wtorek, 28 lutego 2017

Podsumowanie lutego


Zasiadając przed klawiaturą i tworząc ów podsumowanie ciężko mi tak naprawdę uwierzyć w trzy rzeczy. Po pierwsze, jak to możliwe, że już przeszło miesiąc nie odwiedziłam swojej ukochanej uczelni - wiecie, zalety zdawania egzaminów przed terminem sesji; po drugie, jutro naprawdę będę musiała tam wrócić; i wreszcie po trzecie, że wreszcie zawitała do nas wiosna i mogę się pożegnać z szalem, który niekiedy musiał spełniać także funkcje koca. Ciężko w takich okolicznościach nie pałać optymizmem, i nie, nie ironizuję, zwłaszcza jeśli dodatkowo weźmiemy pod uwagę ile dobrego czeka nas w marcu. Wolne od uczelni sprzyjało w moim przypadku lekturze i nawet konieczność pisania pracy licencjackiej znacząco na tym nie zaważyła. Biorąc pod uwagę harmonogram moich zajęć nie sądzę, żeby czas jaki poświęcałam na czytanie uległ jakimś drastycznym zmianom. Ale wszystko to skorygują kolejne dni.

PRZECZYTANE:

Starałam się wprowadzić w swoje lektury trochę różnorodności i myślę, że lista przeczytanych tytułów doskonale to przedstawia. Obyło się bez większych rozczarowań, ale też lektur, które całkowicie mnie w sobie rozkochały - choć dwa tytuły były całkiem blisko tej granicy. (Nadal nie postawiłam pięciu gwiazdek żadnej pozycji przeczytanej w 2017 roku, ale to dlatego, że postanowiłam być w stosunku do nich bardziej krytyczna). A chociaż chciałabym trafić znowu na tytuł, który absolutnie mnie zachwyci, nie narzekam.

  1. Dygot, Jakub Małecki ★★★★½
  2. Zły Romeo, Leisa Rayven ★★★
  3. Perfekcyjne, Sara Shepard ★★★
  4. Ósme życie (dla Brilki). Tom 1, Nino Haratischwili ★★★★½
  5. Załatw pogodę, ja zajmę się resztą, Renata Frydrych ★★★★
  6. Za zamkniętymi drzwiami, B. A. Paris ★★★★
  7. Waleczna czarownica, Danielle L. Jensen ★★★★
  8. Już mnie nie oszukasz, Harlan Coben ★★★★
  9. Sztuka ścigania się w deszczu, Garth Stein ★★★
  10. November 9, Colleen Hoover ★★★★

NAPISANE:

Zaplanowałam na luty nieco więcej postów (m. in. tekst o nowych serialach, którym warto dać szansę), ale nie wszystko potoczyło się zgodnie z planem - może kiedyś to nadrobimy! I tak wywiązałam się jednak ze swojego postanowienia noworocznego ;) Opowiedziałam Wam o kilku dobrych i bardzo dobrych tytułach; „To, co najważniejsze", „Diabolika", „Droga do domu",  „Behawiorysta", „Zły Romeo" i „Za zamkniętymi drzwiami", a także takich, które nieco mnie rozczarowały:  „Tajemniczy uśmiech", „Dwór cierni i róż" i „Szturm i grom". Tradycyjnie pojawił się post z zapowiedziami na dany miesiąc. Z okazji Walentynek przygotowałam dla Was krótkie zestawienie historii miłosnych idealnych by wczuć się w klimat święta miłości, a także pierwsze w tym roku krótkie opinie na temat obejrzanych filmów. 

Myślę, że w marcu też nie będziemy się razem nudzić, ale póki co nie będę Wam zdradzać szczegółów. Jeśli chcecie na bieżąco obserwować jakie pozycje trafiają na moją półkę, wiedzieć wcześniej co pojawi się na blogu w nadchodzących dniach, albo jakimi zapowiedziami aktualnie się zachwycam - zapraszam Was na fanpage bloga.

Koniecznie pochwalcie się w komentarzach jak Wam upłynął luty i czy macie jakieś szczególne plany na nadchodzący miesiąc. Miłej lektury moi kochani!

czwartek, 23 lutego 2017

Za zamkniętymi drzwiami, B. A. Paris


Portal Goodreads jest jedną z najczęściej odwiedzanych przeze mnie stron internetowych - i to zarówno w celu aktualizacji moich własnych dokonań czytelniczych jak i poszukiwania nowych rekomendacji. Zdaję sobie sprawę z tego, że nominacja do nagrody Goodreads nie zawsze świadczy o wysokim poziomie pozycji, ale i tak staram się zapamiętywać dany tytuł i wypatrywać jego potencjalnej premiery w Polsce. Właśnie dlatego zainteresowałam się debiutancką powieścią B. A. Paris - „Za zamkniętymi drzwiami”. I absolutnie tego nie żałuję. 

Grace i Jack wydają się stanowić jedną z tych irytująco perfekcyjnych par, na które patrzy się z nutą zazdrości i podejrzliwości. On jest cenionym prawnikiem specjalizującym się w sprawach dotyczących przemocy domowej, zwłaszcza maltretowanych kobiet; ona zajmuje się domem i wydaje się być doskonała w każdej roli jaką obiera - gospodyni, kucharka, artystka… Oboje są piękni i zamożni, a dodatkowo po kilku miesiącach od ślubu nadal sprawiają wrażenie bajecznie w sobie zakochanych. Bajka. Perfekcyjny obraz ma jednak pewne skazy - Grace nigdy nie opuszcza domu bez swojego męża, nie ma własnej komórki, ani adresu mailowego a dom, w którym mieszka razem z mężem otoczony jest wysokim murem. 

Za zamkniętymi drzwiami” to kolejny thriller, który odbiega od innych pozycji w swoim gatunku. Z drobnymi wyjątkami, nie mamy do czynienia z historią wypełnioną twistami fabularnymi a tajemnica związana z “prawdziwą stroną małżeństwa” Grace i Jacka zostaje nam ujawniona przez autorkę w początkowych rozdziałach - zresztą, możemy się jej domyślić nawet zapoznawszy się jedynie z blurbem powieści. Przywykłam do thrillerów skonstruowanych w nieco odmienny sposób (z wartką akcją i wspomnianymi już zwrotami fabularnymi) i nie spodziewałam się, że rozwiązanie zaproponowane przez B. A. Paris przypadnie mi do gustu. Ale tak się stało. 

B. A. Paris opowiada swoją historię naprzemiennie z perspektywy Grace “teraz” i “kiedyś” (obejmującego głównie początek znajomości i małżeństwa Grace i Jacka). Od samego początku autorka kreuje niepowtarzalną atmosferę niepokoju i nieubłaganie upływającego czasu, którą, pomimo wykorzystania w trakcie trwania powieści kilku podobnych rozwiązań fabularnych, udaje się utrzymać aż do wielkiego finału. Powieść B. A. Paris czyta się z napięciem, przerzucając kolejne strony. W historii Grace i Jacka jest coś niesamowicie przerażającego, co niemal wywołuje nieprzyjemne uczucie w żołądku. 

Owszem, pojawiają się pewne sceny, które sprawiają, że czytelnik zaczyna kwestionować prawdopodobieństwo takiego scenariusza, a i sama postać czarnego bohatera, wydaje się tak przebiegła i przepełniona złem, że niemal przerysowana. Równocześnie jednak jest w tej historii coś takiego, że wydaje się ona prawdziwa. Grace ma słabsze i mocniejsze momenty i zdarza się, że podajemy w wątpliwość jej zdolność do racjonalnego oceniania rzeczywistości, ale w przeważającej części budzi współczucie. B. A. Paris udaje się oddać niesamowitą więź siostrzanego uczucia; skomplikowaną psychikę człowieka ogarniętego chorą obsesją i terror w jakim żyje bohaterka. A zakończenie stanowi idealne dopełnienie całej historii - może ni zaskakujące, ale niesamowicie dobrze poprowadzone. 

Za zamkniętymi drzwiami” to naprawdę udany debiut B. A. Paris. Przyzwyczajona do nieco innych rozwiązań jeśli chodzi o thrillery, spodziewałam się czegoś innego, ale nie oznacza to, że czuję się rozczarowana lekturą. Wręcz przeciwnie, ten powiew świeżości jest dla mnie dodatkowym atutem. B. A. Paris nie tworzy historię bez skazy, ale jest ona na tyle zajmująca, że nam to nie przeszkadza. Za swojej strony - szczerze polecam i liczę na to, że autorka i wydawnictwo nie każą nam długo czekać na kolejną powieść. 

„Za zamkniętymi drzwiami” B. A. Paris; wydawnictwo Albatros; Warszawa 2017 ★★★★

Za możliwość lektury dziękuję wydawnictwu Albatros 

środa, 22 lutego 2017

Szturm i grom, Leigh Bardugo


Końcówka roku należała w dużej mierze do Leigh Bardugo. „Szóstka wron” jej autorstwa atakowała mnie chyba z każdego zakątka internetu - blogów, YouTube’a, a w szczególności Instagrama - a ataki te były tak liczne i przekonujące, że w pewnym momencie książka zniknęła z księgarnianych (tradycyjnych i wirtualnych) półek; a i pierwsza trylogia „Grisza” ponownie zaczęła wzbudzać zainteresowanie czytelnika.  Przyznaję, że długo biłam się z myślami, po którą powieść Leigh Bardugo sięgnąć w następnej kolejności - logika wskazywałaby na  „Szturm i grom”, ale najnowszy tytuł autorki jakoś bardziej przekonywał. W końcu decyzja została podjęta. 

Po wydarzeniach jakie rozegrały się w Fałdzie, Mal i Alina nieustannie się przemieszczają, ukrywając swoją prawdziwą tożsamość. Ich ucieczka szybko okazuje się jednak bezcelowa. Darkling nie zginął w Fałdzie Cienia, zyskał za to całkiem nowe i jeszcze bardziej przerażające moce. Alina uświadamia sobie, że jest jedyną szansą dla Ravki - tylko ona może bowiem pokonać Darklinga. Przyzywaczka Słońca nie jest jednak pewna komu może ufać - Malowi czyli swojej pierwszej miłości; aroganckiemu korsarzowi, który wydaje się skrywać tajemnice - Sturmhondowi; a może to Darkling ma racje i tak naprawdę tylko ich dwójka może się wzajemnie zrozumieć?

Nie byłam bezwarunkowo zakochana w pierwszym tomie trylogii, ale pomimo drobnych wad, czerpałam niesamowitą przyjemność z lektury. Trochę na przekór czytelnikom z portalu Goodreads, oceniam natomiast „Szturm i grom” o oczko niżej niż poprzedniczkę. Leigh Bardugo ma kilka asów w rękawie, którymi wprawnie dysponuje. Po pierwsze, rozszerza z perspektywy granice świata świata przedstawionego, przybliżając nam jego nowe terytoria. Po drugie, zaznajamia nas z nowymi postaciami, z których na pierwszy plan wysuwa się Sturmhond - arogancki, ale i niesamowicie dowcipny korsarz, który z miejsca zdobywa sympatię (a może nawet coś więcej!) czytelnika. 

Zdecydowanie największym atutem pozostaje jednak pewien element w kreacji głównej bohaterki. Leigh Bardugo nie idealizuje głównej bohaterki i pokazuje nam niejako jej drugie oblicze. Wreszcie ktoś zdecydował się podkreślić jak zgubne działanie może nieść potężna moc - jak uzależniające potrafi być władanie magią i jak obezwładniające może być pragnienie by otrzymać więcej. Liczę na to, że Leigh Bardugo nie porzuci tego wątku i poprowadzi postać Aliny w tym kierunku. Zwłaszcza, że, niestety!, pod innymi względami jej bohaterka niepokojąco często budzi w czytelniku irytację (choć i tak pod tym względem nawet nie zbliża się do Mala). 

Mocny początek i finał dzieli jednak dosyć przeciętny środek. Nie można powiedzieć żeby absolutnie nic się nie działo w fabule, ale czytelnik nie odczuwa równie silnej co w pozostałych fragmentach więzi z bohaterami i przez to może odczuwać znużenie. Liczyłam też na to, że Leigh Bardugo lepiej wykorzysta ogromny potencjał Darklinga, który - niestety! - został nieco zepchnięty na dalszy plan. Całej sytuacji, choć to już kwestia wyłącznie polskiego wydania, nie ułatwiają ciągłe literówki i błędy. 

Szturm i grom” to dobra kontynuacja trylogii. Leigh Bardugo przybliża nam kolejne zakątki wykreowanego świata i przedstawia nowych, fascynujących bohaterów (Sturmhond <3). Ale mogło być znacznie lepiej. Autorka niepotrzebnie wplotła do fabuły tyle scen związanych z dylematami sercowymi Aliny i Mala - wystarczyło w ich miejsce szerzej opisać moralne rozterki bohaterki; umieścić więcej słownych potyczek Sturmhonda i Aliny; albo dopuścić do głosu Darklinga. I miejmy nadzieję, że „Ruina i rewolta” tego błędu nie powieli. 

„Szturm i grom” Leigh Bardugo; wydawnictwo Papierowy Księżyc; Słupsk 2014 ★★★½

sobota, 18 lutego 2017

Behawiorysta, Remigiusz Mróz


Remigiusz Mróz jest autorem, który wydaje kolejne powieści w zastraszającym tempie. Powoli nie nadążam z kupowaniem jego pozycji, o ich lekturze nawet nie wspominając. Po skończeniu z trylogii z komisarzem Forstem planowałam w końcu wrócić do serii z Chyłką, ale w tzw. międzyczasie moja biblioteczka wzbogaciła się o „Behawiorystę”. Chciałam przekonać się na własnej skórze czy naprawdę jest to najlepsza jak do tej pory powieść Remigiusz Mroza, ale po skończonej lekturze nadal nie jestem tego pewna. 

Gerard Edling, były prokurator, który został dyscyplinarnie wydalony ze służby, jest specjalistą od kinezyki - nauki zajmującą się komunikacją niewerbalną. Kiedy nieznany zamachowiec zajmuje jedno z opolskich przedszkoli i rozpoczyna osobliwy Koncert krwi, w który angażuje społeczeństwo, bezsilna i powodowana desperacją policja zwraca się do Edlinga o pomoc. Tylko okryty złą sławą mężczyzna jest w stanie zrozumieć zamaskowanego zamachowca i zatrzymać krwawy koncert. Tyle że sprawca okazuje się znacznie inteligentniejszy od większości przestępców - rozpoczyna się osobliwa gra między nim a Gerardem. 

Przyznaję, że miałam pewne trudności z tym by wczuć się w klimat „Behawiorysty” i dać się porwać lekturze od pierwszej strony - nie przekonywała mnie ani wartka akcja, ani tajemnicza postać Gerarda Edlinga i nie jestem w stanie wytłumaczyć Wam tak naprawdę dlaczego. Oparcie fabuły wokół dylematu wagonika jest doskonałym pomysłem, a Remigiusz Mróz dobrze radzi sobie także z jego realizacją. Pomimo że nie jesteśmy uczestnikami tej historii, trudno nie zastanawiać się nad wyborami jakie stawia zamachowiec - czy lepiej uratować chore dziecko czy dorosłą kobietę; chorą kobietę czy zbrodniarza; czy bierność jest gorsza od fascynacji… Te pytania non stop przewijają się przez fabułę i angażują czytelnika. 

Skomplikowana, wielowymiarowa postać zamachowca - a przede wszystkim nieoczekiwana reakcja ludzi na jego zachowanie również budzi zainteresowanie. Nie będę ukrywać, że akurat w przypadku kreacji tego bohatera nie dowiedzieliśmy się jednak wszystkiego (zwłaszcza w kontekście zakończenia) i że swoją uwagę autor poświęcił raczej Gerardowi. W sylwetce Edlinga jest coś z Forsta, ale zdecydowanie nie jest to kalka jego postaci - czytelnika fascynuje jego inteligencja czy nadzwyczajna waga jaką przykłada do dobrych manier, a także swego rodzaju tajemniczość. Trochę jest racji w tym, że na tle dwóch tak wyraźnych sylwetek reszta wypada nieco słabiej, ale nie przeszkadza to w lekturze. 

„Behawiorysta” jest kolejną lekturą napisaną z rozmachem - trudno przewidzieć co wydarzy się za moment a sama fabuła przepełniona jest ciągłymi cliffhangerami. Remigiusz Mróz ma tendencje do tego by przerywać rozdział w najbardziej fascynującym momencie i mobilizować tym samym czytelnika do dalszej lektury. Jeśli pochodzicie z Opola i jego okolic, albo znacie dosyć dobrze ów miasto - dodatkowym atutem będzie dla Was tło wydarzeń. Osobiście byłam w Opolu raz, ale za to niedawno i przywołane przez autora nazwy ulic lub miejsc doskonale pomagały zwizualizowanie wydarzeń. 

„Behawiorysta” to bez wątpienia mocna pozycja w dorobku autora, choć nie do końca najlepsza. Remigiusz Mróz po raz kolejny fascynuje pomysłem, rozmachem i kreacją osobliwych bohaterów. Jak to u Mroza jest zaskakująco i zajmująco. Spodziewałam się ociupinkę więcej - ale to chyba dlatego, że nie szczególnie spodobało mi się zakończenie - mimo wszystko jestem usatysfakcjonowana lekturą. I nadal nie mam dość twórczości Remigiusza Mroza. 

„Behawiorysta” Remigiusz Mróz; wydawnictwo Filia; Poznań 2016 ★★★★

piątek, 17 lutego 2017

Filmowy zakątek #1


Wiecie, że daleko mi do wielbicielki kina. Jeżeli chodzi o coś do oglądania, zazwyczaj decyduję się poświęcić te 40-60 minut przed snem jakiemuś serialowi. Wiecie jednak także, że w 2017 roku postanowiłam wprowadzić pewne zmiany w swoje kulturalne życie i podjąć wyzwanie obejrzenia chociaż 52 filmów (czyli średnio jeden tytuł na tydzień).  Jak mi idzie? Różnie. Zdarzają się tygodnie, gdy nie oglądam nic. Innym razem (przeważnie razem z Panną M.) zasiadam przed ekranem dwa dni pod rząd. Chociaż planowałam nadrobić trochę klasyków kina, póki co decyduję się na same nowsze produkcje, na dodatek z reguły te przeznaczone dla młodszego odbiorcy (moje wewnętrzne dziecko daje o sobie poważnie znać). Mimo wszystko doszłam do wniosku, że może spodobają się Wam posty, w których kilku zdaniach będę opowiadać o swoich wrażeniach z seansów. Może polecicie mi coś nowego, a może to Wy znajdziecie jakiś tytuł dla siebie. 


BRIDGET JONES 3 (2016)

Nie należę do szczególnych wielbicielek Bridget czy Marka Darcy’ego (do tego stopnia, że dopiero pod koniec zeszłego roku obejrzałam drugą część). Panna M. obejrzała jednak Bridget Jones 3 na dużym ekranie i przekonywała mnie, że jest to całkiem udana, dowcipna kontynuacja w sam raz na okres sesji. A ja wierzę Pannie M. bezgranicznie. Trzecia część przygód Bridget odbiega nieco od poprzedniczek bo i zmienia się sama Bridget. Traci zbędne kilogramy, ma dobrą posadę a i brak obrączki na palcu przestaje być dla niej tak ogromną tragedią. I tylko tendencja do popadania w tarapaty pozostaje bez zmian - Bridget jest w ciąży, ale nie jest pewna kto jest ojcem jej dziecka. 

Chociaż sama Bridget traci dużo na swoim uroku - ta pewna siebie kobieta, która odnosi sukcesu na polu zawodowym nie jest bohaterką, do której przywykliśmy - sam film nie jest zły. Jak większość współczesnych komedii pojawia się kilka scen, w których widz zdaje sobie sprawę z tego, że powinien się zaśmiać albo chociaż uśmiechnąć, tylko jakoś nie ma na to ochoty; ale ogółem ogląda się go całkiem przyjemnie. Rywalizacja między Markiem a Jackiem prowadzi do kilku całkiem przyjemnych i zabawnych sytuacji. A choć samo zakończenie jest łatwe do przewidzenia, pod żadnym pozorem nie jest niechciane. Nie ukrywam też, że po prostu miło było sobie popatrzeć na Patricka Dempseya - just saying! Nie jest to film, który TRZEBA zobaczyć, ale na wieczór w babskim gronie będzie jak znalazł.  

★★★★★★☆☆☆

ŚWIATŁO MIĘDZY OCEANAMI (2016)

Tak długo zbierałam się do obejrzenia Światła między oceanami na dużym ekranie, że w końcu ściągnęli film z kinowego repertuaru. Książka M. L. Stedman spodobała mi się jednak na tyle, że postanowiłam zafundować sobie mały seans w domowym zaciszu. Jeśli czytaliście moją recenzję powieści, znacie ogólny zarys fabuły. Mężczyzna po trudnych, wojennych doświadczeniach obejmuje funkcje latarnika na samotnej wyspie. Wkrótce bierze ślub i razem z Isabelle oczekuje pierwszego dziecka. Tyle że ono umiera - jedno,  a potem kolejne. Kiedy do wyspy dociera mała łódka z martwym mężczyzną i ślicznym noworodkiem, małżeństwo decyduje się - nie bez wątpliwości - wychować Lucy jako własne dziecko i nie informować innych o tym co się wydarzyło. 

Film jest bardzo wierną ekranizacją historii znanej z powieści. Pomijając dosłownie kilka, raczej mniej istotnych scen, opowieść Toma i Isabelle z ekranu jest kalką tej z książki. A Michael Fassbender i Alicia Vikander doskonale wczuwają się w swoje role - do tego stopnia, że znowu nie potrafiłam ich postrzegać w kategoriach “tych złych” a jedyne uczucia jakie względem nich czułam to sympatia i współczucie. Światło między oceanami to piękny film - ze względu na opowiadaną historię, ale także zdjęcia - ale równocześnie jest to film, w którym momentami odczuwa się zbyt dużą melancholię graniczącą niemal ze znużeniem. Jeśli będziecie szukać tytułu, w którym dużo się dzieje, a historia toczy się w dynamiczny sposób, poszukajcie raczej czegoś innego.

★★★★★★☆☆☆


ZWIERZOGRÓD (2016)

Po obejrzeniu dwóch poprzednich tytułów, odezwało się moje wewnętrzne dziecko. Dodatkowo mniej więcej wtedy pojawiła się lista Oscarowych nominacji, a że od dawna przymierzałam się już do obejrzenia Zwierzogrodu, doszłyśmy z Panną M. do wniosku, że najwyższa pora by nadrobić zaległości. Animacja skupia się na historii króliczka Judy, która od najmłodszych lat marzyła o karierze w policji. Kiedy rozpoczyna służbę w Zwierzogrodzie, daleko odbiega ona od jej wyobrażeń. Odnalezienie jednego z mieszkańców miasta, z pomocą drobnego oszusta lisa Nicka, jest jej ostatnią szansą na pokazanie własnej wartości. 

Zwierzogród jest jedną z lepszych animacji jakie miałam okazję oglądać w ostatnich latach - co więcej, mam wrażenie, że jest to jedna z tych animacji, która może podbić serca młodszych i starszych widzów, i naprawdę nie dziwi mnie jej nominacja do Oscara. Po pierwsze, jest to historia pełna akcji, gdzie razem z bohaterami staramy się rozwikłać jakąś tajemnice (i to nic, że nam udaje się to wcześniej). Po drugie, charakteryzuje się niesamowitym ciepłem i humorem (uwielbiam scenę z leniwcami. Flasz i Żanetka rządzą!). Ale co najważniejsze, jest to mądra opowieść o przyjaźni, która walczy ze stereotypami - z tym, że to jak wyglądamy nie musi decydować o tym kim będziemy. Jeśli tylko, tak jak ja, lubicie od czasu do czasu obudzić w sobie dziecko i obejrzeć jakąś animacje, koniecznie zapamiętajcie ten tytuł! Ja trzymam za Zwierzogród kciuki w rywalizacji oscarowej.

★★★★★★★★☆☆


SEKRETNE ŻYCIE ZWIERZAKÓW DOMOWYCH (2016)

Razem z Panną M. obejrzałyśmy Sekretne życie zwierzaków domowych, tuż po seansie Zwierzogrodu. Czy spodziewałyśmy się, że te dwa filmy będą do siebie podobne? Chyba nie. Po prostu miałyśmy ochotę na więcej rozrywki na podobnym poziomie. Sekretne życie zwierzaków domowych nie do końca jest tym co sugeruje tytuł. Owszem, początkowe minuty filmu właśnie na to wskazują, ale cała historia dotyczy w znacznej mierze dwójki psów, które na skutek różnych splotów okoliczności zostają wyrwane ze swojego naturalnego środowiska i teraz poszukują drogi powrotnej do domu. Równocześnie napytują sobie kilku wrogów, a w ślad za nimi podąża grupka przyjaciół. 

Gdybym miała opisać swoje wrażenia z seansu jednym słowem bądź dźwiękiem byłoby to: meh. Niby wszystko wygląda dobrze: pojawia się kilka zabawnych scen a sama historia ma w sobie dużo akcji (czyt. dużo się dzieje, ale nie zawsze z sensem). Ale brakuje czegoś co uczyniłoby ów animację wyjątkową i wartą zapamiętania. Niby pojawia się jakiś morał, ale tak naprawdę jest on grubymi nićmi szyty, bo nie został dostatecznie wyeksponowany. Jest to również doskonały przykład na film, w którym najlepsze sceny zawarte zostały w zwiastunie. Można obejrzeć dla zabicia nudy, ale jeśli się nie zdecydujecie - niewiele na tym stracicie. 

★★★★★☆☆☆☆☆


KSIĘŻNICZKA I ŻABA (2009)

Z reguły szybciej idzie mi nadrabianie zaległości jeśli chodzi o animacje Disney’a i aż się dziwię, że potrzebowałam ośmiu lat żeby zobaczyć Księżniczkę i żabę. Zwłaszcza, że to dokładnie taka historia, która zazwyczaj mnie do siebie przekonuje. Mamy Nowy Orlean i Tianę, która, podążając za marzeniami ojca, ciężką pracą chce osiągnąć sukces i otworzyć własną restaurację. Nie interesują ją książęta, ani całowanie żab, a na ten konkretny pocałunek godzi się tylko po to by zrobić kolejny krok ku realizacji swego celu. Tyle, że książę wciąż pozostaje żabą, a co gorsza Tiana również przybiera ów postać. 

Historia Tiany i Naveena nie jest moją ulubioną animacją Disney’a. Nie zmienia to jednak faktu, że Księżniczka i żaba posiada ów niepowtarzalny klimat Disney'owskich bajek i szybko zyskuje sympatię. Ów historia w cudowny sposób wyśmiewa pewne typowe dla bajek motywy, a równocześnie nie zostaje pozbawiona charakterystycznego dla nich uroku. Jest zabawnie, uroczo i mądrze. Księżniczka i żaba, podobnie jak i Zwierzogród, nie tylko bawi, ale i uczy - tego, że trzeba podążać za swoimi marzeniami, ale równocześnie pomóc losowi w ich spełnieniu. A klimat Nowego Orleanu i jazzu jest miłym dodatkiem, i taką wisienką na pysznym torcie. Jeśli przepadacie za historiami Disneya o księżniczkach i księciach, warto poznać także i ten tytuł. 

★★★★★★☆☆☆

*Zdjęcia użyte w poście są kadrami z filmu i pochodzą ze strony filmweb.pl
*Oceniałam filmy zgodnie z filmwebową skalą - od 1 do 10 gwiazdek

czwartek, 16 lutego 2017

Dwór cierni i róż, Sarah J. Maas


Twórczość Sarah J. Maas nie jest mi zupełnie obca. Zachęcona pozytywnymi ocenami sięgnęłam po „Szklany tron”, ale choć początkowo historia zabójczyni wzbudziła mój zachwyt, bardzo szybko zapomniałam wszystko poza ogólnym zarysem fabuły i w konsekwencji nigdy nie sięgnęłam po kontynuację. „Dwór cierni i róż” intrygował mnie znacznie mocniej niż „Korona w mroku”, głównie obietnicą retellingu baśni o „Pięknej i bestii”, a nienaturalne zachwyty drugim tomem - „Dworem mgły i furii” - tylko to zainteresowanie wzmogło. Nawet kiedy o serii zrobiło się na tyle głośno, że obawiałam się że pozycja wyskoczy zaraz z mojej lodówki, nie traciłam entuzjazmu. A trochę się jednak zawiodłam. 

Feyra jest związana obietnicą złożoną zmarłej matce, mimo że to ona jest najmłodszym członkiem rodziny, troszczy się o swoich bliskich i utrzymuje ich przy życiu. Upolowany w lesie wilk jest dla nich szansą na przeżycie srogiej zimy - zdobycie pożywienia i okrycia. Ceną jaką przychodzi zapłacić Feyrze za ów zdobycz okazuje się jednak wysoka. Dziewczyna złamała przepis Traktatu z fae. Za odebrane życie, Feyra musi oddać własne - nie zostaje zabita, ale odtąd będzie mieszkać w magicznym królestwie przepełnionym niebezpiecznymi stworzeniami mając za współlokatora jednego z nich - Tamlina. 

Sarah J. Maas zdecydowanie wie jak tworzyć porywającą i angażującą lekturę, którą, jak na literaturę guilty pleasure przystało, czyta się szybko i przyjemnie. Nie ujmuję tego autorce i przyznaję, że również świat jaki kreuje na kartach powieści - z podziałem na przeróżne krainy, z różnorodnymi stworami i osobliwą historią - intryguje czytelnika. Sarah J. Maas ewidentnie czerpie inspiracje na fabułę z baśni o „Pięknej i Bestii”, ale urozmaica ów historię własnymi pomysłami. Pod tym względem rozumiem co zachwyciło tylu czytelników. Ale…

Trudno zignorować pewne mankamenty „Dworu cierni i róż”, zwłaszcza jeśli chodzi o kreację bohaterów. Pomijając Luciena i Rhysanda, którzy budzą sympatię swoją złożonością, arogancją i humorem, pozostałe postacie uosabiają najbardziej popularne schematy literatury YA (przy czym ze względu na dozę erotyki w fabule, historia Sarah J. Maas raczej nie klasyfikuje się w tym gatunku). Tamlin jest zdecydowanie za bardzo wyidealizowany i nijaki by zaintrygować, a Feyra budzi jedynie irytację. Brak konsekwencji w kreacji głównej bohaterki - Sarah J. Maas sugeruje, że Feyra jest silną i odważną postacią, ale pokazuje nam jedynie jej lekkomyślność i pewną infantylność. 

Trochę szkoda, że autorka nie rozplanowała fabuły w inny sposób. Przeładowane akcją zakończenie pokazuje na co jest stać Sarah J. Maas, a początek powieści wydaje się jedynie zlepkiem scen, w których Feyra wykazuje się swoją irracjonalnością, w połączeniu z wątkiem romantycznym pod znakiem “insta love”. Nie spoilując, czuję się także rozczarowana kulminacyjną sceną. Wątek poprowadzony wokół zagadki wydaje się być oczywisty chyba dla każdego poza główną bohaterką. 

„Dwór cierni i róż” wywołał we mnie wiele sprzecznych emocji. Sporo w tej powieści potencjału i widać, że Sarah J. Maas nie wykorzystała w pełni swoich umiejętności. Dawno nie czytałam historii, w którą aż tak bardzo bym się zaangażowała i to pomimo widocznych mankamentów. Miałam jednak znacznie wyższe oczekiwania. Nie doradzam Wam lektury a i sama sięgnę po kontynuację. Ciekawa jestem czy rzeczywiście poziom serii tak znacząco się podnosi. 

„Dwór cierni i róż” Sarah J. Maas; wydawnictwo Uroboros; Warszawa 2016 ★★★½

wtorek, 14 lutego 2017

7 historii o miłości na walentynki


Gdyby gatunek literacki był jedzeniem, powieść o miłości byłaby czekoladą. I to nie jakąś tanią podróbką, albo - co gorsza! - gorzką, ale słodką, rozpływającą się w ustach, mleczną czekoladą, po której - o ile nie zachowa się umiaru i spożyje się ją w całości - może człowieka nieco zemdlić. Co prawda od lektury romansów nie przybywa nam dodatkowych kilogramów (a przynajmniej sama podobnej zależności jeszcze nie odkryłam), ale również nie można spożytkować ich w niezliczonej ilości. A) Od zbyt dużej liczby historii miłosnych,  jak już wspomniałam, może nieco zemdlić. I B) jeśli człowiek będzie za często sięgał po romanse, może mieć problemy z tym by w prawdziwym życiu znaleźć idealnego partnera (przykre, ale pan Darcy nie czeka na każdym rogu ulicy). 

Ale jeśli istnieje jakiś dzień w roku, w którym czytanie historii miłosnych (i pochłanianie kilku kostek czekolady) wydaje się jak najbardziej uzasadnione, to są to właśnie Walentynki - zwłaszcza jeśli z różnych przyczyn człowiek nie może wówczas liczyć na drugą połowę. 


JEDEN DZIEŃ, DAVID NICHOLLS

Lektura powieści Jeden dzień już dawno za mną i sporo szczegółów zatarło się już w mojej pamięci (albo wymieszało ze scenami z filmu), ale pamiętam, że historia Emmy i Dexa niesamowicie chwyciła mnie za serducho. David Nicholls tworzy historię nieco melancholijną, momentami smutną (zwłaszcza przy zakończeniu), ale przede wszystkim niesamowicie romantyczną - o tym, że czasami najtrudniej zauważyć miłość, kiedy znajduje się tuż obok nas. I może byłaby to jedna z wielu historii o miłości gdyby nie jej format - opowiadanie losów bohaterów z perspektywy jednego dnia w roku. A jeśli spodoba się Wam wersja książkowa, zawsze możecie dać sobie złamać serce po raz drugi i włączyć film. 

LOVE, ROSIE, CECELIA AHERN

Gdyby się nad tym zastanowić, Love, Rosie ma trochę punktów wspólnych ze wspomnianym już Jednym dniem. To też historia o przyjaźni, która w pewnym momencie przeradza się w coś więcej, ale bohaterowie nie tak szybko zdają sobie z tego sprawę. Urocza, romantyczna opowieść, w której jest jakaś nutka goryczy i którą czyta się niesamowicie szybko, także ze względu na jej specyficzny format - różne maile, czaty itp. (współczesna powieść epistolarna). W tym przypadku również z czystym sumieniem możecie także włączyć ekranizacje, która, pod pewnymi względami, jest nawet lepsza od pierwowzoru. 

LINIA SERC, RAINBOW ROWELL

Stosunek czytelników do powieści Rainbow Rowell jest różny i bardzo często daleko odbiega od zachwytów. Ja mam do nich sentyment. Dostrzegam w nich pewne odrealnienie i taką cukierkowość, ale z drugiej strony właśnie to w nich lubię. Nie wiem czy Linia serc jest moim faworytem (raczej nie), ale najbardziej nadaję się jako lektura walentynkowa. To taka komedia romantyczna w formie książki, którą docenią zwłaszcza nieco starsze stażem serducha - opowiadająca równocześnie historię początków pewnej znajomości i pierwszego poważnego kryzysu w związku. Urocza, lekka, momentami zabawna lektura w sam raz na jeden, walentynkowy wieczór. 


MAYBE SOMEDAY, COLLEEN HOOVER

Gdybym miała wybrać jedną powieść Colleen Hoover na Walentynki, byłoby to właśnie Maybe someday i to nie tylko dlatego, że jest to moja ulubiona historia jej autorstwa. Opowieść o Sidney i Ridge’u wydaje się też najbardziej romantyczna (i najbardziej pozbawiona dramatów) jeśli chodzi o twórczość autorki. Bo czy może być coś bardziej romantycznego niż historia o miłości, w której bohaterowie wyjawiają swoje prawdziwe uczucia i emocje w tworzonych przez siebie piosenkach. I don’t think so. Maybe someday, odtwarzacz ustawiony na utworach powstałych specjalnie do powieści i (tylko dla czytelniczek 18+) kieliszek wina jest idealnym trio na walentynki. 

PIĘĆ SPOSOBÓW NA UPADEK, K. A. TUCKER

Chociaż lubię całą twórczość K. A. Tucker dotychczas wydaną w Polsce, nie miałam problemu z wytypowaniem tylko jednego jej tytułu i postawiłam na Pięć sposobów na upadek nie przypadkowo. Historie K. A. Tucker pełne są mniej lub bardziej dramatycznych wydarzeń  Czwarta, ostatnia część serii odbiega nieco od tego klimatu - udaje jej się znaleźć idealną proporcję jeśli chodzi o tragizm i humor. A pewni siebie, może nieco aroganccy bohaterowie, stanowią miłą odmianę w gatunku New Adult. (No i zawsze będziecie mieć już pomysł na kolejne lektury walentynkowe). 

UKŁAD, ELLE KENNEDY

Układ jest zdecydowanie najzabawniejszą z proponowanych przeze mnie tytułów i jeśli poszukujecie lektury, które nie tylko Was poruszy, ale także rozbawi - wiecie gdzie należy szukać. Elle Kennedy, jak na powieść NA przystało, nie rezygnuje z pewnej dozy dramatu, ale ujmuje ten temat z nieco innej perspektywy - można pisać o trudnych, bolesnych doświadczeniach bez zbędnego patosu i z humorem. Hannah jest też jedną z najlepiej wykreowanych bohaterek jeśli chodzi o ten gatunek. Prawdopodobnie po lekturze Układu będziecie mieć ochotę na więcej, ale zawsze jest jeszcze Błąd, no i wkrótce Podbój

KOCHAJĄC PANA DANIELSA, BRITTAINY C. CHERRY

Jeśli natomiast walentynki kojarzą się Wam z łzami wzruszenia i stosem zasmarkanych chusteczek, przyjrzyjcie się bliżej Kochając pana Danielsa - niezaprzeczalnie najlepszej powieści Brittainy C. Cherry wydanej do tej pory w Polsce. Wątek relacji uczennica - nauczyciel nie przemawia do wszystkich, ale w tym wypadku został po prostu dobrze poprowadzony. Jest romantycznie, trochę smutno (momentami bardziej niż trochę) i emocjonalnie. Osobiście uważam też, że sama historia nie byłaby równie dobra gdyby nie zakończenie. 

Jestem ciekawa czy czytacie w Walentynki o miłości, czy przekornie - lektury z deszczykiem. Sama zaczytuję się w powieści polskiej autorki Załatw pogodę, ja zajmę się resztą, ale to raczej kwestia przypadku a nie wyboru - nie wiedziałam ile mi zajmie lektura ;) No i koniecznie zdradźcie jaki tytuł Wy polecilibyście na Walentynki.  

niedziela, 12 lutego 2017

Tajemniczy uśmiech, Nicci French


Nie pamiętam wszystkich książek a już w szczególności - szczegółów związanych z fabułą.    „Co zrobisz, gdy umrę?”, pierwsza powieść brytyjskiego małżeństwa jaką czytałam, musiała wywołać we mnie jednak pozytywne wrażenie. Pomimo raczej bardzo ogólnego pojęcia o czym opowiada, kiedy znalazłam kolejny tytuł Nicci French w warszawskim Dedalusie po okazyjnej cenie, nie wahałam się dwa razy i (z naręczem innych pozycji) powędrowałam do kasy. Jestem ciekawa czy moje oczekiwania względem thrillerów wzrosły od 2012 roku, kiedy to czytałam „Co zrobisz, gdy umrę?”, czy „Tajemniczy uśmiech” jest po prostu od niego słabszy. 

Miranda i Brendan są parą, ale zanim ich wspólna historia tak naprawdę się zaczyna - dobiega końca. Kiedyś kobieta przyłapuje mężczyznę na czytaniu jej pamiętnika wyrzuca go z mieszkania i swojego życia. Brendan wcale nie znika jednak na długo. Kiedy Miranda rusza do przodu ze swoim życiem dowiaduje się, że jej były związał się z jej siostrą, zdążył podbić serca jej rodziców i opowiedział własną wersję historii ich związku. Kobieta nie ufa Brendanowi i czuje się przez niego osaczona, ale wszyscy dookoła wydają się nim zachwyceni - tylko kto z nich ma rację?

Sam pomysł na fabułę, mimo że niestety nie wyróżniający się oryginalnością, zdołał mnie zaintrygować. Odrzucona miłość, która przeradza się w obsesję stanowi dosyć obiecującą perspektywę jeśli mowa o thrillerach. Duet Nicci French nie do końca udźwignął jednak ów temat. Owszem, powieść charakteryzuje lekki, sprzyjający szybkiej lekturze styl pisania autorów (i to pomimo tendencji do obszernych opisów życia codziennego bohaterki i narratorki, z jadłospisem włącznie), a momentami czuć klimat niepokoju i niepewności (kiedy zaczynamy poddawać w wątpliwość stanowisko bohaterki), ale na tym plusy się kończą. 

Fabuła „Tajemniczego uśmiechu” wydaje się w nieodpowiedni sposób rozplanowana. Autorzy znacznie przyspieszają akcję na samym początku - do tego stopnia, że czułam się jakbyśmy pominęli jakiś fragment historii - i w momencie, w którym historia powinna się tak naprawdę dopiero rozpędzić, odczuwamy już pewną wtórność i znużenie. Niestety, zakończenie nie rekompensuje tego niedociągnięcia. Pojawia się pewnego rodzaju twist fabularny, ale po raz kolejny trudno pozbyć się wrażenia, że nie otrzymaliśmy jakiegoś fragmentu historii - tego który łączy rozwiązanie z wielkim finałem. 

Zresztą, największym mankamentem „Tajemniczego uśmiechu” i tak pozostaje kreacja głównej bohaterki i przedstawienie relacji między nią a innymi postaciami. Motywacje jakimi kierują się bohaterowie nie mają sensu i uzasadnienia z perspektywy czytelnika. Miranda obawia się Brendana, ale nie ostrzega swojej siostry, bo nie chce psuć jej szczęścia; kobieta sparzyła się w związku, ale nie przeszkadza jej to angażować się w kolejne relacje; a jej bliscy i przyjaciele wolą wierzyć obcemu mężczyźnie niż jej. Nieco trudno w to uwierzyć. 

„Tajemniczy uśmiech” z pewnością znajdzie grono zadowolonych odbiorców - może kogoś kto rzadko sięga po thrillery i kto doceni lekkość języka autorów czy wykreowaną przez nich atmosferę. Dla mnie to trochę za mało. Żałuję, że „Tajemniczy uśmiech” zburzył moje pozytywne skojarzenie z nazwiskiem Nicci French, ale pewnie jeszcze kiedyś sprawdzę czy ów tytuł jest odosobnionym przypadkiem spadku formy w dorobku autorów. 

„Tajemniczy uśmiech” Nicci French; wydawnictwo Dolnośląskie; Wrocław 2010 ★★

środa, 8 lutego 2017

Droga do domu, Yaa Gyasi


Myślę, że każdy z nas ma jakiś klucz na podstawie, którego wybiera dla siebie kolejne lektury. Rekomendacje blogerów czy vlogerów; nominacje do prestiżowych nagród literackich; aktualnie wyświetlane na dużym ekranie ekranizacje; a czasami przynależność do danej serii wydawniczej (jak Gorzka czekolada czy Czarna seria) czy nawet sam wydawca. Pozycje wydawane przez Literackie stały się dla mnie w pewnym sensie gwarantem oryginalnej literatury z tzw. “wyższej półki” i w gruncie rzeczy to właśnie ze względu na nie zdecydowałam się na lekturę „Drogi do domu”. I nie zawiodłam się. 

Na zachodnim wybrzeżu Afryki, w oddalonych od siebie ghańskich wioskach mieszkają dwie przyrodnie siostry, które nie wiedzą nic o swoim istnieniu. Effia, wbrew temu co zaplanował dla niej ojciec, poślubia białego mężczyznę - angielskiego kolonizatora. U boku kochającego mężczyzny żyje z dala od swojej wioski w twierdzy Cape Coast Castle. Los drugiej z sióstr - Esi - również zostaje związany z twierdzą. Trafia tam jednak w dramatycznych okolicznościach - uprowadzona, wrzucona do lochów a następnie sprzedana do niewoli w Ameryce. 

Chociaż „Droga do domu” reklamowana jest jako powieść - a będąc bardziej specyficzną - saga rodzinna, bliżej jej do zbioru opowiadań skupionych wokół losów jednej rodziny. Debiut Yaa Gyasi opowiada o siedmiu pokoleniach - autorka przeplata czternaście perspektyw; pierwsze z nich należą do Effi i Esi; kolejne do ich potomków. Mimo że każda z tych historii nie jest zbyt obszerna i przedstawia zaledwie fragment z życia bohaterów, nie sprawia wrażenia niekompletnej. Owszem, niektóre są bardziej intrygujące, inne nieco mniej, ale żadna nie wydaje się być niedokończona. 

Yaa Gyasi, pomimo pozycji debiutantki, wykazuje niebywały talent do kreacji swoich bohaterów - bogatych, wielowymiarowych i niepozbawionych wad. Wykreowanie tak licznie grupy postaci w tak kompleksowy sposób, w tak niewielkiej objętościowo pozycji wydaje się być trudnym zadaniem, ale Yaa Gyasi udowadnia nam, że nie jest ono niewykonalne. Autorka tak umiejętnie dobiera fragmenty z życia swoich bohaterów jakie ukazuje swoim czytelnikom, że mamy wrażenie jakbyśmy naprawdę zdołali ich poznać. 

Chociaż „Droga do domu” jest opowieścią o skomplikowanych losach jednej rodziny - przybranych sióstr, debiut Yaa Gyasi posiada także drugą stronę medalu. To wspaniała, ale i przerażająca historia o kolonializmie i niewolnictwie zarówno w Ghanie jak i Ameryce na przestrzeni niemal trzystu lat. Dzięki tym niewielkim fragmentom z życia swoich bohaterów Yaa Gyasi udziela swoim czytelnikom niesamowitej lekcji historii o sytuacji Ghańczyków na obu kontynentach. Jak można się spodziewać przy takiej tematyce sporo tu scen brutalnych i przerażających, ale Yaa Gyasi opisuje je z delikatnością i empatią. A tym co ujęło mnie chyba najbardziej jest fakt, że kolor skóry bohaterów nie definiuje ich charakterów, a autorka nie obwinia za daną sytuacje tylko jedną ze stron. 

„Droga do domu” to wyjątkowa historia - zarówno jeśli postrzegamy ją jako powieść czy zbiór opowiadań. Nie wiem jak autorce udało się zamknąć w tak krótkiej pozycji tak ogromny fragment historii i wykreować tak kompleksowych bohaterów. Nie ukrywam, że kilka fragmentów wzbudziło we mnie sprzeczne uczucia (zwłaszcza perspektywa Akui), ale nie zmienia to faktu, że postrzegam „Drogę do domu” jako jeden z lepszych debiutów 2016 roku. I nie mogę się doczekać jaki kierunek obierze Yaa Gyasi w swoich kolejnych pozycjach. 

„Droga do domu” Yaa Gyasi; wydawnictwo Literackie; Kraków 2016 ★★★★½

poniedziałek, 6 lutego 2017

Diabolika, S. J. Kincaid


Nie byłam jedną z tych osób, ktôre z entuzjazmem przywitały wiadomość o polskiej premierze „Diaboliki” zaledwie kilka miesięcy po tej zagranicznej. Owszem, byłam zaintrygowana tytułem, który wywołał tyle - nie zawsze pozytywnych - emocji, ale gdzieś podskórnie czułam, że nie do końca są to moje klimaty. Moje nastawienie zmieniło po pierwszych przedpremierowych opiniach polskich czytelników - dałam się poddać ogólnej fali podekscytowania i kiedy tylko otrzymałam propozycję lektury, nie wahałam się dwa razy. I bardzo dobrze. 

Diaboliki są śmiertelnie niebezpieczne - lojalne tylko jednej osobie, swojemu właścicielowi, gotowe są na wszystko byle tylko zapewnić mi bezpieczeństwo, nawet jeśli musiałyby poświęcić własne życie. Kiedy zapanowania nad diabolikami zaczyna wymykać się spod kontroli, cesarz wydaje rozkaz ich zgładzenia. Ale Nemezis nie umiera. Na skutek fortelu opiekunka córki senatora wciąż pozostaje u jej boku, a kiedy cesarz wzywa Sydonię do Chryzantemum, rozpoczyna szkolenie aby wypełnić kolejne zadanie. Nemezis ma wcielić się w rolę córki senatora zająć miejsce Donii na dworze cesarza. 

„Diabolika” nie jest wolna od wpływu innych powieści Young Adult, ale równocześnie wyraźnie wyróżnia się na tle swojego gatunku. Świat wykreowany przez S. J. Kincaid, ale także nowe gatunki - jak choćby tytułowa Diabolika - stanowią najmocniejszą stronę powieści autorki. Jak na historię science fiction przystało, fabuła rozgrywa się w przestrzeni kosmicznej, ale wyraźnie możemy dostrzec inspiracje starożytnymi cywilizacjami - zwłaszcza rzymską i poczuć ich klimat. Owszem, świat wykreowany przez S. J. Kincaid początkowo wydaje się nieco przytłaczający, ale wrażenie to mija wraz z rozwojem fabuły. 

Powieść S. J. Kincaid charakteryzuje spora doza brutalności - i sprzyjają temu zarówno krwawe rządy cesarskie jak i natura głównej bohaterki. Równocześnie jednak siła fizyczna nie jest jednym aspektem historii - dużą rolę odgrywają tutaj zarówno strategie polityczne jak i manipulatorskie umiejętności bohaterów. S. J. Kincaid próbuje zaskoczyć swoich czytelników, a choć niektóre twisty fabularne są możliwe do przewidzenia, pewne rozwiązania rzeczywiście okazują się zaskakujące. 

Grono bohaterów, których poznajemy bliżej zostało dosyć ograniczone, ale najważniejsi z nich budzą przynajmniej zainteresowanie czytelnika. Pomijając Sydonię, która została przez S. J. Kincaid zdecydowanie za bardzo wyidealizowana, nie ma bohaterów nieskalanych z moralnego punktu widzenia. Nawet bohaterzy, którzy teoretycznie stoją “po właściwej stronie” dokonują błędnych wyborów i dopuszczają się rzeczy - by użyć eufemizmu - niewłaściwych. Sam wątek miłosny, chociaż stosunkowo łatwy do przewidzenia i niestety nie pozbawiony pewnych scen cliché,  fascynuje tym, że przypomina nieco tykającą bombę. Obie ze stron dokonały pewnych niedopuszczalnych w naszym świecie czynów, a ich brak emocjonalnej stabilności i skłonność do impulsywnych, irracjonalnych wyborów może obrać ciekawy kierunek w kolejnych tomach. 

„Diabolika” to powieść młodzieżowa, która inspiruje się innymi tytułami, ale równocześnie wprowadza coś nowego do gatunku YA. A chociaż początkowo miałam pewne problemy by wczuć się w opowiadaną historię, chyba już wiem co zachwyciło czytelników. „Diabolika” to intrygujące połączenie science fiction i starożytnych inspiracji; brutalności i umysłowych gierek; żądzy władzy i przywiązania. Zdecydowanie nie jest to historia, która trafi do każdego czytelnika, ale i trudno tego oczekiwać. Mnie S. J. Kincaid przekonała i czekam z niecierpliwością na kolejny krok z jej strony. 

„Diabolika” S. J. Kincaid; wydawnictwo Moondrive (Otwarte); Kraków 2017 ★★★★

Za możliwość lektury dziękuję wydawnictwu Moondrive

sobota, 4 lutego 2017

Zapowiedzi lutowe


Przygotowując dla Was zestawienie najciekawszych i najlepiej zapowiadających się premier doszłam do przykrego wniosku, że z moją psychiką dzieją się niepokojące rzeczy. Mamy luty - miesiąc miłości, chyba najbardziej adekwatna pora na to, żeby sięgnąć po jakąś ognistą historię z uczuciem na pierwszym planie, a tymczasem moją uwagę (z drobnymi wyjątkami!) przykuwały raczej powieści z dreszczykiem - thrillery, kryminały, tajemnice. Moja romantyczna dusza chyba właśnie przeżywa jakiś kryzys i należy ją reanimować - jeśli przychodzi Wam do głowy jakaś opowieść o miłości, którą powinnam poznać w tym celu (i nie chodzi mi koniecznie o nowość), koniecznie dajcie znać w komentarzu.

Ostrzegam Was także, że jeśli luty wydaje się Wam bogaty w intrygujące tytuły, nie zaglądajcie tu nawet za miesiąc. Wszyscy pójdziemy z torbami...


Dzięki za tę podróż" raczej nie zwróciłoby mojej uwagi, zwłaszcza, że z serią wydawniczy Myślnik jakoś nieszczególnie jest mi po drodze, gdyby nie polecenie ze stron jedenej z moich ulubionych zagranicznych booktuberek. // „Diabolikę"  mogę już Wam za to z czystym sumieniem polecić. Dokładniej opowiem Wam o tym tytule w poniedziałek, ale - spoiler!, byłam zadowolona z lektury. //  Jeżeli chodzi o „Caraval. Chłopaka, który smakował jak północ" muszę przyznać, że przedpremierowe opinie nieco ostudziły mój entuzjazm, ale mimo wszystko chciałabym kiedyś zasiąść do lektury. (Zwłaszcza, że zamieściłam ów tytuł na liście 100 książek, które chciałabym przeczytać). //  Nie czytałam pierwszego tomu i nie jestem pewna o czym opowiadaReap", ale jak wiecie mam ogromną słabość do pozycji wydawanych przez Filię. I zazwyczaj wpasowują się one w mój gust.

Nie wiem czy zdajecie sobie z tego sprawę, ale uwielbiam serię Off-Campus dlatego „Podbój" to taki mój lutowy must-have. // Jeżeli chodzi o twórczość Mii Sheridan mam ogromne zaległości, ale mam dobre wspomnienia związane z lekturą powieści spod jej pióra. Zresztą, Bez szans" zbiera na tyle zachęcające opinie, że nawet gdyby było inaczej byłabym zainteresowana lekturą. // Kolejna powieść wydana przez Filię czyli Kiedy pozostaje żal". Nie miałam okazji czytać drugiej części trylogii Lisy De Jong, ale planuję te zaległości nadrobić. A okładka jest absolutnie fantastyczna. // Słyszałam sporo sprzecznych opinii jeśli chodzi o twórczość Kirsty Moseley, ale jednak jestem jej ciekawa. Poczekam raczej na Wasze opinie, ale nie ukrywam, że „Chłopak, który chciał  zacząć od nowa" mnie zaintrygował. 


Przyznaję, że miałam kiedyś okazję czytać kilka powieści autorstwa J. R. Ward i pomimo że zdecydowanie nie jest to "literatura z wyższej półki", autorka ma w swoim piórze coś  lekkiego i uzależniającego. No i jestem ciekawa jak sprawdza się w takich "nie-paranormalnych" klimatach jak Królowie bourbona" właśnie. // Nie jestem może miłośniczką twórczości Niny George, ale „Księga snów" mnie zaintrygowała. // Byłam strasznie podekscytowana premierą filmu na podstawie książki Był sobie pies", ale afera związana z jego powstawaniem skutecznie odrzuciła mnie od pomysłu wybrania się do kina. Ale na lekturę chyba się skuszę. // Lubię historie osnute wokół rodzinnych tajemnic (zresztą, powinniście o tym już wiedzieć) dlatego opis „Zdumiewającego powrotu Nory Wells" tak do mnie przemawia. 

Wiecie, że czekam na Do trzech razy śmierć" bo już Wam o tym wspominałam. Czuję, że to będzie coś dobrego! // Pomijając fakt wydawnictwa - pomysł na połączenie baśni z kryminałem brzmi tak zachęcająco, że nie mogę się doczekać lektury Królowej śniegu". // Nasłuchałam się tyle dobrego na temat twórczości Rachel Abbott, że sama jestem zaskoczona, że nie czytałam jeszcze nic jej autorstwa. Raczej nie zacznę od Śpij spokojnie", ale na pewno kiedyś to nadrobię. // Mówiłam Wam, że przepadam za wątkiem rodzinnych tajemnic i sekretów, a na dodatek lubię atmosferę takich małych, klimatycznych miasteczek (nawet jeśli okazuje się, że nie są one tak przyjemne jak mogłoby się początkowo wydawać). Słyszałam o innych powieściach autorki, ale „Głęboko ukryte" przekonuje mnie do siebie chyba najbardziej.


Myślę, że nie tylko ja czekam na nowego Cobena z niecierpliwością. Zwłaszcza, że fabuła „Już mnie nie oszukasz" zapowiada się niezwykle obiecująco. // „Za zamkniętymi drzwiami" było nominowane do nagrody portalu Goodreads i właśnie wtedy zainteresowałam się lekturą. Jak widzicie thrillery wyjątkowo do mnie ostatnio przemawiają. // Pisałam Wam o innej powieści Tany French i byłam wówczas pod wrażeniem tego co stworzyła autorka. Z pewnością sięgnę prędzej czy później po „Lustrzane odbicie". // Poprzedni thriller Petera Swansona zdecydowanie zasługuje na uwagę i jestem ciekawa czy „Każdy jej strach" powtórzy ten sukces. Swoją drogą, nie spodziewałam się polskiej premiery tak szybko. Miłe zaskoczenie. // Słyszałam raczej sprzeczne opinie jeśli chodzi o twórczość autorki i chciałam sama wyrobić sobie opinie na jej temat. A „Kobieta znikąd" może być ku temu doskonałą okazją.

A Wy jakie premiery upatrzyliście sobie w tym miesiącu?

czwartek, 2 lutego 2017

To, co najważniejsze, Samantha Young


Nazwisko Samanthy Young od pewnego czasu nie było mi zupełnie obce. Owszem, nie miałam okazji zapoznać się z jej poprzednimi powieściami - a przywodzące na myśl trylogię o Grey’u okładki wcale motywowały by coś w tej kwestii zmienić - ale słyszałam sporo pozytywnych opinii na temat serii „On Dublin street”, zwłaszcza od zagranicznych booktuberów. Kiedy wpadłam w wir egzaminów i potrzebowałam lektury, która pomoże mi się kompletnie zrelaksować, postanowiłam sprawdzić czy rzeczywiście powieści Samanthy Young warte są uwagi. 

Jessica Huntington jest lekarzem w więzieniu dla kobiet, która cały swój czas i energię poświęca pracy. Kobieta nie angażuje się w stałe związki i nie lubi rozmawiać o swojej przeszłości, a jej jedyny przyjaciel znajduje się daleko od jej miejsca zamieszkania. W więziennej bibliotece, w starym egzemplarzu „Dumy i uprzedzenia”, Jessica znajduje plik starych listów miłosnych. Wzruszona historią więźniarki postanawia dostarczyć korespondencje do adresata i dlatego w trakcie urlopu udaje się do małego, nadmorskiego miasteczka Hartwell. Kobieta jest zauroczona jego atmosferą i mieszkańcami a najbardziej właścicielem lokalnego baru - Cooperem. 

Nie wiem dlaczego identyfikowałam Samanthę Young jako autorkę powieści New Adult. „To, co najważniejsze” zdecydowanie kwalifikuje się jako romans z drobnymi elementami erotyki - główni bohaterowie znajdują się w takim momencie życia, gdy zdołali już zbudować jakieś jego fundamenty, obrać ścieżkę kariery i nabyć pewnych doświadczeń. Owszem, Samantha Young nie zaskakuje niczym szczególnie nowatorskim - jej powieść opiera się na kilku ogranych schematach, pojawiają się pewne sceny clichè a niektóre kwestie budzą pewne wątpliwości jeśli chodzi o ich odzwierciedlenie w rzeczywistości - ale nie mogłabym powiedzieć, że nie bawiłam się dobrze w trakcie lektury.  

„To, co najważniejsze” nie pretenduje do roli “wielkiej literatury”. Ale zarówno lekki, prosty styl Samanthy Young, jak i kilka innych aspektów, sprawiają, że w swoim gatunku to po prostu dobra lektura. Autorce udaje się oddać chemię między bohaterami a także - pomimo szybkiego tempa jakie obiera ich relacja - dostrzegalne są subtelne zmiany jakie między nimi zachodzą. Samantha Young pisze o tym, że każdy z nas potrzebuje w życiu miłości i bliskich, i że nigdy nie jest za późno by przyznać się do swojego błędu i wprowadzić pewne zmiany.

Opowieść Samanthy Young o losach Jessiki i Coopera ujmuje jednak przede wszystkim klimatem małego nadmorskiego miasteczka, którego mieszkańcy wzajemnie się znają i darzą sympatią. „To, co najważniejsze” odwalą dobrą robotę jako wprowadzenie do serii - przedstawienie Hartwell jako społeczności i zarysowanie wątków na kolejne części serii. A że motywem drugiego tomu jest relacja hate-to-love (czyli chyba mój ulubiony motyw guilty pleasure w historiach miłosnych), mimo pewnej schematyczności i odrealnienia „To, co najważniejsze”, nie mogę się go doczekać. 

„To, co najważniejsze” to doskonały wybór dla czytelników, którzy cenią sobie opowieści o miłości z subtelną nutą pikanterii, osadzone w niewielkich miasteczkach. Samantha Young ma lekki, przystępny styl i pewne wyczucie jeśli chodzi o ilość erotyzmu w opowiadanej historii. Owszem, nie jest to nic nowego czy specjalnie odkrywczego jeśli mowa o romansach, ale w moim przypadku powieść Samanthy Young spełniła swoją rolę. 

„To, co najważniejsze” Samantha Young; wydawnictwo Burda; Warszawa 2017 ★★★½

Za możliwość lektury dziękuję wydawnictwu Burda Książki