Bliźnięta z lodu, S. K. Tremayne - Zlodziejka Ksiazek

środa, 25 października 2017

Bliźnięta z lodu, S. K. Tremayne



Do lektury „Bliźniąt z lodu” przymierzałam się już od pewnego czasu, zachęcona pozytywnymi opiniami zarówno polskich jak i zagranicznych czytelników, ale także samym konceptem na fabułę. Być może zdążyliście już zauważyć, że thrillery, w których poruszony zostaje temat macierzyństwa budzą moje zainteresowanie, ale zarys historii S. K. Tremayne’a brzmiał dla mnie wyjątkowo intrygująco. Kiedy tylko znalazłam ów tytuł w koszach z tanią książką w jednym z supermarketów, wiedziałam, że i tym razem zakupy spożywcze zakończą się wzbogaceniem mojej domowej biblioteczki. Tyle, że kiedy rozpoczęłam lekturę cała ekscytacja gdzieś zniknęła. 

Angus i Sarah nie mogą otrząsnąć się z tragedii, która dotknęła ich rodzinę. Jedna z ich ukochanych córeczek bliźniaczek - Lydia zginęła w nieszczęśliwym wypadku podczas wakacji spędzanych u dziadków. Żałoba sprawia, że małżonkowie oddalają się od siebie a alkoholizm mężczyzny przyczynia się do narastających problemów finansowych całej rodziny. W końcu Angus i Sarah, razem z Kirstie, zmuszeni są do tego by zacząć wszystko od nowa. Całą trójką przeprowadzają się na maleńką odizolowaną od cywilizacji szkocką wyspę, którą Angus odziedziczył po babci. Tymczasem Kirstie zaczyna się dziwnie zachowywać, twierdząc że w rzeczywistości nazywa się Lydia, a to Kirstie zginęła tego tragicznego dnia.

Sam koncept na fabułę „Bliźniąt z lodu” posiada ogromny potencjał i zasiadając do lektury byłam niemal przekonana, że przypadnie mi ona od gustu. S. K. Tremayne od samego początku buduje specyficzną atmosferę piętrzących się tajemnic a pewne zdania, wrzucane niby mimochodem między właściwą narrację, sugerują że za śmiercią bliźniaczki i rzekomą pomyłką ich tożsamości kryje się “coś więcej”. Klimat grozy i opuszczonej wyspy sprawiał, że momentami czułam się raczej jak przy lekturze horroru aniżeli thrillera. I przyznam szczerze, zatarcie granicy między tym co realne a co nie i sugestie (nieważne czy finalnie okazały się prawdziwe) że mamy do czynienia z czymś nadnaturalnym, już samo w sobie zniechęciło mnie do lektury. Podobne wątki nie są czymś czego szukam w thrillerach o czym wiecie jeśli znacie moją opinie na temat „Co kryją jej oczy?”  Ale nie tylko o to chodzi. 

Chociaż wątek dotyczący zatarcia tożsamości bliźniaczki, która przeżyła stanowił ciekawy punkt wyjścia dla całej opowieści, odniosłam wrażenie, że S. K. Tremayne nie rozwinął go we właściwy sposób. Zbyt często autor decydował się na niewiarygodne, ale za to wygodne dla niego samego rozwiązania fabularne. By przywołać zaledwie kilka: absolutny brak komunikacji między Angusem a Sarah; podjęcie decyzji o zamieszkaniu na odludnej wysepce, gdzie występują problemy z komunikacją (czy to telefoniczną czy też internetową), nie zakupiwszy najpierw łodzi; czy też graniczące z ignorancją zachowanie placówki szkolnej na to co działo się z Kirstie. 

W trakcie lektury „Bliźniąt z lodu” kilkakrotnie towarzyszyło mi uczucie wtórności - nie w kontekście rozwiązań fabularnych, tylko opisów. S. K. Tremayne powiela pewne informacje - choćby na temat szczurów czy też norki - co samo w sobie nie stanowi jakiejś znaczącej wady, ale w połączeniu z innymi mankamentami wpływa na wrażenia z lektury. Muszę zgodzić się z tym, że bohaterowie wykreowani przez autora nie budzą większych emocji poza irytacją (wyjątkiem jest jedynie postać psa!). A nawet samo zakończenie, chociaż pod pewnymi względami zaskakujące, wydaje się oderwane od fabuły i sprzeczne z klimatem całej historii. 

To powiedziawszy powinnam Was uprzedzić, że moja opinia drastycznie różni się od wrażeń większości czytelników. Nie mogę powiedzieć, że zachęcam Was do lektury - bo poza klimatem i ciekawym pomysłem nie znajduje zbyt wiele pozytywnych aspektów historii a istnieje sporo lepszych pozycji w tym gatunku - ale za to uważam, że dla porównania powinniście spojrzeć na recenzję kogoś kto zachwycił się „Bliźniętami z lodu”, przyjrzeć się co tak bardzo mu się spodobało i wówczas podjąć decyzje czy to lektura dla Was. Ja pasuję. 

Bliźnięta z lodu” S. K. Tremayne; tłum. Robert Kędzierski; wydawnictwo Czarna Owca; Warszawa 2015 ★★☆☆☆