2018 - Zlodziejka Ksiazek

niedziela, 3 czerwca 2018

Złodziejka, Sarah Waters
czerwca 03, 2018 Comments

Wybór powieści, które zabieram ze sobą na wakacje zawsze zajmuje mi sporo czasu. Jeśli czytam jakąś pozycje w zupełnie odmiennym otoczeniu niż zazwyczaj, czy to na plaży, w górach, czy po prostu innym mieście, na dłużej zapada ona w mojej pamięci i dlatego zależy mi na tym aby wrażenia z takiej lektury były co najmniej pozytywne. W tym roku się udało. Chociaż przyznaję, że kiedy otwierałam powieść Sarah Waters „Złodziejkę", siedząc na plaży w Cala Rajadzie nie spodziewałam się, że będzie to jedna z najlepszych historii jaką przeczytam w 2017 roku.

Sue Tinder jest sierotą - córką morderczyni i złodziejki, wychowywaną całe życie przez grupę drobnych oszustów i paserów, w domu przy Lant Street. Nieoczekiwanie zyskuje jednak szansę na to by zmienić swój los - musi tylko pomóc jednemu ze złodziejaszków w pewnym skoku. Plan jest starannie opracowany i prosty do zrealizowania - Sue, udająca młodą służącą, musi tylko umożliwić mężczyźnie zbliżenie się do panny Maud Lilly - wykształconej młodej kobiety wychowywanej w odosobnieniu przez ekscentrycznego wuja. A następnie zdradzić swoją nową panię.

Zanim rozpoczęłam lekturę „Złodziejki", o twórczości Sarah Waters wiedziałam tak naprawdę jedynie to, że autorka często wplata w swoje powieści wątek LGBT - w szczególności relacje damsko-damskie. I rzeczywiście, pojawia się on na kartach tej konkretnej historii, choć nie w takich proporcjach jak się tego spodziewałam. Biorąc pod uwagę fakt, że słyszałam o „Złodziejce" jedynie w kontekście reprezentacji wątku LGBT, założyłam, ze jest on centralnym punktem fabuły, czymś co stanowi główną problematykę powieści. Tymczasem jakikolwiek erotyzm jest bardzo subtelny a Sarah Waters opisuje relacje pomiędzy Sue i Maud gdzieś pomiędzy wierszami, To zdecydowanie dobrze nakreślony wątek - przekonujący i budzący spore emocje, w jakiś sposób ujmujący - ale autorka ma do zaoferowania znacznie więcej.

Złodziejka" jest powieścią bardzo dobrze skonstruowaną i przemyślaną. Jeśli nie otrzymujemy jakiejś informacji, prawdopodobnie autorka ma w tym pewien cel i prędzej czy później wypełni w jakiś sposób niniejszą lukę. W tej historii wszystko do siebie pasuje i łączy się w spójną, zaskakującą całość. Gdzieś już zresztą wspominałam, że  to właśnie w „Złodziejce" natrafiłam na największy plot twist nie tylko 2017 roku, ale kilku ostatnich lat. Do tego stopnia, ze musiałam na moment odłożyć lekturę na bok żeby otrząsnąć się z szoku. I jasne, prawdopodobnie częściowo mogło to być spowodowane tym, że po prostu nie oczekiwałam, a co za tym idzie nie dopatrywałam się żadnych zwrotów fabularnych - w przeciwieństwie np. do thrillerów. Ale nie była to jednorazowa sytuacja, a po pierwszym plot twiście zdecydowanie stałam się niesamowicie podejrzliwym czytelnikiem.

Podziwiam także Sarah Waters za kreacje nieoczywistych i niejednoznacznych bohaterek, które mimo to budzą sympatię w czytelniku. Nie mogę i nie chcę zdradzić Wam zbyt wiele, ale w trakcie lektury „Złodziejki" z pewnością zakwestionujecie czy motywy jakimi kierują się postacie są rzeczywiście moralnie właściwe, a nawet jeśli w to zwątpicie - nie przestaniecie kibicować im w osiągnięciu sukcesu. Zwłaszcza, że doskonale nakreślone realia Anglii XIX wieku w odniesieniu do sytuacji i pozycji kobiet, sprawiają, że trudno zapanować nad pewnym odruchem współczucia w odniesieniu czy to do Sue, czy Maud, czy nawet innych kobiecych sylwetek.

Wiem, że przy obecnej liczbie wydawanych w danym roku pozycji, większość z nas, nałogowych Książkoholików, skupia się przede wszystkim na nowościach, ale warto także dać szansę nieco starszym tytułom. „Złodziejka" to taka powieść, która oferuje czytelnikom cały pakiet atrakcji; doskonale oddane realia epoki, świetnie skonstruowane bohaterki i efekt zaskoczenia, a nawet, poszukiwany przez współczesnych Książkoholików w literaturze, motyw LGBT. Jeśli tylko będziecie mieć szansę na lekturę, nie zastanawiajcie się dwa razy.  

Złodziejka” Sarah Waters; tłum. Magdalena Moltzan-Małkowska; wydawnictwo Prószyński i S-ka; Warszawa 2002 ★★★★★
Read more

niedziela, 27 maja 2018

Zanim pozwolę Ci wejść, Jenny Blackhurst
maja 27, 2018 Comments

Zanim pozwolę Ci wejść" autorstwa Jenny Blackhurst przykuło moją uwagę w momencie, gdy pojawiło się w zapowiedziach - pomimo tego że nie znałam zarysu fabularnego ani twórczości autorki i nie słyszałam o tym tytule wśród zagranicznych Książkoholików. Przypisanie tej powieści do serii thrillerów psychologicznych obok pozycji Alex Marwood, B. A. Paris czy Tany French wystarczyło mi w zupełności za rekomendacje. I chociaż „Zanim pozwolę Ci wejść" nie sprostało wszystkim moim oczekiwaniom i tak uważam swoje pierwsze spotkanie z twórczością Jenny Blackhurst za udane.

Karen, Bea i Eleanor łączy wyjątkowa więź. Pomimo tego że ich życia znacząco się od siebie różnią, od lat są nierozłączne i stanowią dla siebie nawzajem silną grupę wsparcia. Kiedy w gabinecie Karen, odnoszącej sukcesy pani psycholog, zjawia się nowa pacjentka - Jessica Hamilton, ich relacja zostaje wystawiona na próbę. Jessica nie zachowuje się w sposób, do którego przywykła kobieta. Karen obawia się tego do czego może być zdolna, a dziwne sytuacje, do których dochodzi w życiu jej i jej przyjaciółek, tylko ten niepokój pogłębiają. Każda z kobiet ma coś co chciałaby ukryć.

Historię opowiadaną przez Jenny Blackhurst poznajemy z różnych, przeplatających się perspektyw - naprzemiennych relacji z punktu widzenia trzech przyjaciółek, bezimiennej pierwszoosobowej narratorki i transkrypcji rozmów Karen z psychologiem. Jest to zabieg o tyle trafiony, że pomaga autorce w wykreowaniu odpowiedniego klimatu - piętrzących się sekretów, niepokoju wynikającego ze świadomości pewnego niebezpieczeństwa, a także dusznej atmosfery zwiększającego się obłędu. To własnie ów klimat w połączeniu z lekkim piórem Jenny Blackhurst sprawia, że „Zanim pozwolę Ci wejść" czyta się szybko a czytelnik od pierwszych stron jest zaangażowany w lekturę.

Podczas gdy ostatnimi czasy tematem dominującym w thrillerach są relacje małżeńskie, Jenny Blsckhurst bierze na warsztat inną więź. Chociaż problematyka związana z byciem w związku, zwłaszcza w kontekście zdrady, przewija się gdzieś pomiędzy wierszami, na pierwszy plan zdecydowanie wysunięty jest wątek przyjaźni między bohaterkami. Jessica Blackhurst daje się poznać jako uważny obserwator relacji międzyludzkich i problemów charakterystycznych dla współczesnego świata. Pada kilka trafnych spostrzeżeń w związku z przeszłością kilku głównych bohaterek czy tendencją naszego społeczeństwa do dzielenia się ze światem sowim życiem na mediach społecznościowych.

Tym co spowodowało, że jednak nie jestem w stanie w pełni docenić powieści Jenny Blackhurst był finalny plot twist. Bardzo szybko w trakcie lektury wysnułam pewną teorię na temat możliwego zakończenia - posiłkując się wskazówkami rozrzuconymi w kolejnych rozdziałach. A chociaż nie pokryła się ona w 100%  z tym co zaproponowała autorka, były to scenariusze na tyle bliskie by zupełnie pozbawić mnie elementu zaskoczenia. Niestety, nie jestem jednak w stanie Wam powiedzieć czy wynika to z tego, że przeczytałam za dużo thrillerów czy to autorka zostawiła za dużo wskazówek.

Zanim pozwolę Ci wejść" to tytuł, który ma sporo do zaoferowania swoim czytelnikom. Jenny Blackhurst stworzyła historię, która "wciąga od pierwszej strony" i która jest pewnym powiewem świeżości w morzu thrillerów o relacjach damsko-męskich. Chociaż czułam się nieco rozczarowana, że tak szybko wpadłam na właściwe rozwiązanie i tak chętnie przeczytałabym coś jeszcze spod pióra autorki. A Wam polecam „Zanim pozwolę Ci wejść".

 Za możliwość lektury dziękuję wydawnictwu Albatros

Zanim pozwolę Ci wejść” Jenny Blackhurst; tłum. Anna Dobrzańska; wydawnictwo Albatros; Warszawa 2018  ★★★☆☆
Read more

sobota, 19 maja 2018

Poprosisz mnie o śmierć, Peter James
maja 19, 2018 Comments

W obawie, że umkną mi jakieś subtelne nawiązania fabularne, albo, co gorsza, będę mieć trudności aby wczuć się w opowiadaną historię, rzadko sięgam po jakąkolwiek serię w kolejności achronologicznej. Nawet jeśli mowa o cyklach kryminalnych czy thrillerach, gdzie jedynym punktem wspólnym jest postać policjanta czy też innej osoby prowadzącej śledztwo. Ale zdarza mi się odbiegać od tych reguł, a „Poprosisz mnie o śmierć" jest tego najlepszym dowodem. Po lekturze „Ludzi doskonałych" byłam po prostu ciekawa jak Peter James radzi sobie w innym gatunku, a fakt przynależności do serii wydał mi się kwestią drugorzędną.

Red Westwood, agentka handlu nieruchomościami, ma za sobą trudny okres. Uwikłana w trudny, toksyczny związek z człowiekiem o obsesyjnej potrzebie kontroli i dominacji, musiała odciąć się od przeszłości i zacząć życie w nowym miejscu. Teraz w końcu wychodzi na prostą i angażuje się w kolejny związek u boku troskliwego lekarza - wdowca i samotnego ojca. Dochodzi jednak do tragedii. Karl Murphy umiera w makabrycznych okolicznościach, a chociaż wszystko wskazuje na samobójstwo, nadinspektor Roy Grace nie potrafi pozbyć się wrażenia, że coś w tej sprawie nie gra.

Poprosisz mnie o śmierć" rzeczywiście jest jedną z tych powieści, po które można sięgnąć bez znajomości poprzednich tomów cyklu - wszystkie konieczne informacje o życiu nadinspektora czy też jego współpracowników zostają przybliżone w stosownym momencie. Owszem, jestem sobie w stanie wyobrazić, że przeczytanie innych powieści z serii i zżycie z bohaterami sprawi, że pewne wątki czy też poszczególne sceny wywrą większe wrażenie na czytelniku - wzbudzą więcej emocji. Z drugiej jednak strony; obyczajowe tło nie jest czymś w czymś Peter James sprawdza się najlepiej.

Jeżeli chodzi o wątki obyczajowe można się w nich dopatrzeć pewnej sztuczności. Niewykluczone, że w przypadku dziesiątego tomu cyklu autor wyczerpał już pewne pomysły, ale rozwiązania, na które zdecydował się w „Poprosisz mnie o śmierć" mają w sobie coś z telenoweli brazylijskiej (SPOILER:uznanazazmarłąkobietapowracabyprzerwaćślubswojegomęża) Pewna nienaturalność wkrada się zresztą także w zachowanie bohaterów - trudno zlekceważyć fakt, że nie zachowują się oni w sposób adekwatny do sytuacji i kilkakrotnie powielają te same błędy.

To powiedziawszy, „Poprosisz mnie o śmierć' spełnił w moim przypadku swoją funkcję - dostarczenia mi rozrywki. To tego rodzaju kryminał, gdzie jako czytelnik znajdujemy się w pozycji bardziej uprzywilejowanej od bohaterów - pojawiają się momenty, gdy niemal dosłownie znajduje się w obłąkanym umyśle oprawcy. Wątek szaleńca-stalkera pozostaje zresztą najmocniejszym punktem fabuły. Peter James kreuje niezwykle przekonujący portret postaci i stwarza stosowaną atmosferę niepokoju. W pewnym punkcie intryga sprawia wrażenie nieco na siłę przedłużany i przez to traci na mocy, ale mimo wszystko stanowi ona zaletę powieści.

Trudno porównać „Poprosisz mnie o śmierć" do „Ludzi doskonałych", bo to historie o zupełnie odmiennym charakterze. Ale chociaż powieść z nadinspektorem nie charakteryzuje równa świeżość i oryginalność, to właśnie w tym wydaniu Peter James bardziej mnie do siebie przekonał. Jeśli szukacie szybkiej lektury, a dobrze nakreślona sylwetka sprawcy i klimat są dla Was ważniejsze niż tło obyczajowe, nie powinniście być rozczarowani lekturą. 

Za możliwość lektury dziękuję wydawnictwu Albatros


Poprosisz mnie o śmierć” Peter James; tłum. Robert Waliś; wydawnictwo Albatros; Warszawa 2018  ★★★☆☆
Read more

niedziela, 6 maja 2018

Co działo się w kwietniu?: podsumowanie miesiąca
maja 06, 2018 Comments

Powrót do codzienności po wolnym bywa trudny i zawsze ma pewien specyficzny posmak goryczy. Ciężko mi jest sobie w tej chwili wyobrazić, że jutro o 5:30 będę musiała wstać z łóżka i odbyć podróż na uczelniany kampus, ale z drugiej strony nie mogę nie docenić tego ostatniego tygodnia wypełnionego intensywnym zwiedzaniem polskich miast, odpoczynku i świętowaniem moich dwudziestych drugich  trzecich urodzin. Chociaż wiem, że rozpoczyna się w moim życiu tzw. gorący okres i to nie tylko pod względem temperatury (bo wszelkiego rodzaju zaliczenia, egzaminy, magisterka i wolontariat), nie narzekam (jeszcze!) i staram się z optymizmem wypatrywać zbliżających się wielkimi krokami wakacji.

Jeżeli chodzi o miniony miesiąc - kwiecień, muszę przyznać, że nieźle zalazł mi za skórę. Wkrótce po świętach Wielkanocnych złapał mnie jakiś fatalny wirus i po raz pierwszy od kilku dobrych lat autentycznie czułam się wykluczona z życia. Pomimo tego że spędziłam kilka dodatkowych dni w domowym zaciszu, nie wpłynęło to korzystnie na moje czytelnicze wyniki - zapoznałam się z dziewięcioma tytułami, przy czym większość z nich czytałam w drugiej połowie miesiąca. Ale za to w przypadku żadnej pozycji nie mogę mówić o rozczarowaniu.

PRZECZYTANE:

Pod osłoną nocy, Sarah Waters ★★★

Czytałam Pod osłoną nocy w dużej mierze podczas swojej choroby i prawdopodobnie dlatego tak długo zajęło mi to by wczuć się w lekturę i zapoznać się z nią w całości. Poza tym, nie ukrywam, że początkowo było mi ciężko przywyknąć do tego jak bardzo opowiadana historia różni się od Złodziejki. Sarah Waters nie skupia się tym razem na pojedynczym wątku, lecz przybliża nam losy czterech tajemniczych postaci, a specyficzna forma - odwrócona chronologia wydarzeń - sprawia, że początkowo można odczuwać pewien chaos w lekturze. Wraz z kolejnymi stronami przestało mi to jednak zupełnie przeszkadzać, a nawet doceniłam ów zabieg. Sarah Waters z niezwykłą dojrzałością pisze o powrocie do życia po wojnie i o postrzeganiu przez społeczeństwo osoby homoseksualne, a na dodatek obiera przy tym niecodzienną perspektywę - osób, które często pomijane są w literaturze wojennej. Koniec końców Pod osłoną nocy w końcu mnie jednak zachwyciło.

Żerca, Katarzyna Berenika Miszczuk ★★★½☆

Jeżeli chodzi o całą serię Kwiatu Paproci, mam względem niej dosyć mieszane uczucia - stąd też tak długa zwłoka z zapoznaniem się z Żercą - ale w moim odczuciu trzeci tom przewyższył nieco poziomem swojego poprzednika. Owszem, brakuje czegoś co narzuciło by tempo akcji, bo tak naprawdę nie wiemy do jakiego punktu zmierzamy w tym tomie i udało mi się przewidzieć pewien zwrot akcji, ale i tak zamknęłam lekturę zadowolona. Katarzyna Berenika Miszczuk utrzymuje lekki, przepełniony humorem ton swojej opowieści i wciąż zaskakuje czytelnika nowymi nawiązaniami do słowiańskiej mitologii. Tym razem jednak spycha nieco wątek romantyczny na dalszy plan, wprowadza pewną dozę tajemniczości na skutek sprawy uśmiercania istot nadprzyrodzonych, no i kończy swoją opowieść w takim momencie, że naprawdę ma się ochotę na lekturę czwartego tomu.

Wampir, Wojciech Chmielarz ★★★★

Z powodu sporej kolejki oczekujących na drugi tom przygód komisarza Mortki w bibliotece, zdecydowałam się na lekturę innej powieści pana Wojciecha Chmielarza. Ale Wampir prezentuje równie wysoki poziom co Podpalacz. Podoba mi się sposób w jaki autor kreuje intrygi kryminalne - brak tu niepotrzebnego rozmachu czy sztucznie narzuconego tempo, a poszczególne poszlaki odkrywamy stopniowo; a także sama postać głównego bohatera - owianego pewną aurą tajemniczości i wzbudzającego raczej skrajne emocje. Wampir ma klimat - brudny obraz pewnego rodzaju półświatka Gliwic - i jest po prostu dobrze napisany, dlatego nie mogę sie doczekać kolejnych spotkań z twórczością tego autora.

Eleanor Oliphant ma się całkiem dobrze, Gail Honeyman ★★★

Miałam ogromne wątpliwości czy po tylu optymistycznych opiniach powieść Gail Honeyman sprosta moim oczekiwaniom, ale okazuje się, że niepotrzebnie. Eleanor Oliphant ma się całkiem dobrze jest historią, która pobudza do pewnych refleksji i porusza raczej trudną problematykę, ale która równocześnie nie sprawia problemu w trakcie lektury. Kreacja Eleanor budzi sympatię, miejscami może także współczucie, ale nie litość i jest to jedna z podstawowych zalet całej historii. Jeżeli spodobał się Wam Projekt "Rosie", nie powinniście być rozczarowani.

Opal, Jennifer L. Armentrout ★★★½☆

W rozmowie z Panią Mamą wprost stwierdziłam, że Opal jest tego rodzaju lekturą, która niesamowicie uzależnia, pomimo tego, że dostrzega się jej wady. Nie raz i nie dwa zdarzyło mi się przewracać oczami, kiedy Katy po raz kolejny pakowała się w tarapaty, albo wówczas gdy autorka raczyła nas scenami zazdrości, ale równocześnie trudno mi było odłożyć ów pozycję na bok. Główny wątek popycha akcję do przodu, a dodatkowo pełno tu wewnętrznych cliffhangerów, które przyspieszają jeszcze proces czytania. 

Jedyna miłość razy dwa, Taylor Jenkins Reid ★★★½

Trochę tak jak w przypadku powieści Gail Honeyman, obawiałam się czy Taylor Jenkins Reid uda się sprostać moim zawyżonym oczekiwaniom. Ale Jedyna miłość razy dwa jest w moim odczuciu niemal idealną pozycją jeśli chodzi o literaturę rozrywkową z wątkiem romantycznym wysuniętym na pierwszy plan. Taylor Jenkins Reid zdecydowanie wie jak pisać o emocjach - miłości czy żałobie - i od samego początku angażuje czytelnika w opowiadaną historię. Podoba mi się przesłanie całej opowieści i to że w pewnym momencie przestaje to być tylko i wyłącznie powieść o miłości, ale przede wszystkim cieszę się, że autorka nie podążyła tropem, którego się obawiałam, a który zdecydowanie zbyt często wykorzystywany jest w przypadku wątków trójkąta miłosnego. Bardzo Wam polecam lekturę, zwłaszcza, że pozycję możecie często znaleźć za symboliczna kwotę w tanich księgarniach,

Ból, Zeruya Shalev ★★★½☆

Powieść Zeruyi Shalev jest bardzo kobieca, zwłaszcza jeśli weźmiemy pod uwagę podejmowane przez autorkę tematy - macierzyństwo, małżeństwo czy powrót pierwszej miłości - i autorka podchodzi do każdego z nich z dojrzałością i ogromem empatii. Przedstawienie poruszanej problematyki i pogłębione portrety bohaterów są najmocniejszymi punktami prozy izraelskiej prozy, ale jest coś co nie pozwala mi się nią w pełni zachwycić. Tempo relacji pomiędzy główną bohaterką a jej pierwszą miłością ma w sobie coś niesamowicie nienaturalnego. Także język jaki posługuje się Zeruya Shalev, na ogół piękny i wyrafinowany, momentami razi zbyt górnolotnymi metaforami i sztucznością. Nie żałuję lektury, ale też nie podzielam zachwytu Bólem.

Mężczyźni objaśniają mi świat, Rebecca Solnit ★★★

Mężczyźni objaśniają mi świat to zbiór esejów bardzo dobrych, dobrych i po prostu przeciętnych. Chociaż zdecydowanie zgadzam się z niektórymi spostrzeżeniami pani Rebeki Solnit i uważam, że jej głos ma ogromną siłę rażenia, nie wszystkie teksty są równie zajmujące i emocjonujące. Dużo tu statystyk - co rozumiem, bo zazwyczaj duże liczby bardziej przemawiają do społeczeństwa, równocześnie jednak na mnie dużo większy wpływ wywierało powoływanie się na konkretne przypadki.  Przeszkadzała mi także skłonność autorki do powtarzania kilkakrotnie tych samych zdań - zawsze wkrótce po pewnym uogólnieniu. Nie jestem specjalistką w literaturze feministycznej i nie wiem jak eseje pani Solnit wypadają na ich tle, ale ja spodziewałam się chyba czegoś więcej.

Szpilki za milion, Izabela Szylko ★★★

Szpilki za milion to taka bardzo lekka, zabawna historia, której znacznie bliżej do powieści obyczajowej aniżeli kryminału. Jakakolwiek intryga, o ile w ogóle możemy tak ją nazwać, zostaje zarysowana dopiero mniej więcej w połowie historii. Mamy tu do czynienia z pewnym przerysowaniem i abstrakcyjnością, ale nie na tyle by przekroczyć akceptowane przeze mnie granice. Czy powieść pani Izabeli Szylko na długo zapadnie mi w pamięci? Prawdopodobnie nie. Ale w trakcie lektury bawiłam się nieźle i zdecydowanie doceniam kreacje jednej z drugoplanowych bohaterek - pani Józefiny. 

NAPISANE:

Islandzka powieść postapokaliptyczna czyli opinia o Wyspie.
Dziewczyna z pociągu  w hiszpańskiej scenerii czyli opinia o Ona to wie.
Młodzieżówka z przesłaniem czyli opinia o Raczej szczęśliwy niż nie.
Nie do końca najlepszy thriller czyli opinia o Lokatorce.

Myślę, że zarówno maj jak i czerwiec nie będą okresem wzmożonej aktywności na blogu, ale obiecuję się nie poddawać i równocześnie z nauką, szykować się z wielkim powrotem na wakacje.
Read more

sobota, 28 kwietnia 2018

Lokatorka, JP Delaney
kwietnia 28, 2018 Comments

Powieść JP Delaney'a spotkała się z ogromnym zainteresowaniem ze strony książkowego fragmentu Internetu. Prawdopodobnie duża w tym zasługa działań marketingowych wydawnictwa, ale był taki okres, kiedy „Lokatorka" atakowała mnie zarówno podczas przeglądania blogów, jak i scrollowania Instagrama. Zazwyczaj tekstom tudzież zdjęciom towarzyszyła informacja, że to jeden z najlepszych thrillerów tego roku co powodowało jedynie, że stawałam się coraz bardziej sceptycznie nastawiona do lektury. W końcu sięgnęłam jednak po „Lokatorkę" z ciekawości czy w tych wszystkich pozytywnych opiniach rzeczywiście znajduje się ziarno prawdy. Ale moje odczucia pozostają raczej mieszane.

Jane stara się na nowo uporządkować swoje życie. Po urodzeniu martwego dziecka i pewnych komplikacjach zawodowych, kobieta zostaje zmuszona do tego by znaleźć nowe mieszkanie. Wbrew wątpliwościom, Jane decyduje się podpisać skomplikowaną i raczej niecodzienną umowę najmu lokum przy Folger Street. Ultranowoczesne mieszkanie wymaga dostosowania się do surowych reguł narzuconych przez właściciela i zgody na kontrolę. Jane nie wie jak wiele łączy ją z poprzednią lokatorką - obie kobiety są do siebie podobne nie tylko zewnętrznie; wkrótce przed przeprowadzką doświadczyły traumy i odczuwają dziwną fascynację względem tajemniczego właściciela. 

Powieść JP Delaney'a opowiada naprzemiennie historię Emmy i Jane i czytelnik stosunkowo szybko dostrzega paralelność wydarzeń z życia obu bohaterek. Tego rodzaju zabieg jest dosyć ryzykowny - chociaż rozumiem motywacje autora przy zastosowaniu tego rodzaju rozwiązania, w trakcie lektury pojawia się poczucie pewnej wtórności (zwłaszcza, gdy JP Delaney niemal dosłownie cytuje niektóre fragmenty). Umiejętnie zbudowana atmosfera niepokoju i zbliżającego się zagrożenia pozostaje jednak jedną z najmocniejszych stron „Lokatorki". Nie mogę nie zgodzić się z tym, że autor wykazuje się na tym polu ogromnymi umiejętnościami - chcąc nie chcąc zaangażowałam się w lekturę i skończyłam ją niesamowicie szybko.

Lokatorka" to tego rodzaju thriller, który przepełniony jest plot twistami i nie mam wątpliwości co do tego, że dla sporego grona czytelników będzie to dodatkowa zaleta. W moim odczuciu pojawiło się ich jednak zbyt dużo, prowadząc do tego, że podważałam każdą informację jaką przedstawiał autor. W pewnym momencie odniosłam wręcz wrażenie, że JP Delaney sam się pogubił i niektóre elementy, o których nie wspomnę ze względu na to, że byłby to spoiler, pozostawały ze sobą w sprzeczności. Na dodatek finalny zwrot akcji sporo traci na tle pozostałych i wydaje się odrobinę przewidywalny czy wręcz mało oryginalny.

Decydując się na lekturę „Lokatorki" warto też być świadomym pewnych informacji związanych z fabułą. Żeby móc czerpać przyjemność z lektury, trzeba zaakceptować to, że sama historia jest nieco oderwana od rzeczywistości i mało prawdopodobna - choćby przez wzgląd na samą ideę mieszkania przy Folger Street 21. Jak na thriller, „Lokatorka" zawiera także stosunkowo dużo scen erotycznych, dlatego jeśli jesteście szczególnie wyczuleni na tym punkcie, może to niekorzystnie wpłynąć na Wasze odczucia z lektury.

Nie jest do końca tak, że uważam „Lokatorkę" za złą powieść. Przeczytałam historię JP Delaney'a szybko i byłam zaintrygowana tym w jaki sposób autor zdecyduje się ją zakończyć, ale daleka jestem od tego by uznawać ją za najlepszy tytuł w sowim gatunku. Nie odradzam Wam więc lektury, ale też i nie uważam by była to pozycja, z którą absolutnie musicie się zapoznać.

Lokatorka” JP Delaney; tłum. Mariusz Gądek; wydawnictwo Otwarte; Kraków 2017  ★★★☆☆
Read more

sobota, 14 kwietnia 2018

Raczej szczęśliwy niż nie, Adam Silvera
kwietnia 14, 2018 Comments

Wydaje mi się, że bardzo długo oczekiwałam na moment, w którym ktoś wyda w Polsce powieść Adama Silvery. Twórczość tego autora zbierała niemal wyłącznie pozytywne opinie, a fabuła każdego kolejnego tytułu brzmiała coraz bardziej fascynująco i chyba nawet nie przeszło mi przez myśl, że mogłabym nie podzielić odczuć innych czytelników. Niewykluczone, że tym samym postawiłam przed „Raczej szczęśliwym niż nie" poprzeczkę nie do pokonania. I chociaż nie mogę nie docenić powieści Adama Silvery, pod pewnymi względami oczekiwałam jednak od lektury czegoś więcej.

Aaron wciąż stara się pozbierać po samobójczej śmierci swojego ojca. Chłopak nie rozumie dlaczego ten zostawił ich samych, a blizna w kształcie uśmiechu nieustannie przypomina o tym, że i on zdecydował się na równie egoistyczną próbę. W chwilach, w których ciężko odnaleźć chociaż odrobinę szczęścia, znajduje wsparcie u swojej zapracowanej matki i dziewczyny - Genevie. A potem pojawia się ktoś jeszcze - Thomas. Kiedy Genevie wyjeżdża na obóz, a Aaron zaczyna spędzać coraz więcej czasu z nowym przyjacielem, odkrywa że dopiero teraz jest naprawdę szczęśliwy. Z tym, że to nie wydaje się do końca właściwe.

Raczej szczęśliwy niż nie" jest powieścią, która niewątpliwie niesie ze sobą ważne, istotne przesłanie i doskonale wpasowuje się w aktualne trendy w literaturze - by różnorodność świata znajdowała odzwierciedlenie w opowiadanych na kartach powieści historiach. Adam Silvera z subtelnością i delikatnością dotyka tematu homoseksualizmu, ale wiadomość zawarta w losach Aarona ma o wiele bardziej uniwersalny charakter - traktuje o tym jak ważne jest aby akceptować samego siebie i pozwolić sobie na bycie szczęśliwym. A to nie jedyne atuty „Raczej szczęśliwy niż nie".

Świat jaki kreuje Adam Silvera pozostaje mocno osadzony w naszej rzeczywistości. Jedynym, ale nadającym całej opowieści unikatowego charakteru, elementem realizmu magicznego pozostaje wątek osnuty wokół Instytutu Lateo. Obok przesłania, zdecydowanie jest to najmocniejszy punkt powieści i celowo staram się Wam nie zdradzić zbyt dużo. Na przestrzeni historii znajdziecie mnóstwo odniesień do świata geeków - czy to jeśli chodzi o filmy, czy komiksy, czy też inne dziedziny kultury. Nieco nie zrozumiała jest dla mnie decyzja autora by używać w powieści rzeczywistych nazw fandomów, a jedynie w przypadku serii zadziwiająco przypominającej Harry'ego Pottera (łącznie z tym, że w jedną ról w ekranizacji wciela się Emma Watson) stosować inny tytuł, ale nie rzutowało to znacząco na moje odczucia.

Co w takim razie nie zagrało? Trudno było mi pozbyć się wrażenia, że pomimo obiektywnie emocjonalnego charakteru tekstu, opowiadana historia nie dotknęła mnie personalnie. Od samego początku towarzyszyło mi przeświadczenie, że przedstawiono naraz zbyt dużą ilość bohaterów i przez to odczuwałam względem nich dystans. Na przestrzeni powieści pojawiają się ponad to sceny, czy po prostu same dialogi, o nieco sztucznym, momentami infantylnym charakterze, które tylko wspomniany dystans pogłębiają

Nie chodzi o to, że chcę Was zniechęcić do lektury „Raczej szczęśliwego niż nie". Wręcz przeciwnie, uważam że to tego rodzaju wartościowa powieść młodzieżowa, z którą warto się zapoznać bez względu na to czy wciąż macie -naście lat. Chciałam natomiast przygotować Was na to, że wbrew spopularyzowanej opinii, nie jest to opowieść zupełnie pozbawiona wad i być może obniżyć nieco Wasze oczekiwania.

Za możliwość lektury dziękuję wydawnictwu Czwarta Strona

Raczej szczęśliwy niż nie” Adam Silvera; tłum. Sylwia Chojecka; wydawnictwo Czwarta Strona; Poznań 2018  ★★★½☆
Read more

sobota, 7 kwietnia 2018

Ona to wie, Lorena Franco
kwietnia 07, 2018 Comments

Thriller jest jednym z gatunków, po który sięgam zdecydowanie najczęściej. Czerpię niesamowicie dużo przyjemności z lektur o atmosferze gęstej od tajemnic i niedopowiedzeń; albo zaskakującymi fabularnymi twistami. A wydawnictwo Albatros już nie raz i nie dwa przedstawiło mi niesamowicie intrygujących przedstawicieli tego gatunku - Harlan Coben, B. A. Paris czy Alex Marwood. Ostatnio jednak coraz trudniej znaleźć mi pozycje w tym gatunku, która w pełni by mnie satysfakcjonowała. A lektura hiszpańskiego thrillera „Ona to wie" stanowi dla mnie niestety spore rozczarowanie.

Andrea mieszka na niewielkim osiedlu, w pobliżu Barcelony, razem ze swoim mężem. Po tragicznych wydarzeniach jakie miały miejsce na krótko przed przeprowadzką, kobieta poddała się nałogowi. Zamroczona alkoholem i tabletkami spędza większość dnia obserwując przez okno swoich sąsiadów - zwłaszcza małżeństwo z naprzeciwka. Odwiedziny szwagra - Victora stają się początkiem dla dziwnych, niepokojących wydarzeń. Kobieta z sąsiedztwa znika i wszystko wskazuje na to, że to właśnie Andrea jest ostatnią osobą, która ją widziała. Ale chociaż ma ona swoje podejrzenia co do sprawcy, nie może w pełni ufać osądem swojego zamroczonego umysłu. 

Po sukcesie debiutu Pauli Hawkins, większość thrillerów porównywano właśnie do „Dziewczyny z pociągu" lub „Zaginionej dziewczyny". W przypadku „Ona to wie" ma to jednak widoczne uzasadnienie. Koncepty fabularne Franco i Hawkins są do siebie bardzo zbliżone - podglądanie przez okno małżeństwa, zaginięcie żony, uzależnienie bohaterki, ale też jej zaniedbanie i konflikt z mężem (czy też eksmężem). A i to nie są jedyne podobieństwa pomiędzy oboma tytułami. Słowo plagiat jest zdecydowanie za mocne, ale wydaje mi się, że jeśli czytaliście „Dziewczynę z pociągu" istnieje niewielka szansa, że poczujecie się zaskoczeni lekturą. 

Lorena Franco wykazuje okropną tendencję do tego by przekonać nas, że nie możemy ufać Andrei jako narratorce - wielokrotnie przewija się sparafrazowana fraza „a może tylko to sobie wymyśliłam". Zresztą, czytanie z perspektywy Andrei jest doświadczeniem wyjątkowo niekomfortowym. Bohaterka ma tendencje do tego by popadać w przesadę i wszędzie doszukiwać się teorii spiskowych. A sugestie, że każdy z bohaterów skrywa jakiś brudny sekret nie wypadają zbyt subtelnie. Po powolnym, bogatym w opisy początku, akcja rzeczywiście rusza nieco do przodu - mamy do czynienia z mnóstwem niejasności i pojawia się całkiem fajny klimat. Niestety, większość z wątków łatwo przewidzieć, bo przypominają motywy z innych powieści (nie tylko Hawkins).

Nie jest do końca tak, że wszystko co przeczytałam w „Ona to wie" mnie rozczarowało. Żeby oddać autorce sprawiedliwość, Lorena Franco umiejętnie i bardzo stopniowo ujawnia pewne informacje a tym samym cały czas buduje napięcie. Miłą odmianę stanowi także sama sceneria, czyli Barcelona. Zwłaszcza, ze Lorena Franco kilkakrotnie nawiązuje do bestselerowego cyklu Carlosa Ruiza Zafona, w szczególności do „Cienia wiatru". Dla mnie był to przyjemny dodatek, choć nie zrekompensował mankamentów historii. 

Jeśli chodzi o thrillery, zawsze mam pewne wątpliwości co Wam polecać. Istnieje duża szansa, że jeżeli nie jesteście bardzo zaznajomieni z gatunkiem, „Ona to wie" okaże się dla Was lekturą znacznie ciekawszą niż to miało miejsce w moim przypadku.równocześnie jednak powieść Loreny franco była dla mnie rozczarowaniem i wydaje mi się, że na rynku wydawniczym możecie znaleźć sporo lepszych tytułów.

Za możliwość lektury dziękuję wydawnictwu Albatros


Ona to wie” Lorena Franco Godek; tłum. Elżbieta Sosnowska; wydawnictwo Albatros; Warszawa 2018 ★★☆☆☆
Read more

środa, 4 kwietnia 2018

Wyspa, Sigríður Hagalín Björnsdóttir
kwietnia 04, 2018 Comments

Chociaż od pewnego czasu nie publikuję już na blogu zestawienia z najciekawszymi premierami miesiąca, nie wyzbyłam się nawyku przeszukiwania portali książkowych czy też księgarń internetowych pod kątem  intrygujących tytułów, z którymi chciałabym się zapoznać. A „Wyspa”  autorstwa Sigríður Hagalín Björnsdóttir od razu zwróciła moją uwagę. I nie zniechęciły mnie nawet ostrożne jeśli chodzi o optymizm opinie pierwszych recenzentów. Teraz, już po skończonej lekturze, muszę przyznać, że rozumiem mieszane uczucia względem debiutu islandzkiej autorki, co zmienia jednak tego, że jest to tytuł, którym warto się zainteresować. 

Początek katastrofy jest niepozorny - Islandia traci kontakt z resztą świata. Nie działa internet ani połączenia komórkowe z zagranicznymi numerami; samoloty nie lądują, a statki nie wracają do portów. Coś co traktowane jest jako chwilowa awaria lub atak hakerów, staje się stanem permanentnym - nową rzeczywistością dla osób przebywających na wyspie. Hjalti, dojrzały dziennikarz, przez wzgląd na swoje znajomości, trafia w samo centrum rządowych działań. Maria, rdzenna Hiszpanka i była partnerka Hjaltiego, znajduje się w dużo trudniejszej sytuacji. Oboje zostają zmuszeni do podejmowania niemożliwych decyzji i zupełnego przewartościowania dotychczasowego życia.

Za sukcesem „Wyspy” stoi przede wszystkim niesamowity koncept. Odseparowanie Islandii od reszty świata jest nie tylko doskonałym pretekstem do podjęcia wielu istotnych i aktualnych tematów o naturze społeczno-politycznym, ale też przerażająco prawdopodobną wizją, zwłaszcza jeśli weźmiemy pod uwagę tempo akcji. Sigríður Hagalín Björnsdóttir nie przedstawia na siłę szybkich i drastycznych zmian wizji rzeczywistości; a z drugiej strony różnica pomiędzy obrazem świata na początku i końcu książki jest na tyle znacząca by nie pozostać niezauważoną i by w pewnym sensie wzmocnić emocje czytelnika.

Autorka skupia się przede wszystkim na przedstawieniu sytuacji z dwóch perspektyw - Hjaltiego i Marii, co jest o tyle słusznym wyborem, że odmienność statusu bohaterów pozwala Sigríður Hagalín Björnsdóttir na szerokie spektrum poruszanej problematyki. Czytamy o roli mediów, działaniach rzątu, buntach społeczeństwa, rosnącej agresji i sytuacji turystów i imigrantów, którzy pod pewnymi względami stają się metaforą dla tematu uchodźców. Przewijają się sceny drastyczne, brutalne, a momemntami niesmaczne i zdecydowanie  nie jest to lektura, którą nazwałabym przyjemną. Zwłaszcza, że islandzka autorka stara się bardzo uwiarygodnić swoją opowieść m.in. zamieszczając fragmenty stylizowane na gazetę.

Jest jednak pewna sztuczność w stylu autorki; coś co sprawiło, że jako czytelnik czułam się emocjonalnie odseparowana od opowiadanej historii. Zresztą, pewna fragmentaryczność scen z życia bohaterów również nie ułatwia uczuciowego zaangażowania w lekturę. A chociaż wiem, że nie jest to coś co przeszkadza każdemu czytelnikowi, dla mnie stanowi spory mankament. Nie do końca podoba mi się też finał „Wyspy". Rozumiem zamysł autorki - to że nie zawsze możliwe jest uzyskanie odpowiedzi na nurtujące nas pytania - ale pozostawienie tylu otwartych kwestii, zwłaszcza to co stało się z resztą świata, było dla mnie rozczarowujące. 

Powieść islandzkiej autorki zdecydowanie ma swoje mocne punkty, zwłaszcza jeśli chodzi o aktualność poruszanych tematów, ale nie jest to historia wolna od wad. Nieco żałuję niewykorzystanego w pełni potencjału. Mimo to jestem ciekawa czym jeszcze zaskoczy nas Sigríður Hagalín Björnsdóttir, a Was zachęcam zarówno do lektury „Wyspy”, jak i chwili refleksji nad zagadnieniami, o których pisze autorka. 

Za możliwość lektury bardzo dziękuję wydawnictwu Literackiemu

Wyspa” Sigríður Hagalín Björnsdóttir; tłum. Jacek Godek; wydawnictwo Literackie; Kraków 2018 ★★★½
Read more

sobota, 31 marca 2018

Co się działo w marcu?: podsumowanie miesiąca
marca 31, 2018 Comments

Czekałam na tą wiosnę z utęsknieniem. I nie chodzi już nawet o to, że z natury jestem człowiekiem ciepłolubnym i nie mogłam się doczekać wyższych temperatur. Wiosna obdarowuje mnie zawsze nową perspektywą - nawet jeśli nie otrzymuję dodatkowej godziny w prezencie, mój dzień naprawdę wydaje się dłuższy. Zresztą, już teraz możecie dostrzec tego efekty przyglądając się moim czytelniczym statystykom. Marzec był dla mnie stosunkowo zapracowanym miesiącem i zdarzały się dni, w które spędzałam w domu dosłownie kilka godzin - nieustannie kursowałam pomiędzy domem, uczelnią, a innymi obowiązkami. Wyjątkowo sporo czasu spędziłam na podziwianiu muzealnych eksponatów, powoli zaczęłam działać w wolontariacie. A mimo to jak do tej pory jest to dla mnie najlepszy miesiąc pod względem czytelniczym w tym roku. Przeczytałam aż dwanaście nowych tytułów, większość spod pióra kobiet i zbiorów mojej lokalnej biblioteki. A warto podkreślić, że spora ich część nie należała do najkrótszych pozycji.

PRZECZYTANE:

Raczej szczęśliwy niż nie, Adam Silvera ★★★½☆

Powieść Adama Silvery zdecydowanie jest historią, której warto poświęcić chwilę uwagi i w tej kwestii w zupełności zgadzam się z ogromem innych czytelników. Już sam temat jaki autor porusza w tej konkretnej opowieści - akceptacja tego kim się jest i danie samemu sobie pozwolenia na bycie szczęśliwym - jest niesamowicie istotny, ale to nie jedyne atuty przemawiające za Raczej szczęśliwy niż nie. Podoba mi się realizm opowiadanej przez Adama Silverę historii i jedynie drobny element realizmu magicznego w postaci Instytutu Lateo. W tym konkretnym przypadku fala pozytywnych opinii wpłynęła jednak w pewnym sensie na moją własną ocenę. Nie mogę powiedzieć, żeby historia Aarona nie była wzruszająca i emocjonalna, ale nie uderzyła we mnie jakoś personalnie, a niektóre fragmenty uderzały mnie pewną sztucznością i infantylnością. Chciałabym Wam jednak opowiedzieć o tym tytule więcej.

Alienista, Caleb Carr ★★★★☆

Powieść Caleba Carra to taki tytuł, o którym być może zrobi się nieco głośniej w nadchodzących dniach z racji na premierę serialu na jej podstawie, który w kwietniu zagości na polskim Netflixie. I skrycie na to liczę, bo Alienista to naprawdę unikalna historia, z którą warto się zapoznać. Tym co wyróżnia powieść Caleba Carra są przede wszystkim realia w jakich została osadzona - klimat przełomu XIX i XX wieku Nowego Jorku (a już zwłaszcza jego półświatka). Spora część fabuły skupia się na szczegółowym, a dla niektórych być może wręcz nużącym, przedstawieniu śledztwa - mówi się tu o początkach nauk związanych z kryminalistką takich jak choćby daktyloskopia i sposobie w jaki postrzegani byli wówczas alieniści - ale gdzieś w tle przewija się też codzienne życie nowojorczyków. Nie brak graficznych i być może nieco brutalnych opisów, ale ta atmosfera zostaje przełamana odrobiną humoru. I po raz pierwszy od dawna mogę powiedzieć, że jest to coś, czego jeszcze nie czytałam  - a to bardzo dużo znaczy.

Mimo moich win, Tarryn Fisher ★★☆☆☆

Nie mogę niestety powiedzieć, żeby moje pierwsze zetknięcie z twórczością Tarryn Fisher należało do szczególnie udanych. Mimo moich win przeczytałam bardzo szybko, ale trudno pozbyć mi się w tym przypadku pewnego poczucia rozczarowania. I nie chodzi wcale o to, że wszyscy bohaterowie tej powieści zaliczają się do grona  postaci, z którymi nie da się sympatyzować. Przeszkadzał mi już sam język jakim opowiedziana została ta historia - bardzo prosty, często powielający te same zwroty i skupiający się głównie na dialogach. Poza tym fabuła całej historii obraca się niemal wyłącznie wokół relacji Olivii i Caleba - do tego stopnia, że obserwujemy praktycznie tylko sceny z udziałem tej dwójki - co jest tym trudniejsze do zaakceptowanie, że tempo ich "związku" jest bardzo nienaturalne. Na pewno zapoznam się jeszcze z jakąś powieścią Tarryn Fisher, bo podoba mi się pewna odwaga autorki jeśli chodzi o kreowanie postaci i dynamika fabuły, ale już z nieco mniej wygórowanymi oczekiwaniami.

Hotel nad oceanem, Colleen Coble ★★½☆☆

To może być zaskoczeniem, ale do lektury Hotelu nad oceanem zachęcił mnie przede wszystkim opis fabuły. Przywodził mi myśl historie Nory Roberts, które kiedyś podkradałam mamutkowi i w których romans połączony jest z jakimś elementem suspensu, sensacji czy kryminału. Trochę ze wstydem przyznaję się, że bardzo wciągnęłam się w fabułę i byłam ciekawa czy moje przypuszczenia są słuszne. Dlaczego ze wstydem? Bo niemal od początku zdawałam sobie sprawę z tego, że obiektywnie nie jest to po prostu dobra historia - tempo fabuły przekracza pewne granice absurdu; relacje między bohaterami są sztuczne, a bohaterowie zachowują się nieadekwatnie do sytuacji. Nieco śmieszy mnie czyjeś porównanie Colleen Coble do Colleen Hoover i raczej nie zachęcam Was do lektury.

Wyspa, Sigríður Hagalín Björnsdóttir ★★★½☆

O Wyspie z pewnością ukaże się jeszcze oddzielny post, ale już teraz chciałam Wam w skrócie zdradzić moje odczucia. Muszę przyznać, że niesamowicie podoba mi się już sam koncept fabularny Sigríður Hagalín Björnsdóttir - odseparowanie Islandii od reszty świata i atmosfera niepewności i niepokoju jaką kreuje autora. Poza tym doceniam to, że autorka porusza różne aspekty zaistniałej sytuacji i nie stara się na siłę przyspieszyć tempa akcji - zmiany są powolne, a z drugiej strony wyraźnie dostrzegamy różnice pomiędzy wizją świata na początku i końcu książki. Ale nie wszystko ułożyło się zgodnie z moimi oczekiwaniami - trudno mi zignorować to, że przez większość fabuły losy bohaterów były mi niemal zupełnie obojętne, jakbym została emocjonalnie odseparowana od lektury; no i rozczarowujące okazały się dla mnie pewne otwarte kwestie fabularne.

Tajemna historia, Donna Tartt ★★★★★

Bardzo trudno zebrać mi w słowach co tak bardzo ujęło mnie w prozie Donny Tartt. Najchętniej ograniczyłabym się po prostu do stwierdzenia, że musicie sami sięgnąć po ów lekturę. To nie jest opowieść o morderstwie, a przynajmniej nie w takim sensie w jakim książką o morderstwie jest kryminał. Nie mamy tutaj atmosfery tajemnicy - kto zginął? kto zabił? - ani pędzącej akcji. Ale dawno nie czytałam tak niesamowicie klimatycznej i dającej do myślenia prozy. Donna Tartt nie pozwala nam zapomnieć o zbliżającej się zbrodni; sprawia że zaczynamy czuć sympatię względem bohaterów, którzy są mordercami a przez to czujemy się niekomfortowo z samym sobą. A do tego posługuje się niesamowitym stylem pisania. Jeśli nie znacie Tajemnej historii, koniecznie powinniście to zmienić.

Biały oleander, Janet Fitch ★★★★☆

Zacznę od tego, że kilka lat temu widziałam ekranizację powieści Janet Fitch i znałam zawczasu pewne rozwiązania fabularne, ale nie wpłynęło to znacząco na moje wrażenia z lektury. Nie mogę powiedzieć żeby Biały oleander całkowicie mnie zachwycił - bardzo specyficzny, trochę poetycki styl, pełen metafor i porównań niejednokrotnie utrudniał mi lekturę, zwłaszcza wówczas, gdy dotyczył on partii dialogowych. Ale z drugiej strony nie mogę też nie docenić prozy Janet Fitch. Autorka przedstawia niezwykle oryginalny i skomplikowany portret relacji matka-córka, ale tym co ostatecznie ujęło mnie w lekturze jest kreacja samej Astrid - bohaterki, która rozpaczliwie poszukuje matczynej miłości, do tego stopnia, że poszukuje jej u innych kobiet. Proza Fitch ma ponad to pewien feministyczny wydźwięk i wpisuje się tym samym w aktualne trendy literackie - kładzie duży nacisk na różnice w sytuacji kobiet i mężczyzn we współczesnym świecie.

Surogatka, Louise Jensen ★★★★☆

Surogatka była jednym z tych thrillerów, o których w ostatnim czasie było bardzo głośno, zwłaszcza jeśli chodzi o blogosferę książkową i polski bookstagram. I muszę przyznać rację większości, że jest to pozycja, która trzyma wysoki poziom i przy której można naprawdę oderwać się na chwilę od rzeczywistości. Louise Jensen od samego początku kreuje atmosferę tajemnic i niepokoju; na dodatek od samego prologu rusza z akcją do przodu i nie pozostawia tym samym czytelnikowi miejsca na nudę. Trochę obawiałam się zakończenia, bo niektóre wątki wydawały mi się raczej przewidywalne, ale okazało się, że autorka finalnie podążyła innym tropem. Tak naprawdę jedynym co można zarzucić Surogatce jest zbyt łatwowierna główna bohaterka, ale niestety jest to mankament powielany we wszystkich dotychczas wydanych powieściach Louise Jensen.

Asystentka magika, Ann Patchett ★★★★☆

Pomimo bardzo skrajnych opinii, muszę przyznać, że lektura Asystentki magika okazała się dla mnie miłym zaskoczeniem i cieszy mnie perspektywa zapoznania się z inną powieścią Ann Patchett, którą posiadam już na swojej półce. To ten gatunek spokojnej, powolnej prozy, która nie posiada wyraźnie nakreślonego wątku przewodniego i można odnieść wrażenie, że urywa się w przypadkowym momencie. Równocześnie jednak Ann Patchett w niezwykle subtelny i delikatny sposób dotyka problematyki żałoby - zwłaszcza poszukiwania śladów ukochanej osoby w innych osobach czy nawet miejscach; czy kreuje niesamowitą relację na poziomie matka-dziecko. Rozumiem co może się czytelnikom Asystentki magika nie podobać, ale sama jestem zadowolona z lektury.

Ona to wie, Lorena Franco ★★☆☆☆

Dosłownie na dniach opowiem Wam więcej o lekturze hiszpańskiego thrillera, ale już teraz uprzedzam, że było to dla mnie raczej doświadczenie rozczarowujące. Skłamałabym twierdząc, że jest to powieść zupełnie pozbawiona wad - już samo osadzenie akcji w Hiszpanii i nawiązania do bestselerowej powieści Carlosa Ruiza Zafona stanowi pewną miłą odmianę. Ale dostrzegam zbyt duże podobieństwo pomiędzy powieścią Ona to wie a Dziewczyną z pociągu. Zarówno koncept, jak i niektóre z wykorzystanych przez autorkę rozwiązań fabularnych są wtórne. A czytanie z perspektywy głównej bohaterki jest po prostu niekomfortowe dla czytelnika. Zdecydowanie jest to tytuł, który można pominąć.

Na plaży Chesil, Ian McEwan ★★★★☆

Kolejna z niezwykle subtelnych i klimatycznych powieści, które miałam okazję czytać w tym miesiącu. Bardzo krótka, bo niespełna dwustustronnicowa, ale równocześnie bogata jeśli chodzi o treść. Na plaży Chesil skupia się wokół wydarzeń nocy poślubnej i dotyka tematu seksu, ale nie jest to historia epatująca erotyzmem. Ian McEwan kreuje niezwykle przekonujący i w pewnym sensie wzruszający portret młodzieńczego i nieco naiwnego uczucia; porusza problematykę aseksualności i podkreśla pewną pruderyjność jaka towarzyszyła latom 60. Wydaje mi się, ze warto poświęcić jej chwilę uwagi, zwłaszcza biorą pod uwagę fakt zbliżającej się ekranizacji.

Onyks, Jennifer L. Armentrout ★★★☆☆

Podobnie jak w przypadku pierwszego tomu serii, w trakcie lektury Onyksu miałam świadomość tego, że nie jest to powieść obiektywnie dobra. Z drugiej jednak strony, jest w niej coś niesamowicie uzależniającego. Podoba mi się to, że bycie książkoholikiem i blogerką stanowi ważną część życia Katy i słowne przepychanki pomiędzy bohaterami. I wydaje mi się, że Onyks trzyma poziom Obsydianu. Z drobnym wyjątkiem, uważam, że  Jennifer L. Armentrout zupełnie niepotrzebnie wplotła do fabuły motyw trójkąta miłosnego, zwłaszcza że "nowy chłopak" ewidentnie wykorzystywany był jako narzędzie do wzbudzenia zazdrości w Daemonie. No takich rzeczy się nie robi.

NAPISANE:

O tym, że B. A. Paris potrafi tworzyć wciągające thrillery, ale jednak preferuję jej poprzednie wcielenie, czyli opinia o Na skraju załamania.
Nietypowa powieść obyczajowa z elementami thrillera, o skomplikowanych relacjach pomiędzy matką, synem i jego dziewczyną, czyli kilka słów o Tej dziewczynie
O tym, że nie każda matka posiada instynkt macierzyński i nie wszyscy ludzie rodzą się z natury dobrzy, czyli o Musimy porozmawiać o Kevinie
Kilka słów o tym czy trylogia o Forstcie potrzebowała kontynuacji, czyli o Deniwelacji
I o tym, że w Polsce też piszemy dobre i wartościowe młodzieżówki, czyli o Fanfiku
Read more

niedziela, 25 marca 2018

Fanfik, Natalia Osińska
marca 25, 2018 Comments

Są takie powieści, o których bardzo dużo się słyszy, nie słysząc tak naprawdę nic konkretnego i mam wrażenie, że „Fanfik" był własnie jednym z takich przypadków. Prawdopodobnie dlatego pierwotnie wcale nie zamierzałam sięgać po tytuł Natalii Osińskiej. Zwłaszcza, że i tak rzadko zdarza mi się czytać jakiekolwiek współczesne polskie powieści młodzieżowe. Nie wiem kiedy dokładnie zmieniłam zdanie i czym było to spowodowane. Po prostu kiedy „Fanfik" po raz kolejny mignął mi na czyimś insta story, zarezerwowałam egzemplarz w bibliotece. Ale nie żałuję. Pomimo pewnych wad, rozumiem dlaczego „Fanfik" budzi tak ciepłe uczucia wśród czytelników.

Tosia ma problemy z odnalezieniem się w szkolnej rzeczywistości. Chociaż nie brakuje jej znajomych, dziewczyna czuje, że nie wszystko w jej życiu znajduje się na odpowiednim miejscu. Tosia kocha musicale i tworzy własne opowiadania, ale jedyne co umożliwia jej w miarę normalne funkcjonowanie to tabletki. Tymczasem w szkole dziewczyny pojawia się ktoś nowy. Leon skrywa mnóstwo tajemnic co czyni go jeszcze bardziej atrakcyjnym w oczach rówieśników. Zamiast zdobywać miejsce wśród szkolnej elity, chłopak zbliża się właśnie do Tosi. Przypadkowa sytuacja i wsparcie Leona pozwalają Tosi w końcu zrozumieć prawdę na swój temat. 

Porównywanie debiutu literackiego Natalii Osińskiej do twórczości Małgorzaty Musierowicz czy Krystyny Siesickiej nie jest zbyt fortunnym zabiegiem i w moim odczuciu nie przynosi on młodej autorce wiele dobrego. Dawne powieści młodzieżowe, czy to „Jeżycjada" czy choćby „Jezioro Osobliwości", rządziły się swoimi prawami i „Fanfik" odbiega od nich charakterem. Co nie oznacza od razu, że jest to historia gorsza. A nawet, idąc o krok dalej, współczesnemu nastolatkowi historia autorstwa Natalii Osińskiej może się nawet wydać ciekawsza. „Fanfik" to powieść bardzo aktualna, wychodząca naprzeciw potrzebie dostrzegania różnorodności wśród naszego społeczeństwa, w tym LGBT, a przy tym po prostu mądra.

Natalia Osinska dobrze radzi sobie z przedstawieniem życia współczesnych nastolatków - dostrzega ich codzienne problemy, małe i większe dramaty i ich nie bagatelizuje. Mówiąc o „Fanfiku" często podkreśla się wyczucie z jakim autorka porusza temat transseksualizmu, i trudno się z tym nie zgodzić, ale nie jest to jedyny wątek o jaki zahacza Natalia Osińska. To historia, z którą mogą się identyfikować  nie tylko osoby LGBT; bo każdy nastolatek w pewnym momencie życia czuł się zagubiony i osamotniony i nie potrafił znaleźć wspólnego języka z rodzicami a na dodatek powątpiewał w sens nauki.

Natalia Osińska sporo zyskała w moich oczach - swoją empatią i zdolnościami literackimi, a przede wszystkim dostrzeżeniem jak ogromną rolę w życiu nastolatka odgrywają rodzice i że im też ciężko odnaleźć się w zaistniałej sytuacji. Ale ni jest to historia pozbawiona wad. Trudno było mi zrozumieć Tosię i polubić ją jako postać i to wcale nie dlatego, że czuła się bardziej Tośkiem, aniżeli Tosią. Po prostu dwudziestodwuletnia Karolina nie potrafiła zaakceptować egocentryzmu i jakiegoś zadufania szesnastolatki. A sposób w jaki traktowała swojego ojca po prostu mnie irytował. Muszę też zgodzić się z tym, że sposób w jaki autorka kreuje żeńskie postacie - obsadzając je w rolach typowych mean girls - pozostawia sporo do życia i wpływa niekorzystnie na odbiór lektury.

Jestem raczej ostrożna jeśli mowa o przyklejaniu powieściom etykiety "must read", ale z lektury historii Natalii Osińskiej można wyciągnąć wiele pouczających lekcji w temacie tolerancji czy zrozumienia. I cieszy mnie, że tego typu pozycje powstają nie tylko za granicą, ale także spod pióra naszych rodzimych autorów. Jeśli rzuci Wam się kiedyś w oczy okładka i jeśli chcecie wyczulić na temat tolerancji jakiegoś nastolatka w swoim otoczeniu, albo siebie samych, zdecydowanie warto.  

Fanfik” Natalia Osińska; wydawnictwo Krytyki Politycznej; Warszawa 2016 ★★★★☆ 
Read more

wtorek, 20 marca 2018

Deniwelacja, Remigiusz Mróz
marca 20, 2018 Comments

Miałam pewne wątpliwości odnośnie tego czy w ogóle sięgać po „Deniwelację". Owszem, seria o komisarzu Forstcie jak do tej pory jest moim faworytem wśród powieści Remigiusza Mroza (i to pomimo nieco słabszego pierwszego tomu - „Ekspozycji"), ale jestem przeciwniczką przeciągania jakiejkolwiek historii - doświadczenie mówi, że zazwyczaj nie kończy się to dobrze*. Ale chociaż uważałam trylogię o Wiktorze za zamkniętą całość i tak górę wzięła ciekawość. Problem polega na tym, że nawet wówczas gdy skończyłam lekturę „Deniwelacji", wciąż nie byłam, i nie jestem, pewna co myślę na temat wydłużenia tego konkretnego cyklu.

Zakopane po raz kolejny zostaje sparaliżowane perspektywą działalności mordercy. Spokój jaki ogarnął miasto po schwytaniu Bestii z Giewontu nie trwał długo. Wraz z odwilżą policja znajduje zwłoki pięciu kobiet. Problemy z odkryciem ich tożsamości znacznie utrudniają śledztwo. Jedyny trop prowadzi policję i prokuraturę prosto do Wiktora Forsta. Nikt jednak nie wie, gdzie przebywa były komisarz. Tymczasem Forst prowadzi prywatne śledztwo poza granicami kraju, w słonecznym Alicante. I jak zwykle wplątuje się w poważne kłopoty.

Trawers" stanowił zakończenie wątku Bestii z Giewontu i chociaż w trakcie lektury czwartego tomu bohaterowie wciąż mierzą się z konsekwencjami tamtej sprawy, a autor spoiluje kluczowe rozwiązanie fabularne pierwotnej trylogii, „Deniwelacja" przedstawia całkowicie nową intrygę kryminalną. Jak to zwykle w przypadku powieści Remigiusza Mroza bywa, akcja jest niesamowicie dynamiczna i zagmatwana. Przeskakujemy nie tylko pomiędzy dwoma głównymi wątkami - skupionymi wokół sprawy morderstwa i postaci Forsta - ale także przez granice kraju i muszę przyznać, że początkowo czułam się zdezorientowana tym w jaki sposób autor zamierza je ze sobą połączyć. Ale pod tym konkretnym względem zostałam pozytywnie zaskoczona.

Deniwelacja" niewątpliwie posiada klimat jaki towarzyszył poprzednim tomom serii. Remigiusz Mróz konsekwentnie stosuje charakterystyczne "wewnętrzne cliffhangery", tj. kończy każdy z rozdziałów w taki sposób, że ciężko odłożyć lekturę na bok. Ponad to sama fabuła i tempo akcji przywodzi na myśl scenariusz filmu sensacyjnego - zarówno jeśli chodzi o dynamikę, rozmach, jak i pewne przerysowanie. Bez zastanowienia mogłabym Wam powiedzieć, że bawiłam się dobrze w trakcie lektury, co jest tym prostsze, że po tylu tomach czuję ogrom sympatii względem bohaterów, zwłaszcza jeśli mowa o Osicy i pani prokurator. Co nie oznacza, że nie dostrzegam mankamentów „Deniwelacji".

Pomijam kwestię oderwania fabuły od rzeczywistości i tego, że po raz -enty komisarz mocno obrywa po tyłku, bo byłam na to przygotowana zasiadając do lektury. Jestem natomiast rozczarowana zakończeniem. Doceniam fakt, że intryga kryminalna zostaje rozstrzygnięta w jednym tomie, pomimo że autor ewidentnie sugeruje, że nie jest to ostatnia powieść cyklu, natomiast jestem rozczarowana tym w jaki sposób zostaje zakończona. Remigiusz Mróz słynie ze swoich plot twistów, ale tym razem, unikając spoilerów, ciężko postrzegać rozwiązanie w takich kategoriach, gdyż w trakcie lektury zostały nam czytelnikom dostarczone mylne tropy.  Finalny cliffhanger również stanowił dla mnie źródło rozczarowania, dlatego że ciężko pozbyć mi się wrażenia wtórności.

Nie chcę zniechęcać Was do lektury „Deniwelacji", ani krytykować twórczości Remigiusza Mroza. Czwarty tom serii ma swoje atuty a jeśli znacie inne powieści autora, na kartach tej historii kryje się co najmniej jeden easter egg. W moim odczuciu zakończenie zakłóciło jednak pozytywny odbiór lektury. Czy sięgnę po kontynuację? Zdecydowanie, choćby i dla samych bohaterów. Ale czy napisanie kontynuacji rzeczywiście było potrzebne? Naprawdę nie wiem. 

*A żeby nie pozostawać gołosłowną, wystarcz przywołać przykład serii Kiery Cass czy Paulliny Simons

Deniwelacja” Remigiusz Mróz; wydawnictwo Filia; Poznań 2017 ★★★½☆
Read more

sobota, 17 marca 2018

Musimy porozmawiać o Kevinie, Lionel Shriver
marca 17, 2018 Comments

Chociaż to 2018 jest rokiem, w którym postanowiłam zapoznać się z jak największą liczbą powieści nominowanych do The Women's Prize for Fiction, już wcześniej zdarzało mi się spoglądać na ów listę, pod kątem poszukiwania nowych, ciekawych czytelniczych inspiracji. Takim sposobem sięgnęłam choćby po powieść „Achilles. W pułapce przeznaczenia" czy „Musimy porozmawiać o Kevinie" właśnie. Niewiele wiedziałam tak naprawdę o samej historii, ponad to, że przedstawia negatywny portret matki, ale już sama informacja o nominacji była dla mnie wystarczającą zachętą. Przyznaję jednak już na wstępie, że akurat „Musimy porozmawiać o Kevinie" było dla mnie pod pewnymi względami lekturą rozczarowującą.

Eva Khatchadourian była kobietą sukcesu - właścicielką odnoszącej sukcesy firmy, która zajmuje się wydawaniem przewodników turystycznych; kimś kto dzięki pracy zwiedził już spory kawałek świata; i wreszcie szczęśliwie zakochaną żoną Franklina Plasketta. Obecnie Eva postrzegana jest jako matka TEGO chłopaka - odpowiedzialnego za masakrę w Gladstone. Po tragicznych wydarzeniach, kobieta stara się w jakiś sposób zrozumieć całą sytuację, a w tym celu pisze listy do swojego małżonka. 

Musimy porozmawiać o Kevinie" jest powieścią epistolarną - historią w całości przedstawioną za pośrednictwem listów Evy do Franklina, w których bohaterka na zmianę relacjonuje wydarzenia po tamtym dniu, jak i opowieść o Kevinie od momentu jego narodzin. Już sama ta forma narzuca pewien chaos. Całą historię poznajemy bowiem achronologicznie i fragmentarycznie i musimy ją ułożyć samodzielnie w pewną całość. Nie powiedziałabym jednak, że jest to mankament opowieści - oddaje bowiem specyfikę tego w jaki sposób kieruje się ludzki umysł, z tym że może to nieco utrudnić zaangażowanie czytelnika w całą historię.

Niewątpliwie powieść Lionel Shriver niesie z sobą pewne wartości. Autorka kreuje niezwykle wstrząsający i zaskakujący portret macierzyństwa - gdzie matka nie jest bezwarunkowo zakochana w swoim dziecku; i prowokuje czytelnika do wyciągnięcia bardzo niewygodnych wniosków - że być może nie każda kobieta została stworzona do roli matki i że czasami człowiek rodzi się już jako zła istota. Nie mogę powiedzieć, żebym bezwarunkowo zgadzała się we wszystkim z Lionel Shriver, ale bez wątpienia postawione przez nią pytania sprowokowały mnie do pewnej refleksji - nawet jeśli czułam się przez to niekomfortowo.

Kiedy wspominał o tym, że „Musimy porozmawiać o Kevinie" było dla mnie pod pewnymi względami lekturą rozczarowującą, chodziły mi po głowie zupełnie inne aspekty. Sporo w tej historii nienaturalności - poczynając od sposobu wysławiania poszczególnych postaci (zbyt górnolotny i pretensjonalny), na zachowaniu adresata kończąc. Wydaje mi się, że w zamyśle autorki to Eva miała być postacią wzbudzającą negatywne emocje, ale to zaślepienie Franklina powodowało u mnie nieustanną irytację. Nie do końca rozumiem też dlaczego Lionel Shriver tak szybko wytrąciła sobie z rąk atut w postaci aury tajemniczości i zdradziła czego dopuścił się Kevin. Nie jest to  jedyny zwrot fabularny, ale kolejny następuje tak późno, że część czytelników może zniechęcona odłożyć lekturę na bok.

Dostrzegam walory powieści Lionel Shriver i nawet jestem w stanie zrozumieć nominacje i prestiżowe nagrody „Musimy porozmawiać o Kevinie". Ale źródło mojego rozczarowania tkwi w tym, ze mogło być jeszcze lepiej. Mimo wszystko polecam Wam zapoznać się z historią autorstwa Lionel Shriver. To tego rodzaju tytuł, który pozostawia po sobie jakiś trwalszy ślad w czytelniku. 

Musimy porozmawiać o Kevinie” Lionel Shriver; tłum. Krzysztof Uliszewski; wydawnictwo Videograf II; Chorzów 2008 ★★★☆☆
Read more

środa, 7 marca 2018

Ta dziewczyna, Michelle Frances
marca 07, 2018 Comments

Praktyka zgodnie z którą zasiada się do lektury thrillerów czy też kryminałów wiedząc jak najmniej na temat poruszanej problematyki i wykorzystanych motywów jest stosunkowo popularna wśród czytelników, zwłaszcza wielbicieli gatunków. Zapewnia się tym samym samemu sobie większe szanse na swego rodzaju element zaskoczenia w trakcie lektury. Ale choć sama zazwyczaj praktykuję tego rodzaju podejście, nauczona doświadczeniem, przynajmniej pobieżnie staram się przyjrzeć opiniom innych czytelników przed lekturą. A w przypadku „Tej dziewczyny" zdecydowanie korzystnie wpłynęło to na moje wrażenia, dlatego że miałam powieść, iż powieść Michelle Frances nie stanowi typowego przykładu thrillera.

Laura to kobieta sukcesu, która pomimo dostatniego życia u boku zamożnego męża rozwija się na gruncie zawodowym jako producentka telewizyjna. Jej małżeństwo nie jest pozbawione pewnych skaz, ale bliski kontakt z synem wydaje się rekompensować jej wszelkie braki na polu osobistym. Kiedy Daniel spotyka Cherry Laura wydaje się cieszyć szczęściem jedynaka i perspektywą nowego członka rodziny. Do czasu. Kobieta obawia się, że dziewczyna jest bardziej zainteresowana perspektywą pieniędzy  niż Danielem i że stara się w pewnym sensie odebrać Laurze jej syna. Tylko czy same przeczucia stanowią wytłumaczenie dla tego co zrobiła?

Wspominając o tym, że „Ta dziewczyna" nie stanowi typowego przykładu thrillera psychologicznego miałam na myśli to, że przez znaczną część lektury nie mamy do czynienia z elementami, które w pewnym sensie tworzą ów gatunek - suspensem, tajemnicami, szybką akcją czy zwrotami fabularnymi. Powieść Michelle Frances w dużej mierze (ok. 3/4 całości) to historia obyczajowa skupiająca się wokół skomplikowanej relacji Laury - matki i Cherry - dziewczyny jej syna; i posiadająca pewną specyficzną atmosferę niepokoju, że "coś pójdzie nie tak". Nie przeszkadzało i to jednak tak jak można by się spodziewać, głównie dlatego że autorka ofiaruje sporo w zamian, a ja zostałam zawczasu "ostrzeżona" przez innych czytelników. 

Michelle Frances zdecydowanie dokonuje ciekawego wyboru jeśli chodzi o dwie główne bohaterki. Relacja pomiędzy matką chłopaka a jego nową dziewczyną stanowi obiecujący temat - pomimo tego że pomiędzy obiema kobietami stosunkowo szybko dochodzi do zatargów i można by kwestionować ich motywacje, już sam charakter ich powiązań czyni konflikt wiarygodnym. Michelle Frances przykłada dużą wagę do tego by przybliżyć nam dokładnie sylwetki Laury i Cherry (być może nawet kosztem innych bohaterów, zwłaszcza tych płci męskiej), ale przynosi to oczekiwane rezultaty - ich portrety i dynamika łączących je relacji stanowi najmocniejszy punkt powieści.

Co jeszcze warto wiedzieć przed lekturą? Bohaterowie powieści Michelle Frances nie zaliczają się do grona postaci, do których łatwo zapałać sympatią. Status społeczny Laury i nastawienie do świata Cherry sprawiają, że raczej trudno było mi zidentyfikować z ich problemami. Prawdopodobnie jeśli nie lubicie czytać o antypatycznych bohaterach, może to być dla Was dodatkowa wada. Jeśli chodzi o końcowy fragment powieści - ten bardziej przypominający klimatem thriller, Michelle Frances poradziła z nim sobie całkiem dobrze. Owszem, nie jest to wątek zaskakujący i trzymający w napięciu, ale autorce udało się bardzo dobrze umotywować postępowanie wszystkich zainteresowanych i jednocześnie wykreować stosowną atmosferę.

Hasła z blurba i gatunkowe określenie „Tej dziewczyny" jako thriller może być mylące dla czytelników i z tego względu nie zaskoczą mnie negatywne opinie na jej temat. Ale abstrahując od tego, powieść Michelle Frances to dobrze napisana historia, poruszająca znany, ale nie "spowszedniały" jeśli chodzi o literaturę popularną motyw relacji matki i syna i "tej trzeciej", która w pewnym sensie burzy stary porządek. Wiedząc o pewnych aspektach, jest to lektura warta Waszej uwagi. 

Za możliwość lektury dziękuję wydawnictwu Albatros

Ta dziewczyna” Michelle Frances; tłum. Paweł Lipszyc; wydawnictwo Albatros; Warszawa 2018 ★★★★☆ 
Read more

sobota, 3 marca 2018

Na skraju załamania, B. A. Paris
marca 03, 2018 Comments

Debiutancka powieść B. A. Paris mocno podzieliła czytelników.Chociaż nie brak słów zachwytu i oznak uznania - w postaci choćby nominacji do prestiżowych plebiscytów - „Za zamkniętymi drzwiami" zebrało także sporo krytycznych opinii. Co, pomimo mojej prywatnej opinii, nieszczególnie mnie dziwi Nic więc dziwnego w tym, że premierze „Na skraju załamania", drugiej powieści angielskiej autorki, towarzyszy duży rozgłos. Sama byłam ogromnie ciekawa czy historia B. A. Paris wywrze na mnie podobne wrażenie co przy pierwszym spotkaniu. Ale chociaż nie  mogę mówić w tym przypadku o rozczarowaniu, „Na skraju załamania" nie dorównało w moim odczuciu debiutowi autorki.

Cass Anderson wracała tentego wieczora do domu ze spotkania ze znajomymi. Pomimo próśb męża, wybrała mniej uczęszczaną drogę na skróty i była to pierwsza decyzja, której pożałowała. Kolejną było to, że, obawiając się jakiegoś niesprecyzowanego zagrożenia, nie pomogła kobiecie, której samochód minęła na drodze. Następnego dnia na jaw wychodzi informacja, że nieznajoma kobieta nie żyje - prawdopodobnie została zamordowana. Cass nie może poradzić sobie z poczuciem winy. Co gorsza, nie są to jedyne problemy, którym musi stawić czoło - fakt, że coraz częściej ma kłopoty z przypomnieniem sobie pewnych informacji budzi w Cass obawę, że, podobnie jak jej matka, cierpi na demencję. A na dodatek kobieta zaczyna otrzymywać dziwne, anonimowe głuche telefony.

Na skraju załamania" pod pewnymi względami różni się od debiutanckiej powieści B. A. Paris i  stanowi nieco bardziej klasyczny przykład thrillera. Podczas gdy w „Za zamkniętymi drzwiami" stosunkowo szybko odkryto wszelkie tajemnice, a siła historii spoczywała na specyficznej atmosferze i kreacji postaci, tym razem autorka stara się w jakiś sposób zaskoczyć swoich czytelników. Czy jej się to udaje? W moim odczuciu niekoniecznie. Jeżeli jesteście choćby w niewielkim zakresie zaznajomieni z gatunkiem i figurą niewiarygodnego narratora (ang. unreliable narrator) prawdopodobnie domyślicie się zarówno kto stoi za pewnymi wydarzeniami, jak i tego dlaczego dopuścił się takich czynów; zwłaszcza że liczba podejrzanych jest raczej stosunkowo krótka.

Po intrygującym początku następuje znaczny spadek tempa akcji i niestety muszę przyznać, że pewien niewielki fragment „Na skraju załamania" był dla mnie nużący.  Następujące po sobie wydarzenia - kolejne głuche telefony i przykłady na to, że Cass coraz częściej zapomina o tym co robi - stały się wtórne i brakowało mi czegoś co przełamałoby stagnację. To powiedziawszy, nie mogę stwierdzić, że nowa powieść autorki jest rozczarowująca i że nie warto w tym przypadku decydować się na lekturę. Dlatego że „Na skraju załamania" posiada pewne niezaprzeczalne zalety. I nie chodzi mi tylko o angażujący, niemal uzależniający styl B. A. Paris.

Chociaż samo "wielkie ujawnienie prawdy" nie należy do szczególnie zachęcających, scena w której do niego dochodzi ma niesamowity klimat i świetną dynamikę. Doceniam też fakt, iż powyższe wydarzenie nie jest finałem powieści. B. A. Paris daje nam okazję ku temu by dowiedzieć się w jaki sposób dana osoba dopuściła się konkretnych zachowań - obserwować poczynania "czarnego charakteru" niejako zza kulis. Niezwykle przekonująco wypada też stadium szaleństwa Cass. Dzięki pierwszoosobowej narracji obserwujemy jak bohaterka coraz szybciej popada w pewien obłęd i zostaje niejako uwięziona we własnym umyśle.

Istnieje duże prawdopodobieństwo, że „Na skraju załamania" podzieli los debiutu B. A. Paris i wywoła raczej skrajne opinie czytelników. Zgadzam się z tym, że jest to niesamowicie angażująca lektura, którą pochłania się w zastraszającym tempie i dostrzegam co może się w niej podobać zwłaszcza osobom, które nie czytały jeszcze zbyt dużo thrillerów. W moim odczuciu B. A. Paris nieco lepiej radzi sobie z historiami, gdzie nacisk zostaje położony nie tyle na plot twistach, ile na atmosferze i bohaterach. Ale i tak nie żałuję lektury „Na skraju załamania".

Za możliwość lektury bardzo dziękuję wydawnictwu Albatros


Na skraju załamania” B. A. Paris; tłum. Maria Olejniczak-Skarsgard; wydawnictwo Albatros; Warszawa 2018 ★★★½☆
Read more

środa, 28 lutego 2018

Co działo się w lutym?: podsumowanie lutego
lutego 28, 2018 Comments

Połowa jednego z najzimniejszych tygodni już prawie za nami co niesamowicie mnie cieszy, bo okazuje się, że przy temperaturze -15 stopni funkcjonuje dobrze jedynie wówczas, gdy nie muszę wychylać nosa (ani stopy, ani rąk, ani żadnej części ciała) zza czterech ścian. Moją aklimatyzację znacznie utrudnił fakt, że tydzień mrozów zbiegł się w czasie z pierwszym tygodniem nowego semestru i wciąż przyzwyczajam się, że tym razem muszę zawitać na kampusie aż pięć razy w tygodni i to dwukrotnie o godzinie ósmej rano (co wiąże się z pobudką ok. godz. 5:30). Dosyć już jednak o tym co zaprząta mój umysł i pora się skupić na tym co ciekawsze, czyli czytelniczym podsumowaniu lutego. 

Jeśli mam być szczera oczekiwałam znacznie lepszego wyniku. Nie dlatego że ten który osiągnęłam jest zły, po prostu przy dwóch tygodniach całkowitego wolnego, spodziewałam się, że przeczytam całe stosy zalegających po szafach lektur. Tymczasem przeczytałam tych pozycji osiem (a w dwóch  kolejnych jestem dosłownie gdzieś pomiędzy rozdziałami). Prawdopodobnie spowodowane jest to jednak tym, że przez pierwszą tydzień lutego moją głowę zaprzątały jedynie informacje związane z przedstawicielami różnych nurtów zarządzania, rodzajami przywództwa czy typami motywacji (której, o ironio, brakowało mi w trakcie procesu nauki); potem natomiast założyłam konto na Netflixie.

PRZECZYTANE:

Niepamięć, Marek Stelar ★★☆☆☆

Obiektywnie spoglądając na Niepamięć nie jest to pozycja zła i jestem w stanie zrozumieć dlaczego wśród większości czytelników budzi ona raczej pozytywne opinie. Równocześnie jednak nic nie poradzę na to, że zasiadłam do czytania z dosyć wysokimi oczekiwaniami (głównie spowodowanymi poczuciem więzi z głównym bohaterem z racji na to samo nazwisko), które nie zostały jednak zaspokojone. Marek Stelar nie zdołał mnie zaangażować w lekturę - pomimo tego, że przerzucałam kolejne strony, nie byłam do końca zainteresowana tym co wydarzy się dalej. Problem polega na tym, ze fabuła Niepamięci opiera się na prywatnym śledztwie inspektora Sudera (nawet nie wiecie jak nienaturalna jest taka odmiana nazwiska, kiedy przez przeszło dwadzieścia lat życia stosowało się inną) i jeśli, podobnie jak ja, nie zapałacie do niego sympatią, istnieje niewielka szansa na to żeby w pełni czerpać przyjemność z lektury. Wydaje mi się, że dam autorowi jeszcze jedną szansę, ale na razie czuję jedynie rozczarowanie.

Dom w Riverton, Kate Morton ★★★★★

Nie jest już chyba tajemnicą, że żywię ogromną słabość do twórczości Kate Morton, a że Dom w Riverton był pierwszą powieścią spod jej pióra jaką miałam okazję czytać, mam do niej ogromne pokłady sentymentu. Ale nawet pomimo upływu czasu dostrzegam w tej lekturze ogrom zalet. Kate Morton w niesamowicie subtelny i wyważony sposób opowiada historię o niesamowitej tragedii i skrywanych tajemnicach. Dom w Riverton posiada cudowny klimat, niemal duszący od skumulowanych sekretów, a ponad to przedstawia portret pewnego rodzaju upadku arystokracji, na początku XX wieku. W osobnym tekście napisałam Wam o tej powieści nieco więcej, ale już teraz zachęcam Was do lektury,

Ma być czysto, Anna Cieplak ★★★☆☆

Odkąd Anna Cieplak otrzymała nagrodę Conrada, a potem, kilka miesięcy później, została nominowana (za swoją kolejną powieść) do Paszportów Polityki, wiedziałam, że będę musiała zapoznać się z jej twórczością. I to zrobiłam, chociaż niestety nie jestem zachwycona w równym stopniu co i krytycy. Ma być czysto jest pozycją spójną jeśli chodzi o problematykę i język jakim została napisana - sporo tu pewnych kolokwializmów i jakiś "młodzieżowych zwrotów", co wydaje się odpowiednim wyborem jeśli zestawimy go z tematem dorastających nastolatek. Trudno doszukiwać się tu spójnej fabuły - powieść składa się z krótkich rozdziałów, które stanowią niemal urwane sceny, ale przez to lekturę czyta się stosunkowo szybko. Mój problem wynika jednak z tego, że Ma być czysto przybiera niesamowicie pesymistyczny, skrajny wydźwięk. Dorastające nastolatki to pasmo problemów; rodziny są patchworkowe; i non stop czytamy o jakiś patologiach. Zabrakło mi jakiegoś jaśniejszego punktu.

Na skraju załamania, B. A. Paris ★★★½☆

Opinia dotycząca Na skraju załamania będzie kolejnym tekstem jaki pojawi się na blogu, ale myślę, że nawet po samej ocenie domyślacie się, że nie jestem tak bezkrytycznie zachwycona najnowszą powieść B. A. Paris jak niektórzy. W moim odczuciu debiut pisarki, choć może pozbawiony elementu zaskoczenia, posiadał znacznie lepszy klimat, niemal wywołujący ciarki na rękach. Tymczasem w Na skraju załamania pióro B. A. Paris jest może równie angażujące, a całość wciąż czyta się niesamowicie szybko, ale trudno zignorować pewną wtórność i monotonnie środkowej partii tekstu. 

Obsydian, Jennifer L. Armentrout ★★★☆☆

Obsydian posiada charakterystyczny klimat "starych powieści paranormal romance", powstałych na fali fascynacji Zmierzchem. I może to traktować zarówno jako wadę, jak i zaletę. Sam wątek kosmitów nie odgrywa tutaj zbyt dużo znaczenia, bo na pierwszy plan zostaje wypchnięty ten romantyczny; a i bohaterowie zostają wykreowani na bazie pewnych ogranych schematów. Ale nie mogę zaprzeczyć, że czytałam Obsydian z przyjemnością - zwłaszcza, że podoba mi się fakt, iż główna bohaterka jest blogerką książkową, a dialogi są nieco uszczypliwe i przez to zapewne. To całkowicie inne trzy gwiazdki niż w przypadku powieści Anny Cieplak. Rozumiecie, zdawałam sobie sprawę z tego, że literacko nie jest to pozycja dobra, ale w momencie lektury absolutnie mi to nie przeszkadzało.

Rzeczy, których nie wyrzuciłem, Marcin Wicha ★★★★½

Problem z pozycją Marcina Wichy jest taki, że inni czytelnicy tak wysoko zawiesili jej poprzeczkę, że dosięgnięcie jej staje się praktycznie niemożliwe.  Owszem, Rzeczy, których nie wyrzuciłem to niesamowicie emocjonalny i wzruszający zapis (w którym nie pobrzmiewa jednak zbędny patos) pewnej pustki jaką pozostawia po sobie zmarła osoba. I nie mam wątpliwości co do tego, ze jest to pozycja, po którą warto sięgnąć. Tylko że po wszelakiego rodzaju nominacjach i opiniach spodziewałam się jeszcze więcej, stąd odjęte pół gwiazdki.

Kroniki portowe, Annie Proulx ★★★☆☆

To nieco osobliwa sytuacja, bo o ile doskonale rozumiem dlaczego Kroniki portowe są powieścią darzoną sporym uznaniem krytyków, o tyle tak optymistyczne opinie niektórych czytelników mnie dziwią. Historia spisana przez Annie Proulx zdołała uchwycić klimat surowy, niemal nieprzyjemny klimat Nowej Fundlandii, a dodatkowo w ciekawy sposób przedstawia pewien przekrój społeczności. Ale w moim odczuciu literackie walory przewyższają pozostałe. Nie do końca przypadła mi do gustu maniera opisywania sporej części historii pod postacią długich monologów, tak samo zresztą jak opisy związane z żeglarstwem czy pewne osobliwości mieszkańców. Przymierzam się do lektury innej powieści autorki, ale pod pewnymi względami Kroniki portowe nieco mnie zawiodły.

Ta dziewczyna, Michelle Frances ★★★★☆

Ta dziewczyna nie stanowi typowego przedstawiciela gatunku i warto o tym pamiętać zasiadając do lektury. Powieść Michelle Frances to raczej powieść/dramat obyczajowy z elementami thrillera, aniżeli stricte thriller i to z tej perspektywy właśnie go oceniam. Zdecydowanie doceniam kreacje bohaterów i wybór relacji, na której skupia się w dużym stopniu fabuła. I nie chodzi tylko o to, że konflikt pomiędzy matką chłopaka, a jego nową dziewczyną jest niesamowicie wiarygodny, ale także o to, że między nimi występuje świetna dynamika. Jeżeli interesuje Was przedstawienie pewnych konfliktów międzyludzkich w literaturze i nie przeszkadzają Wam niebudzące sympatię postacie, powieść Michelle Frances warta jest uwagi.

NAPISANE:

Opinia na temat nowego oblicza Zygmunta Miłoszewskiego czyli Jak zawsze.
Trochę o tym jak Lucinda Riley rozgryzła jakie wątki zachwycają mnie w literaturze, czyli opinia na temat Siostry cienia.
Opinia na temat książki, która przekonała mnie, że na podstawie schematów może powstać coś niesamowicie wciągającego czyli Czereśnie zawsze muszą być dwie.
Coś na poprawę humoru czyli opinia na temat komedii kryminalnej Do trzech razy śmierć.
I na koniec opinia na temat powieści młodzieżowej, która zmusza jednak do pewnej refleksji o człowieczeństwie czyli Okrutna pieśń
Read more