czerwca 2018 - Zlodziejka Ksiazek

sobota, 30 czerwca 2018

W jaki sposób śledzę swoje czytelnicze postępy?
czerwca 30, 2018 Comments

Nie jestem najlepiej na świecie zorganizowanym człowiekiem. Od kilku miesięcy nie korzystałam ze swojego kalendarza; odkąd zaczęłam studia nie udało mi się przygotować postów „na zapas”, na okres gdy sama będę zajęta nauką do egzaminów (a zawsze to sobie obiecuję!); a dzień wypełniony od rana do wieczora czynnościami, które „koniecznie trzeba zrobić”, autentycznie wywołuje u mnie atak paniki. Są jednak pewne aspekty życia, które śledzę z pedantyczną wręcz dokładnością; gromadząc wszelakiego rodzaju listy i tabelę. A właściwie jeden taki aspekt - moje czytelnicze postępy. Kiedy w styczniu opublikowałam post z podsumowaniem 2017 roku, z wykresami i różnymi statystykami, sporo z Was wydawało się zaskoczonych - jak chciało mi się go przygotować? Tymczasem w rzeczywistości zabrał mi on znikomą ilość czasu - wszystkie dane zbierałam bowiem na bieżąco; w kalendarzu, arkuszach kalkulacyjnych i wszelkiego rodzaju portalach społecznościowych. 

Po co spytacie? Lubię od czasu do czasu zerknąć w jaki sposób prezentują się moje czytelnicze wybory; sprawdzić czy czytam wystarczająco różnorodnie, albo czy nie zaniedbuję swoich  domowych zbiorów (spoiler alert! Tak, zaniedbuję). I może dokumentowanie tego typu informacji w jednym miejscu byłoby wystarczającym rozwiązaniem, ale sprawia mi to zbyt dużo frajdy by z tego zrezygnować. A z jakich konkretnie narzędzi korzystam?

Lubimyczytac.pl i Goodreads

Przez bardzo długi okres czasu posiadałam konto tylko na jednym z portali - najpierw było to Lubimyczytac.pl, a potem Goodreads - ale nie tak dawno zaczęłam regularnie aktualizować informacje na obu profilach. Pozornie wykorzystuje je do podobnych celów - oceniania przeczytanych  lektur i budowania bazy tytułów, po które dopiero chciałabym sięgnąć; równocześnie jednak każdy posiada jakąś unikatową funkcję. Goodreads (poza tym, że po prostu preferuję jego system oceniania) dostarcza mi informacji na jakie zagraniczne premiery warto czekać i umożliwia uczestnictwo w corocznym wyzwaniu. Lubimyczytac.pl za to stanowi doskonałą bazę informacji jeśli chodzi o polskie wydania, w tym zapowiedzi. I nawet jeśli żaden z tych portali nie pozostaje bez wad, nie wyobrażam sobie zrezygnowanie z posiadania tam kont. 

Google spreadsheets

Arkusze Google’a są moim centrum dowodzenia. O ile zarówno Lubimyczytac.pl jak i Goodreads pozwalają mi jedynie na ocenę danego tytułu, o tyle w specjalnie przygotowanych arkuszach przechowuję wszystkie istotne dla mnie informacje. Jeden plik stanowi spis wszystkich posiadanych przeze mnie tytułów (z uwzględnieniem tego czy czytałam już daną pozycję), inny - bazę danych na temat lektur jakie przeczytałam w danym roku oraz moje postępy odnośnie postanowień noworocznych. Oprócz podstawowych informacji takich jak tytuł, autora czy ocenę, zapisuję także czy dana pozycja stanowi fragment serii; czy czytam ją po raz pierwszy czy kolejny; rok jej wydania i gatunek; płeć autora i jego pochodzenie; a także to czy książka pochodziła z moich domowych zbiorów, biblioteki, czy też była egzemplarzem recenzenckim. W ten sposób znam swoje nawyki i wiem co powinnam zmienić by jakoś urozmaicić swoje czytelnicze wybory np. nie czytać jedynie literatury amerykańskiej czy nowości. 

Bookly

Bookly to aplikacja mobilna, która śledzi nasze czytelnicze postępy. Posiada pewne punkty wspólne z Goodreads jak choćby możliwość aktualizowania przeczytanych  stron, ocenianie już skończonych książek, czy stawianie samemu sobie wyzwań. Ale równocześnie Bookly posiada pewne unikatowe funkcje, których nie znalazłam nigdzie indziej - liczy za mnie tempo mojego czytania (pod względem czasu i przeczytanych stron) i zapewnia wszystkie może niepotrzebne, ale dla mnie ciekawe statystyki. 

Reading journal

„Winę” za rozpoczęcie przeze mnie czytelniczego dziennika w całości ponoszą dwie zagraniczne bookstagramerki/booktuberki - Lotte z lottelikesbooks i Kayla z booksandlala. Obserwując ich profile, nie mogłam nie zarazić się ideą prowadzenia własnego „reading journalu”. Od kwietnia moje strony są dość monotematyczne, ale i tak je uwielbiam - notuję swój TBR, każdą książkę jaka do mnie trafia, a także wszystkie tytuły jakie uda mi się w danym miesiącu przeczytać. Ale moją absolutnie ulubioną stroną jest „page tracker”, umożliwiający mi wizualizacje tego ile stron czytam każdego dnia. 

*

Jestem niesamowicie ciekawa czy korzystacie, albo chociaż znacie któreś z tych narzędzi. A przede wszystkim - w jaki sposób wy, jeśli w ogole, śledzicie swoje czytelnicze postępy. 
Read more

czwartek, 28 czerwca 2018

Morderstwo w pociągu, Jessica Fellowes
czerwca 28, 2018 Comments

Powieść Jessiki Fellowes trafiła do mnie niejako przypadkowo. Nie planowałam wcale lektury „Morderstwa w pociągu", nawet nie dlatego że opis wydał mi się nieinteresujący, po prostu - przy tak wielu premierach, inne tytuły zachęciły mnie jakby bardziej. Skoro jednak trzymałam już powieść Jessiki Fellowes w swoich rękach, postanowiłam dać jej szansę - zwłaszcza, że kryminał retro nie jest czymś z czym stykam się zbyt często. Czy było warto? Trudno mi tak naprawdę powiedzieć. Bo chociaż nie nazwałabym „Morderstwa w pociągu" historią złą, nie mogę pozbyć się wrażenia, że wkrótce o niej zapomnę.

Louise nie urodziła się w rodzinie o szlacheckim pochodzeniu i, w przeciwieństwie do debiutujących dam, zmuszona jest zarabiać na swoje utrzymanie. Nierozważne zachowanie wuja sprawia, że dziewczyna znajduje się w rozpaczliwej sytuacji. Cudem ucieka z odjeżdżającego pociągu i, dzięki protekcji dawnej przyjaciółki, rozpoczyna pracę w Ashtall Manor, siedzibie rodziny Mitfordów. Louise szybko staje się powiernicą najstarszej z dziewcząt - Nancy. Obie zaczynają się interesować sprawą zabójstwa powszechnie szanowanej Florence Nightingale Shore. Była pielęgniarka została zamordowana - w pociągu, z którego wyskoczyła Louise.

Wbrew temu co sugeruje tytuł powieści, samo morderstwo nie stanowi głównego wątku powieści. Cała intryga kryminalna ma raczej bardzo subtelny charakter i rozgrywa się  gdzieś w tle opowieści - zabójstwo Florence Nightingale Shore częściej jest tematem rozmów pomiędzy bohaterami niż przedmiotem śledztwa. w rzeczywistości powieść Jessiki Fellowes ma w sobie znacznie więcej wątków obyczajowych osadzonych w realiach powojennych (po I wojnie światowej) i radzi sobie z tym całkiem nieźle. Zwłaszcza jeśli chodzi o klimat.

Czytając „Morderstwo w pociągu" wielokrotnie natrafiamy na informacje, które w jakiś sposób oddają realia epoki. I nie chodzi tylko o pewne konwenanse czy bale arystokracji, ale kwestie związane bezpośrednio  z wojną - brak mężczyzn, demony z jakimi mierzą się Ci, którzy powrócili, czy sposób w jaki postrzegani byli Ci, którym udało się uniknąć udziału w walkach. I tylko szkoda, że jeśli mowa o głównej bohaterce, opieramy się na ogranym schemacie - biednej dziewczyny, która musi uciekać przed swoim krewnym i zmuszona jest schronić się w domu swojego pracodawcy.

Pewne wątpliwości budzi też we mnie samo zakończenie historii - powieść Jessiki Fellowes została luźno oparta na prawdziwych wydarzeniach - w kontekście samego morderstwa, ale też niektórych postaci. W związku z tym rozwiązanie intrygi - które nie ma nic wspólnego z faktami - wydaje się nieco kontrowersyjne. Owszem, osoby, które występują na kartach powieści już nie żyją, mimo to oczernianie postaci będących odzwierciedleniem realnych postaci budzi w pewnym stopniu jakieś wątpliwości.

„Morderstwo w pociągu" może nie do końca jest powieścią skierowaną do miłośników kryminałów - wątek obyczajowy, a nawet ten romantyczny odgrywają tu powiem większą rolę niż sama intryga. Ale historia Jessiki Fellowes ma w sobie jednak coś ujmującego i w trakcie lektury całkiem przyjemnie spędziłam czas. Tylko i aż tyle.

Morderstwo w pociągu” Jessica Fellowes; tłum. Robert Ginalski; wydawnictwo HarperCollins; Warszawa 2018  ★★★☆☆

Za możliwość lektury dziękuję wydawnictwu HarperCollins
Read more

wtorek, 26 czerwca 2018

Sekret listu, Lucinda Riley
czerwca 26, 2018 Comments

Myślę, że zdążyliście już zauważyć, że mój gust czytelniczy wymyka się raczej wszelkim kategoryzacjom. Czytam bardzo różnorodnie - poczynając od młodzieżówek, przez kryminały i thrillery, a na literaturze pięknej kończąc. Istnieje jednak kilka motywów, które wyjątkowo przyciągają mnie do lektury, a rodzinna tajemnica z przeszłości jest jednym z nich. Twórczość Kate Morton stanowi w moim odczuciu doskonały przykład na to w jaki sposób łączyć wątki z przeszłości z teraźniejszością, ale seria „Siedem sióstr" autorstwa Lucindy Riley również zdołała zaskarbić sobie moją sympatię. I dlatego nie mogłam się doczekać lektury „Sekretu listu" - nowej powieści autorki, tym razem spoza cyklu.

Joanna Haslam, młoda dziennikarka, zostaje postawiona pod ścianą - musi wziąć udział w nabożeństwie żałobnym upamiętniającym śmierć znamienitego aktora Jamesa Harrisona i przygotować na ten temat odpowiedni materiał. Nawet przez moment kobieta nie podejrzewa jednak do czego doprowadzi ją udział w tym wydarzeniu. Wkrótce po ceremonii Joanna otrzymuje list, od nieznajomej staruszki, którą spotkała podczas pogrzebu. Wszystko wskazuje na to, że kobieta znajduje się w posiadaniu skrzętnie utrzymywanej tajemnicy. Tajemnicy, w imię której niektórzy gotowi są do popełnienia najgorszej zbrodni.

„Sekret listu" posiada pewne punkty styczne z bestselerową serią autorki. Podobnie jak w przypadku „Siedmiu sióstr" tak i tu tajemnica z przeszłości staje się motorem wszelkich wydarzeń i osią wokół której zostaje zbudowana fabuła. Tym razem nie opowiada jednak swojej historii naprzemiennie, na dwóch płaszczyznach czasowych - wszystkie wydarzenia rozgrywają się pod koniec XX wieku, a rozwikłanie tajemnicy listu zostaje przedstawione za pośrednictwem dialogów. Nie traktowałabym tej odmiennej budowy w kategoriach wad i zalet - sama cenię sobie różnorodność dwutorowej narracji, ale już np. moja mama za nią nie przepada; wszystko leży zatem w kwestii waszego prywatnego gustu.

Sama intryga zbudowana wokół listu jest ciekawa i dobrze zbudowana - Lucinda Riley nie odkrywa za wcześnie wszystkich kart i długo trzyma swoich czytelników w niepewności. Żeby czerpać przyjemność satysfakcję z lektury należy zaakceptować pewną dozę absurdu i oderwania od rzeczywistości, ale przyznaję, że ten konkretny wątek pozytywnie mnie zaskoczył. Podoba mi się też to o czym Lucinda Riley pisze niejako między wierszami. Autorka w pewnym sensie obala stereotyp, z którym często stykamy się na co dzień - że posiadanie wpływowych bliskich zawsze jest zaletą i stawia nas na uprzywilejowanej pozycji.

Mimo całej mojej sympatii do autorki i jej powieści, nie mogę jednak nie wspomnieć o pewnych aspektach, które zakłóciły przyjemność jaką czerpałam z lektury. Niestety, nie da się ukryć, że w całej historii, zwłaszcza dialogach, pobrzmiewa pewna sztuczność. I nie chodzi nawet o nagminny problem bohaterki pt: „chciałabym, a boję się", ale też o tempo relacji czy fakt, że postacie wypowiadają się wyświechtanymi, zbyt górnolotnymi kwestiami rodem z filmów. W przypadku choćby „Siostry cienia" jakoś mniej rzucało mi się to w oczy.

Nie ukrywam, że seria „Siedem sióstr" przekonała mnie jednak jakby bardziej. Nie zmienia to jednak faktu, że „Sekret listu" wciąż jest lekką, ciekawą historią, z dobrze oddaną atmosferą tajemnic, przy lekturze, której można miło spędzić czas. I dlatego zachęcam Was do przeczytania tego tytułu, zwłaszcza jeśli już znacie i lubicie twórczość Lucindy Riley.

Sekret listu” Lucinda Riley; tłum. Paweł Lipszyc, Anna Esden-Tempska; wydawnictwo Albatros; Warszawa 2018  ★★★☆☆

A za możliwość lektury bardzo dziękuję wydawnictwu Albatros

Read more

niedziela, 24 czerwca 2018

Podsumowanie maja w połowie czerwca
czerwca 24, 2018 Comments

Myślę, że tak naprawdę nie muszę wiele tłumaczyć w kwestii mojej nieobecności na blogu. Jak chyba każdy student o tej porze roku, zostałam przygnieciona obowiązkami związanymi z zakończeniem semestru - projektami zaliczeniowymi i egzaminami, które w połączeniu z odbywanym wolontariatem podczas miesiąca fotografii pochłonęły cały mój czas. W końcu jednak nadszedł moment, w którym mogę, a przynajmniej mam taką nadzieję, nieco odpuścić i powrócić do blogowania. Mam wrażenie, że ten rok nie jest szczęśliwy dla Złodziejki i całej mojej działalności internetowej. Coraz więcej osób porzuca śledzenie blogów na rzecz mediów społecznościowych (zwłaszcza Instagrama, którego na chwilę obecną nie prowadzę), a jeszcze moja aktywność „w kratkę” tutaj nie sprzyja przyciąganiu nowych czytelników czy chociaż zatrzymaniu tych starych. Postaram się jednak nad tym popracować, bo Złodziejka na chwilę obecną stanowi jednak ogromny fragment mojego życia i nie chciałabym jej tak po prostu porzucać, a już na pewno nie walkowerem. 

Niewykluczone, że w momencie gdy podejmę jakieś decyzje, stworzę oddzielny wpis z moimi pomysłami i zamiarami. Tymczasem jednak chciałam Was zaprosić na nieco spóźniony post podsumowujący czytelniczy maj - zdecydowanie mój ulubiony miesiąc w roku, nawet jeśli wisi wówczas nade mną widmo sesji; trochę dlatego że to miesiąc urodzin moich i Złodziejki, ale nie tylko - po prostu jest to okres, który ma w sobie coś wyjątkowego. Biorąc pod uwagę liczbę egzaminów z jakimi musiałam się zmierzyć i innymi obowiązkami, jestem zaskoczona ilością lektur jakie udało mi się przeczytać - było ich aż dziesięć, a także pozytywnie podbudowana jakością każdej z nich - udało mi się bowiem znaleźć kilka nowych ulubieńców. Jedyne nad czym muszę popracować w nadchodzących miesiącach to stosunek pozycji z moich własnych półek do tych pochodzących z innych źródeł.  

Łaska, Anna Kańtoch ★★★★

Czytam ostatnio sporo kryminałów czy też tytułów „z dreszczykiem” - thrillerów i wszelakiego rodzaju gatunkowe hybrydy, co z pewnością ma związek z tym, że dołączyłam niedawno do Facebookowej grupy Czytamy kryminały i znajduję tam sporo inspiracji, i wydawało mi się że trudno będzie mi znaleźć tytuł, który w jakimś stopniu mnie zaskoczy. Myliłam się. I nie chodzi nawet o to, że Anna Kańtoch proponuje w „Łasce” jakieś szalone plot twisty, bo domyśliłam się zakończenia na długo przed bohaterami, ale o to w jaki sposób ta powieść jest napisana. I chodzi mi zarówno o styl jakim posługuje się autorka, jak i klimat powieści. Brudna, zatęchła od skrywanych tajemnic, małomiasteczkowa atmosfera bije z każdej strony; a kreacje bohaterów - zaskakująco pełne szarości - tylko ten obrazek uzupełniają. To tego rodzaju lektura, która w moim odczuciu może przekonać nawet czytelnika nieco bardziej wymagającego.  

Poprosisz mnie o śmierć, Peter James ★★★

Powieść Petera Jamesa nie jest klasycznym kryminałem, w którym staramy się rozwiązać zagadkę tożsamości mordercy/porywacza etc. Jako czytelnik znajdujemy się na pozycji bardziej uprzywilejowanej niż bohaterowie - wiemy kim jest „czarny charakter”, a czasami wręcz przebywamy w jego umyśle. Peter James mimo wszystko potrafi utrzymać zainteresowanie czytelnika - kolokwialnie rzecz ujmując „sporo się dzieje”; poza tym fragmenty z perspektywy naszego stalkera są niesamowicie intrygujące i niepokojące. Gdybym miała coś zarzucić autorowi, przyczepiłabym się raczej o wątki obyczajowe - trochę za bardzo wyczuwam tu inspiracje brazylijskimi telenowelami. A więcej możecie poczytać TU

Marzyciel, Laini Taylor ★★★★★

Kiedy na temat jakiejś powieści słyszy się tak wiele pozytywnych opinii jak w przypadku „Marzyciela”, bardzo łatwo o rozczarowanie - bo rzadko  zdarza się by takie rzeczywistość sprostała takim oczekiwaniom. Laini Taylor się to udało. „Marzyciel” nie jest fantastyką młodzieżową, w której akcja goni akcję i brakuje momentu na zaczerpnięcie oddechu. To powieść o niespiesznym tempie; niepowtarzalnym onirycznym, magicznym klimacie; i niezwykle rozbudowanym świecie. Uwielbiam kiedy lektura zmusza mnie do pewnego zastanowienia i refleksji, zwłaszcza w kontekście „czarnych bohaterów”, a tutaj właśnie tak jest - bo Laini Taylor pozwala nam zrozumieć motywy obu stron. Koniecznie do przeczytania dla wielbicieli niebanalnych, niespiesznych historii. 

Zanim pozwolę Ci wejść, Jenny Blackhurst ★★★

Jenny Blackhurst nie idzie na łatwiznę jeśli chodzi o poruszony w powieści główny wątek. Podczas gdy thrillery zostały zdominowane przez problematykę małżeństwa i związków damsko-męskich ogółem, Blackhurst pisze przede wszystkim o przyjaźni. I już choćby za to ma u mnie ogromnego plusa. Muszę też przyznać, że całość czytało mi się po prostu szybko i przyjemnie. W moim odczuciu zostało nam, czytelnikom podrzucona zbyt duża liczba tropów i odgadłam finalny plot twist na długo przed finałem. Owszem, nie zawsze jest to coś co przeszkadza mi w lekturze, ale tym razem ewidentnie czułam że nie taki był zamysł autorki. A więcej przeczytacie o tym tytule TUTAJ

Origin, Jennifer L. Armentrout ★★★

Trudno pozbyć mi się wrażenia, że Jennifer L. Armentrout nie do końca jest w stanie wykorzystać w pełni swoje pomysły; że chce za dużo i za szybko, co odbija się na jakości serii. Wciąż utrzymuje, że cała seria „Lux” ma uzależniający charakter i połyka się ją przez to w całości, na jeden „chaps” (dlatego zresztą nie mogę ocenić „Origin” negatywnie), ale dostrzegam coraz więcej niedociągnięć opowiadanej historii - powtarzanie tych samych rozwiązań fabularnych, przede wszystkim jeśli chodzi o błędne decyzje bohaterów. Czwarty tom jeszcze bardziej wchodzi w wątki paranormalne i na mój gust jest już zbyt udziwniony. Natomiast na okres sesji sprawdził się doskonale.

Farma lalek, Wojciech Chmielarz ★★★★

Powoli przekonuję się co do tego, że nazwisko pana Wojciecha Chmielarza stanowi swego rodzaju gwarant literatury na poziomie. To już trzecia samodzielna powieść autora z jaką miałam okazję się zapoznać i trzecia znakomita historia kryminalna. Podoba mi się, że autor nie serwuje nam na każdej stronie kolejnych plot twistów, a śledztwo ma naturalne, powolne tempo; podoba mi się sposób w jaki przedstawiona zostaje postać głównego bohatera, od takiej "ludzkiej" strony; i podoba mi się to, że bez najmniejszych wątpliwości mogę przyznać, że jest to powieść dobrze napisana. Ostrzegam jedynie, że tym razem, w „Farmie lalek", przewija się nieco kontrowersyjnych opinii - w odniesieniu do społeczności Romów czy też pewnego uprzedmiotowienia kobiet. Tyle, że nawet w tej kwestii autor wychodzi obronną ręką, nie mam bowiem wątpliwości co do tego, że są to opinie poszczególnych bohaterów, a nie samego autora.

To, co możliwe, Elizabeth Strout ★★★

To już trzecia powieść Elizabeth Strout z jaką miałam okazję się zapoznać i jeśli miałabym być szczera w stosunku do Was jak i samej siebie, wywarła ona na mnie zdecydowanie najmniejsze wrażenie. Utrzymuje swoje przekonanie, że Strout jest niesamowicie utalentowaną autorką, „świadomą słowa” i że jej proza, choć w pewnym sensie sucha i wyciszona, potrafi namieszać w umyśle czytelnika. Ale tym razem czytając kolejne „opowiadania”, czułam się całkowicie odseparowana emocjonalnie od opowiadanych historii, a niektóre wydały mi się zupełnie niewiarygodne. Jeżeli dopiero zamierzacie zapoznać się z twórczością Elizabeth Strout, polecałabym sięgnąć po inny tytuł - zwłaszcza „Okruchy codzienności” (w nowym tłumaczeniu „Olive Kitteridge”)

Morderstwo w pociągu, Jessica Fellowes ★★★

Dawno nie czytałam żadnego retro kryminału i chociaż lektura „Morderstwa w pociągu” była raczej przeze mnie nieplanowana, czułam że mogę się miło zaskoczyć. Powieść Jessiki Fellowes jest jednak historią raczej przeciętną przede wszystkim, dlatego że oscyluje wokół dosyć oklepanego motywu biednej dziewczyny, która ucieka przed „złym krewnym”. Sama intryga kryminalna zostaje zepchnięta raczej na drugi plan, a oddanie realiów powojennego Londynu jest, co prawda miłym, zaledwie dodatkiem. Mam też pewne wątpliwości odnośnie samej intrygi, ale o tym przeczytacie już w osobnym tekście.

Scarlet, Marissa Meyer ★★★★★

Trochę jest prawdy w tym, że Saga Księżycowa jest co prawda powieścią Young Adult, ale takiej „starej szkoły” - niezbyt brutalnej, wolnej od wszelkiego rodzaju seksualnego napięcia i stawiającej przede wszystkim na kreacje bohaterów, z którymi łatwo się zidentyfikować i dynamiczną fabułę. Tylko że absolutnie mi to nie przeszkadza, bo Marissa Meyer wie jak takie historie opowiadać. Na kartach powieści czuć baśniowy klimat, a „Scarlet” doskonale sprawdza się w roli drugiego tomu serii - kontynuuje porozpoczynane wątki, ale równocześnie poszerza granice świata i przedstawia zupełnie nowe (absolutnie cudowne) postacie (zwłaszcza Captain Thorne!). Nie jest to może cykl, który usatysfakcjonuje każdego czytelnika, ale warto dać mu szansę.

Grace i Grace, Margaret Atwood ★★★★½

Chociaż lektura „Grace i Grace” już dawno chodziła mi po głowie, faktyczne sięgnięcie po powieść  zajęło mi trochę czasu. I trochę żałuję, bo Atwood jak zwykle zachwyca. Warto jednak podkreślić, że chociaż jednym z głównych wątków pozostaje kwestia popełnionej zbrodni, nie jest to klasycznie zbudowana intryga kryminalna. Jak to w powieściach Margaret Atwood, autorka zachwyca kreacją bohaterów (a już przede wszystkim tytułowej Grace) oraz stylem i zabawą formą. W moim odczuciu jest to historia nieco bardziej uniwersalna niż choćby „Penelopiada” i idealnie nada się na pierwsze spotkanie z twórczością autorki.

A Wy co ciekawego przeczytaliście w maju?
Read more

niedziela, 3 czerwca 2018

Złodziejka, Sarah Waters
czerwca 03, 2018 Comments

Wybór powieści, które zabieram ze sobą na wakacje zawsze zajmuje mi sporo czasu. Jeśli czytam jakąś pozycje w zupełnie odmiennym otoczeniu niż zazwyczaj, czy to na plaży, w górach, czy po prostu innym mieście, na dłużej zapada ona w mojej pamięci i dlatego zależy mi na tym aby wrażenia z takiej lektury były co najmniej pozytywne. W tym roku się udało. Chociaż przyznaję, że kiedy otwierałam powieść Sarah Waters „Złodziejkę", siedząc na plaży w Cala Rajadzie nie spodziewałam się, że będzie to jedna z najlepszych historii jaką przeczytam w 2017 roku.

Sue Tinder jest sierotą - córką morderczyni i złodziejki, wychowywaną całe życie przez grupę drobnych oszustów i paserów, w domu przy Lant Street. Nieoczekiwanie zyskuje jednak szansę na to by zmienić swój los - musi tylko pomóc jednemu ze złodziejaszków w pewnym skoku. Plan jest starannie opracowany i prosty do zrealizowania - Sue, udająca młodą służącą, musi tylko umożliwić mężczyźnie zbliżenie się do panny Maud Lilly - wykształconej młodej kobiety wychowywanej w odosobnieniu przez ekscentrycznego wuja. A następnie zdradzić swoją nową panię.

Zanim rozpoczęłam lekturę „Złodziejki", o twórczości Sarah Waters wiedziałam tak naprawdę jedynie to, że autorka często wplata w swoje powieści wątek LGBT - w szczególności relacje damsko-damskie. I rzeczywiście, pojawia się on na kartach tej konkretnej historii, choć nie w takich proporcjach jak się tego spodziewałam. Biorąc pod uwagę fakt, że słyszałam o „Złodziejce" jedynie w kontekście reprezentacji wątku LGBT, założyłam, ze jest on centralnym punktem fabuły, czymś co stanowi główną problematykę powieści. Tymczasem jakikolwiek erotyzm jest bardzo subtelny a Sarah Waters opisuje relacje pomiędzy Sue i Maud gdzieś pomiędzy wierszami, To zdecydowanie dobrze nakreślony wątek - przekonujący i budzący spore emocje, w jakiś sposób ujmujący - ale autorka ma do zaoferowania znacznie więcej.

Złodziejka" jest powieścią bardzo dobrze skonstruowaną i przemyślaną. Jeśli nie otrzymujemy jakiejś informacji, prawdopodobnie autorka ma w tym pewien cel i prędzej czy później wypełni w jakiś sposób niniejszą lukę. W tej historii wszystko do siebie pasuje i łączy się w spójną, zaskakującą całość. Gdzieś już zresztą wspominałam, że  to właśnie w „Złodziejce" natrafiłam na największy plot twist nie tylko 2017 roku, ale kilku ostatnich lat. Do tego stopnia, ze musiałam na moment odłożyć lekturę na bok żeby otrząsnąć się z szoku. I jasne, prawdopodobnie częściowo mogło to być spowodowane tym, że po prostu nie oczekiwałam, a co za tym idzie nie dopatrywałam się żadnych zwrotów fabularnych - w przeciwieństwie np. do thrillerów. Ale nie była to jednorazowa sytuacja, a po pierwszym plot twiście zdecydowanie stałam się niesamowicie podejrzliwym czytelnikiem.

Podziwiam także Sarah Waters za kreacje nieoczywistych i niejednoznacznych bohaterek, które mimo to budzą sympatię w czytelniku. Nie mogę i nie chcę zdradzić Wam zbyt wiele, ale w trakcie lektury „Złodziejki" z pewnością zakwestionujecie czy motywy jakimi kierują się postacie są rzeczywiście moralnie właściwe, a nawet jeśli w to zwątpicie - nie przestaniecie kibicować im w osiągnięciu sukcesu. Zwłaszcza, że doskonale nakreślone realia Anglii XIX wieku w odniesieniu do sytuacji i pozycji kobiet, sprawiają, że trudno zapanować nad pewnym odruchem współczucia w odniesieniu czy to do Sue, czy Maud, czy nawet innych kobiecych sylwetek.

Wiem, że przy obecnej liczbie wydawanych w danym roku pozycji, większość z nas, nałogowych Książkoholików, skupia się przede wszystkim na nowościach, ale warto także dać szansę nieco starszym tytułom. „Złodziejka" to taka powieść, która oferuje czytelnikom cały pakiet atrakcji; doskonale oddane realia epoki, świetnie skonstruowane bohaterki i efekt zaskoczenia, a nawet, poszukiwany przez współczesnych Książkoholików w literaturze, motyw LGBT. Jeśli tylko będziecie mieć szansę na lekturę, nie zastanawiajcie się dwa razy.  

Złodziejka” Sarah Waters; tłum. Magdalena Moltzan-Małkowska; wydawnictwo Prószyński i S-ka; Warszawa 2002 ★★★★★
Read more