lipca 2018 - Zlodziejka Ksiazek

piątek, 20 lipca 2018

2018 rok w książkach (do tej pory)
lipca 20, 2018 Comments

Zastanawiałam się czy tworzenie tego typu posta jest tak naprawdę potrzebne i czy znajdzie się ktoś kto uzna go za wystarczająco ciekawy aby się z nim zapoznać. Ostatnimi czasy trzymam się jednej, podstawowej zasady jeśli chodzi o blogowanie - publikuję tylko tego rodzaju kontent, z który sama jako czytelnik bym się zapoznała. A że półroczne podsumowania (ze statystykami i kolorowymi wykresami) są czymś co od razu przykuwa moją uwagę na zagranicznym booktubie, odpowiedź wydawała się zaskakująco prosta. Śladem posta ze stycznia 2018 roku, kiedy przedstawiłam Wam wszystkie mniej i bardziej ciekawe statystyki związane z moim czytelniczym życiem, przyglądać będziemy się pierwszej połowie tego roku. 

Patrząc na moje noworoczne postanowienia (o których wspominałam Wam tutaj), trudno traktować pierwszą połowę roku jako ogromny sukces. Skłamałabym upierając się przy tym, że nie wcieliłam w życie żadnego z nich: sukcesywnie sięgam po tytuły nominowane do Women’s Prize for Fiction oraz dzieła autorów z różnych stron świata; w końcu czytam pozycje pisarzy, których twórczość w jakiś sposób już była mi znana; a jeśli chodzi o roczne wyzwanie Goodreads - kilka dni temu zwiększyłam nawet liczbę ze 100 do 118 pozycji. Ale przy pozostałych postanowieniach na razie spektakularnie się wykładam. Wiem przynajmniej jednak na co powinnam teraz zwrócić uwagę (a wraz z czytaniem tego posta sami zobaczycie co powinno stać się dla mnie priorytetem).

Jeżeli jednak chodzi już o same statystyki, w pierwszej połowie roku (a więc od stycznia do czerwca) udało mi się przeczytać 55 pozycje. Średnio to jakieś niewiele ponad 9 pozycji na miesiąc, co w sumie dobrze oddaje moje tempo czytelnicze w roku akademickim. Tak jak już kiedyś wspominałam: pomimo że sporo czasu spędzam na kampusie a moje studia wymagają także ode mnie pewnej dodatkowej aktywności, czytam sporo podczas komunikacji miejskiej (min. 2h dziennie, a czasami nawet więcej jeśli podróżuje kilkakrotnie na trasie dom-kampus). Nie do końca potrafię wskazać dlaczego najbardziej efektywnym miesiącem był dla mnie marzec, ale wiem z kolei skąd najniższy wynik w czerwcu - sesja.

Największa część książek, z którymi się zapoznałam pochodziła ze zbiorów mojej lokalnej biblioteki i nie byłoby w tym nic złego gdyby nie fakt, że w moich domowych zbiorach znajduje się zdecydowanie zbyt dużo nieprzeczytanych tytułów i powinnam traktować je priorytetowo. Nie chcę rezygnować z korzystania z biblioteki, ani współprac recenzenckich z wydawcami, ale w drugiej połowie roku chciałabym spróbować odwrócić nieco powyższą proporcję. Liczę na to, że mój kubeczek TBR pomoże mi w realizacji tego postanowienia.

Powyższa statystyka nie stanowi dla mnie akurat żadnego zaskoczenia. Odkąd tylko pamiętam, większość pozycji po które sięgałam była dziełem pisarek (do pewnego momentu wręcz celowo unikałam powieści napisanych przez mężczyzn). Chyba dlatego początkowo nie potrafiłam zrozumieć idei tych wszystkich wyzwań i maratonów poświęconych na czytanie pozycji spod kobiecego pióra. No i  wciąż bardzo zaskakuje mnie odwrotny wynik u innych czytelników.

Żeby nie było że pozostaję gołosłowna, prawie 57% pozycji, które przeczytałam w pierwszej połowie tego roku wyszło spod pióra autorów, których twórczość w mniejszym lub większym stopniu była mi już znana. I jest to dla mnie swego rodzaju ewenement. Przy okazji tworzenia posta z postanowieniami wspominałam Wam, że mam tendencje do tego by wiecznie gonić za nowym (co ma też oczywiście swoje mocne strony). Cieszę się, że chociaż minimalnie udało mi się to zmienić i liczę na to, że końcówka roku nie zaburzy tej proporcji.

W duchu wyzwania W 80 książek dookoła świata starałam się też zwrócić uwagę na narodowość autorów po twórczość, których sięgałam. I chociaż zdaję sobie sprawę z tego, że nie jest to przykład spektakularnej różnorodności i że czeka mnie jeszcze sporo zakamarków świata do odkrycia i tak jest lepiej niż było. Pomijając fakt, że sięgnęłam po twórczość autorów spoza USA i Anglii, przede wszystkim cieszy mnie to że stosunkowo często czytałam pozycje naszych rodzimych pisarzy (drugie miejsce, tuż po USA to ogromny postęp w przypadku człowieka, który kilka lat temu wcale nie czytał literatury polskiej, niezależnie od gatunku).


Jeżeli chodzi o grupę docelową, do której skierowane były czytane przeze mnie książki, muszę przyznać, że nie przykładałam do tego szczególnej wagi. Tj. nie starałam się np. celowo czytać więcej literatury "dla dorosłych". Dlatego wynik, który obserwujecie na wykresie jest w 100% wypadkową przypadku, mojego gustu czytelniczego i nastroju jaki towarzyszył mi w pierwszym półroczu. Jedyne co w tym konkretnym przypadku wzbudziło niejako moje zaskoczenie, to niewielki procent literatury New Adult wśród moich lektur (nie wiem czy pamiętacie, ale był moment, kiedy był to w końcu mój ulubiony "gatunek").

Kiedy człowiek decyduje się na założenie bloga książkowego i podjęcie współprac recenzenckich niejako godzi się na to, że wśród jego lektur dominować będą nowości wydawnicze. Po pierwsze, dlatego że wydawnictwom zależy przede wszystkich na recenzowaniu nowszych tytułów; a po drugie - bo to o tych pozycjach rozmawia się na wszelkich social mediach. Biorąc to pod uwagę i tak jestem pod wrażeniem, że tytuły wydane w 2018 r. zupełnie nie zdominowały moich lektur. Owszem, starałam się "pozostawać na bieżąco z trendami", ale też nadrabiałam lekturę tych pozycji, które na pewnym etapie życia przegapiłam (nawet te wydane przed 2000 rokiem i nie chodzi mi wyłącznie o klasyki).

Jeżeli chodzi o to jakie wrażenia wywarły na mnie lektury, z którymi zapoznałam się do tej pory w 2018 roku, muszę przyznać, że jestem raczej zadowolona. Wydaje mi się, że wysoki procent lektur powyżej trzech gwiazdek bierze się z tego, że z roku na rok staję się coraz bardziej świadoma tego jakie motywy i tematy interesują mnie w literaturze najbardziej. Nie bez wpływu pozostaje też fakt, że sięgam po twórczość autorów, których już w jakimś stopniu znam i którzy zdołali zdobyć moja sympatię. I mam nadzieję, że pod koniec roku ta proporcja się utrzyma. 

Przechodząc jednak do tematu, który chyba najbardziej mnie przeraził podczas przygotowywania tego posta. Wiedziałam, że moje półki wzbogaciły się o sporo nowych tytułów, ale chyba nie do końca byłam świadoma co ów "sporo" oznacza. Owszem, nie wszystkie te pozycje zakupiłam samodzielnie (patrz wykres poniżej) i nie było chyba tytułu, za który zapłaciłam cenę okładkową, ale nie zmienia to faktu, że znaczna większość z nich była książkami, których nigdy nie czytałam i która teraz zwiększyła mój fizyczny stos TBR (bo już na pewno nie stosik).

Skąd tyle książek spytacie? Gdzieś na przełomie 2017/2018 roku odkryłam Tak czytam, Skupszopa i wyprzedaże książkowe organizowane przez hurtownie (stąd drakońska liczba czerwcowa), a w każdym z tych miejsc można znaleźć nowe tytuły za niecałe 10 zł. I trochę popłynęłam. W lipcu sukcesywnie walczę ze swoim uzależnieniem (i na razie nie kupiłam ani jednej książki i nie poprosiłam nawet o żadną pozycję w ramach prezentu imieninowego), ale przyglądając się zapowiedziom na końcówkę wakacji i jesień nie wiem czy uda mi się nad tym w pełni zapanować. Zastanawiam się czy nie wprowadzić na bloga postów wzorowanych na filmiki Emmy z Drinking By My Shelf  (tu macie czerwcowy przykład), ale nie wiem na ile podobny kontent sprawdziłby się w formie posta blogowego, a nie filmiku.

Jeżeli jesteście ze mną do tego momentu, pozostaję pod ogromnym wrażeniem Waszej wytrwałości. Koniecznie dajcie znać jak Wam minęła pierwsza połowa roku - liczby, wrażenia wszystko jest mile widziane w komentarzach. Dajcie też znać czy bylibyście zainteresowanie tekstem o najlepszych książkach jakie przeczytałam w pierwszej połowie roku, albo wspomnianym powyżej cyklem.
Read more

środa, 18 lipca 2018

Na polanie wisielców, Robert Dugoni
lipca 18, 2018 Comments

Jeżeli śledzicie moje opinie nieco dłużej, znacie już moje zdanie na temat twórczości Roberta Dugoniego. Wiecie, że lektura „Jej ostatniego oddechu" utwierdziła mnie w przekonaniu, że Dugoni doskonale radzi sobie z gatunkiem kryminału proceduralnego i że warto mieć na uwadze jego przyszłe powieści. Kiedy znalazłam „Na polanie wisielców" wśród czerwcowych premier wydawnictwa Albatros wiedziałam, że nie będę w stanie odmówić sobie przyjemności lektury. Na szczęście Robert Dugoni i tym razem nie zawodzi.

Tracy Crosswhite po raz kolejny zajmuje się badaniem sprawy z przeszłości. Na prośbę swojej koleżanki powraca do śledztwa dotyczącego rzekomego samobójstwa nastolatki Kimi Kanasket - uczennicy elitarnego liceum, uzdolnionej sportsmenki, o indiańskim pochodzeniu. Akta sprawy sprzed 40 lat znajdowały się wśród rzeczy zmarłego ojca Jenny i wszystko wskazuje na to, że mężczyzna miał wątpliwości co do wyników śledztwa. Równolegle w Seattle toczy się inna sprawa. Zabójstwo agresywnego mężczyzny w obronie własnej tylko pozornie wydaje się prostym śledztwem.

Podobnie jak miało to miejsce w przypadku dwóch poprzednich tomów serii o Tracy Crosswhite, tak i tym razem najmocniejszym atutem „Na polanie wisielców" pozostaje kwestia przedstawienia szczegółów prowadzenia śledztwa. Dugoni świetnie radzi sobie z przybliżaniem stosownych informacji, co stanowi niezawodny dowód jego wiedzy. Gdzieś między wierszami pojawiają się choćby przepisy, które policja musi przestrzegać podczas przesłuchań; czy nakreślony zostaje tok rozumowania śledczych. Czytając twórczość Dugoniego oczywiste staje się, że śledztwo stanowi pracę zespołową i że niezbędna jest pomoc specjalistów w różnych dziedzinach.

Z wyżej wymienionych powodów zdarzają się fragmenty, które laikowi, albo osobom niezainteresowanym tematem mogą się wydać przeładowane informacjami i trudne do śledzenia - ale dla mnie nie stanowiło to problemu. To właśnie te fragmenty sprawiają, że podczas lektury „Na polanie wisielców" czułam się jakbym dowiadywała się czegoś nowego. Wbrew popularnej modzie na rozbudowane wątki obyczajowe z życia głównych bohaterów serii, Dugoni ogranicza je do minimum. Nawet w porównaniu do poprzednich tomów, spędzamy mniej czasu na śledzeniu życia osobistego Tracy Crosswhite. Bark znajomości wydarzeń poprzedzających „Na polanie wisielców" nie stanowi za to żadnego problemu.

Nie do końca rozumiem jednak potrzebę wplecenia w fabułę drugiego śledztwa. Wątek sprawy rzekomego samobójstwa Kimi Kanasket był wystarczająco zajmujący i rozbudowany jak na średnich rozmiarów powieść - z małomiasteczkowym klimatem, gdzie każdy coś ukrywa i ewidentnie obowiązuje jakiś podział na obywateli zwykłych i uprzywilejowanych. Zastrzelenie męża w nie do końca jasnych okolicznościach było całkiem ciekawym materiałem, ale czasami niepotrzebnie odwracało uwagę czytelnika. Z jednej strony rozumiem zamysł - Dugoni prawdopodobnie chciał pokazać, że Tracy Crosswhite wciąż pełni swoje obowiązki w Seattle; z drugiej - preferowałabym skupić na jednej sprawie.

Twórczość Roberta Dugoniego cenię przede wszystkim za poczucie autentyczności. To nie są historie, w których mamy do czynienia z gwałtownymi plot twistami i śledczymi, którzy bez określonego powodu doznają nagle olśnienia. Ale w tym tkwi cały "urok" tych powieści, także „Na polanie wisielców". Robert Dugoni absolutnie nie zawodzi i czekam co jeszcze ma do zaproponowania w kolejnych powieściach.

„Na polanie wisielców” Robert Dugoni; tłum. Andrzej Szulc; wydawnictwo Albatros; Warszawa 2018  ★★★★☆

A za możliwość lektury bardzo dziękuję wydawnictwu Albatros
Read more

niedziela, 15 lipca 2018

Wiktoria, Daisy Goodwin
lipca 15, 2018 Comments

Możliwie, że o tym nie wspominałam, bo temat seriali nie przejawia się jakoś szczególnie często na Złodziejce Książek, ale byłam ogromną wielbicielką pierwszego sezonu „Wiktorii". Do tego stopnia, że to jedna z nielicznych produkcji, gdzie pierwsze kilka odcinków oglądałam dwukrotnie i byłam autentycznie zrozpaczona po emisji finału, co jest o tyle zabawne, że do tej pory nie widziałam drugiego sezonu. Kiedy tylko pojawiła się informacja o premierze powieści Daisy Goodwin, scenarzystki „Wiktorii", wiedziałam, że znajdzie się ona w mojej biblioteczce i będzie jak plaster na moje złamane serce. Ale nie wszystko ułożyło się zgodnie z moimi oczekiwaniami.

Młoda Aleksandryna Wiktoria po śmierci swojego wuja obejmuje panowanie w kraju. Wychowana pod kloszem matczynej opieki i intryg jej doradcy - sir Johna Conroy'a, Dryna wydaje się zupełnie nieprzygotowana do sprawowania władzy, na co w duchu liczą kolejni pretendenci do tronu. Dziewczyna trafia w sam środek dworskich intryg, polityki i miłostek, a jedyne oparcie wydaje się odnajdywać u swojego premiera - Lorda M, co zresztą staje się przyczyną dla plotek i słów krytyki.

Powieść Daisy Goodwin nie jest historią, która mogłaby stanowić  kompendium wiedzy na temat życia królowej. Historyczne fakty stanowią raczej inspiracje dla samej fabuły, aniżeli jej główny punkt i zdecydowanie nie przygniatają jej swoim ciężarem. Nie jest to jednak coś co przeszkadzałoby mi osobiście w trakcie lektury, zwłaszcza, że znając już wcześniej serial, wiedziałam mniej więcej jak prezentuje się zamysł Daisy Goodwin na opowiedzenie historii. „Wiktoria" to lekka powieść, która dużą wagę przykłada do przedstawienia uczuciowego życia młodej królowej i jej swego rodzaju buntu. Co wiąże się z wieloma zaletami.

Daisy Goodwin kreuje postać Wiktorii w taki sposób, że nie odczuwamy względem niej żadnego dystansu - jedynie sympatię, a pewnych momentach nawet nić zrozumienia. Królowa w tej historii wydaje się po wskroś ludzka i częściej postrzegamy ją w kategoriach niezrozumianej nastolatki; zdradzonej córki albo zakochanej młodej kobiety aniżeli monarchini. Daisy Goodwin sprawia ponad to, że nakreślone na kartach powieści relacje wydają się niesamowicie wręcz wiarygodne - zwłaszcza jeśli mowa o tej, która łączy Wiktorię i Lorda M, a sam czytelnik czuje się niemal uczestnikiem wszystkich intryg.

Co w takim razie nie zagrało skoro wspominałam na wstępie o pewnym rozczarowaniu? Zgubna okazała się dla mnie dosyć szczegółowa znajomość serialu. Wydarzenia rozgrywające się w powieści niemal całkowicie pokrywają się z tymi jakie obserwowaliśmy  na ekranie, a nawet niektóre z wątków nie zostają wplecione w fabułę książki (zwłaszcza te dotyczące służby). Wrażenie wtórności i przewidywalności towarzyszyło mi praktycznie nieustannie w trakcie lektury, co było tym bardziej dotkliwe, że nawet niektóre z dialogów brzmiały w podobny sposób.

Jestem nieco rozdarta, bo chociaż spodziewałam się po lekturze „Wiktorii" czegoś znacznie lepszego, zdaję sobie sprawę z tego, że mogę tak naprawdę zrzucić winy na książkę. prawdopodobnie gdybym nie znała wcześniej serialowej historii, byłabym zachwycona tym co przeczytałam. Jeżeli jesteście zainteresowani losami królowej Wiktorii i jej przedstawieniem od takiej "ludzkiej" strony, a równocześnie nie widzieliście jeszcze serialu,albo niewiele z niego pamiętacie, polecam Wam zapoznać się z „Wiktorią". 

„Wiktoria” Daisy Goodwin; tłum. Robert Waliś, Sylwia Chojnacka; wydawnictwo Marginesy; Warszawa 2017 ★★★½☆
Read more

piątek, 13 lipca 2018

Kirke, Madeline Miller
lipca 13, 2018 Comments

Madeline Miller nie jest autorką debiutującą w Polsce. „Achilles. W pułapce przeznaczenia", powieść nagrodzona Orange Prize (czyli obecnie Women's Prize for Fiction), została przetłumaczona na język polski już w 2014 roku, ale pomimo stosunkowo pozytywnych opinii, nie trafiła do szerokiego grona odbiorców. Z tego też powodu skala zainteresowania kolejną powieścią Madeline Miller, czyli „Kirke" właśnie, była dla mnie ogromnym zaskoczeniem. Trudno się nie zastanawiać czy popularność powieści wśród internautów nie jest efektem  niezwykle dopracowanego i efektownego wydania. Ale nawet jeżeli tkwi w tym choćby ziarno prawdy, nie ma w tym nic złego. Efektowne wydanie nie jest bowiem jedynym co „Kirke" ma do zaoferowania czytelnikowi.

Kirke przychodzi na świat jako córka boga słońca Heliosa i okeanidy Perseidy, trudno jednak wyobrazić sobie by mogła bardziej różnić się od swojej rodziny. Obdarzona „skrzeczącym" głosem śmiertelniczki, pozbawionej boskiej urody czy mocy - jedynym przejawem boskości Kirke jest jej nieśmiertelność. Odrzucona, wyszydzana i niekochana, rozpaczliwie stara się posmakować szczęścia - w ten sposób odkrywa w sobie pokłady czarodziejskich mocy, ale równocześnie ściąga na siebie gniew bogów i tytanów. 

„Kirke", podobnie jak debiut Madeline Miller, jest powieścią głęboko osadzoną w greckiej mitologii, nie tylko w części opisującej losy córki Heliosa i Perseidy od dnia jej narodzin. Gdzieś między wierszami autorka subtelnie wplata także wątki związane z bogami, herosami czy innymi postaciami związanymi z mitologią - Prometeuszem, Dedalem, Scyllą, Jazonem, Ariadną czy Odyseuszem. Dzięki temu „Kirke" stanowi lekturę idealną ku temu by uporządkować wiedzę czytelnika na temat greckich wierzeń, albo po prostu zaznajomić go z pewnymi informacjami - Madeline Miller kreuje swoją historię w taki sposób, że nie wymaga żadnej kompleksowej znajomości mitologii.

Autorce udaje się znaleźć pewien punkt równowagi, w którym „Kirke" dostrzegamy zarówno inspiracji mitami, jak i jej wkład własny w historię. Kreacja tytułowej bohaterki i narratorki stanowi jeden z najsilniejszych aspektów lektury. Portret Kirke - kobiety odrzuconej, niezrozumianej i niewyobrażalnie samotnej; spragnionej bliskości drugiego istoty i wplątanej w intrygę bogów - zdecydowanie porusza jakąś czułą strunę w czytelniku i przez to zapisuje się w jego pamięci. Ale nie chodzi wyłącznie o Kirke. Madeline Miller wykazuje talent do portretowania niesamowitych, choć nierzadko tragicznych sylwetek gdzieś pomiędzy wierszami - Penelopa i Odyseusz, ich syn; Medea czy choćby sama bogini Atena.

W porównaniu do „Achillesa. W pułapce przeznaczenia", Madeline Miller poświęca mniej uwagi wątkom romantycznym, co w moim przypadku świadczy jedynie na korzyść „Kirke". Ujmuje jednak czytelnika w ten sposób co za pierwszym razem - doskonałym zobrazowaniem tragizmu losów bogów i zwykłych śmiertelników. Ich bezsilności jeśli mowa o walce z przeznaczonym im losem; ponoszonym wciąż na nowo kosztem nieśmiertelności czyli przyglądaniu się jak odchodzą najbliżsi. I chociaż nie jestem wielbicielka otwartych zakończeń, alternatywa zaproponowana przez Miller wydaje mi się dobrym rozwiązaniem.

„Kirke" stanowi przykład doskonałej literatury środka. Napisana na tyle przystępnym językiem by osoby, które sięgają z reguły jedynie po literaturę rozrywkową, mogły czerpać przyjemność z lektury, a równocześnie nie na tyle prostym by traktować go w kategoriach wad. „Kirke" ma potencjał by przekonać do siebie szerokie grono odbiorców. Ja jestem oczarowana. 

„Kirke” Madeline Miller; tłum. Paweł Kolomber; wydawnictwo Albatros; Warszawa 2018  ★★★★★

A za możliwość lektury bardzo dziękuję wydawnictwu Albatros
Read more

wtorek, 10 lipca 2018

Wędrowne ptaki, Karolina Wilczyńska
lipca 10, 2018 Comments

To prawda, że powieści obyczajowe czy też tzw. literatura kobieca, nie jest gatunkiem, po który sięgam szczególnie często, ale obserwując zapowiedzi wydawnicze i śledząc książkowe konta na różnych portalach społecznościowych, nawet niejako przypadkowo kojarzę sporo nazwisk polskich powieściopisarek. I tak np. wielokrotnie słyszałam już o twórczości pani Karoliny Wilczyńskiej, zwłaszcza w kontekście jej serii o Jagodnie. Na lekturę, którejś z jej powieści zdecydowałam się jednak dopiero wówczas, gdy wówczas najnowsza z jej historii tj. „Zamarznięte serca" w kilku egzemplarzach trafiła do mojej biblioteczki. Chyba uznałam to za jakiś znak, bo nie zastanowiwszy się nawet dwukrotnie, zakupiłam po prostu brakujący pierwszy tom serii i zasiadłam do lektury. 

 Nowy blok na ulicy Kwiatowej zamieszkany jest przez niezwykle zróżnicowane grono bohaterów. Malwina to typ artystki, unoszącej się kilka metrów nad ziemią, która pomimo trzydziestki wciąż w dużej mierze polega na wsparciu ojca. Liliana jest odnoszącą sukcesy właścicielką własnej firmy, która po rozwodzie nie do końca wierzy w miłości. Róża to z kolei bardzo nieśmiała i wycofana nauczycielka, spędzająca życie z dwójką kotów u boku. A Wioletta to trochę roztrzepana młoda mama, która cieszy się z powrotu do życia w mieście. Czwórka kobiet o zupełnie odmiennym spojrzeniu na życie nieoczekiwanie odnajduje w sobie nawzajem wsparcie. A wszystko zaczyna się w zepsutej windzie, w bloku na Kwiatowej.

Kiedy zaczynałam lekturę „Wędrownych ptaków", moje wrażenia znacznie odbiegały od tych jakie towarzyszyły mi w momencie przewrócenia ostatniej strony. Wstępna część, która wprowadzała nas w opowieść o czterech kobietach, nie wyróżniała się może jakoś szczególnie na tle swojego gatunku, ale miała w sobie jakieś ciepło i lekkość, której oczekiwałam zasiadając do lektury. Ucieszyło mnie też to, że główne bohaterki stanowią przekrój oryginalnych i całkowicie od siebie różnych osobowości, bo wzrastała szansa na to, że zarówno ja jak i inne czytelniczki znajdą wśród nich kogoś z kim mogą się utożsamić. Tylko, że potem wszystko się skomplikowało. 

„Wędrowne ptaki" opowiadają historie z czterech różnych perspektyw (nie licząc wstępnej części), przy czym fragment przedstawiony z perspektywy Malwiny jest zdecydowanie największy. Karolina wilczyńska miała pewien pomysł  na to by jej powieść w jakiś sposób się wyróżniała - każda z narratorek zwraca się bezpośrednio do czytelniczki i to w taki sposób jakby łączyła je jakaś więź przyjaźni i po prostu zwierzała się jej przy kuchennym stole z ostatnich trosk. W teorii brzmi to zapewne całkiem zachęcająco i podejrzewam, że taki typ narracji znajdzie swoich zwolenników wśród czytelniczek. Ale ja się do nich nie zaliczam. Głos bohaterek w moim odczuciu przybiera przez to niestety nieprzyjemnie infantylny ton.

Część przedstawiona z perspektywy Malwiny wypada zdecydowanie najsłabiej - to tego rodzaju bohaterka, której  zachowanie irytuje pewną bezmyślnością i egoizmem, co tylko częściowo można wytłumaczyć sytuacją w jakiej się znajdowała. Wraz z kolejnymi fragmentami pojawia się jednak inny problem. Narracja Liliany, Róży i Wioletty utrzymana jest w podobnym stylu, ale ich "głosy" nie były w moim odczuciu równie irytujące. Niestety, poszczególne części nie popychają fabuły do przodu, tylko przedstawiają te same wydarzenia z innej perspektywy i delikatnie nakreślają wątki pozostałych tomów. Biorąc to pod uwagę nie czułam się nawet zaskoczona swoim znudzeniem.

Jestem w stanie docenić pewne aspekty „Wędrownych ptaków" - choćby znikomą rolę wątku romantycznego i oparcie całej fabuły o motyw kobiecej przyjaźni. Potrafię też zrozumieć, ze znajdzie się sporo czytelników, którzy rozkochają się w towarzystwie pań z ul. Kwiatowej. Ale ja czuję się mocno rozczarowana. Na pewno przeczytam „Zamarznięte serca", ale szczerze mówiąc obawiam się tego czy autorce uda się zmienić moje zdanie. Na tą chwilę, nie polecam. 

„Wędrowne ptaki” Karolina Wilczyńska; wydawnictwo Czwarta Strona; Poznań 2017  ★★☆☆☆
Read more

piątek, 6 lipca 2018

Wiedźma z lustra, Maggie Stiefvater
lipca 06, 2018 Comments

Kończenie porozpoczynanych serii książkowych zawsze stanowiło moją piętę Achillesową. Był taki moment, dokładnie rok 2016, kiedy wydawało mi się, że udało mi się zwalczyć ów słabość, ale czas pokazał, że nie miałam racji. Z tego też powodu „Wiedźma z lustra" przeleżała praktycznie rok nieczytana na mojej biblioteczce, co jest o tyle zaskakujące, że dwa pierwsze tomy - „Król kruków" i „Złodzieje snów" - jak być może pamiętacie, całkowicie podbiły moje serducho. W końcu jednak w powróciłam do świata Kruczych Chłopców. I absolutnie się nie zawiodłam.

Życie Blue Sergent nigdy nie było do końca zwyczajne - bo i jak można nazwać zwyczajnym życie pod jednym dachem z grupą kobiet, z których każda stanowi swego rodzaju jasnowidzkę, medium czy też wróżkę. Od czasu, gdy poznała Kruczych Chłopców jej rzeczywistość skomplikowała się jednak jeszcze bardziej. po ostatnich wydarzeniach atmosfera w Henriettcie pozostaje napięta. Zrozumienie przez Adama linii mocy i odnalezienie Glendowera staje się sprawą priorytetową teraz gdy w mieście pojawia się nowy nauczyciel - Colin  Greenmantle, a Mura znika z domu. Zmianie ulegają także relacje pomiędzy przyjaciółmi, a kwestia wydarzeń z dnia Świętego Marka częściowo wychodzi na światło dzienne. 

Jeśli mieliście okazję czytać którykolwiek tom Kruczego cyklu doskonale powinniście zdawać sobie sprawę z tego w jak osobliwy sposób Maggie Stiefvater opowiada swoją historię. W stylu autorki jest coś specyficznego - niepowtarzalnego i niemal poetyckiego; i po stosunkowo długiej przerwie między lekturą kolejnych tomów potrzebowałam nieco więcej czasu niż zazwyczaj żeby wczuć się w historię. Co nie oznacza, że „Wiedźma z lustra" straciła z tego coś w moich oczach. Pod pewnymi względami rozumiem nawet dlaczego niektórzy czytelnicy wskazują ten właśnie tom jako swój ulubiony spośród całego cyklu.

Maggie Stiefvater wciąż przykłada większą wagę do bohaterów niż akcji i zdarzają się rozdziały, które nie popychają fabuły do przodu. Równocześnie jednak „Wiedźma z lustra" posiada kilka istotnych a nierzadko tragicznych wydarzeń (o których nie mogę napisać za dużo przez wzgląd na spoilery) - zarówno jeśli chodzi o wątek Glendowera, pana Szarego czy postaci blue i jej rodziny. Dzięki temu mamy okazję dostrzec, że specyfika stylu Maggie Stiefvater ma też duże znaczenie na poziomie emocjonalnym. A i tak nie jest to wciąż największy atut „Wiedźmy z lustra".

Trzeci tom cyklu kładzie duży nacisk na relacje pomiędzy poszczególnymi bohaterami. Maggie Stiefvater skupia się na subtelnych gestach, małych zmianach o dużym znaczeniu. Jeżeli wątek romantyczny jest czymś co zazwyczaj przeszkadza Wam w lekturze, „Wiedźma z lustra" może okazać się rozczarowaniem, ale ja jestem zachwycona sposobem w jaki przedstawione są poszczególne relacje. W porównaniu do „Złodziei snów", trzeci tom nie jest tak mocno skupiony wokół jednej postaci, ale dowiadujemy się więcej o Blue i jej rodzinie.

Dla mnie, osoby zauroczonej historią Kruczych chłopców , „Wiedźma z lustra" nawet w najmniejszym stopniu nie stanowiła rozczarowania. Żałuję tylko, że nie zdecydowałam się na lekturę szybciej. Specyfika stylu autorki sprawia, że nie jest to seria dla każdego, ale zdecydowanie warto dać twórczości Maggie Stiefvater szansę. Ja już nie mogę się doczekać lektury „Przebudzenia króla". 

„Wiedźma z lustra” Maggie Stiefvater; tłum. Piotr Kucharski; wydawnictwo Uroboros; Warszawa 2016 ★★★★★
Read more

wtorek, 3 lipca 2018

Co działo się w czerwcu albo podsumowanie miesiąca
lipca 03, 2018 Comments

Jeśli jesteście ze mną już jakiś czas, doskonale zdajecie sobie sprawę z tego, że należę do grona osób, które bez większego problemu czytają co miesiąc sporą liczbę (bo oscylującą wokół dziesięciu) tytułów. Trochę dlatego, że po prostu czytam stosunkowo szybko, a trochę dlatego że traktuję lekturę jako najprzyjemniejszy, a przez to najczęstszy sposób na relaks i nawet w obliczu sporej ilości obowiązków staram się na nią wygospodarować chociaż kilka minut dziennie. Czytam w  domu, komunikacji miejskiej, czekając na znajomych albo aktualizacje Windowsa. Ale w czerwcu znacznie trudniej było mi wygospodarować te krótkie chwile w ciągu dnia, o czym wspominałam Wam już w majowym podsumowaniu. I i tak jestem zaskoczona jak wiele udało mi się przeczytać na przestrzeni ostatnich 30 dni. Mianowicie przeczytałam aż siedem powieści i rozpoczęłam jeszcze dwie kolejne. Wśród nich znalazły się pozycje słabsze (niestety), ale też takie, które trafiły do grona najlepszych tytułów jakie miałam okazję czytać w tym roku - można więc uznać, że równowaga została zachowana. 

A co dokładnie czytałam w czerwcu?

Opposition, Jennifer L. Armentrout ★★★☆☆
Finalny tom serii nie odbiega poziomem od poprzednich tomów, co jest o tyle dobrą informacją, że w przypadku gdy jesteście wielbicielami całego cyklu Lux, nie powinniście być rozczarowani lekturą. Równocześnie jednak Jennifer L. Armentrout wciąż powiela elementy, które przeszkadzały mi w czerpaniu przyjemności z lektury - choćby jeśli mowa o nienaturalnym tempie akcji i szybkiego przechodzenia do porządku dziennego nad śmiercią istotnych dla fabuły bohaterów. Niestety, wyłapałam tez sporo błędów wynikających z niedokładnej korekt - pojawiają się końcówki żeńskie zamiast męskich (lub na odwrót), a w niektórych scenach pomylone zostają nawet imiona bohaterów. Jennifer L. Armentrout udało się odwrócić moją uwagę w stresującym okresie, a sama historia nie pozbawiona jest humoru, ale to typowa pozycja guilty pleasure. 

Grzech, Max Czornyj ★★½☆☆
Powieść autorstwa Maxa Czornyja stanowi niestety dla mnie spore rozczarowanie. Po opiniach zasłyszanych na innych blogach czy facebookowych grupach, spodziewałam się niestety czegoś znacznie lepszego. Tymczasem Grzech jest lekturą po prostu przeciętną - z całkiem ciekawym głównym bohaterem i dobrze nakreślonym obrazem Lublina w tle, ale niewiele ponad to. Nie ukrywam, że po lekturze kryminałów autorstwa Wojciecha Chmielarza czy Anny Kańtoch, przywykłam do nieco wyższych "standardów" jeśli chodzi o język. Czułam się też bardzo niekomfortowo czytając o poszczególnych zbrodniach - przeszkadzała mi graficzność pewnych opisów, przerysowanie i potencjalnie religijne konotacje. Czy sięgnę jeszcze po twórczość autora? Zapewne tak, ale już z mniejszymi oczekiwaniami.

Sekret listu, Lucinda Riley ★★★☆☆
Jak wspominałam Wam już w osobnym tekście TUTAJ, mam całkiem pozytywne wrażenia po lekturze Sekretu listu. Wątek otrzymanego listu jest ciekawy i zaskakujący, a co ważniejsze - pozostaje taki na przestrzeni całej powieści. Trochę tu niepotrzebnej sztuczności, a sama historia mocno traci na wiarygodności, ale nie są to elementy, które mogłyby zakłócić przyjemność z lektury. Czy jest to najlepsza powieść Lucindy Riley jaką czytałam? Nie. Ale wciąż warta jest tego by się z nią zapoznać.

Przejęcie, Wojciech Chmielarz ★★★★☆
Wojciech Chmielarz wciąż utrzymuje się w czołówce moich ulubionych polskich autorów - i to nie tylko tych, którzy specjalizują się w kryminałach. Tym razem sprawa, którą rozwiązuje komisarz Mortka nie jest już tak "kameralna" jak w poprzednich tomach - historia ma ogromny rozmach i być może traci nieco przez to na wiarygodności. Z tym, że Wojciech Chmielarz ma przy tym tak fantastyczne pióro, że w jego wydaniu "kupuję" nawet taki scenariusz. Podoba mi się to, że z kolejnym tomem poznajemy jeszcze bardziej głównych bohaterów; że poprzednie wydarzenia nie pozostają bez wpływu na zachowania postaci; i że w fabule zaczynają się przewijać silne, damskie sylwetki. 

Kirke, Madeline Miller ★★★★★
Najnowsza powieść Madeline Miller przekonała mnie do siebie bardziej niż jej debiutancka historia dotycząca postaci Achillesa. Podoba mi się nie nachalność z jaką autorka zapoznaje nas z licznymi wątkami mitologicznymi (przy czym znajomość greckiej mitologii nie jest absolutnie niezbędna by czerpać przyjemność z lektury); to w jak kompleksowy sposób Miller tworzy swoje bohaterki (zwłaszcza te kobiece); i z jaką lekkością pisze o emocjach. Dla mnie Kirke  jest doskonałym przykładem lektury uniwersalnej - napisanej na tyle przystępnym językiem by czytelnik, który zazwyczaj czytuje literaturę rozrywkową, mógł czerpać przyjemność z lektury, a równocześnie nie na tyle prostym by traktować go w kategorii wady.

Zombie, Wojciech Chmielarz ★★★★☆
Trudno mi jednoznacznie stwierdzić, którą z serii Wojciecha Chmielarza cenię sobie bardziej. Uwielbiam Mortkę, ale cykl Gliwicki nie przestaje mnie zaskakiwać odwagą - bohaterowie znowu szokują swoją "szarawą moralnością"; dla autora Wolski i Górski wydają się równie istotni (a może nawet istotniejsi) niż samo śledztwo, przez co akcja ma raczej powolne tempo... Spotkałam się z opiniami, że Zombie jest powieścią zbyt rozwleczoną, ale nie mogę się z tym zgodzić. Dzięki tym dodatkowym stronom możemy się dokładniej przyjrzeć poszczególnym postaciom i spróbować zrozumieć ich motywacje, a także dostrzec subtelne różnice w ich zachowaniach. Mam nadzieję, że to nie ostatnie słowo autora jeżeli chodzi o losy Wolskiego i Górskiego.

Żona oficera, Philippa Gregory ★★☆☆☆
Bardzo zmęczyła mnie lektura Żony oficera i nawet pomimo tego, że dostrzegam pewne zalety powieści Philippy Gregory, nie mogłabym Wam jej polecić. Nie da się nie zauważyć tego jak niewłaściwymi pobudkami są podyktowane decyzje postaci i jak łatwo przyczyniają się oni do własnego nieszczęścia. Nie udało mi się znaleźć chociaż jednego bohatera, do którego czułabym choćby odrobinę sympatii, a przez to przez znaczną część nie obchodziły mnie ich losy i zastanawiałam się czy w ogóle warto skończyć lekturę. Żałuję ogromnie bo samo podejście do traumy powojennej i temat przepaści pokoleniowej były dla mnie niesamowicie ciekawe.

Co działo się na blogu?

Opowiedziałam Wam o jednej z najlepszych książek jakie przeczytałam w 2017 roku, czyli Złodziejce. Zdradziłam Wam co przeczytałam w maju, w tym nieco więcej o pewnym kryminale retro czyli Morderstwie w pociągu. No i podzieliłam się z Wami tym w jaki sposób śledzę swoje postępy czytelnicze. Oby w lipcu było tylko lepiej.
Read more