stycznia 2018 - Zlodziejka Ksiazek

środa, 31 stycznia 2018

Co działo się w styczniu?: podsumowanie miesiąca
stycznia 31, 2018 Comments

Styczeń zawsze, a przynajmniej odkąd zaczęłam studia, jest dla mnie miesiącem trudnym. Niestety, należę do grona osób, które stresują się nawet błahymi sprawami i niepotrzebnie dzielą włos na czworo, a chociaż jak widzicie zdaję sobie z tego sprawę, trudno jest mi zwalczać stare nawyki i przezwyciężać własne słabości. Prawdopodobnie sprawiłam sobie kilka nowych siwych włosów na głowie, a wciąż czeka mnie perspektywa dwóch ciężkich egzaminów i konieczność dokończenia pracochłonnego projektu. Kiedy wciąż uczyłam się w liceum, irytowały mnie komentarze nauczycieli, że dopiero na studiach zobaczymy czym jest nauka, ale jest w tym ziarnko prawdy. Człowiek łatwo przyzwyczaja się do dobrego (czyt. tego, że przez kilka miesięcy praktycznie nie musi się uczyć), a potem musi nadrobić cały materiał w jeden dzień. Ale przecież nie o tym mieliśmy rozmawiać. 

Podejrzewałam, że styczeń nie będzie w moim przypadku nie będzie najlepszym czytelniczym miesiącem (taka tendencja utrzymuje się od kilku lat), ale prawdę powiedziawszy sama jestem zaskoczona tym jak dużo udało mi się przeczytać w przerwach pomiędzy kolejnymi egzaminami. Jak zobaczycie poniżej, zapoznałam się z dziewięcioma tytułami (z czego pięć znajdowało się na TBR-owej liście, którą opublikowałam na początku miesiąca, a jeden kolejny czytam aktualnie). Co ważne jednak, większość pozycji po które udało mi się sięgnąć, wywołało na mnie niesamowicie pozytywne wrażenie (z jednym widocznym faworytem!).

PRZECZYTANE:

Jak zawsze, Zygmunt Miłoszewski ★★★½☆

W tym tygodniu planuję publikacje posta, w którym opowiadam Wam trochę więcej o moich wrażeniach z lektury Jak zawsze, ale już teraz mogę Wam zdradzić kilka szczegółów. Nie czytałam żadnej poprzedniej powieści autorstwa Zygmunta Miłoszewskiego, więc, co oczywiste, nie mam żadnych rozmyśleń na temat tego jak autor spisał się w zupełnie odmiennym gatunku. Jak zawsze przedstawia mi jednak jego twórczość w zdecydowanie pozytywnym świetle. Zdecydowanie podoba mi się sam koncept na fabułę - druga szansa na przeżycie swojego życia i alternatywna rzeczywistość Polski - a także sposób w jaki autor nakreślił relacje pomiędzy dwójką głównych bohaterów. Miałam natomiast problemy z tym aby początkowo wczuć się w lekturę. Zdecydowanie planuję sięgnąć po poprzednie tytuły w dorobku Zygmunta Miłoszewskiego, ale także jego przyszłe potencjalne powieści.

Mam na imię Lucy, Elizabeth Strout ★★★★☆

Po lekturze Okruchów codzienności (czy jak kto woli Olive Kittredge) w grudniu i teraz Mam na imię Lucy zaczynam dostrzegać w czym leży siła twórczości Elizabeth Strout. Jej powieści są niesamowicie ciche i subtelne, pomimo tego że traktują o tematach trudnych i równocześnie bolesnych. Akurat jeśli chodzi o Mam na imię Lucy na pierwszy plan zostaje wypchnięta nieco skomplikowana i szorstka (?) miłość pomiędzy matką a córką. Bardzo dużo rozgrywa się tutaj między wierszami, a specyficzny sposób opowiadania historii (bez zachowania chronologii, poruszający wiele, pozornie nieznaczących wątków) może być dla niektórych istotną wadą. Nawet przez moment nie żałowałam jednak lektury Mam na imię Lucy i z pewnością sięgnę jeszcze po kolejne pozycje z dorobku Elizabeth Strout. 

Wszystko czego Wam nie powiedziałam, Celeste Ng ★★★★★

Nie wiem czy pamiętacie, ale wspominałam o powieści Celeste Ng w poście, w którym starałam się przewidzieć potencjalne 5-gwiazdkowe lektury, ale jeśli to możliwe Wszystko czego Wam nie powiedziałam nie tylko sprostało moim oczekiwaniom, ale nawet je przewyższyło. Bardzo dawno nie czytałam historii, która wywołała we mnie tyle emocji - prawdopodobnie ostatnio był to Fioletowy hibiskus. Celeste Ng dotyka w swojej debiutanckiej powieści wiele trudnych tematów - pisze o trudnej sytuacji kobiet w latach 50; o relacji osób odmiennej rasy i o tym w jaki sposób może być ona postrzegana przez resztę społeczeństwa; o przeżywaniu żałoby; o tym, że nie każdy rodzic potrafi w równy sposób okazać swoją miłość dzieciom; i o tym, że niekiedy przerzuca się własne marzenia na kolejne pokolenie. Równocześnie jednak nawet przez chwilę nie miałam wrażenia, że jest tego za dużo i że autorka nie poświęca danej problematyce wystarczającej uwagi. Koniecznie sięgnijcie po Wszystko czego Wam nie powiedziałam, bo odnoszę wrażenie, że nie jest to pozycja zbyt popularna wśród polskich czytelników, a ja marzę o wydaniu kolejnej powieści Celeste Ng w Polsce.

Niedziela, która zdarzyła się w środę, Mariusz Szczygieł ★★★★☆

Bardzo długo, od czasu jednego ze spotkań w Krakowie w ramach Conrad Festivalu, uwielbiałam pana Mariusza Szczygła, nie znając równocześnie żadnej z jego pozycji. Wzięłam sobie jednak do serca postanowienie o czytaniu literatury faktu i wyczytywaniu swoich domowych zbiorów i w końcu zmotywowałam się do lektury Niedzieli, która zdarzyła się w środę. Zdecydowanie doceniam zróżnicowanie tematyczne w tej niewielkiej rozmiarowo pozycji. Aby przedstawić w pełni portret zmieniającego się życia w Polsce w latach 90, Mariusz Szczygieł opowiada historie stojące za anonsami z gazet, wywiady ze zwolnionymi pracownikami czy krótką historie disco polo i wiele, wiele innych opowieści. Chwilami odczuwałam delikatne poczucie chaosu, ale wraz z kolejnymi rozdziałami doceniłam taką formę. I zakupiłam już kolejny reportaż Mariusza Szczygła.

Okrutna pieśń, Victoria Schwab ★★★★☆

Kiedy tylko przeżyję ostatnie egzaminy, z pewnością opowiem Wam o Okrutnej pieśni nieco więcej, bo uważam, że jest to tego rodzaju pozycja, której warto poświęcić chwilę uwagi. Owszem, jak większość młodzieżówek jest to literatura typowo rozrywkowa, ale Victoria Schwab wyciąga z gatunku wszystko co najlepsze. Zdecydowanie najmocniejszym punktem Okrutnej pieśni pozostaje sam pomysł na świat  wykreowany (i historia stojąca za tym w jaki sposób rodzą się potwory!), ale nie tylko on jest atutem tego tytułu. Autorka całkowicie rezygnuje ze stereotypu wyidealizowanych głównych bohaterów, nie rozwija wątku romantycznego i nie boi się opisu graficznych, brutalnych scen.

Królowa śniegu, Anna Klejzerowicz ★★☆☆☆

Jeśli wszystko czego Wam nie powiedziałam jest najlepszą powieścią jaką przeczytałam, to Królowa śniegu znajduje się na drugim końcu tej listy - jako największe rozczarowanie i najsłabszy tytuł jaki przeczytałam w styczniu. Pomijam już fakt, że w moim odczuciu Anna Klejzerowicz nie wykorzystała potencjału tkwiącego w baśniowej inspiracji, przez znaczną część lektury, byłam po prostu znudzona. Brakuje tu jakiegoś napięcia jakim powinien charakteryzować się kryminał, fragmenty napisane w narracji pierwszoosobowej brzmią infantylnie, a końcowy plot twist jest tak szybko zaproponowany, że nie wzbudza większych emocji. Jedynym plusem jest to, że tajemnica jaką skrywa jedna z bohaterek rzeczywiście okazuje się zaskakująca i "mocna". Tylko, że to trochę za mało. 

Kantor. Artysta końca wieku, Krzysztof Pleśniarowicz ★★★☆☆

Lektura Kantorowskiej biografii była najbardziej spontaniczną decyzją tego miesiąca. W semestrze zimowym uczęszczałam na monograf w języku angielskim poświęconym Teatrowi Śmierci i przed końcowym egzaminem chciałam jakoś uporządkować swoją wiedzę na temat życia artysty. Przeczytałam Kantora. Artystę końca wieku w jeden dzień, co nie było najbardziej fortunną decyzją, ale czułam presję zbliżającego się egzaminu. Prawdopodobnie w odmiennej sytuacji mogłabym czerpać z lektury nieco więcej przyjemności, ale i tak nie żałuję czasu spędzonego z tym tytułem. Profesor Pleśniarowicz ma ogromną wiedzę na temat życia i twórczości Kantora - z jego książki można wynieść mnóstwo nowych informacji, wzbogaconych wypowiedziami samego Kantora i licznymi fotografiami. Jedyne co przeszkadzało mi w trakcie lektury to pewne luki w tej pozycji, zwłaszcza dotyczące życia prywatnego artysty: np. nie pada ani jedno słowo o rozwodzie Kantora, a dowiadujemy się gdzieś między wierszami o drugim ślubie. Na wiosnę wydawnictwo Wielka Litera wydaje kolejną pozycję prof. Pleśniarowicza o Kantorze i jestem ciekawa jak wypadnie na tle starszego tytułu. (Poza tym zaliczyłam egzamin na 5, więc możliwe że to częściowo rzutuje na moją pozytywną opinię). 

Pasażerka, Alexandra Bracken ★★★★☆

Wydaje mi się, że jeżeli mieliście wcześniej do czynienia z twórczością Alexandry Bracken - zwłaszcza jeśli chodzi o trylogię Mroczne umysły - i nie przypadła Wam ona do gustu, istnieje naprawdę niewielka szansa na to, że tym razem będzie inaczej. Koncept na podróże w czasie i piratów może brzmieć zachęcająco dla szerszego grona czytelników, ale w trakcie lektury Pasażerki wyraźnie przebija charakterystyczny dla autorki styl. Co dla mnie nie było jednak wadą. Dostrzegam pewną schematyczność w wątkach i braki jeśli chodzi o przedstawienie reguł panujących w wykreowanej przez Alexandrę Bracken rzeczywistości. Ale nie zmienia to faktu, że autorka przedstawia swoich bohaterów w taki sposób, że czuję się niesamowicie zaangażowana w opowiadaną historię. Gdyby pojawił się jakiś wyraźniejszy wątek przyjaźni byłabym całkowicie ukontentowana, ale mimo wszystko z niecierpliwością wyczekuję zamknięcia dylogii.

Siostra cienia, Lucinda Riley ★★★★☆

Zdecydowanie Siostra cieni okazała się moim ulubionym tomem serii, prawdopodobnie dlatego że w fabułę wplecione zostały chyba wszystkie motywy guilty pleasure, do których mam wyjątkową słabość. Mamy więc ogromną rolę jaka odgrywa w powieści literatura; wątek relacji hate-to-love i ukazanie życia londyńskiej arystokracji tuż po panowaniu królowej Wiktorii. Skoro jeden z tych motywów wywołuje u mnie szybsze bicie serducha wyobraźcie sobie co się z nim działo przy takiej kumulacji. Dla miłośników serii lektura obowiązkowa. 

NAPISANE:

Trochę statystyk, czyli rok 2017 w książkach
Opinia na temat sagi rodzinnej osadzonej częściowo w Krakowie na tle II wojny światowej czyli Pokochałam wroga
Opinia na temat powieści młodzieżowej skupionej na wątku przyjaźni czyli Piękne złamane serca
Opinia na temat thrillera, w którym bardziej zaskakują portrety bohaterów niż zwroty akcji czyli Dziewczyny, które zabiły Chloe
Opinia na temat historii o rodzinie czyli O pięknie
Read more

czwartek, 25 stycznia 2018

O pięknie, Zadie Smith
stycznia 25, 2018 Comments

Lektura „O pięknie" nie była moim pierwszym zetknięciem z twórczością Zadie Smith, ale pod pewnymi względami czułam się jakby tak właśnie było. Chociaż po przeczytaniu „Londynu NW" oceniłam go stosunkowo wysoko, dwa lata później nie jestem w stanie przywołać żadnych szczegółów związanych z tamtą historią. Zbliżająca się wielkimi krokami polska premiera „Swing time" (która na ten moment jest już jakiś czas dostępna w księgarniach) zmotywowała mnie jednak do tego by powrócić do twórczości Zadie Smith. Wybór „O pięknie" podyktowany był rekomendacją jednej z zagranicznych booktuberek - Lauren z kanału Lauren And The Books, a chociaż lektura zajęła mi stosunkowo dużo czasu, jestem pozytywnie zaskoczona swoimi wrażeniami.

Howard Belsey jest typowym przedstawicielem klasy średniej - białym, liberalnym wykładowcą na Uniwersytecie Wellingtone, który od lat stara się skończyć swoją książkę na temat Rembrandta. Od lat mężczyzna jest związany z Kiki - czarnoskórą, ciepłą i żywiołową kobietą zatrudnioną w służbie zdrowia, ale ich małżeństwo przeżywa ostatnio silny kryzys po zdradzie jakiej dopuścił się Howard. Każde z dzieci Belsey'ów - Jerome, Zora i Levi - przeżywa tymczasem własne dramaty - problemy miłosne, uczelniane czy też swego rodzaju kryzys tożsamości. Kiedy do Ameryki sprowadzają się Kippsowie, losy obu rodzin splatają się ze sobą w nieprzewidziany sposób.

O pięknie" nie jest powieścią, którą czyta się szybko,a przynajmniej, jak już wspominałam, nie była nią w moim przypadku. Chociaż dostrzegam wiele zalet w historii Zadie Smith, nie będę ukrywać, że stosunkowo łatwo było mi odłożyć ów pozycję na bok i nie czułam naglącej potrzeby, żeby szybko sięgnąć po nią ponownie. „O pięknie" nie jest bowiem opowieścią, którą określiłabym mianem wciągającej - brak tu  szybkiej akcji, nagromadzenia tajemnic czy jakiegoś niezwykłego klimatu. Trudno też powiedzieć, że kontynuuje się lekturę z sympatii do bohaterów, dlatego że postacie wykreowane przez Zadie Smith są raczej problematyczne i niepozbawione przywar, które sprawiają, że czytelnik odczuwa względem nich pewien dystans.To powiedziawszy, nie zamierzam wcale zniechęcać Was do lektury „O pięknie", a i sama doceniam opowieść jaką przedstawia Zadie Smith.

Historia jaką opowiada nam na kartach swojej powieści Zadie Smith składa się w znacznej mierze z całkiem zwyczajnych scen życia codziennego, przedstawionych z dużą skrupulatnością i drobiazgowością - wspólnych posiłków i wyjść, sąsiedzkich spotkań, wykonywania pracowniczych obowiązków. Te proste i w dużej mierze znane nam z autopsji losy rodziny Belsey'ów stają się jednak pretekstem do tego by podjąć znacznie szerszą problematykę. I tak Zadie Smith w niezwykle naturalny, subtelny sposób podejmuje głos w temacie rasizmu, religii, pozycji społecznej czy małżeństwa. A chociaż podejmowana tematyka jest szeroka, nie jest też tak, że któreś z zagadnien nie wybrzmiewa w pełni.

Zadie Smith okazuje się przy tym niesamowicie wnikliwym i spostrzegawczym obserwatorem, zwłaszcza jeśli chodzi o relacje międzyludzkie. Poszczególne więzi jakie zostały nakreślone między poszczególnymi bohaterami - czy to na gruncie małżeńskim, czy rodzicielskim, czy nawet zwykłych znajomych - są niesamowicie wiarygodnie oddane i autorce udaje się zaznaczyć jak ogromną rolę mogą odgrywać zwykłe niuanse. A chociaż prozę Zadie Smith nie charakteryzuje jakiś wyrafinowany, kwiecisty język, jego prostota dobrze współgra z ogólnym przekazem.

O pięknie" nie jest lekturą trudną w odbiorze jeśli chodzi o zrozumienie, ale jeśli nie przekonuje Was literatura, która przekazuje coś za pomocą całkiem zwyczajnych scen, nie jest to pozycja dla Was. Natomiast w przeciwnym wypadku, zdecydowanie polecam Wam ten konkretny tytuł. Sama czuję się zachęcona do tego aby sięgnąć po kolejna powieść Zadie Smith i przekonać się co jeszcze ma do przekazania.

O pięknie” Zadie Smith; tłum. Zbigniew Batko; wydawnictwo Znak; Kraków 2006 ★★★★☆
Read more

wtorek, 23 stycznia 2018

Dziewczyny, które zabiły Chloe, Alex Marwood
stycznia 23, 2018 Comments

Debiut Alex Marwood intrygował mnie już od momentu polskiej premiery, o czym zresztą napomknęłam mimochodem opowiadając Wam o moich wrażeniach z lektury „Najmroczniejszego sekretu". Pomijając rekomendacje Stephena Kinga, który jak wiemy nie jest nieomylny w swoich osądach, przyciągał mnie sam zarys fabuły „Dziewczyn, które zabiły Chloe". Minęło jednak trochę czasu zanim faktycznie udało mi się zapoznać z powieścią autorstwa Alex Marwood. Trochę na przekór pierwotnym planom, nie było to też już moje pierwsze zetknięcie z twórczością autorki. Co ważniejsze jednak, okazało się one niemal równie udane.

Dwie jedenastolatki pochodzące z całkowicie różnych środowisk i znające się zaledwie jeden dzień - Bel i Jade - zostają skazane za zabójstwo ze szczególnym okrucieństwem. Dwadzieścia pięć lat później sprzątaczka Amber Gordon znajduje zwłoki dziewczyny. Jako że zbrodnia zostaje przypisana seryjnemu mordercy, sprawa szybko staje się medialna. Amber obawia się rozgłosu, zwłaszcza, że od lat ukrywa swoją prawdziwą tożsamość. Tymczasem w jednej z dziennikarek - Kirsty Lindsay, kobieta rozpoznaje osobę ze swojej przeszłości.

Lektura „Dziewczyn, które zabiły Chloe" wzbudzała we mnie emocje zbliżone do tych, które towarzyszyły mi przy „Najmroczniejszym sekrecie" Fabularnie są to całkowicie odmiennie historie, ale jednak dostrzegam między nimi pewne punkty wspólne. Sposób w jaki Alex Marwood pisze swoje powieści nie ma uniwersalnego charakteru i dostrzegam dlaczego jej twórczość zbiera raczej różnorodne opinie, także takie wskazujące na rozczarowanie lekturą. „Dziewczyny, które zabiły Chloe" nie są pozycją, które fundują czytelnikowi zaskoczenie - słowem, nie są napakowane plot twistami - i można by zarzucić autorce, że trochę zbyt szybko rozwiewa pewne wątpliwości wytrącając sobie z rąk kolejne mocne karty.

Ale chociaż rozpoznaje zarzuty jakie można wysunąć powieści Alex Marwood, osobiście po raz kolejny pozostaję pod wrażeniem sposobu w jaki autorka prowadzi swoje historie. „Dziewczyny, które zabiły Chloe", podobnie jak „Najmroczniejszy sekret", przedstawia naprzemiennie wydarzenia z przeszłości i czasów nam obecnych. Dzięki temu nie tylko stopniowo rozwiewa wszelkie nasze wątpliwości, udzielając odpowiedzi na kluczowe pytania t.j. co wydarzyło się dwadzieścia pięć lat temu z Chloe i kto stoi za morderstwami w okolicy; ale także ukazuje to w jaki sposób przeszłość i pozornie drobne wybory ukształtowało życie kilku rodzin.

Chociaż pozbawione elementu zaskoczeniu, nie powiedziałabym, że „Dziewczyny, które zabiły Chloe" nie szokują czytelnika. Sposób w jaki Alex Marwood kreuje swoich bohaterów i przedstawia pewne wydarzenia, w pewnym zakresie pogrywa z umysłem czytelnika i zmusza go do zmiany oceny pewnych sytuacji. Mocnym punktem „Dziewczyn, które zabiły Chloe" pozostają także wątki poruszone niejako mimochodem - konsekwencje poszczególnych ścieżek wymiaru sprawiedliwości oraz sposób w jaki media wpływają na postrzeganie rzeczywistości przez społeczeństwo.

Powtarzam się, ale w moim odczuciu chociaż proza Alex Marwood nie jest przeznaczona dla każdego, zdecydowanie warto dać jej szansę i przekonać się na własnej skórze czy należycie do grona jej wielbicieli czy też przeciwników. Prywatnie, „Najmroczniejszy sekret" bardziej do mnie przemówił, ale także przy lekturze „Dziewczyn, które zabiły Chloe" nie mogę nie docenić atmosfery  i dobrze rozplanowanej fabuły. Zdecydowanie jestem ciekawa co jeszcze Alex Marwood mi zaproponuje.

Dziewczyny, które zabiły Chloe” Alex Marwood; tłum. Magdalena Koziej; wydawnictwo Albatros; Warszawa 2015 ★★★★☆

Read more

niedziela, 21 stycznia 2018

Postanowienia czytelnicze na 2018 rok
stycznia 21, 2018 Comments

Zauważyłam ostatnio w blogosferze i vlogosferze - i to zarówno tej polskiej, jak i zagranicznej - trend na to by w 2018 roku nie stawiać przed sobą żadnych czytelniczych wyzwań, a jeśli już je stawiać - obrócić je o niemal sto osiemdziesiąt stopni od tych zwyczajowych: Czytać mniej!, Sięgać jedynie po te pozycje, na które mam ochotę! Szanuję to nastawienie, ale nie do końca rozumiem argumentów wysuwanych w tym kontekście przez czytelników. Że nie chcą czuć presji; że czytanie ma być przyjemnością a nie przymusem. Bo też i od kiedy czytelnicze postanowienia czynią z lektury obowiązek?

Lubię stawiać samej sobie wyzwania. Spisane na kartce, albo na blogu postanowienia motywują mnie do tego żeby próbować czegoś nowego i odkrywać o sobie jako o czytelniku zupełnie zaskakujące informacje. Gdyby nie swego rodzaju wyzwania, nie dowiedziałabym się, że uwielbiam twórczość Agathy Christie, Khaleda Hosseiniego czy Chimamandy Ngozi Adichie; nie przekonałabym samej siebie do twórczości polskich autorów; i prawdopodobnie nie skończyłabym lektury żadnej serii. Kiedy kilka lat temu nie udało mi się sprostać wyzwaniu na Goodreads, nie czułam do siebie pretensji. Nie zrezygnowałam też nigdy ze spotkania ze znajomymi czy rodziną, bo musiałam przeczytać jeszcze jedną książkę (chociaż czasami, gdy wciągnęłam się w lekturę, pokusa była ogromna). Dlatego na przekór trendowi by 2018 rok był wolny od jakichkolwiek postanowień, ja stawiam ich aż dziesięć!

Przeczytać 100 książek

Wiem że dla niektórych ta liczba jest niewyobrażalna, ale przez ostatnie kilka lat (na pewno od momentu założenia bloga) nie było roku, w którym przeczytałabym mniej niż te 100 pozycji. Jestem osobą, która czyta stosunkowo szybko, a na dodatek spędzam około 3 godzin dziennie w komunikacji miejskiej (albo nawet więcej) i nie potrafię wpatrywać się bezczynnie w okno. Owszem, póki co w styczniu czytam jakby wolniej i nie wiem czy jest to spowodowane stresem przed sesją, zimowym rozleniwieniem czy po prostu jakimiś zmianami w moim czytelniczym życiu. Ale podejrzewam, że w kolejnych miesiącach się to zmieni. 

Czytać książki z TBR-u na 2018 roku

Jest kilka książek, na których lekturze zależy mi w szczególności (chociażby dlatego, że zbyt długo zalegają na moich półkach), ale równocześnie potrzebuję jakiejś motywacji by a) nie zapomnieć o nich i b) faktycznie się z nimi zapoznać. Takich tytułów jest 18, z czego większość znajduje się na moich półkach. Postaram się opowiedzieć o nich jeszcze w styczniu, ale jeśli się nie uda - spodziewajcie się go w lutym. (Pochwalę się Wam już teraz, że jedną z nich czytam akurat obecnie! A zwlekałam z tym od lutego! Widzicie jak działają na mnie postanowienia noworoczne?). 

Czytać powieści nominowane do The Women's Prize for Fiction

Akurat o tym jednym konkretnym postanowieniu już Wam wspominałam przy okazji posta, w którym zamieściłam listę wszystkich nominowanych do tej pory tytułów. Wspominałam Wam też skąd akurat zainteresowanie tą konkretną nagrodą - miałam okazję czytać kilka pozycji z listów: niektóre z nich były po prostu dobre, ale inne znajdują się na liście moich ulubionych tytułów i mam cichą nadzieję, że wykonując ów wyzwanie, odnajdę nowych faworytów. 12 tytułów wydaje się racjonalną liczbą w skali roku, ale nie przywiązuje do niej aż takiej wagi. 

Wyzwanie “zrównoważonej biblioteczki”

Nigdy nie zależało mi na tym, żeby “wyzerować” liczbę nieprzeczytanych tytułów na moich półkach. Ale chciałabym nad nią w jakimś stopniu zapanować. I dlatego tak bardzo przekonują mnie wyzwania dziewczyn z zagranicznego booktuba - Drinking By My Shelf czy MercysBookishMusings. Nie będę wchodzić w szczegóły, bo nie ma to dużego znaczenia z punktu widzenia bloga czy kolejnych recenzji - po prostu podoba mi się wizja pewnej zależności zakupywanych pozycji od tych przeczytanych w danym miesiącu. A jeśli jesteście zainteresowani ideą, obejrzyjcie filmy na przywołanych kanałach. 

Czytać więcej powieści już znanych mi autorów

Mam taką przykrą tendencję do tego by nieustannie szukać czegoś nowego - zamiast kontynuować rozpoczęte serie, czytać kolejne pierwsze tomy; zamiast sięgać po twórczość autorów, którzy mnie jakoś zachwycili, zabierać się za pozycje autorstwa nieznanych mi osób. I chciałabym to w sobie jakoś zwalczyć. Wciąż mam do przeczytania powieści Chimamandy Ngozi Adichie i coś od Khaleda Hosseiniego; w 2017 roku zachwycałam się dziełami Margaret Atwood, Sarah Waters czy chociaż Elizabeth Strout. Nie chciałabym tu stawiać żadnych liczb, ale może po pierwszym kwartale opowiem Wam co nieco o moich postępach w tym zakresie. 

Kontynuować porozpoczynane serie

Kontynuując poprzednią myśl, wiecie o co mi chodzi. Mam pewne obawy, że teraz kiedy ograniczyłam liczbę historii YA czy NA, kontynuowanie serii może się skończyć licznymi rozczarowaniami, ale A) nie mam co do tego przecież pewności i B) są przecież serie w innych gatunkach (choćby kryminały, które przecież uwielbiam czy sagi rodzinne). Znowu, nie stawiam żadnych ilościowych progów, ale chciałabym na to po prostu zwrócić uwagę w codziennym doborze lektur. 

Brać udział w maratonach czytelniczych 

Nie mam zbyt dużego doświadczenia jeśli mowa o udzielę w maratonach czytelniczych - wyjątkiem jest 7ReadUp, ale świadomość, że w danym momencie także inni czytelnicy wypełniają podobne wyzwania i po prostu czytają jest cudowna. Chciałabym się przekonać czy częstszy udział w maratonach - np. raz na kwartał - jest czymś co sprawia mi przyjemność. Co prawda u nas w Polsce tego rodzaju wydarzenia nie są organizowane zbyt często, ale już zagraniczny booktube pozostawia większe pole do popisu. (Już teraz mogę Wam powiedzieć, że nie mogę się np. doczekać na Spookathon!)

Wyzwanie w 80 książek dookoła świata

Tym razem inspiruje się wyzwaniem polskiej blogerki - Marty Mrowiec. O ile jestem zadowolona (w większości przypadków) z gatunkowej różnorodności moich lektur, o tyle sięgam głównie po twórczość autorów anglojęzycznych lub naszych rodzimych autorów. A co z resztą świata? Nie mam pełnej listy 80 krajów z odpowiednimi tytułami i nie aspiruję do tego żeby przeczytać wszystkie 80 w 2018 roku, ale już 12 byłoby pewnym krokiem na przód jeśli chodzi o moje czytelnicze nawyki. Póki co wykreśliłam jeden kraj z listy, chyba najprostszy - Stany Zjednoczone, ale rok się przecież dopiero zaczyna. 

Dać szansę nowym gatunkom

Sama sobie trochę zaprzeczam - z jednej strony piszę o stosunkowo dużej różnorodności gatunkowej w moich czytelniczych wyborach, z drugiej wspominam o tym, że chcę dać szansę nowym gatunkom. Ale w tym szaleństwie jest metoda - zdaję sobie bowiem sprawę z tego, że za rzadko sięgam po literaturę faktu, że mogłabym spróbować zapoznać się z literaturą fantastyczną, albo nie tyle gatunkowi co po prostu zbiorom opowiadań. Kto wie? Może w ten sposób odkryję zupełnie nowe, fascynujące mnie rejony literatury?

Prowadzić regularnie bloga

W 2017 zdarzały się tygodnie gdzie nie publikowałam nic - trochę dlatego że w związku ze studiami miałam sporo nauki, ale trochę przez moje małe załamanie psychiczne. Nie chciałabym dopuścić znowu do ciszy na blogu bo przecież blogowanie sprawia mi mnóstwo przyjemności. Idealnie byłoby gdyby udało mi się zamieścić min. 2 teksty w tygodniu, ale jeśli rozkład zajęć na  uczelni czy inne obowiązki mi na to nie pozwolą, jeden to absolutne minimum. 

Ciekawa jestem czy Wy także zrezygnowaliście w tym roku z postanowień czy, podobnie do mnie, to właśnie w nich odnajdujecie motywację niezbędną do lektury? 

Read more

czwartek, 18 stycznia 2018

Najlepsze filmy obejrzane w 2017 roku
stycznia 18, 2018 Comments

Rok 2017 bardzo dużo zmienił w moim kulturalnym życiu. Po pierwsze, całkowicie i nieodwołalnie zakochałam się w Studiu Accantus. Co prawda ich muzyka pojawiła się w moim życiu już wcześniej - możliwe, że był to rok 2016, ale to właśnie w 2017 absolutnie przepadłam. Były recitale solistów - Kuby Jurzyka i Sylwii Banasik; fantastyczny koncert symfoniczny w Krakowie i jeszcze jeden, kilka miesięcy później, w Opolu. Po drugie, trochę z winy Accantusa, zaczęłam przesłuchiwać soundtracki z zagranicznych musicali i obecnie to głównie one dominują na mojej Spotify’owej liście (na chwilę obecną Anastasia, Dear Evan Hansen i Hamilton to moje prywatne top 3). Po trzecie wreszcie, odkryłam na nowo kino. Wspominałam o tym już wielokrotnie na blogu, ale zawsze byłam typem człowieka, który zamiast obejrzeć film, wybierze seans kilku odcinków serialu, albo po prostu książkę. I chociaż nie uważam, że jest w tym coś złego, żałowałam że nie jest mi dane przeżywać tych wszystkich emocji z innymi pasjonatami kina np. podczas emisji gali Oscarów. 

W 2017 roku coś ewidentnie zmieniło się jednak w moim podejściu. Na przestrzeni całego roku obejrzałam 87 filmów (czyli prawdopodobnie więcej niż łącznie w ciągu ostatnich 3-4 lat), z czego przeszło z nich 40 w kinie (czyli prawdopodobnie więcej niż łącznie w całym moim życiu). A choć wciąż preferuję wieczór z książką i herbatą, jest coś niesamowicie odprężającego i wyjątkowego we wspólnych seansach z bliskimi osobami i dyskusjami toczonymi zazwyczaj w samochodzie na temat obejrzanej właśnie produkcji. A jako, że przełom stycznia i lutego dla większości z Was jest pewnie czasem odpoczynku na feriach zimowych, pomyślałam, że podrzucę Wam kilka tytułów, które sama obejrzałam w ubiegłym roku i które warte są Waszej uwagi. 


Manchester by the sea (2016)

Przyznaję, że jeżeli chodzi o kino, bliżej mi do produkcji typowo rozrywkowych - takich przy których mogę na chwilę wyłączyć proces myślenia o obowiązkach i zrelaksować się. Ale nawet od tej reguły są pewne wyjątki. Obejrzałam Manchester by the sea wkrótce po ogłoszeniu zeszłorocznych laureatów Oscarów i w związku z wszystkimi nominacjami i nagrodami, miałam stosunkowo wysokie oczekiwania względem tego tytułu. A mimo to byłam zachwycona seansem, chociaż nie wiem czy jest to aby na pewno odpowiednie słowo. Manchester by the sea to produkcja, w której nie padają zbędne słowa i w której akcent zostaje położony na silny ładunek emocjonalny oraz grę aktorską (Casey Affleck jest doskonały w swojej roli). Nie jest to kino łatwe i z pewnością wymaga pewnej dojrzałości. Jeżeli szukacie czegoś na pidżama party, albo rozrywkę przed stresującym egzaminem zdecydowanie polecałabym zdecydować się na inny tytuł. Ale jeśli będziecie chcieli obejrzeć jakąś produkcję, która zostanie z Wami na dłużej - Manchester by the sea jest doskonałym wyborem. 


Anastazja (1997)

Jak widać różnorodność gatunkowa jest czymś co towarzyszy mi nie tylko w przypadku literatury i dlatego filmem, który wywołał na mnie największe wrażenie, pominąwszy Manchester by the sea, jest animacja dla dzieci opowiadająca historię zaginionej dziedziczki carskiej rodziny.  Jeżeli oglądałam Anastazję w dzieciństwie (w co jednak powątpiewam), to absolutnie tego nie pamiętałam. Ale nic nie szkodzi, bo jak widać nawet w wieku dwudziestu paru lat wciąż byłam w stanie zakochać się w tej opowieści. Anastazja ma klimat starych Disneyowskich animacji (chociaż wiem, że wcale nią nie jest, a przynajmniej nie była) - to nie tylko ciekawa historia czy wzruszający wątek miłosny, ale także cudowne melodie, które za nic nie dają o sobie zapomnieć (jeżeli chodzi o Tę melodię nuciłam ją zawstydzającą ilość razy). Jeśli nie widzieliście Anastazji w dzieciństwie; albo nie oglądaliście jej od tamtych czasów, zróbcie sobie tą przyjemność. 


Pokój (2015)

Dla Panny M., a raczej przez wzgląd na jej polecenie, ten jeden raz zrobiłam wyjątek i obejrzałam ekranizację nie czytając wcześniej książki. Ale choć nie wątpię w talent Emmy Donoghue, nie żałuję takiego wyboru. Pokój  to tego rodzaju produkcja, która oferuje widzom “pełen pakiet” - intrygującą historię; unikalną perspektywę na znany motyw; ogromny ładunek emocjonalny; i świetne kreacje aktorskie z tą Jacoba Tremblay'a na czele.  I mam takie wrażenie, że dzięki temu jest to stosunkowo uniwersalne dzieło kultury - takie, które doceni zarówno koneser kina, który wybiera “bardziej ambitny repertuar”, jak i osoba, która stanowi raczej kultury masowej. 


Coco (2017)

Bardzo długo wydawało mi się, że rok 2017 nie zaproponuje mi żadnej dobrej animacji. Anastazja postawiła poprzeczkę bardzo wysoko i wszystkie tegoroczne produkcje pozostawały za nią daleko w tyle. Dopóki nie obejrzałam Coco. O tym jak bardzo byłam podekscytowana seansem wiedzą chyba tylko moje towarzyszki niedoli na studiach. Ale Coco absolutnie mnie nie zawiodła. Disney Pixar po raz kolejny udowodnił, że historie snute w animacjach mogą poruszyć i rozkochać w sobie także starszego odbiorcę. Coco zachwyca wizualnie; wzrusza; zapoznaje z nową kulturą; a na koniec pozostawia z pewną refleksją. A fakt, że nawet osoby stroniące od tego rodzaju produkcji, nie pozostały obojętne na jej urok, niech będzie dla Was dodatkową rekomendacją. 


Jutro będziemy szczęśliwi (2016)

Większość produkcji, po których spodziewałam się zachwytu, w mniejszym bądź większym stopniu mnie zawiodły, ale Jutro będziemy szczęśliwi stanowi pod tym względem wyjątek. Od momentu, kiedy po raz pierwszy obejrzałam zwiastun, wiedziałam, że wyjdę z seansu zadowolona i absolutnie się nie myliłam. To niesamowicie ciepła i zabawna historia, w której nie brakuje odrobiny goryczy (ociupinkę - tylko tyle by wycisnąć łzy ze mnie i Pani Mamy). Omar Sy po raz kolejny jest doskonały w swojej roli, ale nie oszukujmy się - jeden aktor nie udźwignąłby całej produkcji. Słyszałam co prawda o niepokojącym podobieństwie Jutro będziemy szczęśliwi do innego tytułu, ale nie mogę wypowiedzieć się na ten temat bo nie mam porównania. 


Wonder woman (2017)

W 2017 roku rozpoczęłam swoją przygodę z filmami opartymi na komiksowych historiach o superbohaterach. Ale chociaż nie mam wątpliwości, że w starciu “gigantów”, znajduje się w drużynie Marvela; nie mam także wątpliwości co do tego, że to właśnie Wonder woman jest moim numerem jeden wśród tego rodzaju filmów. Owszem, obiektywnie rzecz biorąc ma on pewne mankamenty (zwłaszcza nadużycie slow motion), ale i tak byłam zachwycona opowiedzianą historią. Gal Gadot jest fantastyczna w swojej roli - i to zarówno jako wojowniczka; jak i zagubiona w Londynie i ówczesnej rzeczywistości kobieta; a chemia jaka istnieje pomiędzy nią a Chrisem Pinem jest nie do podrobienia. Nawet jeśli pozostałe produkcje DC nie przypadły Wam do gustu, ba! nawet jeśli w ogóle ich nie znacie - warto nadrobić ten konkretny seans. 


Obdarowani (2017)

Z wszystkich tytułów, o których Wam dzisiaj opowiadam, o Obdarowanych mówiło się zdecydowanie najmniej. Nie wiem jak w innych miastach, ale w Krakowie ograniczono nawet jego dystrybucje jedynie do dwóch kin i stosunkowo szybko znikł z repertuaru. A szkoda. Nie chcę Wam wmawiać, że jest to kino wybitne - trochę poruszamy się na znanych motywach, a osoby stojące za niniejszą produkcją wiedzą gdzie uderzyć, żeby wzruszyć widza. Tylko że absolutnie mi to nie przeszkadza. Obdarowani dotykają problematyki nieprzeciętnie uzdolnionego dziecka i stawiają pytanie w jaki sposób powinno się kształtować jego przyszłość - czy nie odbierać mu dzieciństwa czy raczej rozwijać jego zdolności. To nie jest produkcja moralizatorska, która udzieli odpowiedzi na pytanie, która z tych postaw jest właściwa; ale po prostu urocza, ciepła, momentami zabawna, a kiedy indziej wzruszająca opowieść. 


Twój Vincent (2017)

Ośmielę się stwierdzić, że nawet jeśli tematyka filmowa absolutnie Was nie interesuje i tak słyszeliście o Twoim Vincencie. Ze względu na liczne nominacje (w tym szanse na tą do Oscara), ten tytuł wspominany jest często przez media - zarówno społecznościowe jak i te tradycyjne. Ale to dobrze. Zgodzę się z tym, że największym atutem tej produkcji jest sposób w jaki zostaje ona opowiedziana (wiecie, stylistyka na obrazy van Gogha), ale w przeciwieństwie do niektórych nie mówię tego z wyrzutem. Zwłaszcza że nie jest też tak, że opowiadana historia jest zła - co prawda możemy przewidzieć zakończenie, ale wciąż śledzi się losy bohaterów z zainteresowaniem i budzi ona w odbiorcy jakieś emocje. Jeśli nie widzieliście jeszcze Twojego Vincenta, koniecznie to zmieńcie - bo to ważny film w dorobku polskiej kultury. 


Lion. Droga do domu (2016)

Mam wrażenie, że Lion. Droga do domu jest filmem nieco zapomnianym - gdzieś zanikł, przygnieciony popularnością innych nominowanych do Oscara produkcji. Wydaje mi się też, że jestem osamotniona w swoim zachwycie tą historią. Chociaż widziałam Liona. Drogę do domu już prawie rok temu, wciąż pamiętam emocje jakie we mnie wywołał. Połączenie niesamowitej muzyki; zdjęć i pewnej subtelności w sposobie opowiadanej historii (i tym, że nie wszystko zostaje nam podane na tacy) było coś co niesamowicie mnie wzruszyło.  Jeśli nie przepadacie za tego rodzaju produkcjami, zróbcie sobie chociaż tę przyjemność i przesłuchajcie soundtrack. 


Piękna i Bestia (2017)

Internet jest mocno podzielony jeśli chodzi o aktorską wersję Disney'owskiej animacji, ale ja zdecydowanie zaliczam się do grupy zachwyconej seansem. Piękna i Bestia wywołała we mnie pewne poczucie nostalgii i dziecięcego zachwytu. Jestem zachwycona tym w jaki sposób zeszłoroczna wersja uzupełniła znaną mi z dzieciństwa historię (wypełniając pewne luki fabularne); widowiskowością tego tytułu i muzyką. Zdaję sobie sprawę z tego, że na moje wrażenia rzutuje zachwyt oryginalną wersją, ale czy jest w tym rzeczywiście coś złego? 

Mam nadzieję, że wśród wymienionych tytułów znajdziecie coś dla siebie. Chętnie też dowiem się co jakie filmy zachwyciły Was w 2017 roku i w ten sposób znajdę inspiracje na wieczorne seanse (wiecie, okres sesji to doskonały moment na nadrabianie kulturalnych zaległości!). 
Read more

wtorek, 16 stycznia 2018

Piękne złamane serca, Sara Barnard
stycznia 16, 2018 Comments

Gdzieś na początku wakacji naszła mnie niezrozumiała i zaskakująca (bo zupełnie do mnie niepodobna) ochota na lekturę powieści określanych przez zagranicznych czytelników jako contemporary YA. Inspiracji szukałam głównie wśród polskich i zagranicznych booktuberów, ale choć z przyczyn oczywistych (czyt, nie jest to gatunek dobrze mi znany) mam pewne zaległości wśród tego typu tytułów i tak zdecydowałam się na lekturę powieści wydanej stosunkowo niedawno. Uległam pięknej oprawie i licznym pozytywnym opiniom i sięgnęłam po „Piękne złamane serca".

Caddy i Rosie są najlepszymi przyjaciółkami, pomimo dzielących je różnic. Wraz ze zbliżającymi się szesnastymi urodzinami, Caddy czuje się coraz bardziej rozczarowana swoim zwyczajnym życiem - chciałaby doświadczyć jakiegoś Epokowego Wydarzenia i bardziej przypominać swoją przyjaciółkę. Pojawienie się w miasteczku Suzanne - ślicznej dziewczyny, skrywającej jakiś sekret - komplikuje relacje między nastolatkami. Caddy czuje, że jej pozycja u boku Rosie staje się coraz bardziej zagrożona. 

Będąc w zupełności szczerą, rozpoznaję, że „Piękne złamane serca" są powieścią pod pewnymi względami problematyczną i że prawdopodobnie moja końcowa ocena jest nieco zawyżona. Mam pewien problem ze sposobem w jaki Sara Barnard kreuje główne bohaterki. Nastolatki w jej wydaniu wydają się osobami skupionymi jedynie na imprezowaniu, spożywaniu alkoholu i utracie dziewictwa. Owszem, piętnaście/szesnaście lat skończyłam kilka lat temu, ale zdecydowanie nie jest to problematyka, która wówczas zaplątała głowę moją czy moich znajomych. Czy czasy aż tak się zmieniły? Nie wiem. Ale na całe szczęście Sara Barnard zaproponowała mi coś w zamian.

Największym atutem „Pięknych złamanych serc" jest fakt, że wątkiem przewodnim całej powieści pozostaje przyjaźń w najróżniejszych jej odcieniach. W historiach YA jakie miałam okazję do tej pory czytać nacisk kładziony był na romans pomiędzy bohaterami, a tymczasem Sara Barnard niemal zupełnie się na nim nie skupia. Przyjaźń w powieści Barnard przybiera ponad to różne odcienie, poczynając od niesamowicie silnej więzi łączącej Caddy i Rosie, a kończąc na, w pewnym sensie, toksycznej relacji jaka zaczyna funkcjonować między Caddy a Suzanne.

Nie zdradzę zbyt dużo ujawniając inną tematykę poruszaną przez Sarę Barnard mianowicie problem przemocy domowej. Chociaż nie podoba mi się stanowisko niemal wszystkich dorosłych bohaterów odnośnie sytuacji Suzanne. Doceniam natomiast perspektywę jaką obiera Sara Barnard. Podczas gdy większość historii kończy się w momencie, gdy ofiara opuszcza toksyczne miejsce, autorka „Pięknych złamanych serc" w tym punkcie rozpoczyna opowieść. Nie zdradzę Wam wątków związanych z tym zagadnieniem, ale poruszona w powieści problematyka sprawiła, ze spojrzałam na całość znacznie przychylniejszym okiem.

Mam wrażenie, że „Piękne złamane serca"mogłyby być jeszcze lepszą powieścią gdyby wprowadzono w nich kilka drobnych poprawek. Ale nawet mimo pewnych mankamentów jest to historia warta poznania, zwłaszcza w przypadku nastoletnich czytelników. Brakuje nam tego typu powieści, w których to przyjaźń została wypchnięta na pierwszy plan. 

Piękne złamane serca” Sara Barnard; tłum. Joanna Grabarek; wydawnictwo Insignis; Kraków 2017 ★★★★☆

Read more

niedziela, 14 stycznia 2018

Pokochałam wroga, Mirosława Kareta
stycznia 14, 2018 Comments

Nie jest tajemnicą, przynajmniej dla osób, które śledzą Złodziejkę Książek, albo moje profile na portalach poświęconych książkom (czyt. Lubimy czytać.pl lub Goodreads.com) nieco dłużej, że powieści osadzone na tle II wojny światowej budzą zazwyczaj moje zainteresowanie. Sporo historii, które nieoficjalnie figurują na mojej liście ulubionych lektur, takich jak „Złodziejka książek", „Jeździec miedziany" czy „Szare śniegi Syberii" rozgrywają się właśnie podczas tego okresu historycznego i dlatego pomimo pewnych rozczarowań (czyt. „Esesman i Żydówka") wciąż staram się poszukiwać podobnych pozycji. Powieść Mirosławy Karety wydawała się doskonale wpasowywać w moje oczekiwania, zwłaszcza z obietnicą wojennego Krakowa w tle, ale nie do końca okazały się one zrealizowane.

Jadwiga przez lata skrywała w tajemnicy prawdę na temat losów swojej rodziny. Historię, która nawet pomimo upływu czasu może wstrząsnąć posadami świata rodu Petryckich, kobieta spisała jedynie w starym zeszycie. Po śmierci Jadwigi, trafia on w ręce jej syna - krakowskiego lekarza. Mężczyzna jest zdeterminowany by poznać prawdę o relacji jaka łączyła matkę z niemieckim oficerem w czasie II wojny światowej - Maxem Bayerem.

Powieść Mirosławy Karety już na okładce reklamowana jest jako historia „zakazanej miłości Polki i Niemca w okupowanym Krakowie", tyle że niezupełnie jest to prawda. Owszem, wątek uczucia między Jadwigą i Maxem odgrywa dużą rolę w fabule, ale nie jest on głównym punktem. Lata II wojny światowej, czyli okres w którym rozgrywał się ów wątek, poznajemy wyłącznie za pośrednictwem odnalezionego pamiętnika Jadwigi. I nie byłoby w tym nic złego, gdyby nie oczekiwania czytelnika, który zasugerował się hasłem z okładki. Forma przedstawienia historii Jadwigi i Maxa wręcz narzuca pewną fragmentaryczność, a przez to łączące ich uczucie wydaje się nieco niewiarygodne i jakby mniej intensywne.

Co otrzymujemy niejako w zamian? Mirosława Kareta przywołuje wątek krakowskiego lekarza - Maksymiliana w latach 90 XX wieku, kiedy to mężczyzna podążając śladami historii swojej matki, udaje się do Monachium. Dwutorowe poprowadzenie narracji zdecydowanie ma pewne plusy. Mirosława Kareta przybliża nam rzeczywistość lat 90 i pozwala dostrzec zmiany jakie zachodziły w Polsce (zarówno w kontraście do lat wojny, jak i czasów nam współczesnych). A jedynym elementem zakłócającym przyjemność z lektury jest tendencja autorki do notorycznego porównywania Polski do krajów Zachodu (zwłaszcza Niemiec i Monachium).

Jestem niemal przekonana, ze gdybym nie zasiadała do lektury „Pokochałam wroga" z bardzo sprecyzowanymi oczekiwaniami, powieść Mirosławy Karety bardziej przypadłaby mi do gustu. Autorka ma bardzo przyjemny w odbiorze styl pisania a wplecione w historię fragmenty pamiętnika w pewien sposób wyróżniają  ją na tle innych powieści o podobnej problematyce. Częściowe osadzenie akcji w Krakowie stanowi z kolei dodatkowy atut dla Krakusa - kiedy znacznie łatwiej wyobrazić sobie scenerię dla rozgrywających się wydarzeń.

Jeżeli do lektury „Pokochałam wroga" przyciąga Was wyłącznie hasło z okładki, możecie czuć się odrobinę rozczarowani, Natomiast jeśli należycie do wielbicieli sag rodzinnych, w których przewija się wątek wojenny, powieść Mirosławy Karety powinna Wam się spodobać. Osobiście doceniam fakt, że autorka osadziła akcję w Krakowie i zamknęła wątek Maxa i Jadwigi w jednym tomie, ale jednak nie mogę pozbyć się lekkiego poczucia rozczarowania.

Pokochałam wroga” Mirosława Kareta; wydawnictwo WAM; Kraków 2016 ★★★☆☆
Read more

piątek, 12 stycznia 2018

Co będę czytać w styczniu?: TBR + zapowiedzi
stycznia 12, 2018 Comments

Większość czytelników czyta w styczniu najwięcej pozycji w skali roku - prawdopodobnie dlatego że, jak wiadomo, człowiek na początku roku zawsze ma w sobie najwięcej motywacji. Od kilku lat całkowicie przeczę jednak takim praktykom. Prawdopodobnie odkąd zaczęłam studia, styczeń jest miesiącem, w którym czytam najmniej - chociaż wciąż nie mało. Nie wiem czym jest to spowodowane - jasne, mogłabym zrzucić winę na sesję i konieczność nauki do egzaminu, ale sesja ma to do siebie że zdarza się dwa razy do roku, a jakoś ta letnia absolutnie nie przeszkadza mi w nałogowym czytelnictwie. Bez względu jednak na powody: tak kształtuje się moja rzeczywistość i zdążyłam już to zaakceptować. 

W 2018 roku chciałam jednak, ponownie spróbować publikacji na blogu moich comiesięcznych TBR-ów. Od kilku miesięcy przygotowywałam je jedynie do własnych potrzeb i, z drobnymi wyjątkami, udało mi się z nich wywiązywać, a co więcej - mobilizowało mnie to do tego aby sięgać po tytuły, które nieco dłużej zalegały już na moich półkach i, z jakiś powodów, nieco mnie onieśmielały. Zdecydowałam się jednak nadać mu tym razem nieco odmienną formę - łącząc go z kilkoma najciekawszymi zapowiedziami miesiąca, które chętnie widziałabym na swojej półce. 

TBR

Podobno warto rozpocząć rok od dobrych pozycji, dlatego wśród moich czytelniczych planów znajduje się sporo tytułów, które potencjalnie mogą skraść moje serce. Po pierwsze, Wszystko czego Wam nie powiedziałam debiut Celeste Ng, który znalazł się na mojej liście przypuszczeń 5-gwiazdkowych lektur (nie wiem czy już czytaliście ten post, bo nie jestem pewna na jaką kolejność publikacji się zdecyduję). Po drugie, Mam na imię Lucy, czyli kolejna pozycja autorki, która zachwyciła mnie Okruchami codzienności - jako że to zdobycz biblioteczna, muszę po nią sięgnąć w styczniu. Następnie kryminał, który wydaje się być mi przeznaczony - Niepamięć. Nie dość, że premiera miała miejsce w moje imieniny, to jeszcze główny bohater dzieli ze mną nazwisko. Kolejno Pasażerka, czyli kolejny tytuł w dorobku Alexandry Bracken, która zachwyciła mnie trylogią Mrocznych umysłów. 

Zadeklarowałam także lekturę najnowszego kryminału Wojciecha Chmielarza - Cieni - który zachwycił mnie w grudniu (i tak, wiem że będę poznawać serie niechronologicznie, ale ponoć można).  Korzystając z wciąż zimowej atmosfery, zaplanowałam sobie przeczytanie Królowej śniegu. Coś wyjątkowo kryminalny będzie ten mój styczeń - i polski! Przedostatnim tytułem z listy jest reportaż Mariusza Szczygła - Niedziela, która zdarzyła się w środę. Uwielbiam pana Szczygła, choć nie czytałam żadnego reportażu jego autorstwa, a na dodatek zaplanowałam sobie na 2018 rok więcej pozycji non fiction. No i Dwór mgieł i furii, bo czuję, że coś mnie omija - chociaż jeśli mam być szczera, nie mam zbyt wysokich oczekiwań. 

ZAPOWIEDZI


BRITT-MARIE TU BYŁA, FREDRIK BACKMAN
To niemal zaskakujące jak bardzo czekam na powieść Fredrika Backmana, biorąc pod uwagę, że ani nie czytałam żadnej jego poprzedniej powieści wydanej w Polsce, ani tym bardziej nie oglądałam filmu na podstawie jednej z nich. Słyszałam jednak tyle pozytywnych opinii odnośnie jego twórczości i to od osób, których zdanie bardzo sobie cenię, że trudno pozbyć mi się przeświadczenia, że sama podzielę ów zachwyt. Całkowicie poboczna kwestia, cieszy mnie ogromnie to, że zdecydowano się tym razem nieco bardziej zainspirować zagraniczną okładkę (?). Jakoś przemawia do mnie o wiele bardziej niż ta, która zdobiła ostatnią powieść autora wydaną przez Sonię Draga. 

DOM W RIVERTON, KATE MORTON
Chyba nie jest tajemnicą, że uwielbiam twórczość Kate Morton - z wszystkimi jej mankamentami i przerysowaniami. A Dom w Riverton jest tytułem, które właśnie ów uczucie zapoczątkował. Trochę dziwi mnie, że nigdy nie wzbogaciłam swojej biblioteczki o ten tytuł (czytałam egzemplarz biblioteczny, jeszcze na długo przed założeniem Złodziejki książek), natomiast nadarza się okazja by to zmienić. I może z jednej strony obawiam się, że w swoich myślach idealizują tę pozycję i że nie wywoła na mnie równie pozytywnego wrażenia. Ale z drugiej - wydaje mi się to absolutnie niemożliwe. 

SPRZEDAWCZYK, PAUL BEATTY
Nie śledziłam nigdy ze szczególną starannością laureatów nagród literacki, ale ostatnio rzeczywiście zaczęłam im się przyglądać uważniej. Wiecie, że najbardziej intryguje mnie The Women's Prize for Fiction (wspominałam Wam zresztą o tej nagrodzie w jednym z ostatnich postów), ale skłamałabym twierdząc, że pozostaje absolutnie obojętna na fenomen Man Booker Prize. Tymczasem Sprzedawczyk Paula Beatty’ego jest właśnie laureatem powyższej nagrody z 2016 roku. Co więcej, póki co zbiera bardzo przychylne przedpremierowe recenzje. Nawet jeśli pierwotnie Sprzedawczyk nie znajdował się w moim kręgu zainteresowań, coraz bardziej się to zmienia. 

PANIE NA ZAMKU, JESSICA SHATTUCK
Gatunek historical fiction (spolszczony przeze mnie do fikcji historycznej), przez długi czas był moim ulubionym gatunkiem literackim, a już na pewno jednym z absolutnym ulubieńców. Tymczasem w 2017 roku przeczytałam absolutnie haniebną liczbę tego rodzaju tytułów. I chciałabym to oczywiście zmienić w tym roku. Powieść Jessiki Shattuck - Panie na zamku nie tylko przynależy do znanej i cenionej przeze mnie Szmaragdowej serii, ale także nominowana była do nagrody najlepszej powieści swojego gatunku przez portal Goodreads.

SIOSTRA CIENIA, LUCINDA RILEY
Nie uważam cyklu autorstwa Lucindy Riley za bezbłędny i w swoich opiniach na temat dwór poprzednich tomów, wypunktowałam kilka moich największych zarzutów. Nie ukrywam jednak, że sama historia ma ogromny potencjał i po prostu dobrze się ją czyta. Poza tym, Siostra cienia skupia się na postaci, która praktycznie od samego początku budziła moje największe zainteresowanie. Z kwestii pobocznych, jestem mile zaskoczona tym jak szybko wydawnictwo Albatros wydaje kolejne tomy cyklu. I obym nie chwaliła tutaj dnia przed zachodem słońca!

PANI WYROCZNIA, MARGARET ATWOOD
Wydawnictwo Wielka Litera stosunkowo późno upubliczniło swoje plany wydawnicze i to, że Pani Wyrocznia trafiła do niniejszego zestawienia jest możliwe tylko i wyłącznie dlatego, że publikuję je z opóźnieniem (toż to zbliżamy się do połowy stycznia). Ale jako że aż dwie powieści Margaret Atwood trafiły do zestawienia najlepszych książek jakie czytałam w 2017 roku, nie mogłam nie wspomnieć o tym tytule (mimo że nawet nie do końca skupiłam się na tym o czym opowiada). 

OLIVE KITTREDGE, ELIZABETH STROUT
Informacja o wznowieniu Olive Kittredge została upubliczniona zaledwie kilka dni wcześniej niż ta o Pani Wyroczni. Może mijam się nieco z prawdą twierdząc, że z niecierpliwością czekam na ten tytuł - bo czytałam już niniejszą pozycję w grudniu 2017 roku (egzemplarz biblioteczny Okruchy codzienności) - ale wspominam o nim z dwóch powodów. Po pierwsze, chciałabym kiedyś wzbogacić moją prywatną biblioteczkę o ów tytuł, bo wywarł na mnie naprawdę duże wrażenie. I tym samym płynnie przechodzę do drugiego z powodów, chciałabym żebyście to Wy zwrócili na niego uwagę.

KŁOPOTY MNIE KOCHAJĄ, JOANNA SZARAŃSKA
Sama jestem zaskoczona tym, że tak bardzo czekam na jakąś powieść typowo obyczajową, ale Joanna Szarańska wywarła na mnie AŻ TAK pozytywne wrażenia swoją świąteczną historią - Cztery płatki śniegu. Zanotowałam gdzieś sobie żeby sięgnąć po wcześniejszą serię autorki - tą, w której Kalina stanowi główną bohaterkę, ale potem zobaczyłam zapowiedź całkiem nowego tytułu i czuję się rozdarta. Jeśli będę się bawiła chociaż tak dobrze jak w trakcie lektury wspominanej już powieści, będę bardziej niż zadowolona. 

OKRUTNA PIEŚŃ, VICTORIA SCHWAB
Jak zapewne zauważyliście w zestawieniu najbardziej interesujących mnie zapowiedzi niewiele jest powieści młodzieżowych, czy też fantastycznych. Natomiast jeśli chodzi o historie YA planowane w tym roku przez Czwartą Stronę, jestem tak naprawdę zainteresowana wszystkim, zwłaszcza jeśli mowa o zagranicznych autorach. A już na Okrutną pieśń czekam tym bardziej niecierpliwie, bo wiem, że Victoria Schwab jest po prostu dobrą pisarką. (No i słyszałam na jej temat mnóstwo dobrego, ale to poboczna kwestia).

MILCZĄCE DZIECKO, SARAH A. DANZIL
Mało wspominałam póki co o thrillerach/kryminałach, ale to nie dlatego że na nie nie czekam. Czekam i to bardzo, choćby na powieść Sarah A. Danzil. Jak być może wiecie, thrillery zahaczające o tematykę macierzyństwa budzą moje szczególne zainteresowanie (chociaż nie potrafię sprecyzować dlaczego), a Milczące dziecko ponadto było nominowane do nagrody Goodreads w swoim gatunku Mystery&Thriller. No i seria Filia Mroczna Strona to już swego rodzaju rekomendacja.

NIEODNALEZIONA, REMIGIUSZ MRÓZ
Wiem, że krytykowanie twórczości Remigiusza Mroza jest obecnie modne i nie twierdzę, że jest ono bezpodstawne - akurat nie miałam okazji zapoznać się z tymi tytułami, które wzbudzają najbardziej negatywne emocje. Ale nie zmienia to faktu, że Nieodnaleziona budzi moje zaciekawienie, tym bardziej, że po opisie fabuły nasunęło mi się skojarzenie z opowiadaniem autora ze zbioru Rewers (chociaż nie wiem czy słusznie). Ciekawa jestem jak tym razem zareagują czytelnicy i chętnie sama wyrażę własną opinię.

13 MINUT, SARAH PINBOROUGH 
Czy jesteście zaskoczeni? Prawdopodobnie pamiętacie, że dosyć mocno skrytykowałam poprzednią powieść Sarah Pinborough (i to nie tylko raz, ale także przy okazji innych tekstów). Chciałabym jednak dać autorce jeszcze chociaż jedną szansę, zanim ostatecznie zdecyduję czy sięgać w przyszłości po inne, potencjalne tytuły spod jej pióra. A i sam koncept na fabułę 13 minut  nie brzmi najgorzej.

Czytanie większej ilości pozycji zaliczającej się do szeroko rozumianej literatury faktu, od dawna znajdowało się wśród moich postanowień. Ale jakoś do tej pory jego realizacja nie doszła jeszcze do skutku. Nie ukrywam jednak, że Missoula. Gwałty w amerykańskim miasteczku uniwersyteckim zaintrygowały mnie poruszaną problematykę, a i wiele dobrego słyszałam o samym autorze - Jonie Krakauerze.  

POZOSTAŁE PREMIERY


Cienie, Wojciech Chmielarz / Podpalacz, Wojciech Chmielarz / W domu, Harlan Coben / Manipulantka, Isabel Ashdown / Burza, Steve Sem-Sandberg / Czym jest człowiek, David Szalay / Człowiek tygrys, Eka Kurniawan / Co się stało?, Hillary Rodham Clinton / Tylko dobre wiadomości, Agnieszka Krawczyk / Anti Step-brother. Antybrat, Tijan / Kłamczucha, E. Lockhart

A Wy na jakie premiery czekacie w styczniu?
Read more

niedziela, 7 stycznia 2018

Najlepsze książki 2017 roku
stycznia 07, 2018 Comments

O ile pamięć mnie nie myli, bo wiecie, jestem nieco zbyt leniwa żeby rzeczywiście to sprawdzić, przez ostatnie dwa lata zestawienie najlepszych pozycji jakie czytałam w danym roku poprzedzało to o książkowych rozczarowaniach. Zależało mi jednak na tym by rozpocząć rok na blogu nieco bardziej pozytywnym akcentem, stąd pewne roszady w zwyczajowej kolejności. Niewykluczone zresztą, że tym razem w ogóle pominiemy post z rozczarowaniami - o swoich negatywnych odczuciach już i tak mniej lub bardziej szczegółowo Wam opowiadałam, a nie czuję potrzeby żeby powtarzać słowa krytyki. Ale przecież nie o tym mieliśmy dzisiaj porozmawiać. 

Rok 2017 był dla mnie ważnym czytelniczym okresem. Zaczęłam celowo ograniczać powieści, które jeszcze nie tak dawno były dla mnie podstawowym wyborem jeśli chodzi o lektury; nieco krytyczniej zaczęłam postrzegać powieści po które sięgałam, stąd zresztą większa liczba 2-gwiazdkowych ocen na portalu Goodreads; no i moją uwagę zwróciły pozycje, które do tej pory prawdopodobnie bym zignorowała. Z pewnością nie udało mi się sięgnąć po wiele cudownych i wartościowych lektur - swoją listę wstydu już zresztą tworzę, sugerując się wszelakiego rodzaju zestawieniami z topowymi pozycjami - ale i tak wśród tych około 130 tytułów jakie przeczytałam znajduje się kilka, które szczególnie chciałabym Wam polecić.

Ostrzegam tylko, że w dużej mierze nie są to pozycje wydane w 2017 roku 


Fikcja literacka

Zaczynając od początku: jedną z pierwszych powieści, która wywarła na mnie ogromne wrażenie w 2017, była pozycja autorstwa debiutantki Yaa Gyasi - Droga do domu. Historia, która za granicą zebrała niesamowicie pozytywne opinie czytelników, przeszła u nas nieco bez echa (i to pomimo tego, że nie tak dawno ukazało się nowe wydanie, w miękkiej oprawie). Tymczasem Yaa Gyasi za pomocą krótkich opowiadań, które składają się na sagę rodzinną opowiada nam spory kawałek historii niewolnictwa i kreuje wzruszające portrety bohaterów i łączących ich relacji. Może nie jest to powieść z gatunku lekkich i przyjemnych, ale nie zmienia to tego, że warta jest Waszej uwagi. 

Wielkie kłamstewka Liane Moriarty, kolejna pozycja na liście najlepszych tytułów jakie przeczytałam w 2017 roku, jest z kolei powieścią, którą bardzo trudno jednoznacznie scharakteryzować. Nie do końca jest to thriller, chociaż pojawia się wątek zabójstwa; nie jest to z pewnością romans, chociaż przewija się tam wątek miłosny; a nawet jeśli najbliżej jej do powieści obyczajowej ów określenie nie do końca oddaje jej złożoność. Dla atmosfery tajemnicy; doskonale wykreowanej społeczności i trafnych komentarzy na temat problemów społecznych - nawet jeśli zazwyczaj stronicie od tego rodzaju literatury, warto zrobić dla Wielkich kłamstewek wyjątek. 

Niesłusznie pomijana powieść Brit Bennett - Matki była tytułem, który wstrząsnął mną jakoś na przełomie maja i czerwca. Jak być może już zauważyliście, mam dziwną słabość do niepozornych, spokojnych historii, który duży nacisk kładą na przedstawienie kreacji bohaterów. Brit Bennett doskonale radzi sobie z tym by oddać małomiasteczkowy klimat a także poruszyć temat tego jak pojedyncze wydarzenia i decyzje mogą odcisnąć piętno na życiu wielu osób.  No i chór złożony z “dewotek”, który dopełnia całą opowieść. Mam wrażenie, że w swoich zachwytach jestem osamotniona, ale uważam że powieść Brit Bennett zasługuje na znacznie więcej uwagi. 

Kolejna pozycja odbiega nieco klimatem od pozostałych. Nie trzyma się tak kurczowo naszej rzeczywistości i balansuje na granicy realizmu magicznego. Zaczarowani Rene Denfeld to niebanalna historia, w której autorka kreuje niemal państwo w państwie - przybliżając nam społeczność więźniów.  Zaskakująco brutalna i otwierająca oczy, zwłaszcza przez kontrast z pięknym, lirycznym językiem. Trochę dziwi mnie jej brak popularności, biorąc pod uwagę jej popularność za granicą, liczę jednak na to, że dacie jej szansę. 

Moja powieść totalna 2017 roku, która zabrała mi zdecydowanie najwięcej czasu i która uczyniła ze mnie emocjonalnego wraka - a nie jestem typem czytelnika, który często płacze w trakcie lektury - czyli po prostu Małe życie Hanyi Yanagihary. Wiem, że autorka ma tyleż zwolenników, co i przeciwników, ale ja nie mogę wciąż wyjść z wrażenia nad tym jak umiejętnie operuje ona słowem i jakie spustoszenie jest ona w stanie zasiać w czytelniku. Rozdzierający serce portret młodego człowieka; niełatwy obraz przyjaźni i przewijający się w tle Nowy Jork - warto, chociażby po to by wyrobić sobie własną opinię. 

Złodziejka autorstwa Sarah Waters była z kolei moim wakacyjnym wyborem. A gdybym miała nadawać każdej z wymienionych pozycji jakiś tytuł, ta powieść zyskałaby miano najbardziej zaskakującego plot twistu - i to nie tylko wśród literatury pięknej! Sarah Waters nie raz i nie dwa wprawiła mnie w stan całkowitego zdumienia, ale nie tylko dlatego trafiła na listę najlepszych przeczytanych przeze mnie lektur.  Autorka kreuje bardzo nieoczywiste bohaterki i doskonale nakreśla realia epoki, zwłaszcza jeśli mowa o sytuacji kobiet w ówczesnych czasach. 

No i na koniec dwie powieści jednej autorki - Margaret Atwood. Najpierw przeczytałam jej Opowieść podręcznej i byłam zachwycona tym jak przerażająco realistyczną wizję świata proponuje nam na kartach swojej historii Atwood. To tego rodzaju tytuł, który zdecydowanie zmusza do pewnej refleksji. Ostatnie zdanie doskonale pasuje zresztą także do drugiej pozycji - Penelopiady. Chociaż nie jest to powieść, o której wspomina się zbyt często wywarła na mnie jeszcze silniejsze wrażenie niż Opowieść podręcznej. Opowiedziana z odmiennej perspektywy historia Odyseusza i Penelopy nabiera całkowicie innego znaczenia i rzuca nowe światło także na pozostałe wydarzenia znane z mitów czy historii. Margaret Atwood jest dodatkowo niezwykle świadomą pisarką, co widać w sposobie jaki bawi się słowem i formą. 

Kryminał i thriller

Pierwszym tytułem wśród najlepszych kryminałów/thrillerów jest kolejny debiut literacki, mianowicie Za zamkniętymi drzwiami autorstwa B. A. Paris. To nie jest powieść, która zaskakuje rozwiązaniami fabularnymi i jeśli to element zaskoczenia jest tym czego poszukujecie w powieściach tego gatunku, raczej nie będzie usatysfakcjonowani lekturą. B. A. Paris radzi sobie jednak doskonale z kreowaniem odpowiedniej atmosfery niepokoju. Choć jestem raczej w mniejszości, uważam też, że sam finał idealnie dopełnia ów historię. 

Z podobnych przyczyn zachwycił mnie zresztą także Najmroczniejszy sekret Alex Marwood. Wiem, że czytelnicy uważają ów tytuł za najsłabszy w dorobku autorki, ale absolutnie się z tym nie zgadzam (chociaż, żeby oddać sprawiedliwość, nie czytałam jeszcze jednej pozycji jej autorstwa). Podobnie jak B. A. Paris, Alex Marwood przekonała mnie zwłaszcza tym jak bardzo realistyczna wydała mi się wykreowana przez nią historią i jej świat gry pozorów, w którym rządzi pieniądz i znajomości. 

Nie powinna Was także zaskoczyć obecność Dobrej córki autorstwa Karin Slaughter w niniejszym zestawieniu, bo o swoich wrażeniach po lekturze tego konkretnego tytułu opowiadałam Wam raczej niedawno. Z wszystkich wymienionych tytułów ten pozostaje chyba najbardziej graficzny i brutalny, ale o dziwo nie przeszkodziło mi to w tym by docenić całą historię. Karin Slaughter kreuje niezwykle przekonujący portret psychologiczny osób, które doświadczyły pewnej traumy i wywołuje pewne uczucie dyskomfortu w trakcie lektury (choć nie w negatywnym tego słowa znaczeniu).

Jedyna powieść polskiego autora (wstyd!) i równocześnie jedyna pozycja, która przedstawia zbrodnię niejako z perspektywy śledczego czyli Podpalacz Wojciecha Chmielarza. Ostatnimi czasy słyszałam wiele dobrego na temat twórczości tego autora, ale nie są to słowa bezpodstawne. Podpalacz ma ciekawą i dobrze wyważoną intrygę kryminalną; intrygującego i nienadmiernie wyidealizowanego głównego bohatera; i jest to pozycja po prostu dobrze napisana. Zdecydowanie planuję sięgnąć po inne pozycje w dorobku autora. 

Young Adult i fantastyka

Obok Margaret Atwood, Marissa Meyer jest jedyną autorkę, w przypadku której w 2017 zachwyciły mnie aż dwa tytuły. Obie powieści uwiodły mnie przede wszystkim niesamowicie oddanym klimatem baśni, umiejętnie połączonym z oryginalnymi pomysłami samej autorki. Najpierw było Bez serca - wzruszająca historia uzupełniająca opowieść Królowej Kier, która złamała moje serce. Potem Cinder - pozycja przepełniona akcją, która stanowi niejako futurystyczną wersję bajki o Kopciuszku. Jasne, nie są to powieści, których walorem jest chociażby dopracowany język, ale dla miłośników Disneyowskich animacji jest to świetny wybór. 

W końcu sięgnęłam też po historię autorstwa Brandona Sandersona i zrozumiałam skąd biorą się te wszystkie peany zachwytu wśród polskich i zagranicznych czytelników. Z mgły zrodzony to powieść z niezwykle dopracowanym i bogatym światem przedstawionym, ale także z dobrze wykreowanymi bohaterami, co nie zawsze idzie ze sobą w parze. Nie spodziewałam się po sobie, że tak bardzo zaangażuję się w fabułę i że w pewnym momencie złamie mi ona serce. Trochę dziwne, że nie sięgnęłam po drugi tom, choć z drugiej strony otrzymujemy już swego rodzaju zakończenie. 

Na samym końcu zostawiłam tak naprawdę nie jedną powieść, a (niemal, bo pierwszy tom czytałam w 2016 roku) całą serię. Wiedźma z lustra pod pewnymi względami stanowi jednak mój ulubiony tom i dlatego to ona reprezentuje Kruczy cykl. Maggie Stiefvater jak żadna inna autorka potrafi kreować osobliwy, magiczny klimat. Ale i tak największa siła jej historii leży w bohaterach i łączących ich relacjach. To zdecydowanie nie jest opowieść, która uwiedzie każdego, ale osobiście wciąż pozostaję pod jej urokiem. 

Strasznie jestem ciekawa Waszych ulubieńców. Dlatego że to właśnie w tego rodzaju zestawieniach szukam inspiracji na nowe lektury. Koniecznie zdradźcie mi więc tytuły w komentarzach, albo zostawcie linki do stosownych tekstów/wideo. 
Read more