszkadzał mi już sam język jakim opowiedziana została ta historia - bardzo prosty, często powielający te same zwroty i skupiający się głównie na dialogach. Poza tym fabuła całej historii obraca się niemal wyłącznie wokół relacji Olivii i Caleba - do tego stopnia, że obserwujemy praktycznie tylko sceny z udziałem tej dwójki - co jest tym trudniejsze do zaakceptowanie, że tempo ich "związku" jest bardzo nienaturalne. Na pewno zapoznam się jeszcze z jakąś powieścią Tarryn Fisher, bo podoba mi się pewna odwaga autorki jeśli chodzi o kreowanie postaci i dynamika fabuły, ale już z nieco mniej wygórowanymi oczekiwaniami.

Hotel nad oceanem, Colleen Coble ★★½☆☆

To może być zaskoczeniem, ale do lektury Hotelu nad oceanem zachęcił mnie przede wszystkim opis fabuły. Przywodził mi myśl historie Nory Roberts, które kiedyś podkradałam mamutkowi i w których romans połączony jest z jakimś elementem suspensu, sensacji czy kryminału. Trochę ze wstydem przyznaję się, że bardzo wciągnęłam się w fabułę i byłam ciekawa czy moje przypuszczenia są słuszne. Dlaczego ze wstydem? Bo niemal od początku zdawałam sobie sprawę z tego, że obiektywnie nie jest to po prostu dobra historia - tempo fabuły przekracza pewne granice absurdu; relacje między bohaterami są sztuczne, a bohaterowie zachowują się nieadekwatnie do sytuacji. Nieco śmieszy mnie czyjeś porównanie Colleen Coble do Colleen Hoover i raczej nie zachęcam Was do lektury.

Wyspa, Sigríður Hagalín Björnsdóttir ★★★½☆

O Wyspie z pewnością ukaże się jeszcze oddzielny post, ale już teraz chciałam Wam w skrócie zdradzić moje odczucia. Muszę przyznać, że niesamowicie podoba mi się już sam koncept fabularny Sigríður Hagalín Björnsdóttir - odseparowanie Islandii od reszty świata i atmosfera niepewności i niepokoju jaką kreuje autora. Poza tym doceniam to, że autorka porusza różne aspekty zaistniałej sytuacji i nie stara się na siłę przyspieszyć tempa akcji - zmiany są powolne, a z drugiej strony wyraźnie dostrzegamy różnice pomiędzy wizją świata na początku i końcu książki. Ale nie wszystko ułożyło się zgodnie z moimi oczekiwaniami - trudno mi zignorować to, że przez większość fabuły losy bohaterów były mi niemal zupełnie obojętne, jakbym została emocjonalnie odseparowana od lektury; no i rozczarowujące okazały się dla mnie pewne otwarte kwestie fabularne.

Tajemna historia, Donna Tartt ★★★★★

Bardzo trudno zebrać mi w słowach co tak bardzo ujęło mnie w prozie Donny Tartt. Najchętniej ograniczyłabym się po prostu do stwierdzenia, że musicie sami sięgnąć po ów lekturę. To nie jest opowieść o morderstwie, a przynajmniej nie w takim sensie w jakim książką o morderstwie jest kryminał. Nie mamy tutaj atmosfery tajemnicy - kto zginął? kto zabił? - ani pędzącej akcji. Ale dawno nie czytałam tak niesamowicie klimatycznej i dającej do myślenia prozy. Donna Tartt nie pozwala nam zapomnieć o zbliżającej się zbrodni; sprawia że zaczynamy czuć sympatię względem bohaterów, którzy są mordercami a przez to czujemy się niekomfortowo z samym sobą. A do tego posługuje się niesamowitym stylem pisania. Jeśli nie znacie Tajemnej historii, koniecznie powinniście to zmienić.

Biały oleander, Janet Fitch ★★★★☆

Zacznę od tego, że kilka lat temu widziałam ekranizację powieści Janet Fitch i znałam zawczasu pewne rozwiązania fabularne, ale nie wpłynęło to znacząco na moje wrażenia z lektury. Nie mogę powiedzieć żeby Biały oleander całkowicie mnie zachwycił - bardzo specyficzny, trochę poetycki styl, pełen metafor i porównań niejednokrotnie utrudniał mi lekturę, zwłaszcza wówczas, gdy dotyczył on partii dialogowych. Ale z drugiej strony nie mogę też nie docenić prozy Janet Fitch. Autorka przedstawia niezwykle oryginalny i skomplikowany portret relacji matka-córka, ale tym co ostatecznie ujęło mnie w lekturze jest kreacja samej Astrid - bohaterki, która rozpaczliwie poszukuje matczynej miłości, do tego stopnia, że poszukuje jej u innych kobiet. Proza Fitch ma ponad to pewien feministyczny wydźwięk i wpisuje się tym samym w aktualne trendy literackie - kładzie duży nacisk na różnice w sytuacji kobiet i mężczyzn we współczesnym świecie.

Surogatka, Louise Jensen ★★★★☆

Surogatka była jednym z tych thrillerów, o których w ostatnim czasie było bardzo głośno, zwłaszcza jeśli chodzi o blogosferę książkową i polski bookstagram. I muszę przyznać rację większości, że jest to pozycja, która trzyma wysoki poziom i przy której można naprawdę oderwać się na chwilę od rzeczywistości. Louise Jensen od samego początku kreuje atmosferę tajemnic i niepokoju; na dodatek od samego prologu rusza z akcją do przodu i nie pozostawia tym samym czytelnikowi miejsca na nudę. Trochę obawiałam się zakończenia, bo niektóre wątki wydawały mi się raczej przewidywalne, ale okazało się, że autorka finalnie podążyła innym tropem. Tak naprawdę jedynym co można zarzucić Surogatce jest zbyt łatwowierna główna bohaterka, ale niestety jest to mankament powielany we wszystkich dotychczas wydanych powieściach Louise Jensen.

Asystentka magika, Ann Patchett ★★★★☆

Pomimo bardzo skrajnych opinii, muszę przyznać, że lektura Asystentki magika okazała się dla mnie miłym zaskoczeniem i cieszy mnie perspektywa zapoznania się z inną powieścią Ann Patchett, którą posiadam już na swojej półce. To ten gatunek spokojnej, powolnej prozy, która nie posiada wyraźnie nakreślonego wątku przewodniego i można odnieść wrażenie, że urywa się w przypadkowym momencie. Równocześnie jednak Ann Patchett w niezwykle subtelny i delikatny sposób dotyka problematyki żałoby - zwłaszcza poszukiwania śladów ukochanej osoby w innych osobach czy nawet miejscach; czy kreuje niesamowitą relację na poziomie matka-dziecko. Rozumiem co może się czytelnikom Asystentki magika nie podobać, ale sama jestem zadowolona z lektury.

Ona to wie, Lorena Franco ★★☆☆☆

Dosłownie na dniach opowiem Wam więcej o lekturze hiszpańskiego thrillera, ale już teraz uprzedzam, że było to dla mnie raczej doświadczenie rozczarowujące. Skłamałabym twierdząc, że jest to powieść zupełnie pozbawiona wad - już samo osadzenie akcji w Hiszpanii i nawiązania do bestselerowej powieści Carlosa Ruiza Zafona stanowi pewną miłą odmianę. Ale dostrzegam zbyt duże podobieństwo pomiędzy powieścią Ona to wie a Dziewczyną z pociągu. Zarówno koncept, jak i niektóre z wykorzystanych przez autorkę rozwiązań fabularnych są wtórne. A czytanie z perspektywy głównej bohaterki jest po prostu niekomfortowe dla czytelnika. Zdecydowanie jest to tytuł, który można pominąć.

Na plaży Chesil, Ian McEwan ★★★★☆

Kolejna z niezwykle subtelnych i klimatycznych powieści, które miałam okazję czytać w tym miesiącu. Bardzo krótka, bo niespełna dwustustronnicowa, ale równocześnie bogata jeśli chodzi o treść. Na plaży Chesil skupia się wokół wydarzeń nocy poślubnej i dotyka tematu seksu, ale nie jest to historia epatująca erotyzmem. Ian McEwan kreuje niezwykle przekonujący i w pewnym sensie wzruszający portret młodzieńczego i nieco naiwnego uczucia; porusza problematykę aseksualności i podkreśla pewną pruderyjność jaka towarzyszyła latom 60. Wydaje mi się, ze warto poświęcić jej chwilę uwagi, zwłaszcza biorą pod uwagę fakt zbliżającej się ekranizacji.

Onyks, Jennifer L. Armentrout ★★★☆☆

Podobnie jak w przypadku pierwszego tomu serii, w trakcie lektury Onyksu miałam świadomość tego, że nie jest to powieść obiektywnie dobra. Z drugiej jednak strony, jest w niej coś niesamowicie uzależniającego. Podoba mi się to, że bycie książkoholikiem i blogerką stanowi ważną część życia Katy i słowne przepychanki pomiędzy bohaterami. I wydaje mi się, że Onyks trzyma poziom Obsydianu. Z drobnym wyjątkiem, uważam, że  Jennifer L. Armentrout zupełnie niepotrzebnie wplotła do fabuły motyw trójkąta miłosnego, zwłaszcza że "nowy chłopak" ewidentnie wykorzystywany był jako narzędzie do wzbudzenia zazdrości w Daemonie. No takich rzeczy się nie robi.

NAPISANE:

O tym, że B. A. Paris potrafi tworzyć wciągające thrillery, ale jednak preferuję jej poprzednie wcielenie, czyli opinia o Na skraju załamania.
Nietypowa powieść obyczajowa z elementami thrillera, o skomplikowanych relacjach pomiędzy matką, synem i jego dziewczyną, czyli kilka słów o Tej dziewczynie
O tym, że nie każda matka posiada instynkt macierzyński i nie wszyscy ludzie rodzą się z natury dobrzy, czyli o Musimy porozmawiać o Kevinie
Kilka słów o tym czy trylogia o Forstcie potrzebowała kontynuacji, czyli o Deniwelacji
I o tym, że w Polsce też piszemy dobre i wartościowe młodzieżówki, czyli o Fanfiku
Read more

niedziela, 25 marca 2018

Fanfik, Natalia Osińska
marca 25, 2018 Comments

Są takie powieści, o których bardzo dużo się słyszy, nie słysząc tak naprawdę nic konkretnego i mam wrażenie, że „Fanfik" był własnie jednym z takich przypadków. Prawdopodobnie dlatego pierwotnie wcale nie zamierzałam sięgać po tytuł Natalii Osińskiej. Zwłaszcza, że i tak rzadko zdarza mi się czytać jakiekolwiek współczesne polskie powieści młodzieżowe. Nie wiem kiedy dokładnie zmieniłam zdanie i czym było to spowodowane. Po prostu kiedy „Fanfik" po raz kolejny mignął mi na czyimś insta story, zarezerwowałam egzemplarz w bibliotece. Ale nie żałuję. Pomimo pewnych wad, rozumiem dlaczego „Fanfik" budzi tak ciepłe uczucia wśród czytelników.

Tosia ma problemy z odnalezieniem się w szkolnej rzeczywistości. Chociaż nie brakuje jej znajomych, dziewczyna czuje, że nie wszystko w jej życiu znajduje się na odpowiednim miejscu. Tosia kocha musicale i tworzy własne opowiadania, ale jedyne co umożliwia jej w miarę normalne funkcjonowanie to tabletki. Tymczasem w szkole dziewczyny pojawia się ktoś nowy. Leon skrywa mnóstwo tajemnic co czyni go jeszcze bardziej atrakcyjnym w oczach rówieśników. Zamiast zdobywać miejsce wśród szkolnej elity, chłopak zbliża się właśnie do Tosi. Przypadkowa sytuacja i wsparcie Leona pozwalają Tosi w końcu zrozumieć prawdę na swój temat. 

Porównywanie debiutu literackiego Natalii Osińskiej do twórczości Małgorzaty Musierowicz czy Krystyny Siesickiej nie jest zbyt fortunnym zabiegiem i w moim odczuciu nie przynosi on młodej autorce wiele dobrego. Dawne powieści młodzieżowe, czy to „Jeżycjada" czy choćby „Jezioro Osobliwości", rządziły się swoimi prawami i „Fanfik" odbiega od nich charakterem. Co nie oznacza od razu, że jest to historia gorsza. A nawet, idąc o krok dalej, współczesnemu nastolatkowi historia autorstwa Natalii Osińskiej może się nawet wydać ciekawsza. „Fanfik" to powieść bardzo aktualna, wychodząca naprzeciw potrzebie dostrzegania różnorodności wśród naszego społeczeństwa, w tym LGBT, a przy tym po prostu mądra.

Natalia Osinska dobrze radzi sobie z przedstawieniem życia współczesnych nastolatków - dostrzega ich codzienne problemy, małe i większe dramaty i ich nie bagatelizuje. Mówiąc o „Fanfiku" często podkreśla się wyczucie z jakim autorka porusza temat transseksualizmu, i trudno się z tym nie zgodzić, ale nie jest to jedyny wątek o jaki zahacza Natalia Osińska. To historia, z którą mogą się identyfikować  nie tylko osoby LGBT; bo każdy nastolatek w pewnym momencie życia czuł się zagubiony i osamotniony i nie potrafił znaleźć wspólnego języka z rodzicami a na dodatek powątpiewał w sens nauki.

Natalia Osińska sporo zyskała w moich oczach - swoją empatią i zdolnościami literackimi, a przede wszystkim dostrzeżeniem jak ogromną rolę w życiu nastolatka odgrywają rodzice i że im też ciężko odnaleźć się w zaistniałej sytuacji. Ale ni jest to historia pozbawiona wad. Trudno było mi zrozumieć Tosię i polubić ją jako postać i to wcale nie dlatego, że czuła się bardziej Tośkiem, aniżeli Tosią. Po prostu dwudziestodwuletnia Karolina nie potrafiła zaakceptować egocentryzmu i jakiegoś zadufania szesnastolatki. A sposób w jaki traktowała swojego ojca po prostu mnie irytował. Muszę też zgodzić się z tym, że sposób w jaki autorka kreuje żeńskie postacie - obsadzając je w rolach typowych mean girls - pozostawia sporo do życia i wpływa niekorzystnie na odbiór lektury.

Jestem raczej ostrożna jeśli mowa o przyklejaniu powieściom etykiety "must read", ale z lektury historii Natalii Osińskiej można wyciągnąć wiele pouczających lekcji w temacie tolerancji czy zrozumienia. I cieszy mnie, że tego typu pozycje powstają nie tylko za granicą, ale także spod pióra naszych rodzimych autorów. Jeśli rzuci Wam się kiedyś w oczy okładka i jeśli chcecie wyczulić na temat tolerancji jakiegoś nastolatka w swoim otoczeniu, albo siebie samych, zdecydowanie warto.  

Fanfik” Natalia Osińska; wydawnictwo Krytyki Politycznej; Warszawa 2016 ★★★★☆ 
Read more

wtorek, 20 marca 2018

Deniwelacja, Remigiusz Mróz
marca 20, 2018 Comments

Miałam pewne wątpliwości odnośnie tego czy w ogóle sięgać po „Deniwelację". Owszem, seria o komisarzu Forstcie jak do tej pory jest moim faworytem wśród powieści Remigiusza Mroza (i to pomimo nieco słabszego pierwszego tomu - „Ekspozycji"), ale jestem przeciwniczką przeciągania jakiejkolwiek historii - doświadczenie mówi, że zazwyczaj nie kończy się to dobrze*. Ale chociaż uważałam trylogię o Wiktorze za zamkniętą całość i tak górę wzięła ciekawość. Problem polega na tym, że nawet wówczas gdy skończyłam lekturę „Deniwelacji", wciąż nie byłam, i nie jestem, pewna co myślę na temat wydłużenia tego konkretnego cyklu.

Zakopane po raz kolejny zostaje sparaliżowane perspektywą działalności mordercy. Spokój jaki ogarnął miasto po schwytaniu Bestii z Giewontu nie trwał długo. Wraz z odwilżą policja znajduje zwłoki pięciu kobiet. Problemy z odkryciem ich tożsamości znacznie utrudniają śledztwo. Jedyny trop prowadzi policję i prokuraturę prosto do Wiktora Forsta. Nikt jednak nie wie, gdzie przebywa były komisarz. Tymczasem Forst prowadzi prywatne śledztwo poza granicami kraju, w słonecznym Alicante. I jak zwykle wplątuje się w poważne kłopoty.

Trawers" stanowił zakończenie wątku Bestii z Giewontu i chociaż w trakcie lektury czwartego tomu bohaterowie wciąż mierzą się z konsekwencjami tamtej sprawy, a autor spoiluje kluczowe rozwiązanie fabularne pierwotnej trylogii, „Deniwelacja" przedstawia całkowicie nową intrygę kryminalną. Jak to zwykle w przypadku powieści Remigiusza Mroza bywa, akcja jest niesamowicie dynamiczna i zagmatwana. Przeskakujemy nie tylko pomiędzy dwoma głównymi wątkami - skupionymi wokół sprawy morderstwa i postaci Forsta - ale także przez granice kraju i muszę przyznać, że początkowo czułam się zdezorientowana tym w jaki sposób autor zamierza je ze sobą połączyć. Ale pod tym konkretnym względem zostałam pozytywnie zaskoczona.

Deniwelacja" niewątpliwie posiada klimat jaki towarzyszył poprzednim tomom serii. Remigiusz Mróz konsekwentnie stosuje charakterystyczne "wewnętrzne cliffhangery", tj. kończy każdy z rozdziałów w taki sposób, że ciężko odłożyć lekturę na bok. Ponad to sama fabuła i tempo akcji przywodzi na myśl scenariusz filmu sensacyjnego - zarówno jeśli chodzi o dynamikę, rozmach, jak i pewne przerysowanie. Bez zastanowienia mogłabym Wam powiedzieć, że bawiłam się dobrze w trakcie lektury, co jest tym prostsze, że po tylu tomach czuję ogrom sympatii względem bohaterów, zwłaszcza jeśli mowa o Osicy i pani prokurator. Co nie oznacza, że nie dostrzegam mankamentów „Deniwelacji".

Pomijam kwestię oderwania fabuły od rzeczywistości i tego, że po raz -enty komisarz mocno obrywa po tyłku, bo byłam na to przygotowana zasiadając do lektury. Jestem natomiast rozczarowana zakończeniem. Doceniam fakt, że intryga kryminalna zostaje rozstrzygnięta w jednym tomie, pomimo że autor ewidentnie sugeruje, że nie jest to ostatnia powieść cyklu, natomiast jestem rozczarowana tym w jaki sposób zostaje zakończona. Remigiusz Mróz słynie ze swoich plot twistów, ale tym razem, unikając spoilerów, ciężko postrzegać rozwiązanie w takich kategoriach, gdyż w trakcie lektury zostały nam czytelnikom dostarczone mylne tropy.  Finalny cliffhanger również stanowił dla mnie źródło rozczarowania, dlatego że ciężko pozbyć mi się wrażenia wtórności.

Nie chcę zniechęcać Was do lektury „Deniwelacji", ani krytykować twórczości Remigiusza Mroza. Czwarty tom serii ma swoje atuty a jeśli znacie inne powieści autora, na kartach tej historii kryje się co najmniej jeden easter egg. W moim odczuciu zakończenie zakłóciło jednak pozytywny odbiór lektury. Czy sięgnę po kontynuację? Zdecydowanie, choćby i dla samych bohaterów. Ale czy napisanie kontynuacji rzeczywiście było potrzebne? Naprawdę nie wiem. 

*A żeby nie pozostawać gołosłowną, wystarcz przywołać przykład serii Kiery Cass czy Paulliny Simons

Deniwelacja” Remigiusz Mróz; wydawnictwo Filia; Poznań 2017 ★★★½☆
Read more

sobota, 17 marca 2018

Musimy porozmawiać o Kevinie, Lionel Shriver
marca 17, 2018 Comments

Chociaż to 2018 jest rokiem, w którym postanowiłam zapoznać się z jak największą liczbą powieści nominowanych do The Women's Prize for Fiction, już wcześniej zdarzało mi się spoglądać na ów listę, pod kątem poszukiwania nowych, ciekawych czytelniczych inspiracji. Takim sposobem sięgnęłam choćby po powieść „Achilles. W pułapce przeznaczenia" czy „Musimy porozmawiać o Kevinie" właśnie. Niewiele wiedziałam tak naprawdę o samej historii, ponad to, że przedstawia negatywny portret matki, ale już sama informacja o nominacji była dla mnie wystarczającą zachętą. Przyznaję jednak już na wstępie, że akurat „Musimy porozmawiać o Kevinie" było dla mnie pod pewnymi względami lekturą rozczarowującą.

Eva Khatchadourian była kobietą sukcesu - właścicielką odnoszącej sukcesy firmy, która zajmuje się wydawaniem przewodników turystycznych; kimś kto dzięki pracy zwiedził już spory kawałek świata; i wreszcie szczęśliwie zakochaną żoną Franklina Plasketta. Obecnie Eva postrzegana jest jako matka TEGO chłopaka - odpowiedzialnego za masakrę w Gladstone. Po tragicznych wydarzeniach, kobieta stara się w jakiś sposób zrozumieć całą sytuację, a w tym celu pisze listy do swojego małżonka. 

Musimy porozmawiać o Kevinie" jest powieścią epistolarną - historią w całości przedstawioną za pośrednictwem listów Evy do Franklina, w których bohaterka na zmianę relacjonuje wydarzenia po tamtym dniu, jak i opowieść o Kevinie od momentu jego narodzin. Już sama ta forma narzuca pewien chaos. Całą historię poznajemy bowiem achronologicznie i fragmentarycznie i musimy ją ułożyć samodzielnie w pewną całość. Nie powiedziałabym jednak, że jest to mankament opowieści - oddaje bowiem specyfikę tego w jaki sposób kieruje się ludzki umysł, z tym że może to nieco utrudnić zaangażowanie czytelnika w całą historię.

Niewątpliwie powieść Lionel Shriver niesie z sobą pewne wartości. Autorka kreuje niezwykle wstrząsający i zaskakujący portret macierzyństwa - gdzie matka nie jest bezwarunkowo zakochana w swoim dziecku; i prowokuje czytelnika do wyciągnięcia bardzo niewygodnych wniosków - że być może nie każda kobieta została stworzona do roli matki i że czasami człowiek rodzi się już jako zła istota. Nie mogę powiedzieć, żebym bezwarunkowo zgadzała się we wszystkim z Lionel Shriver, ale bez wątpienia postawione przez nią pytania sprowokowały mnie do pewnej refleksji - nawet jeśli czułam się przez to niekomfortowo.

Kiedy wspominał o tym, że „Musimy porozmawiać o Kevinie" było dla mnie pod pewnymi względami lekturą rozczarowującą, chodziły mi po głowie zupełnie inne aspekty. Sporo w tej historii nienaturalności - poczynając od sposobu wysławiania poszczególnych postaci (zbyt górnolotny i pretensjonalny), na zachowaniu adresata kończąc. Wydaje mi się, że w zamyśle autorki to Eva miała być postacią wzbudzającą negatywne emocje, ale to zaślepienie Franklina powodowało u mnie nieustanną irytację. Nie do końca rozumiem też dlaczego Lionel Shriver tak szybko wytrąciła sobie z rąk atut w postaci aury tajemniczości i zdradziła czego dopuścił się Kevin. Nie jest to  jedyny zwrot fabularny, ale kolejny następuje tak późno, że część czytelników może zniechęcona odłożyć lekturę na bok.

Dostrzegam walory powieści Lionel Shriver i nawet jestem w stanie zrozumieć nominacje i prestiżowe nagrody „Musimy porozmawiać o Kevinie". Ale źródło mojego rozczarowania tkwi w tym, ze mogło być jeszcze lepiej. Mimo wszystko polecam Wam zapoznać się z historią autorstwa Lionel Shriver. To tego rodzaju tytuł, który pozostawia po sobie jakiś trwalszy ślad w czytelniku. 

Musimy porozmawiać o Kevinie” Lionel Shriver; tłum. Krzysztof Uliszewski; wydawnictwo Videograf II; Chorzów 2008 ★★★☆☆
Read more