To jedno lato, Dorota Milli - Zlodziejka Ksiazek

niedziela, 12 listopada 2017

To jedno lato, Dorota Milli


Decyzję o lekturze „Tego jednego lata” podjęłam bardzo spontanicznie. Nieubłaganie zbliżał się koniec kalendarzowego lata i byłam przeświadczona, że jeśli nie dam mu szansy teraz, przegapię odpowiedni moment i książka przeleży nieczytana na mojej biblioteczce do następnych wakacji. Rok to długi okres czasu i nie chciałam ryzykować, że w tym okresie zupełnie stracę zainteresowanie lekturą, ale zupełnie nie wiedziałam w co się pakuję, bo i niewiele o powieści pani Doroty Milli sama słyszałam. I niestety trochę się rozczarowałam. 

Lukrecja Lis zaplanowała swoją drogę na szczyt. Żeby zapewnić sobie dostatnie życie, pracuje jako doradca klienta w warszawskim banku (czego szczerze nienawidzi) i spotyka się z bogatym aczkolwiek zupełnie ją niepociągającym człowiekiem. Kiedy jednak Luka przyłapuje potencjalnego małżonka na zdradzie, cały plan się sypie. Dziewczyna jest przekonana, że wina leży w klątwie jaką przed laty rzuciła na nią lokalną “czarownica”, Luka jest zdeterminowana. Wyjeżdża na urlop do Dźwirzyna i stara się zlikwidować nieoczekiwaną przeszkodę w drodze na szczyt. 

To jedno lato” nie jest pierwszą powieścią obyczajową skierowaną raczej do kobiet jaką miałam okazję czytać, ale równocześnie nie czytałam ich na tyle dużo żeby czuć się zmęczona jakimś schematem. Sam wątek powrotu Luki ze stolicy do rodzinnej miejscowości - Dźwirzyna nie stanowił dla mnie problemu, a momentami wręcz traktowałam go jako zaletę. Nastawiłam się na jakąś letnią, wakacyjną lekturę a sceneria nadmorskiego kurortu zdecydowanie sprzyja tego typu klimatom. Nie chodzi też o sam wątek romantyczny - liczyłam się z tym, że będzie on stanowił ważny punkt fabuły, a słowne przepychanki między Luką a Hubertem bywały nawet momentami zabawne. Problem tkwił gdzie indziej. 

W powieściach obyczajowych, które stanowią niejako odbicie realnego życia, istotne jest dla mnie pewne wrażenie autentyczności. Tymczasem niektóre sceny przedstawione przez panią Dorotę Milli wypadają niestety bardzo sztucznie i nienaturalnie (dla przykładu, scena otwierająca całą powieść czyli zerwanie Luki i Aleksa). Nie jest to zarzut w stosunku do całej powieści, ale podobne wrażenie towarzyszyło mi niestety często w trakcie lektury - przerysowanie i absurdalność niektórych dialogów (zwłaszcza pomiędzy Luką a jej przyjaciółką czy też siostrą). 

Niestety, miałam także duży problem z doborem głównej bohaterki. Początkowo kreacja Luki jako samoluba i egoistki wydała mi się pewnym powiewem świeżości na tle innych, często wyidealizowanych postaci, ale irytacja dokonywanymi przez dziewczynę wyborami szybko przyćmiła inne emocje. Trudno znaleźć w Lukrecji jakiekolwiek wartości rehabilitujące jej postępowanie w oczach czytelnika (nawet rzekoma przyczyna jej postawy wydała mi się na tyle błaha, że jedynie pogłębiła moją antypatię). Owszem, pani Dorota Milli ewidentnie nie nobilitowała sposobu w jaki Luka oceniała innych (na podstawie ich wyglądu i majątku), ale perspektywa bohaterki była po prostu męcząca w lekturze. 

Przyznaję, że lektura „Tego jednego lata” nie zajęła mi dużo czasu, a sceneria Dźwirzyna i Kołobrzegu przywołała jeszcze na chwilę powiew lata, ale to wciąż trochę za mało. Znawcą gatunku nie jestem, ale wydaje mi się, że możecie znaleźć pozycje w podobnym klimacie, które nie irytują do tego stopnia w trakcie lektury. A choć nie wątpię, że  „To jedno lato” znajdzie także wielu wielbicieli (Pani Mama jest jednym z nich), tym razem nie polecam. 

To jedno lato” Dorota Milli; wydawnictwo Filia; Poznań 2017 ★★☆☆☆