sobota, 17 czerwca 2017

Filmowy zakątek #8


Zgodnie z tym co Wam zapowiadałam, kolejny post z cyklu filmowego zakątka ukazuje się w znacznie krótszym odstępie czasu niż to miało miejsce ostatnio. Wraz ze zbliżającą się sesją (która na całe szczęście już za mną) naszła mnie dziwna potrzeba by nadrobić filmowe braki, a premiery jakie pojawiły się na dużym ekranie powodowały, że znacznie częściej wybierałam się do kina. Ósma edycja (coraz bliżej spełnienia postanowienia noworocznego by obejrzeć 52 filmy, a mamy przecież dopiero czerwiec!) jest wyjątkowo pełna akcji - filmy o superbohaterach, szpiegowskie, ale także dwie głośne premiery kinowe w zupełnie odmiennym klimacie. Koniecznie dajcie znać, które z tych filmów już widzieliście, albo chcielibyście zobaczyć.



THOR (2011)

Miałam krótką przerwę jeśli chodzi o nadrabianie filmów marvelowskich produkcji - w sumie nie wiem dlaczego, dlatego że nie unikałam ich intencjonalnie. Zabierałam się do obejrzenia Thora kilkakrotnie (co najmniej trzy razy), ale po kwadransie wyłączałam film i albo decydowałam się na tytuł w zupełnie odmiennym klimacie, albo przerzucałam się na krótkie booktubowe filmiki. W końcu jednak postanowiłam zobaczyć całość, z nastawieniem, że w najgorszym przypadku po prostu przemęczę te dwie godziny. O dziwo ostatecznie bawiłam się jednak całkiem dobrze i naprawdę nie rozumiem do końca dlaczego zajęło mi tak dużo czasu by wczuć się w klimat. Thor przybliża historię tytułowego bohatera - boga, wygnanego z rodzinnego królestwa Asgardu na Ziemię, za swoją arogancję i buntowniczą naturę wojownika, gdzie musi walczyć by uzyskać swe utracone moce. 

W przeciwieństwie do poprzednich produkcji Marvelowskich jakie miałam okazję zobaczyć, akcja Thora początkowo nie rozgrywa się w naszym świecie lecz fikcyjnym królestwie Asgardu i chyba to początkowo utrudniało mi wczucie się w fabułę. Nie chodzi nawet o to, że ów świat został wykreowany w niepełny sposób (chociaż niektóre scenerie wypadają nieco sztucznie), po prostu musiałam do niego przywyknąć. Nie do końca rozumiem pewne zarzuty, że Thor  nie doczekał się jeszcze dobrego filmu, dlatego że ja bawiłam się po pierwszym kwadransie naprawdę dobrze. Chris Hemsworth idealnie odgrywa aroganckiego boga i wojownika, a jego zagubienie w naszym świecie jest zabawne i na swój sposób urocze. Zarówno jego wątek, jak i ten skupiony wokół postaci jego brata Lokiego, w zupełności wystarczyłyby by udźwignąć fabularnie cały film, ale wątek romantyczny nie przeszkadzał mi aż tak bardzo (nawet jeśli postać Jane na tle innych wypada raczej blado). Jestem podekscytowana żeby kontynuować przygodę z Marvelowskimi produkcjami.

★★★★★★★☆☆☆


KINGSMAN: TAJNE SŁUŻBY (2014)

Obejrzałam Kingsman: Tajne służby głównie ze względu na rankingi z najbardziej wyczekiwanymi premierami filmowymi 2017 roku, w których sequel tego tytułu pojawiał się zaskakująco często. Przed obejrzeniem tak naprawdę nie wiedziałam nic ponad to, że stanowi on pewną wariację na temat filmu szpiegowskiego i że w jedną z głównych ról wciela się Colin Firth (którego, w przeciwieństwie do niektórych, nie darzę miłością, ale szanuje za to co pokazuje niemal w każdej swojej roli). Ale tak naprawdę to wystarczyło. Kingsman: Tajne służby opowiada historię Harry’ego, wieloletniego agenta służb specjalnych, który bierze pod swoje skrzydła chłopaka ulicy - ambitnego, ale zupełnie niedoświadczonego Eggsy’ego, którego ojciec zginął przed laty w trakcie szkolenia na Kingsmana.

Zdecydowanie nie jest to produkcja, która przypadnie do gustu każdemu, ale sama bawiłam się w trakcie oglądania zaskakująco dobrze. Bardzo łatwo było ten film zepsuć, przekraczając pewną granicę absurdu, ale na szczęście do tego nie doszło. Kiedy oglądałam Kingsman: Tajne służby  nawet przez chwilę nie miałam wątpliwości, że jest to produkcja, którą nie należy oceniać do końca serio - przerysowana, zabawna wariacja na temat klasycznych filmów szpiegowskich, przesiąknięta na wskroś brytyjskością. Colin Firth jak zwykle radzi sobie dobrze na ekranie, ale jego młodszy kolega Taron Egerton w niczym mu nie ustępuje - zresztą, ich relacja mentor-uczeń (momentami prawie ojciec-syn) stanowi jeden z mocniejszych elementów filmu. Jeśli macie chwile wolnego czasu i nie przeszkadza Wam pewna doza absurdalnego przerysowania fabuły, warto.

★★★★★★★☆☆☆


JUTRO BĘDZIEMY SZCZĘŚLIWI (2016)

Odkąd tylko dowiedziałam się, że do polskich film ma wejść kolejna francuska komedia z udziałem Omara Sy’ego, wiedziałam, że będę musiała ją koniecznie zobaczyć. Mam ogromny problem ze współczesnymi komediami, bo absolutnie nie przemawiają do mnie żarty oparte na temacie seksu, albo potrzeb fizjologicznych (czyli fundament większości tego typu tytułów), ale Nietykalni wywarli na mnie ogromne wrażenie i do tej pory uważam go za jedną z moich ulubionych produkcji filmowych. Jutro będziemy szczęśliwi znacznie odbiega tematem od wspomnianego tytułu i pozornie jest to film typowo rozrywkowy, ale nie zmienia to faktu, że po raz kolejny zostałam absolutnie oczarowana. Historia meżczyzny, który z dnia na dzień musi dorosnąć i stać się nie tylko ojcem, ale i matką w jednym, łapie za serducho i nie pozostawia obojętnym.

Nawet jeśli pewne aspekty fabuły są przewidywalne i wtórne z innymi produkcjami, aktorsko Jutro będziemy szczęśliwi rekompensuje wszelkie mankamenty. I nie chodzi mi tylko o Omara Sy’ego, ale także partnerującą mu Glorię Colston czy Antoine Bertranda. To film, który pomimo drobnego przerysowania nie staje się parodią życia codziennego; który bawi i wzrusza, a w pewnym aspekcie nawet zaskakuje (przynajmniej zaskoczona byłam ja i moi towarzysze w trakcie seansu). Dlatego że to piękne przedstawienie więzi ojca z córką; dlatego że nie stara się za bardzo i przez to jeszcze bardziej ujmuje i dlatego że nawet nie zauważycie kiedy upłyną dwie godziny - koniecznie obejrzyjcie przy nadarzającej się okazji, najlepiej teraz gdy film wyświetlany jest jeszcze na dużym ekranie.

★★★★★★★★★☆


SONG TO SONG (2016)

Miałyśmy z Panną M. bardzo niskie oczekiwania względem Song to song. Pierwotnie dałam się zmylić zwiastunowi i obsadzie, która wręcz krzyczała, że jest to produkcja, której seansu nie można przegapić, ale potem pojawiły się pierwsze negatywne opinie, kolejne i jeszcze następne. W Krakowie film został ściągnięty z kin, niespełna dwa tygodnie od premiery i wybrałyśmy się z Panną M. na jeden z ostatnich seansów, przekonane że opuścimy salę rozczarowane. Ale nie do końca tak było. Song to song przedstawia historię trójki bohaterów związanych ze światem muzyki, które pragną odnieść sukces w showbiznesie i które dodatkowo łączą trudne i osobliwe relacje.

Zupełnie nie przekonuje mnie sposób w jaki Terrence Malick przedstawia swoją historię - ruchy kamery i sposób w jaki szatkuje on swoją opowieść; to, że w pewnym momencie trudno ułożyć fragmenty w chronologiczną całość. Gdyby powyższa historia została opowiedziana w tradycyjny sposób, albo chociaż skrócono film co najmniej o pół godziny, pozbywając się zbędnych wątków z pewnością spojrzałabym na Song to song przychylniejszym okiem. Ale nie jest też tak, że w trakcie seansu nie podobało mi się absolutnie nic - zarówno sam zarys fabuły, zdjęcia, jak i gra aktorska zrobiły na mnie bardzo dobre wrażenie. Nie poleciłabym tego filmu każdemu, ale nie żałuję jego obejrzenia, a już samo to dużo mówi.

★★★★★★☆☆☆☆
  

CZŁOWIEK ZE STALI (2013)

Do tej pory oglądając produkcje z superbohaterami pozostawałam wierna filmom Marvela, ale premiera Wonder women  zachęciła mnie do tego by przyjrzeć się także propozycjom z uniwersum DC. Zdecydowałam się na pierwszy tytuł, który rzekomo wchodzi w skład spójnego uniwersum czyli Człowieka ze stali, nie nastawiając się jednak na zbyt dużo. Słyszałam tyle negatywów, że chyba spodziewałam się, że zdegustowana wyłączę film po upływie niespełna godziny. A tymczasem wcale nie było tak źle. Film przybliża original story Supermana - Clarka Kenta, który dowiaduje się, że pochodzi z innej planety i na Ziemii obdarzony jest nadludzkimi zdolnościami.

Sposób w jaki Marvel przedstawia historię swoich bohaterów, ze sporą dozą humoru, zdecydowanie lepiej wpasowuje się w mój gust, ale w trakcie oglądania Człowieka ze stali bawiłam się całkiem dobrze (lepiej niż choćby w przypadku Incredible Hulk). Film spełnia swoją rolę w przedstawieniu orginal story Supermana - poznajemy jego losy od narodzin, do chwili, w której ujawnia światu swoje zdolności. Niektóre ze scen mogłyby być nieco krótsze, a odrobina humoru przydałaby się w oczyszczeniu poważnej atmosfery. Ale Henry Cavill dobrze odgrywa swoją rolę (zwłaszcza jeśli chodzi o jego relacje z ziemskimi rodzicami), a i historia stojąca za czarnym bohaterem ma swoje ręce i nogi (w pewien sposób można zrozumieć motywy jego postępowania). Nie skreślam zatem DC i chętnie obejrzę kolejne tytuły z tego uniwersum (chociaż kolejna produkcja zbiera chyba same negatywne opinie).

★★★★★★☆☆☆☆

Każde ze zdjęć wykorzystane w poście stanowi kadr filmu i pochodzi ze strony fdb.pl lub imdb.com

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Każdy Wasz komentarz witam z uśmiechem na ustach. Wszystkie niezmiennie stanowią dla mnie zresztą niewyczerpane źródło motywacji. Będę więc wdzięczna za każdy, nawet najmniejszy pozostawiony przez Was ślad i, w miarę możliwości, postaram się na niego odpowiedzieć.
Kala