wtorek, 31 stycznia 2017

Podsumowanie stycznia


Ostatnio odnoszę dziwne wrażenie, że czytam wolniej niż zazwyczaj i że poświęcam na lekturę mniej swojego wolnego czasu. Zazwyczaj spora część przeczytanych przeze mnie stron była efektem minimum dwugodzinnych podróży komunikacją miejską, tymczasem w grudniu i styczniu kilkakrotnie przyłapałam się na tym, że nie wyciągam z torebki ani książki, ani czytnika i po prostu siedzę (albo stoję) wpatrując się w okno, ewentualnie słuchając przy tym muzyki. Nie jest tak, że nie czytam wcale - podejrzewam, że końcowa liczba 8 powieści dla niektórych może być wynikiem nie do osiągnięcia i doskonale zdaję sobie sprawę z tego, że nie jest on zły - ale trochę żałuję, że pozbyłam się kilku swoich nawyków. 

2017 rok rozpoczęłam jednak w większości przypadków z książkami, które mnie usatysfakcjonowały. Owszem, natrafiłam na jedną, no! może dwie pozycje, które okazały się delikatnym rozczarowaniem, ale w ogólnym rozrachunku nie mogę powiedzieć, że było to złe wejście w nowy rok. Starałam się wyczytywać swoją domową biblioteczkę i utrzymać pewną różnorodność jeśli chodzi o dobór lektur - a jak wiecie z posta o noworocznych postanowieniach, właśnie na tym mi zależało. 

P R Z E C Z Y T A N E:



N A P I S A N E:

Wiem, że blogerzy dedykują grudzień postom podsumowującym dany rok, ale u mnie ta “tradycja” została przeniesiona właśnie na styczeń. Pojawił się tekst z zestawieniem najpopularniejszych tekstów bieżącego roku, najlepszych książek jakie udało mi się przeczytać i takich tytułów, które mnie w jakiś sposób rozczarowały. Tradycyjnie opublikowałam post o styczniowych zapowiedziach, ale opowiedziałam Wam także o nieco dalszych premierach na które czekam najbardziej w tym roku. Ponad to wytypowałam 17 książek, które powinny zostać wydane w Polsce w tym roku (i jedną już zgadłam!) i podzieliłam się z Wami moimi kulturalno-blogowymi postanowieniami. No i oczywiście pisałam o książkach: „Powrocie do Daringham Hall”; „Księgarance przy ulicy Wiśniowej”; „Skazanej”; „Pandorze”; „Trawersie”; „Dziewczynie w walizce”; „Domu nad jeziorem” i „Wszystkich jasnych miejscach”. A w lutym nie będziemy zwalniać tempa - zwłaszcza, że pożegnałem już sesję ;)

A jak minął Wam początek nowego roku? Koniecznie pochwalcie się swoimi wynikami (albo ponarzekajcie sobie do woli!)

poniedziałek, 30 stycznia 2017

Wszystkie jasne miejsca, Jennifer Niven


Rzadko zdarza mi się zasiadać do lektury z negatywnym nastawieniem, nawet jeśli dana pozycja zbiera raczej mało optymistyczne recenzje, bo lubię dawać książkom sprawiedliwą szansę i nie sugerować się tym co piszą inni. „Wszystkie jasne miejsca” stanowiły od tej zasady niechlubny wyjątek - i nawet niej chodziło mi tyle o liczne głosy rozczarowania, ale o niepokojące zjawisko, w którym czytelnicy obniżali swoje oceny z pięciu do dwóch gwiazdek, a niekiedy nawet jednej. I przyznam już na wstępie: nie do końca wiem co myśleć o tej powieści. 

Theodore Finch nieustannie myśli nad sposobami w jakie mógłby pozbawić się życia, inspirując się popełnionymi na przestrzeni lat samobójstwami a równocześnie szuka powodów by pozostać na świecie. Violet marzy o tym by zakończyć szkołę i stara się poradzić sobie ze śmiercią starszej siostry. Oboje spotykają się na szczycie szkolnej wieży, ale żadne z nich tego dnia nie skacze. Ta nieco osobliwa para  zostaje zmuszona do wspólnej pracy nad projektem - razem mają odkryć i udokumentować “cuda stanu Indiana”. A zadanie to znacząco wpływa na całe ich życie. 

Jennifer Niven posługuje się pięknym, plastycznym językiem, a w jej powieści kryje się ogromny potencjał i przez mniej więcej połowę byłam absolutnie zachwycona tym co czytam. Nawet jeśli postać Fincha nieco irytuje, stanowi bardzo realistyczny portret nastolatka, którego coraz bardziej pochłania depresja i który tak bardzo obawia się przyczepienia etykiety, że trudno dostrzec kim jest naprawdę. Jennifer Niven udaje się uchwycić poczucie wyobcowania i niezrozumienie społeczeństwa w kwestii chorób psychicznych, a niektóre spostrzeżenia wręcz uderzają czytelnika swoją trafnością (jak ten o tym, że nikt nie przynosi kwiatów osobie po próbie samobójczej). I nawet ten nieco schematyczny motyw szkolnego projektu ma w sobie dużo uroku, bo sam pomysł zwiedzania swojej okolicy wydaje się cudowny w swej prostocie. 

Nie mogę jednak zignorować tego co w powieści Jennifer Niven mi przeszkadzało - postaram się niczego nie spoilować! - i nie chodzi nawet o podobieństwo do TFIOS, bo jakoś nie kłuło mnie to w oczy. Ogromnie żałuję, że autorka wplotła do powieści wątek romantyczny - między Finchem a Violet nie czuć bliskości i zdecydowanie lepiej wypadają w roli przyjaciół. Powieść młodzieżowa nie równa się romansowi, a w tym przypadku odwraca on niepotrzebnie uwagę od znacznie ważniejszych kwestii. Nie przeszkadzałoby mi to może aż tak bardzo gdyby nie pozostałe mankamenty - choćby dziwna, raczej niezbyt popularna wśród nastolatków tendencja do wymieniania się cytatami z Virginii Wolf. 

Trudno też nie zauważyć tendencji Jennifer Niven do marginalizacji roli dorosłych w fabule. Nie mogę podać Wam konkretnych przykładów, bo niestety zaspoilowałabym Wam ważny fragment, ale ewidentnie dorośli bohaterowie zamienili się rolami z nastolatkami (czasami prowadząc do wręcz absurdalnych sytuacji) - i nie chodzi tu tylko o jedną postać, ale nawet tak ważną sylwetkę jak szkolny psycholog. Jennifer Niven manipuluje emocjami czytelników, ale samo zakończenie - w którym autorka czyni z choroby psychicznej kluczowy punkt dla wątku romantycznego - przekracza już jakąś granicę. 

„Wszystkie jasne miejsca” pozostawiły mnie w niewygodnym stanie zawieszenia, kiedy sama do końca nie wiem co myślę o danej pozycji. Historia Fincha i Violet miała ogromny potencjał, a równocześnie jest to opowieść mocno problematyczna. Szkoda, bo sam początek sugerował mądrą i wartościową opowieść dla młodzieży a na końcu pojawia się pewien niesmak. Nie odradzam Wam lektury, bo nadal można z niej wynieść coś ważnego, a niektórzy pewnie będą pewnie wręcz zachwyceni. Ale mogło być dużo lepiej. 

„Wszystkie jasne miejsca” Jennifer Niven; wydawnictwo Bukowy Las; Wrocław 2015 ★★★

sobota, 28 stycznia 2017

Dom nad jeziorem, Kate Morton


Nie wiem jak to wygląda u Was, ale osobiście podejmuję decyzje o kolejnych lekturach bardzo spontanicznie, pod wpływem nastroju. Efektem takich decyzji są dziesiątki tytułów, na które oczekiwałam z niecierpliwością, zakupiłam tuż po premierze a potem porzuciłam nieprzeczytane na półkach bo nagle nabrałam ochoty na lekturę w zupełnie odmiennym klimacie. Chyba miałam nadzieję, że „Dom nad jeziorem” okaże się wyjątkiem od tej reguły, bo prozę Kate Morton darzę wyjątkową sympatią, ale przyzwyczajenie do poddawania się nastrojom i tym razem okazało się silniejsze. 

Sadie Sparrow musi uciekać do Kornwalii, do domu swojego dziadka. Mimo doświadczenia jako policjantka, pozwoliła się poddać emocjom i powiedziała o kilka słów za dużo. Teraz, jeśli jeszcze kiedykolwiek chce wrócić  do pracy musi na chwilę usunąć się z oczu swoim przełożonym. Dacie potrzebuje czegoś co odwróci jej uwagę - od problemów zawodowych, ale i prywatnych - i właśnie wtedy natrafia na opuszczoną posiadłość. Loeanneth należy do wiekowej autorki znanych kryminałów. Przed siedemdziesięciu laty, podczas rodzinnej uroczystości zaginął tam malutki chłopczyk - Theo i pomimo rozlicznych poszukiwań, nigdy nie dowiedziano się co wydarzyło się w 1933 r. Sadie jest jednak zdeterminowana by odkryć prawdę. 

W lekturze powieści Kate Morton jest coś przyjemnie znajomego. Autorka opracowała pewien koncept na swoje historie i teraz skrupulatnie się go trzyma - wydarzenia z przeszłości przeplatają się z tymi współczesnymi a ogniwem, które je łączy są jakieś rodzinne tajemnice. Chociaż pomijając ten ogólny zarys, każda z fabuł znacząco się od siebie różni, jest to nieco ryzykowne rozwiązanie. Gdyby czytać historie Kate Morton hurtowo, jedna po drugiej, pewnie można by odczuwać lekkie znużenie. Jej powieści wydawane są jednak na tyle rzadko, że nie stanowi to problemu. Zwłaszcza, że Kate Morton zdecydowanie dobrze czuje się w tych klimatach. 

Połączenie dwóch głównych wątków - historii Sadie i losów rodziny Edevane - wypada w sposób niezwykle naturalny i subtelny. Kate Morton, burząc niekiedy chronologię, zdradza kolejne elementy układanki, które tylko początkowo wydają się składać na dosyć przewidywalny scenariusz. Chociaż „Dom nad jeziorem” nie aspiruje do kryminału, autorka kilkakrotnie zaskakuje czytelników twistami fabularnymi. W trakcie całej historii podrzuca tyle prawdopodobnych losów Theo, że odgadnięcie prawdy staje się wyjątkowo trudne. 

Fascynuje zwłaszcza postać Alice i jej matki. Pomimo że ich losy poznajemy w szczątkowy sposób, Kate Morton kreuje je w niezwykle przekonujący sposób. Alice i Eleanor przechodzą diametralną przemianę, doskonale zarysowaną przez autorkę i posiadającą silne podłoże. Z perspektywy rozwikłania zagadki zaginięcia Thea, wisienkę na torcie stanowią fragmenty, w których Alice opowiada o procesie twórczym swoich kryminałów - i aż żałuję, że nie możemy ich przeczytać. I tylko samo zakończenie psuje cały efekt. Trochę za dużo tu zbiegów okoliczności jak na mój gust. 

 „Dom nad jeziorem” sprostał moim zawyżonym oczekiwaniom. Nikt tak jak Kate Morton nie łączy historii z przeszłości z teraźniejszymi wydarzeniami. Autorka zachwyca opowieścią o ogromnej miłości, atmosferą Kornwalii i kreacją postaci. Owszem, nie jest to może najlepsza powieść w dorobku Kate Morton, ale i tak zachwyca czytelnika. Pozostaje mi znowu czekać kolejny rok albo dwa na nową powieść, ale wiem że będzie warto. 

„Dom nad jeziorem” Kate Morton; wydawnictwo Albatros; Warszawa 2016 ★★★★½

czwartek, 26 stycznia 2017

Najbardziej wyczekiwane premiery 2017 roku


Lubię przeglądać nadchodzące premiery książkowe, chociaż czynność ta z pewnością  ma w sobie odrobinę masochizmu - człowiek doskonale zdaje sobie sprawę z tego, że jego portfel ma pewne ograniczone pokłady gotówki (zwłaszcza taki, który należy do studenta) i że w pewnym momencie natrafi na pozycje, na które nie będzie już mógł sobie pozwolić. A początek roku - bo przeszło połowę stycznia nadal uznajemy jako swego rodzaju początek - obfituje w informacje na temat najważniejszych premier nadchodzących miesięcy.  Wiadomo, są to informacje, które mogą jeszcze ulec zmianie i trudno w pełni pokładać w nich wiarę, ale serducho książkoholika i tak może kilkakrotnie zabić nieco szybciej na ich widok. Dlatego pomimo że co miesiąc przychodzę do Was z zestawieniem premier, które wydają się być najbardziej obiecujące, postanowiłam przygotować listę 10 książek, których premiera w Polsce została potwierdzona, a ja z niecierpliwością wypatruję ich bliżej bądź dalszej premiery.  Znaczna większość ma zostać wydana w pierwszej połowie, a tylko w przypadku jednej z nich nie posiadamy nawet orientacyjnej daty, a dodatkowo są to tytuły dosyć różnorodne gatunkowo. 


DO TRZECH RAZY ŚMIERĆ, ALEK ROGOZIŃSKI

Opowiadałam Wam już o swoich wrażeniach odnośnie mojego pierwszego spotkania z prozą księcia komedii kryminalnej czyli „Jak Cię zabić, kochanie?" i wiecie, że w dużej mierze byłam usatysfakcjonowana z lektury. To czego być może nie wiecie to fakt, że opowiadanie Alka Rogozińskiego było moim absolutnym faworytem wśród historii ze zbioru „Księgarenka przy ulicy Wiśniowej" i dlatego nie mogę się doczekać by zagłębić się bardziej w twórczość autora. Być może, ale tylko być może!, sporą rolę odegrał także fakt, że fabuła jego najnowszej powieści rozgrywa się w okolicach mojego ukochanego Krakowa. Nie zostało mi długo czekania bo premiera już 1 lutego, ale recenzenci wiedzą jak zaostrzyć mój apetyt.

JUŻ MNIE NIE OSZUKASZ, HARLAN COBEN

Harlan Coben nie jest niezawodny w swojej twórczości i jestem chyba jedną z niewielu osób, które nie zakochały się w jego powieściach od pierwszego czytania - zrzucam winę na karby swojego wieku, czasy gimnazjum nie były okresem, w którym zachwycałabym się thrillerami. Nawet stosunkowo słabsze pozycje autora przewyższają poziomem niejedne pozycje jego kolegów po fachu. Nie ukrywam też, że zarys fabuły „Już mnie nie oszukasz" przekonuje mnie o wiele bardziej niż choćby jego ostatnio wydanej w Polsce powieści (o której też już Wam opowiadałam). Ale o tym czy mam rację przekonamy się już w lutym.

WIKTORIA, DAISY GOODWIN

Być może o tym nie wiecie, ale jestem oczarowana serialem Victoria, w którym w tytułową rolę wciela się Jenna Coleman i kiedy zobaczyłam, że scenarzystka tej produkcji napisała także powieść o losach młodej królowej wiedziałam, że nie będę w stanie przejść obok niej obojętnie. Co prawda na stronie wydawnictwa nie pojawiła się jeszcze oficjalna zapowiedź, co nieco mnie martwi!, ale na portalu lubimyczytac.pl znajdziecie informacje zarówno o wydawcy jak i dacie premiery (koniec lutego!). A biorąc od uwagę polską premierę serialu, wcale mnie nie dziwi, że doczekamy się polskiej premiery. Słyszałam jedną opinię, która odrobinę ostudziła mój entuzjazm (spoiler dotyczący tego w jakim momencie urywa się ów historia), ale i tak jestem ogromnie ciekawa.

GNIEW I ŚWIT, RENEE AHDIEH 

Gdybym miała wymienić tylko jedną premierę 2017 roku na jaką czekam byłaby to właśnie premiera „Gniewu i świtu". Być może niektórzy z Was pamiętają, że wspominałam o tym tytule już w zeszłym roku, w poście o tytułach, które powinny zostać wydane w Polsce. I w końcu się doczekałam, a to że za całym zamieszaniem stoi wydawnictwo Filia cieszy mnie jeszcze bardziej. Myślę, że większość z Was wie, że powieść Renne Ahdieh inspirowana jest opowieściami z 1001 noc, a jeśli to nie działa dla Was przekonująco naprawdę nie wiem co może Was przekonać. Zdecydowanie na początku marca zaopatrzę się we własny egzemplarz. 

ZAKAZANE ŻYCZENIE, JESSICA KHOURY

Zapowiedź wydawnictwa SQN odnośnie premiery „Zakazanego życzenia" była dla mnie swego rodzaju zaskoczeniem. Owszem, byłam ogromnie ciekawa tej historia, ale że nie zdobyła zbyt dużej popularności za granicą, nie spodziewałam się, że ktoś z naszych rodzimych wydawców się nią zainteresuje. Kiedy byłam młodsza, historie o takim arabskim, nieco baśniowy klimacie fascynowały mnie i jak widać fascynacja ta została ze mną do dziś. Mam pewne podejrzenia, że powyższa historia albo powieść Rene Ahdieh znajdzie się w lutowym EpikBoxie dlatego już swój zamówiłam. Ale nawet jeśli się mylę, premiera zapowiedziana jest na początek marca. 


KOMA, KATARZYNA ZYSKOWSKA-IGNACIAK I WOJCIECH CHMIELARZ

Po lekturze „Rewersu" wymieniłam Wojciecha Chmielarza w gronie autorów, których twórczość chciałabym poznać bliżej, z kolei powieści Katarzyny Zyskowskiej Ignaciak ujęły mnie już jakiś czas temu. Ale nawet nie o to chodzi i zdecydowanie nie sugeruję się także cudowną oprawą graficzną - chociaż nie działa ona też na niekorzyść tej pozycji, po prostu dałam się uwieść opisowi fabuły. „Koma" ma być inspirowana historią Romea i Julii, a na dodatek łączyć w sobie elementy opowieści o zbrodni i miłości - 15 marca nie mógłby nadejść wystarczająco szybko i mam nadzieję, że się nie zawiodę.

O WIELE WIĘCEJ, KIM HOLDEN

Myślę, że spodziewaliście się tutaj kolejnej powieści Kim Holden. Wiem, że nie wszystkim Wam spodobał się „Promyczek", ale dla mnie była to historia wyjątkowa. Kiedy wydawnictwo zapowiedziało, że zamierza wydać kolejną powieść autorki byłam ciekawa czy chodzi o „Franco" czy o zupełnie odrębną historię i cieszę się, że chodzi o drugą opcję. Wydawnictwo Filia chyba idealnie potrafi odczytać jakich historii poszukuję (nawet jeśli sama nie jestem w pełni tego świadoma), bo to kolejna z ich propozycji na mojej liście. Ale cóż ja mogę poradzić na to, że mam słabość do wydawanych przez nich powieści?

SŁOŃCE TEŻ JEST GWIAZDĄ, NICOLA YOON

Kilka dni temu wspominałam Wam o tym tytule w kontekście powieści, które chciałaby zobaczyć w Polsce, a niedługo potem dowiedziałam się, że nasza premiera została już potwierdzona przez wydawnictwo Dolnośląskie na ich fanpage'u. „Ponad wszystko" miało pewne wady, ale mimo to wspominam ów historię niesamowicie ciepło, a teraz zachwyca się nią także mój mamutek. Nawet gdybym nie znała poprzedniej powieści autorki, wystarczyłby mi opis i pozytywne opinie zagranicznych booktuberów. Po raz kolejny zapowiada się na coś o oryginalnej tematyce i niesamowitym cieple. A o tym czy oczekiwania zostaną spełnione dowiemy się na wiosnę.

IT ENDS WITH US, COLLEEN HOOVER

Najpierw doczekamy się w maju premiery „Confess", ale nie ukrywam, że to właśnie „It ends with us" przekonuje mnie do siebie dużo bardziej. Do tej pory słyszałam o tej historii niemal w samych superlatywach, a dodatkowo twórczość autorki z reguły trafia w jakieś moje czułe struny. I nawet nie przeszkadza mi, że niewiele wiem o samej fabule - zwłaszcza, że w przypadku Colleen Hoover efekt zaskoczenia często stanowi ważny element całej historii. Z tego co pamiętam premiera zapowiedziana jest gdzieś w okolicach jesieni - może znowu krakowskie Targi Książki?

CINDER, MARISSA MEYER

Kiedy pisałam o premierach drugiej połowy 2016 roku wspominałam o „Heartless" zapowiadanej na listopad, której nie doczekaliśmy się do tej pory (słyszałam pogłoski o marcu, ale czy są one prawda? Nie mam pojęcia). Można powiedzieć, że czekam ogółem na wydanie twórczość Marissy Meyer (zwłaszcza, że swego czasu miałam już okazję czytać „Cinder"), a ten tytuł tylko ją reprezentuje. Papierowy Księżyc na razie nie podaje nawet przybliżonej daty, ale wciąż obstaje przy 2017 roku i mam nadzieję, że to nie ulegnie zmianie.

A  Wy na jakie premiery czekacie w  tym roku?

wtorek, 24 stycznia 2017

Dziewczyna w walizce, Raphael Montes


Nie miałam zbyt wysokich wymagań w stosunku do „Dziewczyny w walizce”. Pomijając pierwsze, jeszcze przedpremierowe opinie u blogerów współpracujących z wydawnictwem jakoś niewiele słyszałam na jej temat i chyba dlatego założyłam, że powieść brazylijskiego autora niczym szczególnym mnie nie zaskoczy. I chyba było to słuszne podejście bo pomimo kilku wad mam raczej pozytywne odczucia względem twórczości Raphaela Montesa. I utwierdziłam się w przekonaniu, że mogę śmiało sięgać po propozycje Filii Mrocznej Strony. 

Teo Avelar nie zachowuje się jak większość jego rówieśników. Młody student medycyny, który marzy o pracy patologa jest typem samotnika. Teo jest wegetarianinem, stroniącym od wszelkich używek, który opiekuje się sparaliżowaną matką a za swoją najlepszą przyjaciółkę uważa Gertrudę - zwłoki z zajęć anatomii. Kiedy w życiu chłopaka pojawia się Claire - przebojowa dziewczyna, pracująca nad scenariuszem „Cudowne dni” - wszystko ulega zmianie. Rodzi się obsesja. Kiedy  Teo czuje, że dziewczyna mu się wymyka, postanawia działać - porywa dziewczynę i razem ruszają w podróż śladami bohaterek scenariusza. 

„Dziewczyna w walizce” zdecydowanie wyróżnia się na tle innych thrillerów. Pomijając sam koncept na fabułę i kreację bohatera, powieść Raphaela Montesa odznacza się oryginalnym klimatem. Brazylijski powieściopisarz nie skupia się może na pędzącej akcji czy zwrotach fabularnych (chociaż kilkukrotnie i one zostają wplecione w historię), ale za to skrupulatnie buduje atmosferę ciągłego niepokoju i nieprzewidywalności w związku z psychiką głównego bohatera - co jeszcze dodatkowo podkreśla zakończenie.   

Portret psychologiczny Tea Avelara pozostaje zresztą jednym z najmocniejszych punktów „Dziewczyny w walizce”. Pomimo że w historii mamy do czynienia z narracją trzecioosobową, trudno pozbyć się wrażenia jakbyśmy znajdowali się wewnątrz jego umysłu. Co dziwne, nawet jeśli obłęd Tea jest niepodważalny i doprowadza go często do budzących grozę czynów, sposób w jaki postrzega i interpretuje świat jest raczej fascynujący a nie przerażający. 

Raphael Montes ma lekkie pióro a w jego powieści, nie wiem czy intencjonalnie, wpleciony został gdzieniegdzie czarny humor. Sama fabuła odbiega jednak zbyt daleko od wiarygodności jak na mój czytelniczy gust i, niestety, w pewnym momencie czułam się nią niemal znużona. Miałam wrażenie, że autor kilka razy zastosował podobne rozwiązania fabularne. Owszem, koniec końców oceniam powieść w pozytywny sposób, ale był moment, w którym po prostu straciłam zainteresowanie lekturą. 

„Dziewczyna w walizce” to lektura, która wybija się na tle innych thrillerów. Raphael Montes opowiada historię o obłędzie i zemście z nieco odmiennej perspektywy i tym zyskuje sympatię czytelnika. Owszem, w samej fabule pojawia się pewna wtórność rozwiązań, ale portret głównego bohatera i wykreowana atmosfera w jakiś sposób to rekompensują. Jeśli poszukujecie czegoś innego wśród thrillerów i chcecie sprawdzić jak w tym gatunku sprawdza się ktoś inny niż Amerykanie, warto zainwestować czas w twórczość Raphaela Montesa.  

„Dziewczyna w walizce” Raphael Montes; wydawnictwo Filia; Poznań 2016 ★★★½

niedziela, 22 stycznia 2017

Kulturalno-blogowe postanowienia na 2017 rok


Wygląda na to, że wytyczanie samej sobie noworocznych postanowień o dobry miesiąc za późno (kiedy część osób zdążyła już swoje złamać) weszło mi w krew. Człowiek wpadł w wir egzaminów i przymusowego spędzania czasu nad podręcznikami czy też notatkami i ani się obejrzał, a minęła połowa stycznia. Owszem, mogłabym zrezygnować z publikowania postanowień na 2017 rok, ale, jak już kiedyś wspominałam, lubię to robić. Nie jestem osobą, która pedantycznie dąży do wypełniania postawionych przed sobą wyzwań, ale lubię mieć jakieś wskazówki w trakcie roku - co czytać, na co przeznaczać więcej czasu etc. 

Jeżeli chodzi o rok 2016 i moje postanowienia - nie wszystkie udało mi się zrealizować. Nie było mi po drodze z klasyką, a nawet jeśli wracałam do jakiś tytułów nie byli to moi ulubieńcy - po prostu chciałam odświeżyć swoją pamięć przed lekturą kolejnych tomów serii. Udało mi się za to sięgać często po pozycje z własnej półki, no i oczywiście skończyć sporo serii (o czym informowałam Was na bieżąco w specjalnych postach). 

K U L T U R A L N I E 

  • Chciałabym chociaż raz na dwa miesiące wziąć udział w jakimś wydarzeniu kulturalnym. Nie chodzi mi o nic wielkiego - wyjście do kina, teatru, może obejrzenie jakiejś wystawy, albo koncert. Czytanie jest doskonałą rozrywką, ale czasami zdarza mi się zapomnieć, że kultura to nie tylko literatura i seriale. 
  • Trochę w temacie poprzedniego podpunktu - chciałabym obejrzeć w 2017 52 filmy. Mając do wyboru film i serial, zawsze decydowałam się na drugą opcję i mam wrażenie, że sporo mnie przez to ominęło - poczynając od klasyków, aż po ostatnie ekranizacje. 
  • Jeżeli jesteśmy przy liczbach, tak jak i w tamtym roku postawiłam sobie za cel przeczytanie 100 książek (o czym wiedzą osoby, które śledzą mój profil Goodreads). W 2016 przeczytałam sporo więcej, ale zbliżająca się obrona pracy licencjackiej może stanąć mi na drodze (chociaż z drugiej strony w przypadku matury moje obawy nie znalazły odzwierciedlenia w rzeczywistości). 
  • Kontynuując sukces z zeszłego roku chciałabym wyczytywać swoje domowe zbiory oraz skończyć porozpoczynane serie. Perspektywa doprowadzenia swojej “półki TBR” do liczby “0” nigdy nie wydawała mi się pociągająca, ale z drugiej nie chciałabym by nabrała ona niebotycznych rozmiarów. 
  • Nie chcę ograniczać się gatunkowo. Zauważyłam że w poprzednim roku zdarzało mi się popadać w jakieś skrajne nastroje - czytałam same powieści YA, potem NA a kolejne kryminały/thrillery. Nie chcę doprowadzić do sytuacji, gdy jakiś gatunek mi zbrzydnie i dlatego zamierzam je sobie “przeplatać”. 
  • Nawiązując trochę do poprzedniego podpunktu - chciałabym wyjść poza swoją czytelniczą strefę komfortu. Wydaje mi się, że czytam dosyć różnorodnie, ale wciąż są gatunki po które sięgam rzadko lub wcale - literatura faktu (zwłaszcza reportaż i wspomnienia), fantastyka “dla dorosłych”, a nie młodzieży, może jakieś pozycje z pogranicza science fiction albo nawet powieści graficzne. W tym wypadku szczególnie liczę na Wasze sugestie. 

B L O G O W O

  • 2016 rok był najlepszym rokiem jeśli chodzi o moją aktywność blogową i nie chciałabym zaliczyć teraz gwałtownego spadku w dół. Idealnie byłoby publikowanie postów co dwa dni, ale nie zawsze jest to możliwe (sesja) - dlatego minimum 3 posty w tygodniu (i trzymajcie kciuki bo to chyba najtrudniejsze z wyzwań). 
  • Chciałabym pisać więcej tekstów niebędących recenzjami. W 2016 rok zdarzały się miesiące gdy to one zalewały blog, a tymczasem statystyki wskazują na to, że interesują Was one najmniej. Może jakieś zestawienia, posty o filmach (w końcu będę tyyyyle oglądać), no i coś z udziałem mamutka. 
  • Jeżeli chodzi o recenzje, chciałabym nadal recenzować wszystkie przeczytane książki (w 2016 nie zrecenzowałam chyba zaledwie dwóch tytułów) - z małym wyjątkiem jeśli chodzi o relektury, ale także publikować je wkrótce po lekturze. Falowe publikowanie recenzji wiązało się właśnie z tym, że notorycznie mi ich przybywało. A nie chciałabym żeby liczba niepublikowanych opinii znowu wynosiła około 20-30. 
Jestem ciekawa jakie są Wasze postanowienia i czy do tej pory jeszcze ich nie złamaliście ;) A może nadal jesteście do tyłu z życiem i tak jak ja dopiero je wyznaczyliście? 

piątek, 20 stycznia 2017

Trawers, Remigiusz Mróz


Chyba każdy kto zna trylogię o komisarzu Forscie i kto czytał „Przewieszenie” zrozumienie moją determinację by sięgnąć po finalny tom zaraz po zakończeniu drugiego. Wspominałam o tym zresztą także przy okazji posta z zimowym TBR-em, a w duchu gratulowałam sobie zapobiegliwości i zakupu na targach dwóch ostatnich części. Pomimo tego nastawienia i faktu, że do tej pory żadna z pozycji autora mnie nie zawiodła, miałam pewne obawy. Ostatnio natknęłam się na kilka opinii, że wydawanie tylu nowych tytułów nie może skończyć się dobrze, a i o samym  „Trawersie” padło kilka mniej pochlebnych opinii. Ale Remigiusz Mróz nie zawodzi. 

Prokurator Dominika Wadryś Hansen staje przed trudnym wyzwaniem. Na szlaku prowadzącym na Czerwone Wierchy zostają znalezione zwłoki przypadkowego turysty, a trop sugeruje, że za morderstwem może stać ktoś z syryjskich uchodźców zakwaterowanych tymczasowo w szkolnej sali gimnastycznej w Kościelisku. Rozpoczyna się medialna nagonka a nastroje okolicznych mieszkańców niebezpiecznie wzrastają. Gdyby tego było mało, pani prokurator coraz bardziej utwierdza się w przekonaniu, że posłała za kratki niewłaściwą osobę. Bestia wciąż jest na wolności, a osoba która miała największe szanse ją pochwycić - komisarz Forst - coraz bardziej wsiąka w więzienny świat. 

„Trawers” podąża tropem, który wyznaczyło „Przewieszenie”. Remigiusz Mróz ma talent do tworzenia zagmatwanych historii, w których pojawia się mnóstwo fałszywych tropów, zwrotów akcji i w których nawet teoretycznie “spokojniejsze” fragmenty czyta się z niesłabnącym zainteresowaniem. A przy okazji „Trawersu” talent ten z premedytacją wykorzystuje. Owszem, być może pojawia się tu swego rodzaju przerysowanie, ale, w przeciwieństwie do „Ekspozycji”, nie razi ono tak w oczy i idealnie wpasowuje się w konwencje swego rodzaju gry jaką Bestia prowadzi z Forstem. 

Finałowy tom w porównaniu do „Przewieszenia” kładzie nieco mniejszy nacisk na góry, ale wciąż odgrywają one ważną rolę, a surowy, mroźny klimat nie opuszcza nas nawet na chwilę w trakcie lektury. Trudno też nie docenić konsekwencji w kreacji bohaterów. Pomimo że wraz z rozwojem fabuły dostrzegamy pewne zmiany w charakterach postaci, ich najbardziej rozpoznawalne cechy pozostają niezmienne by przywołać jako przykład chociażby upór i swego rodzaju arogancja Forsta czy pozorną oziębłość Osicy. Remigiusz Mróz po raz kolejny puszcza oko do swoich stałych czytelników pozwalając wejść na chwilę na scenę niezastąpionej Chyłce. 

Tym co różni wyróżnia „Trawers” spośród pozostałych tomów jest wyraźnie nakreślone tło społeczno-polityczne. Wątek syryjskich uchodźców wzbudził raczej podzielone opinie wśród czytelników a i u mnie wywołał raczej mieszane uczucia. Z jednej strony, Remigiuszowi Mrozowi udało się uchwycić istotę problemu z jakim zmagamy się współcześnie - brak zaufania do “obcych”, kierowanie się stereotypami i uogólnianie faktów - a także dramatyczne konsekwencje medialnej nagonki. Z drugiej, trochę zbyt wyraźnie widać, że autor próbował przedstawić dwa skrajne poglądy na temat uchodźców, zwłaszcza w trakcie rozmów Osicy i pani prokurator. 

Nie mam wątpliwości co do tego, że „Trawers” to satysfakcjonujące i mocne zakończenie świetnej serii kryminalno-sensacyjnej. Remigiuszowi Mrozowi udaje się zamknąć całą historię w taki sposób by udzielić odpowiedzi na niemal wszystkie pytania i dodatkowo, pomimo tylu twistów fabularnych!, zaskoczyć czytelnika. Dla miłośników twórczości autora, ale nie tylko, to lektura obowiązkowa. Trochę szkoda, że to już koniec, a z drugiej strony - najwyższy czas dać Forstowi trochę odetchnąć. 

PS. A za stereotypowe ukazanie Nowej Huty jako źródła wszelkiego zła, autor i tak ma u mnie minusa!

„Trawers” Remigiusz Mróz; wydawnictwo Filia; Poznań 2016 ★★★★

poniedziałek, 16 stycznia 2017

Pandora, M. R. Carey


Ostatnimi czasy mam jakieś dziwne “szczęście” do sięgania po powieści, które reklamowane są jako thrillery a w rzeczywistości nie mają zbyt wiele wspólnego z gatunkiem. Zaczęło się od „Najszczęśliwszej dziewczynie na świecie”  a teraz podobna sytuacja powtórzyła się przy okazji lektury „Pandory”. Co prawda nasz polski wydawca, na całe szczęście!, nie poszedł tropem tego zagranicznego i nie wymyślił kolejnej wariacji a dziewczyną w tytule (ang. tytuł to „The girl with all the gifts”), ale okładkę zdobi całkiem wyraźne hasło - „Najbardziej zaskakujący thriller tego roku”. 

Melanie ma dziesięć lat, a jej życie wypełnienie jest codzienną rutyną. Każdego dnia do jej celi wpadają uzbrojeni żołnierze i przywiązują ją do wózka a następnie zabierają ją do sali lekcyjnej. Melanie nie może porozumiewać się z innymi dziećmi poza tamtym pomieszczeniem a i wówczas ich kontakt jest wyjątkowo utrudniony. Najlepsze są dni, w których zajęcia prowadzi ukochana nauczycielka dziewczynki - panna Justineau. Melanie lubi spędzać czas wyobrażając sobie samą siebie jako odważną i niezwykłą osobę niczym mityczna Pandora, która jest w stanie obronić przed niebezpieczeństwem ukochaną nauczycielkę. 

„Pandora” zdecydowanie zalicza się do jednej z najbardziej unikalnych historii jakie miałam okazję poznać i myślę, że nieprędko sięgnę po podobną opowieść. M. R. Carey wrzuca nas w sam środek dziwnego, niepokojącego świata, o którym wiemy niewiele ponad fakt, że prawdopodobnie został dotknięty epidemią. Kolejne informacje uzyskujemy powoli i tak naprawdę dopiero pod koniec historii zyskujemy pełen obraz. Tajemniczość owej rzeczywistości i to, że przez dłuższy okres nie wiemy nawet kto stanowi czarny charakter tworzy tak naprawdę klimat całej powieści. Najprościej byłoby powiedzieć, że „Pandora” to powieść postapokaliptyczna. Tyle że i na tle tego gatunku powieść M. R. Carey’a wyraźnie się wyróżnia. 

„Pandora” ma w sobie coś niemal filozoficznego. Od początku czytelnik podejrzewa, że Melanie jest kimś więcej niż zwykłą dziesięciolatką, ale nawet mimo to M. R. Carey tworzy tak przekonujący portret inteligentnej, empatycznej dziewczynki, że nie sposób nie zapałać do niej sympatią. Bohaterowie  „Pandory” nie są czarno-biali - nawet jeśli nam się tak początkowo wydaje - a M. R. Carey odwalą kawał dobrej roboty pozwalając nam poznać motywy każdego z nich. W którymś momencie „Pandora” przestaje być wizją postapokaliptycznego świata a staje się pretekstem do tego by zadać sobie kluczowe pytania - czym jest człowieczeństwo i co czyni z nas samych ludźmi?

Nie ukrywam jednak, że miejscami „Pandora”, przynajmniej dla mnie, okazała się lekturą trudną. M. R. Carey tworzy opowieść przepełnioną brutalnymi, graficznymi obrazami; momentami przekraczając granice dobrego smaku i czyniąc ją po prostu “niewygodną” dla czytelnika. W niektórych perspektywach stykamy się też z surowym, naukowym językiem. Owszem, w pewnym sensie uwiarygadnia to ów historie, ale równocześnie w jakimś stopniu meczy nie obeznanego w temacie czytelnika. 

„Pandora” to wyjątkowa historia. Historia, która w pewien sposób kwestionuje tradycyjny podział na to co jest złem koniecznym a co już okrucieństwem; która wywołuje morze emocji - w tym sporo smutku i przygnębienia; i która zmusza do refleksji czym tak naprawdę jest człowieczeństwo. Lektura „Pandory” rozdarła mnie na pół - z jednej strony jestem pod ogromnym wrażeniem tego co stworzył M. R. Carey, z drugiej trudno mi zapomnieć o tym ile razy miałam ochotę odłożyć ów powieść na bok i już do niej nie wracać. A jeśli niestraszne Wam graficzne opisy, warto przeżyć to na własnej skórze. 

„Pandora” M. R. Carey; wydawnictwo Otwarte; Kraków 2016 ★★★½

sobota, 14 stycznia 2017

17 książek, które powinny mieć swoją premierę w 2017 roku


Rok temu opublikowałam już podobny post, a jeśli wrócicie do niego dzisiaj odkryjecie, że raczej nie mogłabym aspirować do miana jasnowidza. Nie zmienia to jednak faktu, że tworzenie tego typu postów sprawia mi mnóstwo frajdy - mam okazję przyjrzeć się bliżej zagranicznym premierom i kiedy ewentualnie dany tytuł ukazuje się w Polsce, zaświeca mi się zielona lampka, że już o danej pozycji słyszałam i w jakiś sposób mnie zainteresowała. Z racji na to, że znaczna część tych tytułów została mi przedstawiona przez zagraniczny booktube, przeważają tu powieści młodzieżowe. (A fakt, że większość posiada FANTASTYCZNE okładki może nie być przypadkowa). 


Przy tak wielu pozycjach wydawanych co rok ciężko znaleźć coś co choćby zapowiada się oryginalnie. Tymczasem zarówno „My lady Jane” jak i „Every heart a doorway” zaintrygowały mnie właśnie faktem, że z opisu nie przypominają żadnej innej pozycji. „The winner’s kiss” to z kolei powieść, której premiery najbardziej wyczekuję, ale która jest najmniej prawdopodobna. Jeśli ktoś z Was ma wtyki u wydawnictwa Feeria Young wiecie co zrobić żeby sprawić mi przyjemność .„Nevernight” zbiera z kolei bardzo sprzeczne opinie, ale coś mnie do niej przyciąga. Jeżeli chodzi o „The long way to a small, angry planet”, „We are The ants” czy „Love that split The world” niewiele słyszałam na temat samej fabuły, ale większość booktuberów których cenię zachwyca się ów historiami. „More happy than not” intryguje samych konceptem - połączeniem powieści obyczajowej z fantastycznym twistem - no i tematyką LQBT. Jeżeli chodzi o „Written in stars”, fascynuje mnie temat jaki porusza w swojej powieści autorka. A „The inexplicable Logic of my life” to po prostu Benjamin Alire Sáenz. Wiecie że zachwycił mnie swoją poprzednią powieścią. 


Nie zliczę ile słów zachwytu słyszałam na temat „The sun is also a star”, a że poprzednia powieść Nicoli Yoon mi się podobała, tym bardziej jestem ciekawa. Do „Am I normal yet?” przyciąga mnie nuta feminizmu w powieści młodzieżowej, a do „Paper princess” zarówno zachwyty booktuberów jak i nazwisko jednej ze współautorek. Wspominałam wam ostatnio o tym, że brakuje mi u nas młodzieżowych thrillerów, stąd moje zainteresowanie „Dangerous girls” i „With Malice”. No a dwa ostatnie tytuły to już pozycje “dla dorosłych” - kolejna powieść Gilly Macmillan czyli „The perfect girl” o zachwalany thriller z nutą erotyki „The girl in 6E”. 

A Wy jakie tytuły najchętniej przeczytalibyście w języku polskim?

piątek, 13 stycznia 2017

Najbardziej rozczarowujące lektury przeczytane w 2016 roku


2016 rok był dobrym rokiem pod względem książkowym i to zarówno jeśli chodzi o ich ilość jak i jakość. Ale nie był to też rok wolny od rozczarowań, co przy 129 przeczytanych pozycjach i obcowaniu w blogosferze książkowej nie powinno tak naprawdę dziwić. Nie raz i nie dwa po wielu pozytywnych opiniach zdarzało mi się zasiadać do lektury z przekonaniem, że dany tytuł przypadnie mi do gustu a koniec końców odczuwać raczej rozczarowanie. Nie zawsze wiąże się to z tym, że dana pozycja jest słaba czy też, że w ogóle nie przypadła mi ona do gustu - po prostu oczekiwałam po niej czegoś więcej. Nie czujcie się też urażeni moimi wyborami - wiem że wiele z poniższych powieści posiada szerokiego grono wielbicieli i w dużej mierze potrafię dostrzec dlaczego. Ale sama tego uczucia nie podzielam. 


Real, Katy Evans

Czytałam sporo o powieściach Katy Evans - i to zarówno o „Real”, jak i kolejnej pozycji autorki „Manwhore” - i były to niemal same superlatywy. Czytelniczki, bo nie ukrywajmy, że to literatura bardziej kobieca, wspominały o tym, że to namiętna, ale napisana ze smakiem lektura, a biorąc pod uwagę fakt, że były to słowa nie tylko miłośniczek powieści erotycznych, romansów czy też New Adult, dałam im wiarę. Mój problem z Katy Evans polegał jednak na tym, że nie mogłam dostrzec w „Real” tak naprawdę żadnej fabuły - została przysłonięta licznymi scenami erotycznymi, a na domiar złego tempo jakie narzuciła autorka było dziwnie nienaturalne. Do tej pory nie odważyłam się sięgnąć po inny tytuł pani Evans i zastanawiam się czy jeszcze do tego dojdzie. Trochę szkoda.  

Esesman i Żydówka, Justyna Wydra

Po raz kolejny dałam się zwieść opiniom innych czytelników. Nasłuchałam się, że to wzruszająca, emocjonalna opowieść o miłości między wrogimi stronami, a że przepadam za historiami z II wojną światową w tle, postanowiłam spróbować. Tyle, że coś nie zaskoczyło. Historia uczucia w „Esesmanie i Żydówce” była dla mnie po prostu mało wiarygodna i chyba właśnie to, oprócz specyficznego stylu autorki z tendencją do powtarzania tych samych wyrażeń, przeszkadzało mi w lekturze najbardziej. Kiedy jedynym potwierdzeniem rzekomo wielkiego uczucia są słowne deklaracje trudno mówić o dobrze rozpisanym wątku romantycznym. 

Mara Dyer. Zemsta, Michelle Hodkin

Tym razem powinnam dać wiarę rozczarowanym głosom zagranicznych czytelników, ale fakt, że dwa pierwsze tomy o Marze Dyer tak bardzo przypadły mi do gustu sprawił, że ciężko mi było uwierzyć w to, że tym razem będzie inaczej. Było. „Mara Dyer. Zemsta” odbiega klimatem od poprzednich powieści Michelle Hodkin, a co gorsza bohaterowie, których zdążyliśmy już polubić również sprawiają wrażenie jak gdyby nie byli do końca sobą. Za dużo tam brutalności, krwi i chwytów rodem z niskiej klasy horrorów; końcowe zachowanie głównych bohaterów pozostawia po sobie niesmak; a scena erotyczna wydaje się być wciśnięta tam na siłę i wydaje się być dziwnie nie na miejscu. Im dłużej minęło od lektury, tym mniej podoba mi się finalny tom. 

Kaznodzieja, Camilla Läckberg

Księżniczka z lodu” mnie może nie zachwyciła, ale pozostawiła po sobie raczej pozytywne wrażenie - nie wyobrażam sobie dlaczego w innym wypadku miałabym sięgać po kolejny tom. Ale tym razem Camilla Läckberg ewidentnie mnie nie kupiła. Owszem, nie pomógł fakt, że ktoś zaspoilował mi zakończenie „Kaznodziei”, ale nie tylko o to chodzi - w trakcie lektury byłam niezmiennie zirytowana zachowaniem bohaterów, zwłaszcza Eriki, a pomimo że zachowałam chronologie w lekturze poszczególnych tomów miałam dziwne wrażenie jakbym została wrzucona w sam środek ich życia. Ale nie skreślam pani Läckberg. Jeszcze. 

Ta dziewczyna, Colleen Hoover

Lubię Hoover chociaż im więcej myślę o jej powieściach, tym więcej wad w nich dostrzegam. Jeśli chodzi o powieść „Ta dziewczyna” mam jednak ugruntowaną opinię - uważam ten fragment historii Lake i Willa za zbędny. Chociaż pozycja ta figuruje jako trzeci tom trylogii, zdecydowana większość opowieści stanowi przedstawienie wydarzeń pierwszego tomu z perspektywy Willa, przeplatających się ze scenami tak przepełnionymi lukrem, że trudno się nie skrzywić. Czy powieść ma jakieś mocne punkty? Tak. Ale zdecydowanie mogła być to nowelka zamykająca duologię niż kolejna powieść. 


Przekraczając granice, Oksana Pankiejewa

Przykro mi strasznie, że „Przekraczając granice” nie przypadło mi do gustu, bo wśród moich lektur zdecydowanie brakuje pozycji ze sporą dawką humoru. Tak naprawdę trudno mi zarzucić jednak Oksanie Pankiejewie, a raczej jej powieści, coś konkretnego. Po prostu nie są to moje klimaty, pomimo bogatego świata przedstawionego przez większość lektury czułam się znudzona a na domiar złego trudno było mi się połapać kto jest kim. Na chwilę obecną, niewiele pamiętam też z tego co się wydarzyło. 

Sprawa Niny Frank, Katarzyna Bonda

Polska królowa kryminału już drugi rok z rzędu ląduje na mojej prywatnej liście rozczarowań, co smuci mnie tym bardziej, że - dla odmiany - jej „Okularnik” naprawdę przypadł mi do gustu. Powieść o Hubercie Meyerze jest zwięzła i stosunkowo bogata w akcje, ale czułam się znudzona fabułą. Nie kupił mnie wątek Żwirka i Muchomorka, nie zrozumiałam o co chodzi z całym tym mistycyzmem wokół run, a samo zakończenie pozostawiło po sobie raczej nieprzyjemne zakończenie. Trochę jak w przypadku Pankiejewy, tak naprawdę nie pamiętam już wiele z fabuły „Sprawy Niny Frank”. 

Prawda o dziewczynie, T. R. Richmond

Tym razem byłam przygotowana na to, że lektura „Prawdy o dziewczynie” może mi się nie spodobać tak jak na to liczyłam przy zakupie, ale mimo wszystko byłam rozczarowana. T. R. Richmond miał ciekawy pomysł na opowiedzenie historii Alice, ale poza formą - zbiorze listów, maili, artykułów itp. - która z czasem również zaczyna męczyć czytelnika, niewiele dobrego mogę powiedzieć o tym tytule. Nie miałam w tym roku szczęścia do thrillerów, ale  „Prawda o dziewczynie” przyniosła największe rozczarowanie. 

Korona, Kiera Cass

Poprzednie powieści Kiery Cass były problematyczne, ale miały w sobie coś ujmującego. Przywodziły na myśl połączenie reality show z bajką Disneya i osobiście kupowałam taki pomysł. Ale w „Koronie” czegoś zabrakło. Kiera Cass bardzo się starała urozmaicić fabułę, ale w konsekwencji każdy z wątków w jakimś stopniu rozczarowywał bo wydawał się niedopracowany. I nawet wątek romantyczny został odarty z magii, bo z etapu “jesteś dla mnie fajnym kumplem”, przeszliśmy od razu do “jesteś miłością mojego życia”. 

Dwór cierni i róż, Sarah J. Maas

Z wszystkich pozycji „Dwór cierni i róż” uzyskał ode mnie najwyższą ocenę i podobał mi się najbardziej. Tyle że po tylu zachwytach i fakcie, że autorka wzorowała się na baśni o Pięknej i Bestii, chciałam czegoś więcej, a dla mnie to po prostu jedna z wielu powieści fantastycznych - z irytującą bohaterką, motywem instalove i śmiesznie prostą zagadką, która stanowi klucz do wszystkiego, którą w moich oczach uratowały dwie męskie sylwetki - Lucien i Rhysand oraz fakt jak szybko i przyjemnie się ją czyta. Wiem, że wszyscy powtarzają, że „Dwór mgieł i furii” jest dużo lepszy, ale tym razem się nie nastawiam. 

A co Was zawiodło w 2016 roku?

czwartek, 12 stycznia 2017

Skazana, Hannah Kent


„Skazana” nie jest powieścią, o której u nas, wśród rodzimej książkowej blogosfery, nie wspomina się zbyt często i między innymi dlatego przeleżała na mojej półce prawie rok zanim zabrałam się ostatecznie za lekturę. Dałam się skusić pozytywnym opiniom zza granicy, ale potem kolejne nowości skutecznie odwracały moją uwagę. Ostatnimi czasy zwracam jednak większą uwagę na to by wprowadzić trochę różnorodności wśród dobieranych przeze mnie lektur, a „Skazana” zdecydowanie wyróżnia się na tle innych powieści. 

Jest rok 1829, gdy w północnej Islandii dochodzi do brutalnej zbrodni. Agnes Magnusdottir zostaje oskarżona za współudział w morderstwie i skazana na karę śmierci. Aby uniknąć zbędnych kosztów, kobieta ma czekać na egzekucję w gospodarstwie okręgowego urzędnika, jego żony i dwóch córek. Mieszkańcy są przerażeni wizją spędzania czasu z morderczynią. Początkowo jedynie młody wikariusz wyznaczony na duchowego opiekuna Agnes stara się w jakiś sposób dotrzeć do kobiety i ją zrozumieć, ale  z czasem również inni spoglądają na nią inaczej. Czy Agnes naprawdę zabiła? A jeśli nawet tak - dlaczego?

Hannah Kent opiera swoją powieść na faktycznych wydarzeniach i jeśli postać Agnes Magnusdóttir nie jest Wam obca, wiecie do jakiego finału zmierza ów historia. Element zaskoczenia nie jest tym co stanowi o wartości „Skazanej”, Hannah Kent nie stara się też wybielić obrazu Agnes w oczach czytelnika. Australijska pisarka podejmuje za to próbę ukazania „ostatniej kobiety, która została w Islandii skazana na śmierć” w bardziej ludzkim świetle - przywołując od początku historie Agnes, przybliżając jej relacje z zamordowanym i przedstawiając możliwy motyw jaki przyświecał kobiecie. 

Portret Agnes Magnusdóttir jest wielowymiarowy i kompleksowy. Hannah Kent stara się nam przedstawiać jej postać w różnych barwach - porzuconego dziecka, sumiennej pracownicy, zakochanej kobiety - i udaje jej się to, sprawiając tym samym, że lektura „Skazanej” staje się jęczę bardziej fascynująca. Agnes przyćmiewa inne postacie, ale z racji na to że to właśnie ona jest filarem całej historii, wydaje się to dosyć naturalne. Tym co osobiście utrudniało mi lekturę była specyfika islandzkich imion i nazwisk - o ile dana postać nie przewijała się często w powieści, miałam problem z dopisaniem jej do konkretnej roli. 

Sama historia zostaje przedstawiona naprzemiennie z perspektywy Agnes i narratora trzecioosobowego, a każdy rozdział zostaje dodatkowo poprzedzony jakimś źródłem historycznym - czy to listem, wierszem czy jakimś dokumentem z akt sprawy. Pomijając portret psychologiczny Agnes, najmocniejszym atutem  „Skazanej” pozostaje język - plastyczny i niemal liryczny z perspektywy kobiety i surowy, prosty doskonale oddający klimat Islandii w pozostałych fragmentach. Owszem, pojawiają się w powieści sceny brutalne, niemal niesmaczne - zwłaszcza jeśli chodzi o hodowle zwierząt - ale wpisują sięgnę w realia. 

„Skazana” to powieść, która wyróżnia się na tle i innych tytułów i pozostaje w pamięci. Hannah Kent podejmuje próbę opowiedzenia historii ostatniej skazanej na śmierć kobiety w Islandii z nieco odmiennej perspektywy i przybliżyć jej motywy. Agnes spod jej pióra nie budzi współczucia, ale ciekawość. Autorce udaje się oddać realia ówczesnych czasów i klimat Islandii. A choć „Skazana” nie zachwyciła mnie w 100% jak niektórych czytelników, trudno nie docenić powieści Hannah Kent. 

„Skazana” Hannah Kent; wydawnictwo Prószyński i S-ka; Warszawa  2013 ★★★★½

wtorek, 10 stycznia 2017

Najlepsze książki przeczytane w 2016 roku


2016 był rokiem bardzo różnorodnym jeśli chodzi o dobór lektur. Przeczytałam 129 pozycji, a przynajmniej na to wskazuje mój profil na Goodreads i zapiski w kalendarzu, ale nie ma gatunku, który by wśród nich dominował. Dałam się na powrót porwać młodzieżówkom, zaczytywałam się w New Adult, poszukiwałam idealnego thrillera, pochłaniałam powieści fantastyczne i postapokaliptyczne, sięgałam po fikcje historyczną i historie rozgrywające się współcześnie… Kiedy jakiś gatunek zaczynał mnie nużyć, po prostu zmieniałam klimat dobieranych tytułów i nie zmuszałam się do tego by coś czytać. Często ktoś pyta mnie jak udaje mi się zapoznawać z taką ilością powieści, ale nie wydaje mi się żebym znała jakiś magiczny sposób - po prostu czytam w każdej wolnej chwili i sięgam tylko po takie tytuły na jakie mam w danym momencie ochotę. 

Nie szukamy jednak przecież dzisiaj sekretnego sposobu na szybsze czytanie. Chciałam Wam natomiast polecić kilka pozycji, które w szczególny sposób zachwyciły mnie w tym roku. Myślę, że jeśli jesteście tu chwilę, nie będziecie zaskoczeni wymienionymi tytułami.  Ale to dlatego, że lubię mówić o tym co mnie zachwyca. 


Osobliwe i cudowne przypadki Avy Lavender, Leslye Walton

Powiem Wam szczerze, że dawno żadna pozycja nie wstrząsnęła mną tak jak debiut Leslye Walton. Historia o Avie Lavender, dziewczynie która urodziła się ze skrzydłami, a także o jej matce i babce nie zapowiadała się na lekturę, która przypadnie mi do gustu. Wydawała mi się zbyt osobliwa. Nie byłam przygotowana na to, że będzie to powieść tak dojrzała i emocjonalna; przepełniona magią, ale i smutkiem. Autentycznie boli mnie, że nie mogę polecić jej mamutkowi, ale to nie jej rodzaj literatury i dlatego polecam ją Wam. Leslye Walton ma niesamowity talent do tworzenia osobliwych, ale cudownych powieści i z niecierpliwością oczekuję dnia, w którym poinformuje o wydaniu swojej kolejnej powieści. (Proszę! Nie mogę długo czekać!). I gdybym musiała wybrać tylko jedną powieść “naj”, byłaby to właśnie historia o Avie. 

Muza, Jessie Burton

Trochę inaczej niż w przypadku Leslye Walton, byłam przygotowana na to, że Jessie Burton mnie zachwyci. Nawet jeśli sam zarys fabuły nie brzmiał do końca obiecująco, wiedziałam na co stać tą młodziutką stażem autorkę. I się nie zawiodłam. „Muza” w cudowny sposób opowiada historię o miłości - do drugiego człowieka, ale także sztuki; o tym jak bardzo można się czuć wyobcowanym i nie na miejscu. Druga powieść Jessie Burton nie przypomina „Miniaturzystki” i nie ma w tym nic złego. Autorka udoskonaliła swój warsztat i potwierdziła talent jaki posiada. A ja znowu czekam na więcej. I liczę, że nie przyjdzie mi czekać długo. 

Amerykaana, Chimamanda Ngozi Adichie

Nazwisko Chimamandy Ngozi Adichie na okładce staje się dla mnie powoli gwarantem wyjątkowej lektury. Rzadko czytając powieść odczuwam tak silne przekonanie, że poruszana na kartach tematyka jest bliska autorowi, ale w przypadku „Amerykaany” nie mam co do tego wątpliwości. To historia o dojrzewaniu, miłości, podążaniu za marzeniami i poszukiwaniu samego siebie; i o tym jak czasami ciężko jest podjąć właściwą decyzje. Chimamanda Ngozi Adichie dużo mnie uczy, a chociaż niejednokrotnie wytyka mi moją własną ignorancję, nie mogłabym być jej bardziej wdzięczna. Tym razem przynajmniej mam jedną pozycję w zanadrzu na półce. 

Słowik, Kristin Hannah

Czekałam długo na tą pozycje i w gruncie rzeczy wyrobiłam sobie zdanie na jej temat jeszcze przed lekturą. Wiedziałam że mi się spodoba i się nie pomyliłam. To nie jest najlepsza powieść osadzona w czasach II wojny światowej i pojawia się tu kilka scen napisanych chyba tylko po to by wywołać głębsze emocje u czytelnika. Ale to historia, która w cudowny sposób zestawia dwie odmienne postawy heroizmu w trakcie wojny i która obiera za bohaterów wydarzeń, wreszcie!, kobiety. Przeglądnęłam pobieżnie inne pozycje autorki i nic nie przykuło mojej uwagi, ale „Słowik” zdecydowanie zasłużył na nagrody i uznanie czytelników. 

Oddam Ci słońce, Jandy Nelson

Rok temu wymieniłam Jandy Nelson wśród największych rozczarowań, w tym wspominam jej nazwisko w kontekście najlepszych lektur 2016. Spora nobilitacja, musicie przyznać. Trochę jak w przypadku Avy, nie byłam gotowa na to co zgotowała na kartach powieści autorka. To miała być zwykła historia o bliźniakach, którzy nieoczekiwanie się od siebie oddalili. Tymczasem Jandy Nelson oczarowała mnie swoim barwnym, wręcz lirycznym piórem i wywołała dosłownie morze emocji. Jestem ciekawa tego jak odbiorę kolejną pozycje autorki i po cichu liczę, że nasza znajomość nie będzie przypominać sinusoidy. 


Zdrada, Marie Rutkoski

Where do I even start? Seria „Niezwyciężona” jest moim zdaniem najlepszym cyklem z pogranicza fantastyki i romansu dla młodzieży i fakt, że nie zostanie zakończona w Polsce sprawia, że krwawi mi serce. Dosłownie. Historia, która wydawała się być banalna i przewidywalna - o bogatej córce wojskowego i niewolniku - całkowicie mną zawładnęła i zafundowała mi pierwszego w życiu kaca książkowego. Uwielbiam Kestrel - za jej siłę ducha i za to że przekłada intelekt ponad sprawność fizyczną; ale przede wszystkim podziwiam sposób w jaki Marie Rutkoski przedstawia wątek romantyczny - fakt że miłości nie zmienia jej bohaterów i ich przekonań, ale że motywuje ich do bycia lepszym. Bardzo proszę, niech ktoś z Was przekona Feerię Young, że nie mogą mi tego zrobić. 

Inne zasady lata, Benjamin Alire Sáenz

Widzicie, miałam w tym roku szczęście do naprawdę dobrych i wartościowych młodzieżówek, a  „Inne zasady lata” są jedną z nich. Po raz kolejny, stosunkowo prosta historii niespodziewanej przyjaźni między dwoma całkowicie odmiennymi chłopcami, rozkochała mnie swoją prostotą i sposobem w jaki została opowiedziana. Benjamin Alire Sáenz idealnie uchwyca poczucie wyobcowania i samotności jaką odczuwa na pewnym etapie życia chyba każdy nastolatek; i kreuje niesamowicie wiarygodną więź przyjaźni. Ciekawe czy ktoś zdecyduje się dać szansę innym pozycjom autora. 

Promyczek, Kim Holden

Nie byłam świadoma, że „Promyczek” wzbudza tak skrajne opinie dopóki nie zaczęły się roczne podsumowania. Ja powieść Kim Holden ubóstwiam całym serduchem, razem z wszystkimi mankamentami, nawet jeśli wylałam przy niej może łez. Za to, że pokazuje NA z nieco odmiennej perspektywy, za postać Kate, która daje czytelnikom niezapomnianą lekcję życia, a w pewnym sensie nawet za zakończenie - przy innym finale, ów historia może straciłaby swój wydźwięk. I chociaż „Gus” zachwycił mnie już nieco mniej, nie mogę się doczekać marca i kolejnej powieści Kim Holden. 

Przez niego zginę, K. A. Tucker

K. A. Tucker zachwyciła mnie w 2016 roku dwukrotnie. Najpierw „Pięcioma sposobami na upadek”, potem - „Przez niego zginę”.  Ale to ten drugi tytuł utkwił mi w pamięci na dłużej, głównie dlatego, że absolutnie nie tego  się spodziewałam po autorce NA. Autorka tym razem przedstawia swoim czytelnikom thriller z prawdziwego zdarzenia, w którym tak umiejętnie pogrywa sobie z czytelnikiem, że w końcu wyprowadza go w manowce. Liczę na Filię, że wydadzą kolejne historie spod pióra K. A. Tucker. 

Stacja jedenaście, Emily St. John Mandel

Jedna z pierwszych lektur 2016, która na długo zapisała się w mojej pamięci. Szkoda, że niewiele osób wspomina o niej na blogach czy bookstagramie. Emily St. John Mandel ujęła mnie nieoczywistym połączeniem postapokaliptycznej wizji świata z lirycznym językiem i przewijającym się motywem Szekspira, a także trafnymi pytaniami jakie stawia - dlaczego akurat my przetrwaliśmy i gdzie szukać powodu dla którego warto żyć dalej. Gdzieś już o tym wspominałam, ale bardzo chętnie nie opuszczałabym jeszcze świata wykreowanego przez autorkę i została w nim chociaż na jeszcze 1, 2, no może 10 książek. 

A co Was zachwyciło w 2016?

niedziela, 8 stycznia 2017

Zapowiedzi styczniowe


Lubię podglądać posty czy też filmy innych Książkoholików na temat postanowień na nowy rok bo znajduje w nich mnóstwo inspiracji dla samej siebie. W tym roku sporo z nich porusza temat niekupowania albo chociaż ograniczenia książkowych zakupów, ale zapowiedzi jakie szykują dla nas wydawcy z pewnością tego nie ułatwiają. W takich momentach szczególnie zazdroszczę czytelnikom, którzy gustują tylko w jednym gatunku - przynajmniej nie przemawia do nich aż tak ogromna liczba tytułów. Styczeń jest szczególnie niebezpiecznym miesiącem - sesja na horyzoncie sprawia, że człowiek całkowicie traci kontrolę nad własnym portfelem. 


Przyznaję, że drugi tom trylogii o trollach nieco mnie zawiódł, ale „Waleczna czarownica” i tak  niesamowicie mnie intryguje. Zwłaszcza, że wszystko wskazuje na to, że bedzie to tom najbardziej wypełniony akcją  // Nie mam takiego sentymentu do Veronici Roth jak niektorzy, ale byłam ciekawa „Naznaczonych śmiercią”. Trochę zniechęciły mnie kontrowersje wokół tego tytułu, ale zdecydowanie będę obserwować recenzje // „Dwór cierni i róż” pozostawił mnie przepełnioną sprzecznymi odczuciami, ale „Dwór mgieł i furii” i tak z pewnością przeczytam (choćby dla Rhysanda) - z tego co się orientuje styczniowa premiera dotyczy jednak jedynie Empiku // Zawsze wspominam o powieściach Brandona Sandersona, i „Bezkres magii” nie jest tu wyjątkiem, z nadzieją, że w końcu sięgnę po jego twórczość. Tym razem jestem o krok bliżej bo zakupiłam „Z mgły zrodzonego” // Rzadko wydawane są u nas thrillery dla młodzieży, a z tego co się orientuje „Outliersi” należą właśnie do tego gatunku. Ciekawe czy zapoczątkuje niwy trend 

Sama się prosiła” zaintrygowała mnie już na zagranicznym booktubie. Sporo dobrego słyszałam o twórczości autorki i zdecydowanie zamierzam sprawdzić jak radzi sobie z tak trudnymi tematami // Powieści Kasie West mają tak urocze okładki, a „PS. I like You” już w szczególności!, że automatycznie przyciągają moją uwagę. // „Making faces” była dokładnie tą powieścią Amy Harmon, na którą czekałam najbardziej. Tylko dlaczego, ach dlaczego okładka do złudzenia przypomina tą „Układu”?  // Nie mam pojęcia o czym opowiada „Margo”, ale ufam wyborom SQN  // Brittainy C. Cherry ma u mnie dużego plusa za swoje poprzednie powieści. Nawet jeśli pierwszy tom Żywiołów mnie nie zachwycił i tak sięgnę po „Ogień, który ich spala”  


Jojo Moyes trochę podzieliła Książkoholików, ale „Dziewczyna, którą kochałeś” zbiera raczej pozytywne opinie. Jestem ciekawa co nas czeka tym razem  // Mam tyle nieprzeczytanych powieści Diane Chamberlain na półce (i brak ochoty na ich lekturę!), że nie czekam jakoś szczególnie na „Jak gdybyś tańczyła”, ale warto zapamietać ten tytuł na przyszłość. // Rzadko na zagranicznym booktubie natrafiam na rekomendacje thrillerów, ale ten tytuł - „W ciemnym mrocznym lesie” - gdzieś mi się już przewinął.  // Czytałam  „Promień rażenia” pod poprzednim tytułem i to naprawdę warty uwagi thriller  // Nowy Mróz! Czy kogoś to dziwi? „Wotum nieufności” zdecydowanie intryguje  //„Przed katastrofą” znalazło się na liście nominacji nagrody Goodreads. Oczywiście że jestem zaintrygowana!

A Wy na co czekacie najbardziej w grudniu?

piątek, 6 stycznia 2017

Księgarenka przy ulicy Wiśniowej, zbiór opowiadań


Wydawanie w okolicach Świąt Bożego Narodzenia okolicznościowego zbioru opowiadań stało się już chyba swego rodzaju tradycją ze strony Filii.  „Księgarenka przy ulicy Wiśniowej” jest bodajże trzecią tego rodzaju pozycją a za każdym razem w projekt angażuje się grono znanych i lubianych polskich autorów - niekoniecznie kojarzonych z Filią. Chociaż poszczególne zbiory opowiadań intrygowały mnie już od jakiegoś czasu, dopiero ten najnowszy zdołał przykuć moją uwagę na tyle bym zdecydowała się na lekturę. I miałam co do tego nosa. 

Księgarenka przy ulicy Wiśniowej jest jednym z tych nielicznych miejsc z duszą, do których goście - nie klienci! - przychodzą nie tylko po to by coś kupić. Pan Alojzy, starszy mężczyzna, właściciel i jedyny pracownik księgarni, dba o ludzi, którzy odwiedzają to miejsce - potrafi doradzić, dostarczyć nawet największe białe kruki i sprawić, że dobrana lektura staje się lekarstwem na bolączki życia codziennego. Teraz jednak księgarnia ma zostać zamknięta. Pan Alojzy chce nareszcie odpocząć i odwiedzić córkę. Zanim to jednak zrobi ma kilka zadań do wykonania. Z okazji Wigilii obdarowuje najwierniejszych gości wyjątkowymi książkami…

Jak nietrudno się domyślić każde z opowiadań przybliża historię innej osoby obdarowanej przez pana Alojzego. Każde z nich, napisane przez różnych autorów, stanowi odrębną całość i może być czytane wybiórczo, ale niewątpliwą zaletą ów zbioru jest fakt, że w pewien sposób stanowi on całość. Krótkie opowiadania Liliany Fabisińskiej najpierw wprowadzają nas w całą opowieść a potem ją zamykają - stanowiąc niejako epilog dla losów poszczególnych bohaterów i dostarczając odpowiedzi na wszelkie niewyjaśnione wcześniej kwestie. 

„Księgarenka przy ulicy Wiśniowej” niezaprzeczalnie posiada wyjątkowy świąteczny klimat i pozwala czytelnikowi wprowadzić się w odpowiedni nastrój. I nie chodzi tylko o to, że akcja poszczególnych historii rozgrywa się dokładnie w dzień poprzedzający Wigilię i 24 grudnia. Przedstawione przez polskich autorów historie poruszają też problematykę, która w nierozerwalny sposób kojarzy nam się ze świętami - mówią o miłości, rodzinie, szczęściu i wyznaczaniu, o stawaniu się lepszym człowiekiem. A dodatkowo traktują o książkach i miłości do literatury i o tym że niektóre powieści mogą mieć ogromny wpływ na nasze życie. 

Zawsze wychodziłam z założenia, że w zbiorach opowiadań trafiają się teksty lepsze i gorsze, ale „Księgarenka przy ulicy Wiśniowej” prezentuje wyjątkowo równy poziom. Jedne z historii są zabawne, inne bardziej refleksyjne; są opowiadania przy których trudno nie użyć określenia “urocze” a niektóre wydają się wręcz magiczne; i chociaż zdarzają się w nich sceny lekko infantylne, każdy tekst w jakiś sposób mnie ujął. Podziwiam też każdego z autorów za to, że w tak krótkiej i specyficznej formie o narzuconej, świątecznej tematyce udało im się zamknąć pierwiastek swojej twórczości. 

„Księgarenka przy ulicy Wiśniowej” okazała się dokładnie tym czego potrzebowałam tuż przed świętami. Urocze, lekkie historie, w których święta i miłość do literatury odgrywają kluczowe role. Aż chciałoby się znaleźć podobną Księgarenkę (najlepiej z równie wspaniałym księgarzem) w swojej okolicy! Jeśli poszukujecie tytułu, który przywoła klimat świąt i magię Bożego Narodzenia, nie powinniście się rozczarować! 

„Księgarenka przy ulicy Wiśniowej” zbiór opowiadań; wydawnictwo Filia; Poznań 2016 ★★★★

środa, 4 stycznia 2017

Powrót do Daringham Hall, Kathryn Taylor


Kiedy byłam młodsza, jeszcze przed założeniem Złodziejki Książek co już powinno Wam sporo powiedzieć, często sięgałam po wszelakiego rodzaju romanse. Nora Roberts, Diana Palmer, Amanda Quick - czytałam wszystko to co mamutek. Potem mi przeszło. Nadal uwielbiałam, gdy wątek romantyczny stanowił ważny element fabuły, ale potrzebowałam jednak czegoś więcej. Jeśli sięgałam po jakiś typowy romans, była to pozycja New Adult i dlatego kupując trylogię Daringham Hall myślałam głównie o mamutka.  A jednak, jako przerywnik między thrillerami/kryminałami, „Powrót do Daringham Hall” sprawdził się doskonale. 

Benedict, młody, odnoszący sukcesy biznesmen z Nowego Jorku, przyjeżdża do Anglii Wschodniej w poszukiwaniu zemsty. Chce stanąć twarzą w twarz z ludźmi, którzy skrzywdzili jego matkę i upomnieć się o swoje prawa do Daringham Hall. W trakcie burzy zostaje jednak pobity a następnie, mylnie uznany za złodzieja, zaatakowany w głowę przez miejscową panią weterynarz. Kiedy mężczyzna odzyskuje przytomność nie pamięta kim jest ani po co zjawił się w okolicy. A Kate, czując wyrzuty sumienia, ale i dziwny pociąg do Bena, przyjmuje go pod swój dach. Wbrew logice, oboje zaczynają się do siebie zbliżać. 

Doskonale zdaję sobie sprawę z przewidywalności „Powrotu do Daringham Hall”. Już rozpoczynając lekturę miałam w głowie scenariusz jakim może potoczyć się ów historia i w gruncie rzeczy doprawdy w niewielu punktach się pomyliłam. Kathryn Taylor ma tendencje do tego by sugerować czytelnikowi potencjalny rozwój fabuły między wierszami i wykorzystuje sporo wygodnych dla siebie rozwiązań, które niekoniecznie wypadają wiarygodnie w przekonaniu czytelnika - nie spoilując, chodzi mi choćby o sytuację z balu w Daringham Hall. 

Dostrzegam więc co w „Powrocie do Daringham Hall” może się nie podobać i w jakiś stopniu rozumiem niskie oceny czytelników na portalu Goodreads. Takich powieści jest sporo i nie będę Was przekonywać, że jest inaczej. Ale i tak, pomimo tej przewidywalności i przerysowanych scen romantycznych, Kathryn Taylor zafundowała mi kilka godzin przyjemnej, angażującej lektury z gatunku guilty pleasure pt: „Wiem, że nie jest dobrze, ale, o mamo!, jak przyjemnie się to czyta!”  Owszem, duża w tym zasługa lekkiego, prostego języka, ale nie tylko. 

Jest coś niesamowicie pociągająco w tym by podglądnąć życie ludzi z tzw. “wyższych sfer” - posiadających nie tylko majątek, ale i tytuł. A Kathryn Taylor doskonale zdaje sobie z tego sprawę i czerpie z tego garściami. Niemiecka autorka prezentuje nam mnóstwo oderwanych od naszej rzeczywistości dramatów - mezalians z przeszłości, tajemnicze dziecko, walka o tytuł - skandal goni skandal. Cieszę się też, że, pomimo zapowiedziom z okładki, historia ta nie została przepełniona erotyką. 

„Powrót do Daringham Hall” to taka przyjemna lektura guilty pleasure. Raczej przewidywalna, lekka historia, która nie wnosi nic do życia czytelnika, ale zapewnia mu chwilę rozrywki. I takie tytuły też są potrzebne! Zwłaszcza gdy zazwyczaj sięga się jednak po nieco odmienną literaturę. I dlatego cieszę się, że w zapasie - na czarną godzinę! - czekają na mnie pozostałe tomy. 

„Powrót do Daringham Hall” Kathryn Taylor; wydawnictwo Otwarte; Kraków 2015 ★★★

poniedziałek, 2 stycznia 2017

Najpopularniejsze posty 2016 roku


To był długi rok i w gruncie rzeczy cieszę się, że dobiegł już końca. Jest coś dziwnie pociągającego we wchodzeniu w nowy rok - czysta karta, nowa energia, planowanie kolejnych kroków - i od pewnego czasu czułam, że bardzo tego potrzebuję. 2016 rok nie był tym n a j l e p s z y m - owszem, udało mi się osiągnąć kilka rzeczy, ale na każde z nich przypada pewne niespełnione oczekiwanie - a chyba gdzieś podskórnie każdy z nas na to liczy, nie był to też rok łatwy, a doskonale zdaję sobie sprawę z tego, że teraz nie będzie lepiej. I w całym tym zawirowaniu miło jest mieć coś stałego i niezmiennego jak Złodziejka książek właśnie. 

Zgodnie z tradycją przygotowuję już dla Was post z zestawieniem najlepszych książek jakie udało mi się przeczytać w 2016 roku; cały czas zastanawiam się też czy nie powtórzyć pomysłu sprzed roku o powieściach, które w pewien sposób mnie rozczarowały - i trochę liczę na Waszą sugestię pod tym względem. Dzisiaj jednak o czymś innym - posiłkując się statystykami, przygotowałam dla Was zestawienie postów, które najchętniej czytaliście w tym roku i dodałam w bonusie trzy teksty, które nie zebrały tylu wyświetleń, a do których żywię jakiś sentyment. 


Uwielbiam przygotowywać sezonowe topki bo pozwalają mi one na to by polecić Wam w jednym poście aż pięć wyjątkowych tytułów. Zresztą wspominałam o tym już kilkakrotnie. Przeglądanie statystyk bloga uświadomiło mi jednak, że i Wy przepadacie za tego typu zestawieniami, ale to właśnie “tegoroczna edycja wiosenna” wzbudziła Wasze największe zainteresowanie. Mnóstwo tam świetnych tytułów więc tym bardziej się cieszę. A w 2017 roku zdecydowanie nie zrezygnuję z ich publikowania. 


Jest to post, do którego sama często wracam i to nie dlatego że jest wyjątkowy czy nadwyraz merytoryczny, po prostu lubię od czasu do czasu sprawdzić jak radzę sobie w wypełnianiu tego “wyzwania”. (A radzę sobie całkiem nieźle! Dzięki, że spytaliście!). Ale ciekawie mnie co Wy w nim poszukujecie. Inspiracji co czytać? Okazji do tego by zmotywować mnie do lektury jakiegoś tytułu? Nie wiem. Ale gdy będę się zbliżać do końca listy (jeszcze długa droga przede mną!) z pewnością powrócę z podobnym postem. Strasznie to motywuje!


Nie byłam pewna czy w pierwszej dziesiątce znajdzie się jakakolwiek recenzja, a tu proszę! Znalazło się dla niej miejsce nawet w topowej trójce. Cieszy mnie, że tak często czytaliście recenzję “Promyczka” i mam nadzieję, że chociaż kilkoro z Was po jej przeczytaniu zdecydowało się na lekturę samej powieści. To jedna z tych powieści New Adult, która wyjątkowo mnie w tym roku ujęła i mam do niej ogromny sentyment. 



Tym razem naprawdę się zdziwiłam bo powieść Natalii Jagiełło Dąbrowskiej raczej nie cieszyła się zbyt dużą popularnością w blogosferze, ale może stąd sukces mojej recenzji - nie miała tak dużej konkurencji jak w innych przypadkach. Niewiele mam do powiedzenia na temat tego tytułu ponad to co już napisałam. Ale z perspektywy czasu ów pozycja zatarła się nieco w mojej pamięci i chyba zrezygnuję z lektury kontynuacji. 


Woleliście czytać o tym co mnie rozczarowało niż zachwyciło! Przyznaję, że pierwotnie nie planowałam powtórzyć tego tematu w tym roku, ale fakt, że tak chętnie zaglądaliście do owego posta sprawił że jeszcze raz dokładnie to sobie przemyślałam. Trochę Was rozumiem - czytanie o rozczarowaniach jest zdecydowanie ciekawsze niż oglądanie peanów zachwytów na temat jakiś pozycji (choć raczej nie szukałabym tam wskazówek co czytać dalej!)


Kolejny dowód na to, że zdecydowanie bardziej interesują Was negatywne opinie. W przypadku tej konkretnej pozycji do tej pory nie mogę zrozumieć jak zdanie moje i innych czytelników tak bardzo może się różnić! Chyba czytałam inny egzemplarz od reszty blogosfery. Jeśli jesteście ciekawi co konkretnie nie przypadło mi do gustu w “Real”, zaglądajcie. I koniecznie dajcie znać jeśli podzielacie moją opinię!


Zasiadając do pisania tego posta miałam całkowicie odmienny koncept. Chciałam po prostu polecić Wam swoje ulubione tytuły w tym “gatunku”, ale gdzieś po drodze najwidoczniej zmieniłam swój zamysł. Mam wrażenie, że New Adult jest traktowane przez niektórych jako literatura niższej kategorii a nie do końca mogę się z tym zgodzić - nie wszystkie stereotypy dotyczące gatunku są bowiem prawdziwe. Cały czas zbieram się też do napisania rekomendacji, które Wam obiecałam, ale zobaczymy co z tego wyjdzie. 


Jeżycjada jest dla mnie serią bardzo ważną i wiedzą o tym chyba wszyscy moi bliżsi znajomi. Trochę mnie dziwi, że tak późno sięgnęłam po “Wnuczkę do orzechów”, ale prawdę mówiąc nie byłam nawet świadoma tego ile czasu upłynęło od premiery. Cieszy mnie, że ta seria nadal budzi zainteresowanie, chociaż nie ukrywam, że ostatnie tomy trochę straciły ze swego dawnego uroku. Miejmy nadzieję, że w 2017 sięgnę po kolejny tom serii!


Akurat recenzja “Porwanej pieśniarki” w zestawieniu najpopularniejszych postach zaskoczyła mnie chyba najbardziej. Nie zapadła mi jako autorce szczególnie w pamięci i chyba liczyłam, że z Waszego punktu widzenia wygląda to tak samo. A tu proszę! Ale to świetna seria - oryginalna, ciekawie reinterpretująca baśń o “Pięknej i Bestii” i po prostu dobrze napisana - i pomimo nieco słabszego drugiego tomu (o którym też pisałam!) zasługuje na uwagę.  


Najmłodszy post w zestawieniu, naprawdę cieszy mnie, że spotkał się z tak dużym zainteresowaniem z Waszej strony. Doradzam Wam tytuły na świąteczne prezenty co rok i trochę bałam się, że zmęczyłam już materiał, a tu proszę! - miłe zaskoczenie. Równie chętnie zaglądaliście zresztą także na te starsze posty, ale nie o nich dzisiaj przecież rozmawiamy ;)


Pisałam tego posta w trakcie odbywania praktyk (nie wiem czy powinnam się do tego przyznawać!) i chyba dlatego darzę go tak dużym sentymentem. Lubię pisać tego typu posty - w których opieram się na własnych doświadczeniach i pozostawiam Wam swego rodzaju pole do dalszej dyskusji. Poza tym przygotowywanie go sprawiło, że naprawdę dostrzegłam te zmiany w swoim czytelniczym życiu. 


Jeden ze starszych postów, ale bardzo go lubię. W tym roku sporo czytelników postanowiło, że odchodzi od literatury YA i przerzuca się na ambitniejsze pozycje, a ja w pewnym sensie do niej wróciłam. Ten post idealnie pokazuje dlaczego uważam, że czytanie Young Adult nie jest marnowaniem czasu i dlaczego cały czas będę do tego gatunku wracać. Ciekawa jestem czy się ze mną zgadzacie. 


Post powstały na fali tworzenia propozycji prezentów świątecznych, kolejny z serii tych, które pierwotnie nawet nie miały powstać. Teoretycznie pisałam go w kontekście Świąt Bożego Narodzenia, ale w gruncie rzeczy jest bardzo uniwersalny (skromność!) i z pewnością jeszcze Wam o nim przypomnę w okresie zwiększonej ilości ślubów (czyli gdzieś w miesiącach wakacyjnych). 

Jestem ciekawa, który z postów na Złodziejce był Waszym ulubieńcem?