Filmowy zakątek #4 - Zlodziejka Ksiazek

środa, 29 marca 2017

Filmowy zakątek #4


Kto by przypuszczał, że posty z cyklu filmowego zakątka staną się jednym z najczęściej przeze mnie publikowanych kontentów na blogu? Z pewnością nie ja. Tymczasem już przygotowując dla Was ten post mam zabukowany bilet na kolejny seans w kinie.Materiału na kolejne części nie powinno więc zabraknąć! Od ostatniego posta miałam okazję obejrzeć pięć bardzo się od siebie różniących tytułów - w końcu zdecydowałam się rozpocząć swoją przygodę z Marvelowskim produkcjami filmowymi; miałam okazję zobaczyć i ocenić kolejnego laureata tegorocznych Oscarów; doczekałam się premiery najbardziej przeze mnie wyczekiwanego tytułu (chyba wiecie, co mam na myśli); a oprócz tego zdecydowałam się na dwa filmy, o których nie wiedziałam zbyt wiele przed seansem, ale które okazały się miłym zaskoczeniem. Ciekawa jestem czy widzieliście, któryś z poniższych tytułów, a jeśli tak - czy podzielacie moje zdanie na ich temat?


KAPITAN AMERYKA: PIERWSZE STARCIE (2011)

Biorąc pod uwagę, że oglądnęłam do tej pory wszystkie sezony Agents of SHIELD i pierwszy Daredevil’a oraz Agent Carter, ale nie widziałam żadnego filmu z uniwersum Marvela - poza Niesamowitym Spider Manem (wiem, jestem strasznym rebelem i powinnam się za siebie wstydzić), postanowiłam w końcu nadrobić te haniebne braki. Korzystajàc z zaleceń ludzi, którzy znają się na rzeczy włączyłam najpierw Kapitana Amerykę: Pierwsze starcie. Prawdopodobnie większość z was wie, że historia skupia się wokół postaci Steve’a Rogera - chłopaka o słabej posturze, który chce zaciągnąć się do wojska, a który z braku możliwości staje się pierwszym (i jedynym) uczestnikiem nowatorskich badań mających na celu stworzenie idealnych żołnierzy. 

Pewne kwestie zostały mi zaspoilowane przez oglądane seriale (wiem, sama jestem sobie winna) i wszelkie zwroty fabuły były mi już znane, ale to nie znaczy, że źle się bawiłam w trakcie seansu. Pełen akcji, z dobrze nakreślonymi relacjami  między bohaterami (zwłaszcza Steve i Agentka Carter czy Steve i Bucky) i nutą humoru. Oglądanie początków działalności Hydry czy walk Kapitana Ameryki zdecydowanie mnie nie zawiodło. Pewne efekty specjalne kłuły jednak w oczy swoją sztucznością (nie wspominając o niedopasowanej do głowy sylwetce Steve’a Rogera przed przemianą) a przyzwyczajona do fabuły rozpisanej na kilkanaście odcinków, czułam pewien lekki niedosyt na końcu, ale zdecydowanie nie zamierzam odkładać dłużej zaznajamiania się z Marvelowskimi produkcjami. 

★★★★★★☆☆☆☆


UKRYTE PIĘKNO (2016)

Nie było konkretnego powodu, dla którego zdecydowałam się na seans Ukrytego piękna. Nie wiedziałam tak naprawdę ani o czym opowiada film, ani kto, oprócz Willa Smitha, wciela się w główne role. Zobaczyłam, że jest to jeden z najpopularniejszych tytułów ostatnich dni na portalu filmweb i nacisnęłam przycisk play. A potem przepłakałam połowę filmu. Historia osnuta jest wokół ogromnej tragedii mężczyzny pracującego w branży reklamowej. Po śmierci córeczki, popada w depresje i zaniedbuje swoje obowiązki. Jego firma popada w długi a trójka jego przyjaciół i partnerów by ratować biznes decyduje się na ryzykowny plan z udziałem trójki aktorów. 

Ukryte piękno napisane zostało w taki sposób by wywołać w odbiorcy łzy - w trakcie seansu widać, że ktoś po drugiej stronie ewidentnie gra na emocjach potencjalnego widza i czasami balansuje na granicach dobrego smaku. Dużo tu wielkich słów i patosu, ale, o dziwo!, zostałam złapana w te sidła. Dawno nie płakałam tyle w trakcie oglądania filmu, a jego przesłanie w pewien sposób również do mnie przemówiło. Prawdopodobnie oceniałbym jednak Ukryte piękno o oczko niżej, gdyby nie dwa elementy. Po pierwsze, strasznie podobała mi się muzyka (zwłaszcza Looking too closely). Po drugie, przypadł mi do gustu finalny twist i zmiana wydźwięku dla całego filmu. W fabule pojawia się delikatny świąteczny klimat, ale jest na tyle subtelny że nie musicie czekać z seansem do grudnia. Warto spróbować. 

★★★★★★★☆☆☆


PIĘKNA I BESTIA (2017)

Mam wrażenie, że ludzie, którzy obejrzeli remake Disney’owskiej animacji podzielili się na dwa obozy. Pierwszy z nich jest rozczarowany długo wyczekiwaną produkcją; drugi - absolutnie oczarowany efektem końcowym. Osobiście obejrzałam Piękną i Bestię w dzień polskiej premiery, kiedy ten podział nie był jeszcze tak wyraźny i wyszłam z kina ZACHWYCONA. Sugerując się zwiastunami, zdecydowałyśmy się z mamutkiem i Panną M. na wersję 3D z napisami i wydaje mi się, że ten wybór zadecydował o tym jak w moich oczach wypadł cały film. Rozumiem zarzuty drugiej strony, że wersja z 2017 stanowi niemal zbyt wierną kopię oryginału, ale mi to nie przeszkadzało. 

Od samego początku postrzegałam Emmę Watson jako idealny casting do roli Belli i nie zawiodłam się, ale także dobór innych aktorów wypadł doskonale - by wspomnieć choćby Gastona i ojca Belli. W moim odczuciu Piękna i Bestia przywołała cudne wspomnienia z dzieciństwa i stanowiła wspaniałe dopełnienie dla animacji, wyjaśniając pewne kwestie niedopowiedziane w oryginale (co stało się z matką, jak funkcjonowała klątwa rzucona na zamek czy szczegół w postaci umieszczenia rannej Bestii na koniu). Nie uważam, żeby aktorzy nie udźwignęli partii wokalnych - wstawki muzyczne i rewie barw stanowiły taką wisienkę na torcie. A nawet to, że Książe w ludzkiej postaci spodobał mi się mniej niż w formie Bestii przypomniało moje wrażenia z oglądania bajki. Koniecznie powinniście obejrzeć Piękną i Bestię - nasza trójka była zachwycona (zwłaszcza ja!), a może akurat podzielicie naszą opinię. 

★★★★★★★★★☆ ♥


MOONLIGHT (2016)

Dosłownie załapałyśmy się z Panną M. na ostatni seans w Krakowie. Tak długo wybierałyśmy się do kina, że niewiele brakowało byśmy przegapiły  możliwość obejrzenia Moonlight na dużym ekranie. Z jednej strony miałyśmy spore oczekiwania - w końcu produkcja otrzymała Oscara za najlepszy film; z drugiej - towarzyszło mi przeczucie, że nie będzie to tytuł, który przypadnie mi do gustu (o czym kilkakrotnie wspominałam Pannie M.). Fabuła skupia się wokół postaci Chirona - czarnoskórego młodego chłopca, który wychowywany jest przez uzależnioną od narkotyków matkę i zmaga się z faktem odmiennej orientacji seksualnej. Sama historia została podzielona na trzy części i przybliża jego losy w latach dzieciństwa, bycia nastolatkiem i stania się dojrzałym mężczyzną. 

Podobnie jak Manchester by the sea, Moonlight jest filmem ambitniejszym niż niektóre Oscarowe propozycje i zdecydowanie nie jest to tytuł dla każdego. Pojawiają się tam pewne sceny symboliczne, momenty ciszy są równie istotne co dialogi i nie wszystko pozostaje podane na tacy. Obiektywnie jest to film bardzo dobry - świetnie zagrany, ciekawy w formie, z odpowiednio dobraną muzykę - i porusza wiele istotnych problemów (rasizm, homoseksualizm, pozostawanie w zgodzie z samym sobą), ale nie wyszłam z seansu zachwycona. Trochę za bardzo działano na emocje odbiorcy, pojawiło się kilka dłużyzn i wtórnych scen. Zdecydowanie nie żałuję obejrzenia (a głównie takie opinie słyszałam po opuszczeniu sali), ale chyba oczekiwałam czegoś więcej. Warto jednak wyrobić sobie swoją opinie na temat tak głośnego tytułu. 

★★★★★★★☆☆☆


PASAŻEROWIE (2016)

Słyszałam wiele złego na temat Pasażerów, ale i tak czaiłam się do obejrzenia tego filmu od kilku tygodni żeby sprawdzić na własnej skórze co tak naprawdę nie zagrało. Być może miałam nadzieję, że będę wyjątkiem - w końcu lubię Jennifer Lawrence jako aktorkę, a sam koncept na fabułę przypomina mi w dużej mierze powieść YA W otchłani - i że Pasażerowie mimo wszystko zaskarbią sobie moją sympatię. I przez znaczną część filmu tak właśnie było. Fabuła skupia się wokół statku podróżującego do innej galaktyki. 5000 ludzi i załoga, mają odbyć 120-letnią drogę na nową planetę. Coś jednak zawodzi. Jeden z pasażerów, inżynier Jim, budzi się o 90 lat za wcześnie ze stanu hibernacji. 

Zacznijmy od tego, że sam zwiastun jest bardzo mylący - zdradza informacje, które rozgrywają się pod koniec filmu i sugeruje coś co tak naprawdę nie ma miejsca wcale. Pasażerowie nie są filmem o dwójce ludzi, którzy przypadkowo budzą się ze stanu hibernacji i zakochują się w sobie. Chociaż wątek romantyczny zostaje mocno rozwinięty, najmocniejszym atutem produkcji pozostaje sam jego początek - kiedy Jim jako jedyny  obudzony człowiek znajduje się na statku i stara się znaleźć rozwiązanie dla swojej trudnej sytuacji. Chris Prett dobrze wciela się w swoją rolę i to on pozostaje postacią, z którą sympatyzujemy, bez względu na to czego się dopuścił. Nie wiem jak można było rozwinąć tą historię, ale sposób na który zdecydowali się scenarzyści nie do końca mi odpowiadał. Mam wrażenie nieco zmarnowanego potencjału. Nie zmienia to jednak faktu, że przy Pasażerach bawiłam się całkiem nieźle, a sam Chris Prett zyskał w moich oczach. Wydaje mi się, że, mimo wszystko, nie jest to marnowanie czasu i warto dać filmowi szansę. 

★★★★★★☆☆☆☆