piątek, 24 marca 2017

November 9, Colleen Hoover


Biorąc pod uwagę fakt, że Colleen Hoover stanowi jedną z moich ulubionych autorek New Adult, a „November 9” znalazło się na liście najbardziej przeze wyczekiwanych premier drugiej połowy 2016 roku, sama jestem zdziwiona jak dużo czasu zajęło mi sięgnięcie po ów tytuł. Prawdopodobnie zadziałały kontrowersje wokół tej pozycji i większa niż dotychczas liczba negatywnych opinii (zwłaszcza za granicą). W końcu jednak sięgnęłam po „November 9”, starając się wyzbyć wszelkich uprzedzeń - i chociaż zaczynam dostrzegać co przeszkadza czytelnikom w twórczości Colleen Hoover, nie mogę powiedzieć żebym była rozczarowana lekturą. 

9 listopada to bolesna rocznica dla Fallon. Tamtego dnia pożar pochłonął jej szansę na karierę aktorską i pozostawił trwałe blizny - na ciele, ale także jej pewności siebie i relacjach z drugim człowiekiem, zwłaszcza ojcem. Fallon chce opuścić miasto i poszukać nowej drogi - może na Broadwayu - w Nowym Jorku. 9 listopada w jej życie wkracza pisarz-Ben - jej nowy udawany chłopak. Świadomi tego, że aktualnie ich plany znacząco od siebie odbiegają, zawierają osobliwy układ - przez najbliższe kilka lat będą się spotykać dokładnie 9 listopada. Przez pozostałą część roku nie mogą utrzymywać kontaktu, a jedynie żyć własnym życiem. 

Chociaż sam pomysł na koncept wydaje się raczej mało prawdopodobny, przyznaje że to on pierwotnie (pomijając nazwisko autorki) przyciągnął mnie do tej historii i że Colleen Hoover doskonale wykorzystuje go w praktyce. „November 9” składa się tak naprawdę z kilku opowieści jakie rozegrały się tego dnia, naprzemienne z perspektywy Fallon i Bena. Nawet czytelnik nie ma możliwości zerknąć na to co następowało pomiędzy jednym a drugim listopadem, chyba że bohaterowie postanowią nam coś zdradzić w dialogach. Część wydarzeń rozgrywa się gdzieś “za kurtyną”, ale osobiście nie miałam wrażenia fragmentaryczności historii. 

Colleen Hoover udaje się oddać dynamiczność swoich postaci - zwłaszcza Fallon. Bo chociaż „November 9” to w dużej mierze historia miłosna, nie jest to jedyny wątek. Colleen Hoover pisze o akceptacji własnego losu- pogodzeniu się z jego wszelkimi wadami i odwadze wzięcia własnego życia w swoje ręce; o potrzebie wybaczania i o tym, że piękno nie zawsze należy definiować w jeden sposób i utożsamiać z wyglądem. Wkrada się tu trochę banału, a pod sam koniec autorka ewidentnie gra na emocjach swoich czytelników, ale Colleen Hoover radzi sobie z takim natężeniem emocjonalnym. 

Problematyczna jest tak naprawdę postać Bena i zdecydowanie dostrzegam słuszność pewnych zarzutów wymierzonych przez czytelników w autorkę. Nie jestem wielbicielką twistu fabularnego zafundowanego nam przez Colleen Hoover (zwłaszcza, że przewidziałam go zawczasu), ale nie zmienia to faktu, że znowu poruszyła ona we mnie jakąś czułą strunę. Dałam się uwieść jej lekkiemu stylowi, całemu konceptowi na fabułę, fali emocji, a może przede wszystkim temu jak dużą rolę odgrywa tu literatura i słowa. 

November 9” zawiera pewne mocno kontrowersyjne rozwiązanie fabularne i niewykluczone, że za kilka lat przy potencjalnej relekturze przekreśli ono w moich oczach całą historię. Na dzień dzisiejszy Colleen Hoover udało się jednak znowu mnie poruszyć i myślę, że jeżeli sami jesteście wielbicielami autorki albo gatunku New Adult, nie powinniście być rozczarowani lekturą. 

November 9” Colleen Hoover; wydawnictwo Otwarte; Kraków 2016 ★★★★☆

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Każdy Wasz komentarz witam z uśmiechem na ustach. Wszystkie niezmiennie stanowią dla mnie zresztą niewyczerpane źródło motywacji. Będę więc wdzięczna za każdy, nawet najmniejszy pozostawiony przez Was ślad i, w miarę możliwości, postaram się na niego odpowiedzieć.
Kala