niedziela, 16 lipca 2017

Tysiąc pięter, Katharine McGee


Są takie książki, które budzą spore zainteresowanie czytelników jeszcze przed oficjalną premierą - znajdując się w czołówce najbardziej oczekiwanych tytułów - a potem jakoś słuch po nich ginie w natłoku innych nowości wydawniczych. A „Tysiąc pięter" autorstwa Katharine McGee, przynajmniej biorąc pod uwagę zagraniczny booktube, jest jedną z nich. Mam wrażenie, że odkąd pozycja ta faktycznie trafiła na półki nie słyszałam za wiele opinii na jej temat. Nie zmienia to jednak faktu, że polska premiera nie obyła się bez rozgłosu - wydawnictwo Moondrive jak zwykle pod tym względem nie zawodzi, a i blogerzy, w tym ja sama, dorzucili swoje trzy grosze plotkarskimi postami. Tylko czy rzeczywiście warto?

Wieża to monumentalny budynek o 3200 m wysokości, zbudowany w samym centrum Nowym Jorku, w miejscu dawnego Central Parku. Liczący tysiąc pięter wieżowiec zamieszkiwany jest przez najróżniejsze warstwy społeczne, a zajmowany apartament jest równoznaczny z pozycją jego mieszkańców. Avery, Eris i Leda należą do grona uprzywilejowanych - ich życie to ciągłe imprezy i zakupy, podczas gdy Rylin i Watt muszą się liczyć niemal z każdym wydanym groszem i szukać szansy na wspólny zarobek. Łączą ich jednak dwie rzeczy. Każdy z piątki nastolatków skrywał przed światem jakąś tajemnicę - nielegalne zachowania, problemy rodzinne, uzależnienie czy miłość do niewłaściwej osoby; i każdy tego feralnego wieczora, gdy po raz pierwszy od dwudziestu pięciu lat istnienia Wieży ktoś z niej spadł, znajdował się na tysięcznym piętrze.

Tysiąc pięter", debiut literacki amerykańskiej autorki Katharine McGee, jest bardzo specyficznym typem powieści, które idealnie podsumowuje porównanie do takich autorek jak Cecily von Zieger(znanej z serii „Plotkara"), Sary Shepard (twórczyni takich serii jak „Słodkie kłamstewka" czy „Gra w kłamstwa") czy, może nieco mniej popularnej, Lisi Harrison (którą może kojarzycie z serii „Elita" czy też „Alfy"). To prawda, McGee zdecydowanie zmienia scenerię dla rozgrywających się wydarzeń i osadza akcję w futurystycznym Nowym Jorku w 2118 roku, gdzie wszelakiego rodzaju komputerowe urządzenia i inne udogodnienia znajdują się na porządku dziennym, a monumentalna Wieża, która w pewnym momencie wydaje się być miastem w mieście, stanowi centrum wszechświata. Ale pomijając miejsce i czas wydarzeń „Tysiąc pięter" posiada klimat przywołanych serii młodzieżowych.

Bohaterowie wykreowani przez Katharine McGee nieustannie znajdują się w centrum jakiś dram - miłosne zawirowania, kłótnie o facetów i pozycje, a w tle nieustające imprezy, lejący się strumieniami alkohol, narkotyki i niewyobrażalne ilości pieniędzy. Problemy przed jakimi stają postacie raczej trudno przyrównać do tych z jakimi na co dzień mierzymy się my, zwykli szarzy ludzie. A ponad to na próżno szukać w twórczości McGee jakiejś głębi i drugiego dna. Ale równocześnie autorka idealnie wpisuje się w typowe wymogi guilty pleasure, które doskonale sprawdziłoby się w formie serialowej teen dramy. I nie zdziwię się jeśli The CW przeniesie kiedyś ów historię na mały ekran.

Samą fabułę napędza tajemnica tego kto stał się pierwszą ofiarą Wieży i jak do tego doszło. O samym wypadku dowiadujemy się już w prologu, ale następnie cofamy się nieco w czasie i poznajemy wydarzenia poprzedzające imprezę naprzemiennie z pięciu perspektyw - Avery, Ledy, Eris, Rylin i Watta. Nieco żałuję, że na odpowiedzi czekamy aż do finału, ale podsyca to moją ciekawość na drugi tom. Sama narracja przypomina tą znaną z powieści Sary Shepard. A choć nieustannie zmieniająca się perspektywa może drażnić, mnogość wątków powoduje, że nawet jeśli któryś nie przypadł Wam do gustu, wciąż możecie się dobrze bawić przy lekturze. Katharine McGee wprowadza także dużą różnorodność jeśli chodzi o bohaterów - mają oni odmienne kolory skóry, pochodzenie i pozycje, a także orientacje seksualną.

Tysiąc pięter" nie jest powieścią wybitną i nie będę Was przekonywać, że jest to premiera, po którą koniecznie musicie sięgnąć. Sposób narracji i problemy bohaterów niejednokrotnie wzbudziły moją irytację, a jeśli nie przepadacie za teen dramami w jakiejkolwiek postaci, historia Katharine McGee nie jest czymś dla Was. Ale pomijając pewne aspekty, można się przy lekturze „Tysiąca pięter" po prostu dobrze bawić. Futurystyczny świat Wieży jest ciekawym twistem dla historii tego typu, i to nawet jeśli stanowi jedynie tło, a jeśli należycie do wielbicieli twórczości Cecily von Zieger, Sary Shepard czy Lisi Harrison, koniecznie sprawdźcie debiut Katharine McGee.

Za możliwość lektury dziękuję wydawnictwu Moondrive

Tysiąc pięter” Katharine McGee; wydawnictwo Moondrive; Kraków 2017 ★★★☆☆

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Każdy Wasz komentarz witam z uśmiechem na ustach. Wszystkie niezmiennie stanowią dla mnie zresztą niewyczerpane źródło motywacji. Będę więc wdzięczna za każdy, nawet najmniejszy pozostawiony przez Was ślad i, w miarę możliwości, postaram się na niego odpowiedzieć.
Kala