Filmowy zakątek #5 - Zlodziejka Ksiazek

środa, 12 kwietnia 2017

Filmowy zakątek #5


Mam nadzieję, że zdążyliście już pomyć okna, pozamiatać podłogi i ogarnąć jakoś cały bałagan i że teraz macie chwilę dla siebie - czas na odpoczynek czy to z książką, filmem czy po prostu w towarzystwie bliskich osób. Przede mną jeszcze trochę świątecznych obowiązków, ale najgorsze już za mną. Piąta edycja filmowego zakątka, z którą przychodzę do Was w dzisiejszym poście jest wyjątkowo kinowa. Znaczną część prezentowanych produkcji (za wyjątkiem jednego) wciąż możecie obejrzeć w kinach takich multipleksów jak choćby Multikino czy Cinema City, a że w większości są to tytuły, z których wyszłam zadowolona, mam nadzieję, że na coś się skusicie. Każdy powinien zresztą znaleźć coś dla siebie, bo znajdziecie tu zarówno film historyczny, produkcje o superbohaterach, komedie romantyczną czy dramat o nieco filozoficznym charakterze. Z kwietniowych (lub marcowych) premier kinowych chciałabym jeszcze zobaczyć Amok i Dzieciak rządzi (na pewno!), a jeśli starczy czasu - także film z Tomaszem Kotem Biki Blue, ale zobaczymy co z tego wyjdzie ;)



AZYL (2017)

Czekałam na premierę Azylu z niecierpliwością, mimo że miałam pewne obawy czy film spełni moje oczekiwania. Historie dotyczące II wojny światowej zawsze mnie interesują, a już zwłaszcza wówczas gdy oparte one zostały na faktach. Na seans wybrałam się tym razem w nieco odmienionym gronie, w dzień premiery. Wieczorny, piątkowy seans i wersja z napisami miała nas uchronić przed szkolnymi wycieczkami - nie oszukujmy się, to tego rodzaju produkcja, na którą wybierze się sporo uczniów, a wśród grona nastolatków zawsze znajdzie się ktoś kto przedkłada ponad seans wygłupy z kolegami. Historię państwa Żabińskich, właścicieli warszawskiego zoo, który w trakcie II wojny światowej podejmują ryzykowną decyzje by pomóc ocalić Żydów z okolicznego getta, obejrzeliśmy przy raczej względnie zapełnionej, ale spokojnej sali. 

Azyl nie jest filmem bezbłędnym. Pojawiło się kilka elementów, które raziły mnie w trakcie seansu - sztuczny i zupełnie niepotrzebnie udawany akcent; pewna nieścisłość jeśli chodzi o tłumaczenia czy melodramatyczne sceny charakterystyczne dla Hollywood - ale z drugiej strony uważam, że bardzo dobrze, że ów tytuł powstał i że powinno się go zobaczyć. Azyl przedstawia kawałek historii, o którym pewnie wielu z nas w innych okolicznościach by się nie dowiedziało, pokazuje ludzką bezinteresowność i odwagę w czasach II wojny światowej. Nie jest to graficzny obraz (widać, że nastawiano się na fakt, że przed ekranami zasiądę też nastolatkowie i pewne sceny nie zostają tam pokazane), ale równocześnie jest on bardzo wymowny.  Niekoniecznie jest to film, który TRZEBA zobaczyć na dużym ekranie, ale zdecydowanie warto się z nim zapoznać i poznać sylwetki wyjątkowych ludzi. 

★★★★★★★☆☆☆


POWER RANGERS (2017)

Wychowałam się na serialu Power Rangers i na wszelkich wariacjach na jego temat (które emitował chyba Foxkids, albo jeden z tych kanałów, które już nie istnieją i odeszły w zapomnienie). Co prawda trudno powiedzieć bym była szczególną miłośniczką ów produkcji, bo oglądałam je zazwyczaj urywkowowo, bez zachowania chronologii, ale z racji na miłe wspomnienia związane z tym okresem, mam do nich pewien sentyment. Nie zmienia to jednak faktu, że wcale nie zamierzałyśmy z Panną M. oglądać remake’u Power Rangers. A) zwiastun nieszczególnie zachęcał (a pewna scena wyglądała jak żywcem wyjęta z H2O wystarczy kropla i B) nie jest to film, który zazwyczaj przykuwa naszą (a już Panny M. w szczególności) uwagę. Nawet kiedy zarezerwowałyśmy bilet byłyśmy przekonane, że to takie typowe kino “tak złe, że aż śmieszne”. I teraz Was zaskoczę, bo bawiłyśmy się świetnie.  

Zdecydowanie jest to film wprowadzający w całą historię. Jeśli nastawiacie się na sceny walk, jakieś wybuchy itp., raczej wyjdziecie niezadowoleni. Power Rangers skupia się na przybliżeniu historii każdej z postaci, nakreślenie ich wzajemnych relacji i proces poznawania swoich nowych “mocy”. I w tym radzi sobie zaskakująco dobrze. Jest zabawnie, problemy przed którymi stają bohaterowie są bliskie współczesnym nastolatkom a więź jaka rodzi się między nimi jest wiarygodna dla widza. Najmilej zaskoczyła mnie chyba postać Billy’ego i związany z nim wątek. Nie zrozumcie mnie źle, to typowe kino rozrywkowe, na dodatek ewidentnie nastawione na nastoletniego widza i pojawiają się tam sceny cliché, a postać Rity jest jak na mój gust przerysowana, ale bawiłam się w trakcie seansu wybornie. No i muzyka jest świetna, idealnie dopasowana pod wydarzenia z filmu. Jeśli macie z dzieciństwa miłe wspomnienia z Power Rangersami, warto rozważyć seans - jeśli nie w kinie to w jakimś późniejszym terminie w domowym zaciszu. 

★★★★★★★☆☆☆


IRON MAN (2008)

Włączenie kolejnej Marvelowskiej produkcji zajęło mi trochę czasu, ale lepiej późno niż jeszcze później, albo wcale. Nie miałam szczególnych oczekiwań względem Iron mana i to pomimo tego że wśród większości moich znajomych zbiera on oceny wyższe niż oglądany przeze mnie Kapitan Ameryka. Ale może to nawet lepiej, bo przynajmniej miło się zaskoczyłam. Historia milionera i właściciela ogromnej firmy produkującej broń, który na skutek traumatycznego przeżycia postanawia wykorzystać swój geniusz to nieco innych celów i wcielić się w rolę superbohatera mogła się w wielu punktach nie udać, ale wypada zaskakująco dobrze. 

Zdecydowanie momentami widać, że jest to produkcja z 2008 roku a efekty specjalne nie były jeszcze na takim poziomie jak obecnie, no i jeśli oglądaliście chociaż kilka filmów o dziedzicach-milionerach, możecie przewidzieć twist fabularny.  Nie do końca czułam także potrzebę wciskania na siłę zalążka wątku romantycznego. Ale, znowu!, bawiłam się świetnie. Iron Man przeładowany jest doskonałym humorem, który - w przeciwieństwie do współczesnych filmów, zwłaszcza komedii - nie jest związany tylko i wyłącznie z tematem seksu. A poza tym przedstawia całkiem ciekawą i przekonującą jeśli chodzi o motywy back story superbohatera. Robert Downey Jr. świetnie czuje klimat postaci w jaką się wciela i przez to po prostu odczuwa się względem niego niesamowitą sympatię. No i króciutki wątek z udziałem Coulsona i powstaniem skrótu SHIELD idealnie dopełnił całość. Chociaż pod względem wyglądu Kapitan Ameryka wciąż góruje, fabularnie Iron Man znajduje się o oczko wyżej. 

★★★★★★★☆☆☆


WSZYSTKO ALBO NIC (2017)

Nie wiem dlaczego mamutek i Panna M. chciały obejrzeć ten film na dużym ekranie, ja zdecydowałam się na to tylko i wyłącznie przez wzgląd na Michała Żebrowskiego, którego po prostu uwielbiam za jego serialową postać. Komedie romantyczne dobrze sprawdzają się w ramach babskiego niedzielnego wypadu do kina i pewnie dlatego Wszystko albo nic wygrało w starciu z Amokiem. Czy słusznie? Ciężko ocenić, kiedy drugi tytuł wciąż stanowi niewiadomą, ale czeska komedia romantyczna o romantyczce wychowującej samotnie dziecko i bogatym deweloperze o wątpliwych motywach nie oferuje tak naprawdę widzom nic nowego. 

Mam wrażenie, że byłam najgorzej się bawiącą osobą na sali. Chyba miałam gorszy dzień bo w chwilach gdy inni wybuchali śmiechem, ja czułam się zażenowana poziomem humoru - niemal zawsze osnutym wokół tematu seksu albo jakiś stereotypach. Wszystko albo nic garściami czerpie z innych komedii romantycznych, przerysowując niektóre aspekty do granic możliwości (wątek pary gejów jest tak oderwany od rzeczywistości i stereotypowy, że aż boli). Dobra, w pewnym momencie zrobiło mi się ciepło na serduchu i miło było zobaczyć nowe twarze w (częściowo polskiej) komedii romantycznej - zwłaszcza pana Żebrowskiego, ale to trochę mało. Mamutek bawił się jednak bardzo dobrze, Panna M. - lepiej ode mnie. Ja jakoś nie poczułam klimatu, ale jako kino typowo rozrywkowe po ciężkim tygodniu może się sprawdzić. 

★★★★☆☆☆☆☆☆


CHATA (2017)

Na premierę Chaty czekałam gdzieś od stycznia/lutego, kiedy to przed seansem La la land obejrzałam jej zwiastun. A) zaciekawiła mnie historia, ale także B) absolutnie uwielbiam Octavię Spencer. Tak się jakoś złożyło, że prawie miesiąc zajęło mi jednak pójście do kina. Po drodze pojawiły się inne premiery i biedna Chata zeszła na drugi plan. Pomimo tej zwłoki nie udało mi się sięgnąć po książkę (cóż za zbrodnia!), nie mam więc pojęcia jak historia wypada na tle pierwowzoru. Fabuła skupia się na postaci Macka - młodego mężczyzny, który nie potrafi pogodzić się z utratą najmłodszej córki. Mała Missy została porwana z kempingu i zamordowana. Mack pogrąża się w żałobie, a ze stanu odrętwienia wyrywa go list od tajemniczego nadawcy. 

Przyznaję, że po wyjściu z kina miałam strasznie mieszane uczucia, w przeciwieństwie do mamutka, który zalewał się łzami i rozpływał w zachwycie. Chata to niesamowicie emocjonalna i piękna historia, która przez nadmierny patos i filozoficzne wywody dotyczące życia i wiary sporo traci w oczach. Byłam zachwycona początkiem filmu - aktorzy bardzo dobrze wcielają się w swoje role i udaje się oddać na ekranie zarówno ogromną tragedię, okres żałoby, jak i powolne próby pogodzenia się z sytuacją. Problem polega na tym, że pewnym momencie widz zostaje przytłoczony dialogami i moralizatorstwem. A i tak jako osoba wierząca, byłam na lepszej pozycji. Ostatecznie nie żałuję seansu Chaty, ale jednak spodziewałam się czegoś więcej. 

★★★★★★☆☆☆☆

*Zdjęcia użyte w poście są kadrami z filmów i pochodzą ze strony fdb.pl