sobota, 31 grudnia 2016

Podsumowanie grudnia


Na większości blogów możecie obserwować ostatnio wszelkiego rodzaju podsumowania końcoworoczne, ale u Nas, na Złodziejce książek, ewidentnie panuje jeszcze poświąteczne lenistwo. Zestawienia najlepszych i najbardziej rozczarowujących pozycji znajdują się dopiero w fazie przygotowywania, a My póki co skupiamy się na grudniu. Zawsze miałam słabość do tego miesiąca, głównie ze względu na magiczną atmosferę świąt a choć ostatnimi laty, a w tym roku już wyjątkowo, nie czuję jej tak wyraźnie - jakiś sentyment pozostał. Jeżeli chodzi o to jak wyglądał mój poziom czytelniczo, muszę przyznać, że jestem zaskoczona - miałam wrażenie jakbym czytała niesamowicie wolno i mało, a choć tych pozycji rzeczywiście jest mniej niż zazwyczaj, wciąż nie mam na co narzekać. Zwłaszcza, że obyło się bez sporych rozczarowań. 

PRZECZYTANE:

  1. Pandora, M. R. Carey ★★★½
  2. Wróżbiarze, Libba Bray ★★★★
  3. Pracownia dobrych myśli, Magdalena Witkiewicz ★★★★
  4. Skazana, Hannah Kent ★★★★
  5. Trawers, Remigiusz Mróz ★★★★
  6. Księgarenka przy ulicy Wiśniowej, zbiór opowiadań ★★★★
  7. Dwór cierni i róż, Sarah J. Maas ★★★½


NAPISANE:

Jak być może pamiętacie, postawiłam przed samą sobą wyzwanie by w grudniu odzywać się do Was codziennie i, za wyjątkiem dwóch dni, odniosłam pod tym względem sukces. Nie wiem czy będę jeszcze powtarzać tego typu “akcje”, ale pomogła mi ona nadgonić zaległe nieopublikowane recenzje i przynajmniej za to jestem jej wdzięczna. Pojawiły się teksty o powieściach z dreszczykiem - „Mrocznej materii”, „Sprawie Niny Frank”, „Kobiecie w klatce”, „Rewersie”, „Czasem warto zabić” i „Przewieszeniu”; o kryminale z humorem czyli „Jak Cię zabić, kochanie?”; o historiach z miłością w tle - „Morzu spokoju”, „Esesmanie i Żydówce”, „Kiedy pada deszcz”, „Art&Soul”, „Powietrzu, którym oddycha”; o pozycjach młodzieżowych - „Osobliwym domu pani Peregrine”, „Ukrytej łowczyni”,Harry'm Potterze i przeklętym dziecku”, „Cień i kość”, „Wróżbiarzach” i „Koronie”; o tytułach bardziej “życiowych” - „Amerykaanie”, „Rybakach”, „Nieobecnej” i „Pracowni dobrych myśli”; a także o opowieści, która wymyka się wszelkim opisom „Osobliwych i cudownych przypadkach Avy Lavender”. Oprócz tego podsumowałam listopad, zdradziłam Wam swój zimowy TBR, podsunęłam kilka propozycji na książkowe prezenty, wytypowałam topkę jesieni i po raz ostatni w tym roku opisałam zakończone serie. Słowem - działo się sporo. 

A jak wyglądał Wasz grudzień?

piątek, 30 grudnia 2016

Pracownia dobrych myśli, Magdalena Witkiewicz


Dawno nie sięgałam po żadną powieść obyczajową, zwłaszcza taką lekką, ciepłą historię, która mogłaby pełnić funkcje literackiego termoforem, a właśnie tego w danej chwili potrzebowałam. Wspominałam już o tym przy okazji posta z zimowym TBR-em, ale niemal w tym samym momencie, gdy uświadomiłam sobie ów potrzebę, zerknęłam na półkę z powieściami Magdaleny Witkiewicz i ściągnęłam „Pracownię dobrych myśli”. Już sam tytuł sugeruje jakiego rodzaju jest to lektura i chyba w najkrótszy możliwy sposób podsumowuje całą historię. 

W kamienicy na ulicy Przytulnej 26 mieściła się dawniej Pracownia Dobrych Myśli - niemal magiczne miejsce prowadzone przez panią Pelagię. Od czasu, gdy starsza pani zmarła, lokal kilkakrotnie zmieniał właścicieli, tym razem miejsce to zamierza przejąć wnuczek kobiety - Florian - i otworzyć tam kwiaciarnie. Odnowiona pracownia nieoczekiwanie łączy losy kilku ludzi, lokatorów kamienicy - młodziutkiej, samotnej Gigi; młodej wdowy Ewy i jej córeczki; dwójki ekscentrycznych staruszków, którzy “nie lubią kłopotów” pani Wiesi i pana Zenona; a także matki Floriana - zwiastowanie artystki Grażyny.

„Pracownia dobrych myśli” to taka patchworkowa historia o poszukiwaniu szczęścia na różnym etapie życia, przy lekturze której nie sposób nie poczuć takiego przyjemnego ciepełka na serduchu. Magdalena Witkiewicz bardzo zgrabnie wykorzystuje kamienice jako spoiwo łączące wszystkich bohaterów, zwłaszcza że na pierwszy rzut oka naprawdę więcej ich dzieli niż łączy - mamy tu plejadę bohaterów; szerokie spektrum problemów (od tych trywialnych po te o zdecydowanie poważnym charakterze) i kilka pokoleń. Mogłoby się wydawać, że to za dużo jak na jedną i to stosunkowo krótką historię, ale Magdalena pokazuje swoim czytelnikom, że jest inaczej. 

Sama historia składa się niemal ze strzępków codzienności poszczególnych bohaterów, ale choć każdy z nich mógłby spokojnie stanowić podstawę dla kolejnej powieści, taka koncepcja idealnie współgra z ogólnym wydźwiękiem pozycji. Magdalena Witkiewicz tworzy barwnych, może nawet momentami nieco przerysowanych bohaterów (zwłaszcza jeśli chodzi o panią Wiesię), w towarzystwie których można spędzić kilka niesamowicie przyjemnych wieczorów. Atutem tej historii zdecydowanie nie jest jej autentyczność, ale humor jaki bije z kolejnych stron. I to wystarcza. 

Nie uważam, że jest to powieść bez wad i pod pewnymi względami rozumiem te nieliczne głosy rozczarowane „Pracownią dobrych myśli”. Jest kilka kwestii, które trochę gryzły mnie w trakcie lektury - choćby pewne niespotykane wręcz zainteresowanie wokół tematów erotycznych pani Wiesi i jej wyuzdanie a także swego rodzaju puenta z całej historii, że kobieta jest w pełni szczęśliwa, kiedy ma u swojego boku faceta. Ale nawet to nie przeszkodziło mi w tym by cieszyć się lekturą i poddać czarowi prozy pani Witkiewicz. 

„Pracownia dobrych myśli” to taki idealny tytuł na chandrę - gorszy dzień, tydzień, miesiąc… Historia, która wywoła niejeden uśmiech na ustach i przypomni gdzie rozglądać się za szczęściem w tej chwili słabości. Jest to też idealny przerywnik między lekturami, które przedstawiają w świat w samych czarnych barwach - kryminałów, powieści postapokaliptycznych czy historii o ludzkim cierpieniu. Mnie pani Magdalena Witkiewicz kupiła a samą powieść przekazałam już dalej - mamutkowi by i jej rozweseliła dzień. 

„Pracownia dobrych myśli” Magdalena Witkiewicz; wydawnictwo Filia; Poznań 2016 ★★★★

czwartek, 29 grudnia 2016

Przewieszenie, Remigiusz Mróz


Chyba jestem jedną z niewielu osób, które po przeczytaniu „Ekspozycji” nie zapragnęły od razu sięgnąć po „Przewieszenie”. Pomimo że stosunkowo szybko zaopatrzyłam w ów tytuł domową biblioteczkę, wstrzymałam się z lekturą kilka miesięcy. Być może czyni to ze mnie czytelniczą masochistkę, ale decyzji nie żałuje. Pozwoliłam emocjom nieco opaść, poczekałem na odpowiedni moment, kiedy to zatęskniłam za komisarzem Forstem i dałam się całkowicie porwać „Przewieszeniu”. I jakie to było dobre!

Kiedy na Podhalu dochodzi do kolejnych wypadków, początkowo nikt nie podejrzewa udziału osób trzecich. Wszystko wydaje się jedynie ciągiem pechowych zdarzeń, do czasu aż między ofiarami zostaje odkryty pewien związek. Co więcej, wszystko wskazuje na to, że sprawy te wiążą się z dochodzeniem, które Wiktor Forst prowadził razem z dziennikarką Olgą Szrebską. Komisarz po raz kolejny musi stawić czoło tajemniczemu mordercy a także tajemnicą z własnej przeszłości. 

„Przewieszenie” jest widocznie mniej spektakularne od pierwszego tomu z komisarzem Wiktorem Forstem - chociaż nie możemy narzekać na nudę! - ale o dziwo wpływa to pozytywnie na odbiór lektury. Remigiusz Mróz stwarza tym sobie szansę na zbudowanie tła i odpowiedniej atmosfery. Największym atutem „Przewieszenia” bez wątpienia pozostaje miejsce akcji. W trakcie lektury czuć, że autor kocha góry a pomimo że prywatnie nie podzielam tej pasji, były momenty gdy zdarzało mi się o tym zapomnieć. 

Komisarz Forst sporo przeszedł, ale nie wpłynęło to na jego charakter. Inteligentny, ironiczny, porywczy mężczyzna, uzależniony od papierosów po raz kolejny przechodzi przez gehennę - co ten autor z nim wyprawia! - ale nawet przez chwilę nie traci sympatii czytelnika. Remigiusz Mróz przybliża nam na dodatek odrobinę jego skomplikowaną relację z Osicą i trzeba przyznać, że ta męsko-męska przyjaźń (o lekko synowsko-ojcowskim charakterze) jest wisienką na torcie tej powieści. 

„Przewieszenie” posiada własną intrygę kryminalną, ale jest ona tak mocno powiązana z „Ekspozycją” i zdradza tak wiele informacji z pierwszego tomu, że nie wyobrażam sobie by przy lekturze trylogii nie zachować chronologii. Nawet jeśli uważam drugą część za lepszą - czy to przez znaczne ograniczenie historyczno-religijnych wątków, czy wplecenie perspektywy mordercy, czy wreszcie zakończenie, które wbija w fotel i pozbawia na moment tchu (Dobrze, że „Trawers” już czeka!). 

„Przewieszenie” to kolejna mocna pozycja w dorobku Remigiusza Mroza - co powoli staje się już nudne. Miałam pewne wątpliwości czy trylogia z Forstem to w 100% moje klimaty, ale autorowi udało się je rozwiać. Jeżeli kochacie góry, historie z pędzącą akcję i ciągłymi zwrotami i nie obawiacie się, że zakończenie wywoła u was mały atak serca, koniecznie zapoznajcie się z „Ekspozycją” a potem - jeszcze lepszym - „Przewieszeniem”. 

„Przewieszenie” Remigiusz Mróz; wydawnictwo Filia; Poznań 2016 ★★★★½

środa, 28 grudnia 2016

Korona, Kiera Cass


Tuż przed polską premierą „Korony”, czyli gdzieś w okolicach maja, byłam niesamowicie podekscytowana tym tytułem i nie mogłam się doczekać momentu, w którym dowiem się jak Kiera Cass zakończy całą historię. Potem jakoś mi przeszło. Właściwie bez konkretnego powodu- chyba przegapiłam odpowiedni moment i straciłam zainteresowanie historią. Gdyby nie fakt, że mój mamutek wciąż był ciekaw wielkiego finału prawdopodobnie nie wypożyczyłabym nawet  „Korony”. Czy straciłabym wiele? Chyba niekoniecznie. 

Pomimo wydarzeń, które wstrząsnęły pałacem, Eliminacje nadal trwają. Księżniczka Eadlyn teraz nawet bardziej niż kiedykolwiek wcześniej odczuwa presje wyboru małżonka. Młoda następczyni tronu nie budzi sympatii społeczeństwa a jej kolejne decyzje spotykają się ze słowami krytyki. Teraz dodatkowo musi chwilowo przejąć obowiązki władczyni i zapanować nad sytuacją w Illei. Eadlyn powoli dostrzega coś co wydawało jej się nie do pomyślenia - że może Eliminacje rzeczywiście są jej szansą na miłość. 

„Korona” rozpoczyna się w momencie, w którym pożegnaliśmy bohaterów w „Następczyni” i najlepszym pomysłem, w miarę możliwości, wydaje mi się przeczytanie tych tytułów jeden po drugim. Pomimo że sama między lekturą miałam przerwę zaledwie ok. 4 miesięcy umknęło mi wiele faktów i początkowo trudno było mi rozróżnić od siebie poszczególnych chłopców. Kiera Cass miała tendencje do przybliżenia nam charakterów jedynie tych postaci, które na dłużej pozostały w Eliminacjach i przez to samo zakończenie nie stanowi zaskoczenia chyba dla nikogo oprócz głównej bohaterki. 

„Korona” obfituje w liczne momenty, które wywołują w czytelniku zażenowanie - i to w kilku płaszczyznach. Kiera Cass stara się wpleść w fabułę polityczne aspekty historii, ale widać, że czuje się w tym temacie niewygodnie. Trudno nie dostrzec absurdów pewnych rozwiązań - działania Eadlyn są nierozważne a mimo to przychodzą jej z niesamowitą lekkością. Tym razem nawet wątek romantyczny budzi sporo wątpliwości. Relacja Americi i Maxona miała w sobie coś bajkowego, to co pojawia się między Eadlyn a jej wybrankiem wydaje się może logiczne, ale jakoś niewłaściwie zbudowane - i doprawdy trudno uwierzyć w ich rzekomą wielką miłość. 

Wydawało mi się, że kontynuowanie pierwotnej trylogii „Selekcja” miało sens, ale prawdę mówiąc nie jestem już o tym dłużej przekonana. „Koronę” czyta się nadal lekko i wciąż w pewnym sensie czuć tu klimat bajki w połączeniu z reality show, ale liczne wady coraz bardziej odwracają od tego uwagę. Kiera Cass chciała tak dużo - przedstawić rodzące się uczucie, zbudować polityczne tło, wpleść gdzieś wątek LGBT - ale chyba po drodze się pogubiła i coś nie wyszło. 

Chociaż popularna opinia głosi, że „Korona” przewyższa poziomem „Następczynię” osobiście nie mogę się z nią zgodzić. Ostateczne, a przynajmniej mam taką nadzieję!, zakończenie serii „Selekcja” okazało się dla mnie rozczarowujące. Nie zaprzeczam, że przeczytałam „Koronę” szybko i były momenty, w których bawiłam się nawet dobrze w trakcie lektury, ale oczekiwałam więcej. Jeśli chcecie koniecznie poznać zakończenie bajki Eadlyn, dajcie „Koronie” szansę, ale w innym wypadku chyba lepiej poczytać co innego. 

„Korona” Kiera Cass; wydawnictwo Jaguar; Warszawa 2016 ★★½

wtorek, 27 grudnia 2016

Jak Cię zabić, kochanie?, Alek Rogoziński


Chociaż uwielbiam kryminały a zgłębianie twórczości polskich autorów przynosi mi swego rodzaju satysfakcję, pierwotnie wcale nie zamierzałam sięgać po powieść Alka Rogozińskiego - „Jak Cię zabić, kochanie?”. Właściwie nie wiem co wywołało u mnie taką a nie inną decyzje, ale za to doskonale zdaję sobie sprawę co spowodowało, że zmieniłam ją o 180 stopni. Powieść pana Rogozińskego podbiła polski bookstagram i kiedy zaczęła atakować mnie kilka razy dziennie - zmiękłam, a w chwili gdy trafiła na Biedronkowy regał - skapitulowałam ostatecznie. I nie żałuję. 

Kasia Donek zostaje spadkobierczynią ogromnej fortuny po babce, a właściwie dopiero nią zostanie jeśli a) pięć lat od zawarcia małżeństwa doczeka się potomka albo b) któryś z małżonków w tym czasie przedwcześnie pożegna się z życiem. W przeciwnym wypadku pieniądze trafią do parafii kobiety w Los Angeles. Zegar tyka i nic nie wskazuje na to, że rodzina Donków może się powiększyć. Miłość się wypaliła, ale Kasia nie zamierza rezygnować z fortuny - postanawia zabić swojego męża. Tyle że on wpada na podobny pomysł a na domiar złego para fałszywych sióstr zakonnych zamierza się pozbyć obu małżonków. 

„Jak Cię zabić, kochanie?” nie przypomina typowego kryminału - nie mamy do czynienia z żadnym zabójstwem czy też inną zbrodnią, ale cała historia skupia się wokół jego planowania. Im dalej w fabułę, tym bardziej akcja się pląta - coraz więcej bohaterów, coraz więcej wpadek i coraz więcej prawie-trupów. Wielokrotnie słyszałam o powieści Alka Rogozińskiego w kontekście pozycji, która przepełniona została humorem, ale nie spodziewałam się, że będzie to historia napisana z takim rozmachem, przy której po prostu nie sposób się nudzić. 

Alek Rogoziński wplata do swojej historii mnóstwo humoru, a to w jaki sposób go odbierzecie zależy tylko i wyłącznie od tego czy posiadacie z autorem podobne poczucie humoru. Polski autor odwołuje się do kultury, współczesnych wydarzeń i stereotypów, a choć w pewnym momencie miałam obawy, że to trochę za dużo - i tak bawiłam się w trakcie lektury doskonale. Miejcie jednak na uwadze, że sporo w tej historii przerysowania (zwłaszcza jeśli mowa o feralnych siostrzyczkach). 

Dlaczego Alek Rogoziński nie ujął mnie w 100% skoro wyrażam się o nim niemal w samych superlatywach? To bardzo indywidualna kwestia, ale osobiście nie przepadam za tak przerysowanym obrazem sytuacji jaka panuje w Polsce (chodzi mi głównie o obraz naszej służby zdrowia). No i niestety, niemal od samego początku podejrzewałam jak zakończy się ów historia, a mój scenariusz znalazł odzwierciedlenie w fabule. Brak elementu zaskoczenia nie skreśla w moich oczach powieści całkowicie, ale jednak negatywnie wpływa na jej odbiór. 

„Jak Cię zabić, kochanie?” to dobry kryminał przepełniony humorem. Nawet jeśli Alek Rogoziński mnie nie zachwycił, zapewnił mi doskonałą rozrywkę w sam raz na przerwy między wykładami i podróż komunikacją miejską. I trochę jestem ciekawa co pokazał w swoich powieściach i co zaoferuje nam w następnej kolejności. Póki co polecam Wam „Jak Cię zabić, kochanie?” na odżegnanie poświątecznej chandry. 

„Jak Cię zabić, kochanie?” Alek Rogoziński; wydawnictwo Filia; Poznań 2016 ★★★½

poniedziałek, 26 grudnia 2016

Wróżbiarze, Libba Bray


Libba Bray zaskarbiła sobie moją sympatię kilka lat temu swoją trylogią o Gemmie Doyle, zwaną też „Magicznym Kręgiem”. „Mroczny sekret” był jednym z pierwszych tytułów jakie zakupiłam w ramach budowania własnej biblioteczki i przez to mam również do autorki ogromny sentyment. „Wróżbiarze” znajdowali się na moim radarze odkąd zostali wydani w Polsce czyli, aż ciężko w to uwierzyć!, od 2012 roku, ale jakoś nie było nam po drodze a perturbacje z wydaniem drugiego tomu sprawiły, że też nieszczególnie spieszyłam się do lektury. Miło że nawet teraz, gdy nie sięgam po młodzieżówki tak często jak dawniej, Libba Bray nadal nie zawodzi.

Evie O’Neil nigdy nie pasowała do małego miasteczka w stanie Ohio. Ludzie powtarzali, że po prostu “nie mieści się” w Zenith, a choć nie był to komplement, było w tym stwierdzeniu sporo racji. Kiedy dziewczyna po raz kolejny popada w tarapaty a nad rodziną O’Neil zawisa widmo skandalu, Evie zostaje odesłana do Nowego Jorku do swego wuja. Nikt nie wie, że źródłem jej problemów są dziwne, tajemnicze zdolności, a podróż do wielkiego miasta może zapędzić ją w jeszcze gorsze tarapaty. Nowy Jork lat 20 to nie tylko rewie i jazz. nocami zaczyna dochodzić tam do brutalnych morderstw…

Historie Libby Bray, pomimo że powielają pewne schematy charakterystyczne dla “gatunku” Young Adult, cechuje swego rodzaju wyjątkowość i „Wróżbiarze” nie są pod tym względem odstępstwem od reguły. Autorka od samego początku buduje tajemniczą, niepokojącą atmosferę z pogranicza magii i sennego koszmaru. Jest w tej historii sporo niedopowiedzeń i sugestii, które tylko wyostrzają ów klimat a osadzenie fabuły w Nowym Jorku lat 20 z wiarą w mistycyzm, różnymi badaniami i rewiami tanecznymi stanowi wisienkę na torcie.

Libba Bray doskonale radzi sobie także z kreacją bohaterów. Owszem, jest ich sporo, a przez to, że ich wątki, przynajmniej pozornie, nie łączą się ze sobą, można mieć poczucie lekkiego chaosu, ale wraz z rozwojem fabuły czytelnik do nich przywyka. W zachowaniu Evie jest trochę infantylności, ale ze swoją brawurą, wyszczekaniem i pociągiem do życia stanowi miłą odmianę na tle bohaterek powieści młodzieżowych. Tym co po raz kolejny ujęło mnie w twórczości Libby Bray jest swego rodzaju odwrócenie proporcji - autorka w dużej mierze skupia się na przedstawieniu przyjaźni a dopiero później - ewentualnych wątkach romantycznych.

„Wróżbiarze” nie są powieścią straszną, ale powodują taki przyjemny dreszczyk niepokoju. Być może jest to powieść nieco zbyt długa, zwłaszcza jak na standardy Young Adult - w fabule pojawiają się swego rodzaju dłużyzny a samo zakończenie sugeruje, że to jedynie wstęp do większej całości. Niestety, nie znalazłam żadnej informacji na temat tego czy wydawnictwo MAG wyda drugi tom. Szczęście w nieszczęściu polega na tym, że choć Libba Bray pozostawia wiele niedopowiedzeń i niewiadomych, zamyka przynajmniej wątek zabójstw czyli oś fabularna pierwszego tomu.

„Wróżbiarze” zdecydowanie  w pozytywny sposób wyróżniają się na tle innych młodzieżówek. Jest w tej historii trochę infantylności i schematów, ale niesamowita atmosfera i humor skutecznie to neutralizują. „Wróżbiarze” są doskonałym pomysłem na lekturę, zwłaszcza w okolicach późnej jesieni - Halloween i tych klimatów. A choć czuję się usatysfakcjonowana, liczę na to, że kiedyś doczekamy się premiery „Lair of Dreams” w Polsce.

„Wróżbiarze” Libba Bray; wydawnictwo MAG; Warszawa 2012 ★★★★

sobota, 24 grudnia 2016

Cień i kość, Leigh Bardugo


Zabierałam się za lekturę „Cienia i kości” od bardzo dawna, ale jakoś koniec końców zabrać się za to nie mogłam. Owszem, nasłuchałam się sporo miłych słów na temat trylogii Leigh Bardugo, ale na każdą taką opinię pojawiała się także inna, bardziej oszczędna w komplementy. Przez pewien okres zastanawiałam się już nawet czy nie sięgnąć po „Szóstkę wron” bez znajomości trylogii Grisza. Nie pozwolił mi na to mój czytelniczy pedantyczny, ale zdecydowanie nie żałuję. Jestem zaskoczona niemal w takim samym stopniu jak Wy, ale bawiłam się wybornie w trakcie lektury. 

Ravka, słynąca dawniej ze swej siły i potęgi, znajduje się obecnie w stanie ciągłego zagrożenia ze strony swoich wrogów. Niebezpieczeństwo znajduje się także wewnątrz kraju a jest nim Fałda Cienia - pasmo ciemności rozdzierające Ravkę na pół i pełne śmiercionośnych stworzeń. Po raz pierwszy odnowy pojawia się jednak promyk nadziei. Alina Starkov, pobierająca nauki na Kartografa, odkrywa w sobie ogromną moc. Po tym jak jej pułk zostaje zaatakowany przez Fałdę a Alinie udaje się odpędzić atakujące stworzenia, zostaje przewieziona do Małego Pałacu. Dziewczyna staje się Griszą - ulubienicą siejącego postrach Darklinga i zaczyna pobierać odpowiednie nauki. Tylko czy naprawdę może wierzyć ludziom dookoła niej?

„Cień i kość” nie należy do najbardziej oryginalnych historii jeśli chodzi o gatunek Young Adult czy fantastykę - a mówi wam to osoba, która nie zetknęła się ze zbyt dużą ilością powieści tego rodzaju. Leigh Bardugo czerpie z wielu dosyć otartych motywów - mamy nieświadomą swojej ogromnej mocy nastolatkę, która jako jedyna może ocalić świat, szarą myszkę, którą dziwnym zbiegiem okoliczności interesują się nagle wszyscy osobnicy płci przeciwnej; no i ten nieszczęsny trójkąt miłosny - ale aż chciałoby się powiedzieć: i co z tego?

Leigh Bardugo posiada w swoim piórze coś uzależniającego; coś co sprawia, że pomimo owych motywów, literówek czy faktu, że zazwyczaj rzadko sięgam po fantastykę pochłaniałam kolejne strony z niesamowitą zachłannością. Na czym polega ów fenomen? Chciałabym powiedzieć, że to wszystko zasługa Darklinga - jednej z najlepiej nakreślonych postaci w literaturze YA, która zachwyca swoją wielowymiarowością charyzmą a już zdecydowanie  gdy mowa o tzw. czarnych charakterach. Ale takim stwierdzeniem nie oddałabym sprawiedliwości Leigh Bardugo. 

Autorka kreuje na kartach swojej powieści niesamowicie fascynujący świat, silnie inspirowany Rosją - świat, który nie tylko wyróżnia się specyficznym krajobrazem, ale także hierarchią magiczną i specyficznym językiem. Co więcej, Leigh Bardugo w odpowiedni sposób rozplanowuje fabułę - powieść nie jest przepełniona akcją (nie da się ukryć, że występują nieco spokojniejsze fragmenty, w których autorka buduje świat przedstawiony inkarnację bohaterów), ale w odpowiednich momentach wprowadza pewne zwroty. 

 „Cień i kość” to powieść, która niesamowicie pozytywnie mnie zaskoczyła. Leigh Bardugo powiela pewne schematy, ale oferuje swoim czytelnikom sporo w zamian - kreacje niesamowitych postaci (Darkling <3), rozbudowany świat przedstawiony i dobrze rozpisane, naturalne dialogi. Wahałam się czy sięgać po trylogie Grisza, ale absolutnie niepotrzebnie. Jestem oczarowana i proszę o więcej. 

„Cień i kość” Leigh Bardugo; wydawnictwo Papierowy Księżyc; Słupsk 2013 ★★★★

piątek, 23 grudnia 2016

Serie skończone w 2016 roku #3


Powtarzałam to wielokrotnie na przestrzeni 2016 roku, ale pozwólcie mi to zrobić jeszcze ten jeden raz - kończenie serii, czyli chyba moja największa książkowa pięta achillesowa, było jednym z moich głównych noworocznych postanowień związanych z literaturą. I wydaje mi się, że poradziłam z nim sobie całkiem nieźle. O ile mnie pamięć nie myli w 2015 roku nie skończyłam lektury żadnej serii książkowej, a w roku bieżącym było ich aż 12. Owszem, moglibyście się przyczepić do mojego sposobu kalkulacji, ale nie zmieni to kolosalnego postępu jaki dokonałam. Przybijam więc samej sobie piątkę. You did it girl! Jak być może niektórzy z Was pamiętają, nie opowiedziałam Wam jeszcze o wszystkich seriach. Przy ostatnim “odcinku” cyklu Serie skończone w… wspominałam mimochodem o jednej duologii, która nomen omen rozrosła się jednak ostatnio do rozmiarów co najmniej trylogii, ale gdzieś w międzyczasie udało mi się zakończyć przygodę jeszcze z kolejną dwójką. Wiem że macie mnóstwo roboty - choinka sama się nie ubierze, pierogi nie ulepią, a i prezenty pasowałoby popakować - więc nie będę Was zbyt długo przetrzymywać przy ekranie. 

Duologia Następczyni, Kiera Cass
Następczyni; Korona

Teoretycznie wiem, że powyższe tytuły stanowią zamknięcie innej serii - „Selekcja”, ale według mnie powinny zostać w pewien sposób wyodrębnione bo a) skupiają się na innej głównej bohaterce i b) prezentują nieco inny poziom. Oba tomy - czyli zarówno „Następczyni” jak i „Korona”  - przedstawiają historię kolejnych Eliminacji, tym razem narratorką zostaje jednak nie ich uczestnik a osoba, która koniec końców dokonuje wyboru - córka Maxona. Podtrzymuję swoje zdanie, że sam pomysł na kontynuacje nie jest zły. Kiera Cass miała jakiś koncept, a spojrzenie na Eliminacje z odmiennej perspektywy może zainteresować. Tyle że coś nie zagrało. 

Eadlyn irytuje - bardziej niż America, o ile jest to w ogóle możliwe, a na domiar złego cała historia zostaje pozbawiona cudnego, bajkowego klimatu, który ujął mnie w pierwotnej trylogii. Moje zarzuty skierowane są głównie ku finałowi historii czyli  „Koronie”, ale i w „Następczyni” coś zgrzytało. Kiera Cass chciała dużo - poruszyć wątek LGBT, wpleść trochę polityki, wprowadzić wśród bohaterów nieco różnorodności - ale nie wyszło to tak jak powinno. Koniec końców czytelnik ma wrażenie, że autorka obrała najprostszą z możliwych dróg - “poleciała po łatwiźnie”. Owszem, czyta się to lekko i szybko, ale to już nie wystarcza. Raczej darowałabym sobie lekturę duologii i skończyła przygodę z „Selekcją” na „Jedynej”. 

★★½

Trylogia o Komisarzu Forscie, Remigiusz Mróz
Ekspozycja; Przewieszenie; Trawers

Kolejna seria autorstwa Remigiusza Mroza w tym roku! Ewidentnie wzięłam sobie w końcu do serca postanowienie by zgłębić nieco bardziej jego twórczość. Trylogia o Forscie różni się od typowej, polskiej serii kryminalnej tym, że poszczególne tomy łączy coś więcej niż postać komisarza prowadzącego śledztwo. Zdecydowanie odradzałabym czytanie poszczególnych tomów w kolejności innej niż chronologiczna - co prawda zrozumielibyście wydarzenia, ale znacząco zaspoilowalibyście sobie poprzednie tomy. A byłoby szkoda. Owszem, „Ekspozycja” ma kilka wad, zwłaszcza z perspektywy kolejnych części, ale seria jako całość prezentuje wysoki poziom. 

Zastanawiałam się co tak naprawdę ujmuje w tej trylogii i znalazłam nawet kilka odpowiedzi. Po pierwsze, Wiktor Forst ze swoją arogancją i zaskakującą łatwością do postępowania na bakier z prawem z miejsca zyskuje sympatię. Po drugie, czytelnik jest nieustannie zaskakiwany (a spektakularne twisty na zakończeniach powinny się doczekać specjalnego terminu). Po trzecie, Remigiusz Mróz, pomijając Forsta, kreuje także fascynującego anty-bohatera czyli Bestię. Po czwarte, seria ma niesamowity, mroźny klimat. Po piąte, autor wybiera na tło rozgrywających się wydarzeń doskonałe miejsce - nasze polskie Tatry. Owszem, to „Przewieszenie” stanowi najlepszy tom trylogii, ale finał jest godny całej trylogii. A to z pewnością nie było zadanie łatwe. 

★★★★

Ciekawa jestem czy znacie te serie i czy podzielacie moje opinie. Koniecznie zdradźcie też ile Wam udało się zakończyć serii w tym roku ;)

czwartek, 22 grudnia 2016

Nieobecna, Agnieszka Olejnik


Agnieszka Olejnik była jedną z tych autorek, na którą natrafiłam dzięki blogosferze, w trakcie rozpaczliwego poszukiwania polskich pisarzy, którzy mogliby mnie zachwycić. Wzruszyła mnie jej młodzieżowa powieść „Zabłądziłam” a kolejny tytuł - zabawny kryminał „Dante na tropie” umilił mi podróż pociągiem na trasie Kraków-Poznań. Zdecydowanie zachwyciła mnie różnorodność w twórczości autorki i zamierzałam powoli, aw sukcesywnie zapoznawać się z kolejnymi tytułami spod jej pióra. Traf chciał, że wróciłam do swojego postanowienia dopiero przy okazji premiery „Nieobecnej” a gdzie absolutnie zafascynował mnie opis. 

Julita właśnie rozstała się ze swoim żonatym kochankiem, ale nadal nie potrafi o nim zapomnieć. Mieszka sama a praca w szkole nie sprawia jej już tyle samo radości i satysfakcji co dawniej. Julia, siostra bliźniaczka Julity, narzeka z kolei na to, że mąż uczynił z niej gospodynię domową i niańkę dla ich dziecka. Kiedy Patryk wyjeżdża, Julia i Julita często zamieniają się miejscami. Ta pierwsza spędza upojne chwile z kochankiem, druga - zajmuje się małym chłopczykiem, którego kocha jak własne dziecko. Podczas jednej z takich zamian, Julia zostaje brutalnie zamordowana w mieszkaniu siostry. Julita, nie myśląc racjonalnie, nie przyznaje się do mistyfikacji i na stałe przyjmuje tożsamość Julii. Z czasem okazuje się jednak, że Julita wcale nie znała swojej siostry bliźniaczki. 

Trudno mi dokładnie sprecyzować jaki gatunek reprezentuje najnowsza powieść Agnieszki Olejnik. Z jednej strony, „Nieobecna” stanowi doskonały przykład thrillera - z tą zagadką kto stoi za brutalnym morderstwem, listami wysyłanymi przez ów tajemniczą osobę, no i atmosferę nieustannego napięcia i zagrożenia. Z drugiej, autorka nie rezygnuje z wyraźnie nakreślonej warstwy obyczajowej. Agnieszka Olejnik porusza problematykę toksycznej, siostrzanej relacji i trudności ze zrozumieniem własnej tożsamości; uzależnienia od seksu; czy też po prostu tematyki związków. 

„Nieobecna” fascynuje. Temat zamiany tożsamości nie jest może nowością na skalę światową, ale to temat z którego “nie wyciśnięto jeszcze wszystkiego”. Agnieszka Olejnik w przekonujący sposób stara się oddać motywacje Julity, zdecydowanie dobrze wykorzystuje też ów motyw w warstwie thrillera. Pomimo tendencji do przywoływania anegdot z życia głównej bohaterki, które momentami opóźniały akcje i odwracały uwagę od głównego wątku, powieść Agnieszki Olejnik czyta się niesamowicie szybko i lekko. Równocześnie jednak kilka rzeczy ewidentnie popsuły mój odbiór lektury.

Owszem, kwestia lekkiego chaosu w chronologii wydarzeń spowodowana ciągłymi anegdotami nie jest coś co znacząco wpłynęło na moje odczucia, zwłaszcza że tendencja ta zanika wraz z rozwojem fabuły. Rozczarowało mnie natomiast samo zakończenie - i to na obu płaszczyznach zagadki morderstwa i zamiany tożsamości. Podejrzewałam kto stoi za zabójstwem Julii mniej więcej od połowy powieści a kiedy na dodatek przeczytałam jak autorka zamknęła wątek Julity, moja opinia na temat „Nieobecnej” uległa zmianie - niestety na gorsze. 

„Nieobecna” to dobra powieść, ale niepozbawiona wad. Agnieszka Olejnik miała naprawdę dobry pomysł i w dużej mierze go wykorzystała - sukcesywnie łącząc thriller z wątkami obyczajowymi. Samo zakończenie przyniosło rozczarowanie, ale nie na tyle by całkowicie zniszczyć przyjemność z lektury. Polecam Wam „Nieobecną”, mimo wszystko, i utwierdzam się w przekonaniu, że powinnam zgłębiać twórczość autorki dalej. 

„Nieobecna” Agnieszka Olejnik; wydawnictwo Czwarta Strona; Poznań  2016 ★★★½

środa, 21 grudnia 2016

Powietrze, którym oddycha, Brittainy C. Cherry


Dałam się Wam poznać jako miłośniczka powieści New Adult. Zdecydowanie jest to gatunek, po który sięgałam najchętniej w bieżącym roku w sytuacjach gdy nie byłam pewna co czytać albo cierpiałam na tzw. “kaca książkowego”. Nie zaskoczę Was też pewnie informacją, że miałam już do czynienia z twórczością Brittainy C. Cherry i że wywarła na mnie bardzo pozytywne wrażenie. A jednak jej najnowsza wydana w Polsce powieść - „Powietrze, którym oddycha” wywołała we mnie raczej sprzeczne emocje. I teraz się zastanawiam czy poczułam przesyt gatunkiem czy jest to kwestia tego konkretnego tytułu. 

Elizabeth nie może się pogodzić z tragiczną śmiercią swojego męża. Po roku żałoby, razem ze swoją córeczką Emmą, wraca jednak do miejsca, które pełne jest żywych wspomnień o mężczyźnie. Coś uległo tam jednak zmianie. Sąsiedni dom zamieszkał Tristan - przystojny, samotny i agresywnie nastawiony do świata mężczyzna, który w oczach mieszkańców stał się synonimem wariata a niekiedy nawet potwora. Pomimo że pierwsze spotkanie Liz i Trisa dalece odbiega od ideału coś ich do siebie przyciąga. Tristan, który również doświadczył ogromnej straty, wydaje się jedyną osobą, która naprawdę rozumie co czuje kobieta. 

„Powietrze, którym oddycha” zdecydowanie nie jest powieścią złą. Nie da się ukryć, że historie pisane przez Brittainy C. Cherry czyta się z niesamowitą lekkością a sama autorka ma talent do tego by przelać na karty powieści morze emocji. Pod tym względem nic się nie zmieniło. Obstaje też przy stanowisku, że pisarska zdecydowanie radzi sobie z kreacją męskich bohaterów. Tristan budzi w czytelniku emocje - intryguje swoją tajemniczością; sprawia że ma się ochotę go przytulić i pocieszyć; a w momentach gdy przebywa z Emmą roztapia nawet najtwardsze serducho. Tylko że równocześnie nie mogłam pozbyć się wrażenia, że akurat Brittainy C. Cherry stać na więcej. 

O dziwo! Rozczarował mnie już sam wątek romantyczny. Pomijając fakt, że u boku Tristana, Elizabeth wypada raczej blado i zlewa się w umyśle czytelnika z innymi bohaterkami New Adult, ich relacje charakteryzowało dziwne tempo. Charakter ich znajomości (nienawiść - pociąg fizyczny - przyjaźń - miłość) zmianiał się tak szybko, że w pewnym momencie ciężko było mi uwierzyć w realność ów uczuć, zwłaszcza że głównie padały między nimi słowne deklaracje a nie czyny. Brittainy C. Cherry nie wywołała też u mnie zaskoczenia fabularnymi twistami, ale przyznaję że w tym przypadku “wina” leży raczej po mojej stronie i częstego sięgania po New Adult. 

Odnoszę wrażenie, że Brittainy C. Cherry chciała po prostu za dużo i za bardzo. Zamiast subtelnych nawiązań do popkultury, jesteśmy nimi wręcz zalewani; przyjaciółka Liz nie jest postacią oryginalną lecz przerysowaną; niektóre wątki są po prostu niesmaczne - erotyczny sen Liz w nawiązaniu do „50 twarzy Grey’a” czy chora umowa kobiety i Trisa; a inne wydają się być wplecione tylko po to by zadowolić pewne grono czytelników bez żadnego rzeczywistego wpływu na fabułę (wątek LGBT). 

„Powietrze, którym oddycha” nie jest najlepszą powieścią autorki i gdyby oceniać ją w kontraście do „Kochając pana Danielsa” czy „Art&Soul”, wypada raczej rozczarowująco. Nie jest to jednak powieść zła. Nie rozumiem zarzutów podobieństwa do „Bez słów” ani krytyki zakończenia. „Powietrze, którym oddycha” to lekka, dobrze napisana i budząca emocje lektura. Czy spodziewałam się czegoś więcej? Tak. Czy żałuję lektury? Nie i z pewnością sięgnę po kolejne powieści autorki. 

„Powietrze, którym oddycha” Brittainy C. Cherry; wydawnictwo Filia; Poznań 2016 ★★★

wtorek, 20 grudnia 2016

Czasem warto zabić, Peter Swanson


Czasami, w trakcie lektury zastanawia mnie co przesądza o popularności danego tytułu - czy wszystko zależy od dobrej promocji ze strony wydawnictwa; czy kluczowe są pierwsze opinie recenzentów a może pomocne okazują się jakieś kontrowersje wokół autora czy samej pozycji. Trudno znaleźć odpowiedź i równie trudno jest mi powiedzieć dlaczego akurat Peter Swanson nie doczekał się rozgłosu i popularności na miarę Gillian Flynn, jak to się udało choćby Pauli Hawkins. Zwłaszcza że jego powieść, „Czasem warto zabić”, naprawdę zasługuje na uwagę.

Ted i Lily spotykają się przypadkowo w lotniskowym barze. Nie znają się, prawdopodobieństwo, że jeszcze kiedyś na siebie wpadną jest znikome a dodatkowo oboje znajdują się pod wpływem lekkiego upojenia alkoholowego. Być może właśnie dlatego Ted pozwala sobie na szczerość - opowiada rudowłosej kobiecie, że podejrzewa żonę o romans z mężczyzną odpowiedzialnym za budowę ich domu o tym, że najchętniej zabiłby Mirandę. Tyle że Lily wcale nie wydaje się przerażona tym wyznaniem - nie tylko uspokaja sumienie mężczyzny, ale nawet proponuje mu pomoc w dokonaniu zbrodni.

„Czasem warto zabić” to powieść, która rozpoczyna się od mocnego wstrząsu - który od razu przyciąga uwagę i zainteresowanie czytelnika - a następnie zwalnia nieco tempo. Pierwsza część powieści, składająca się naprzemiennie z perspektywy Lily i Teda, w dużej mierze przedstawia motywy jakie prowadzą bohaterami i ich walkę z własnym sumieniem. A choć trudno nie docenić psychologicznego portretu postaci jaki maluje przed nami Peter Swanson, nie ukrywam że w pewnym momencie czułam się już znudzona przydługim wprowadzeniem.

Sęk w tym, że już po lekturze całej powieści nabiera ono sensu i staje się koniecznym elementem fabuły. Nie ukrywam, że preferuje thrillery porywające od pierwszej strony i utrzymujące bez przerwy atmosferę niepewności i niepokoju, ale Peter Swanson pokazuje swoim czytelnikom, że istnieje także inne rozwiązanie - uśpić czujność a następnie zaskoczyć wszystkich nagłym zwrotem akcji (a może nawet kilkoma). Autor nie tylko zapewnia nam element zaskoczenia, ale także na nowo budzi zainteresowanie i motywuje do tego by w każdym punkcie doszukiwać się drugiego dna.

Najmocniejszym punktem powieści Swanson pozostają jednak wspomniane już portrety psychologiczne bohaterów. Postacie wykreowane przez autora intrygują - swoją złożonością a przede wszystkim wyraźnie odmiennymi od powszechnie przyjętych moralami. Swanson pokazuje jak łatwo zmanipulować drugą osobę; jak bez problemu tłumaczymy przed sobą własne zachowanie (nawet w najbardziej pokrętny sposób) i jak szybko przesuwamy niekiedy granice moralnego zachowania. A że umiejscowienie w fabule niemal samych antybohaterów nie jest zabiegiem zbyt powszechnym, tym bardziej fascynuje.

„Czasem warto zabić”, na pierwszy rzut oka, wydawał się dosyć przeciętnym thrillerem, ale Peter Swanson mile mnie zaskoczył. Pomimo że autor nie ma w dorobku zbyt dużo powieści, doskonale poradził sobie z kreacją bohaterów i wpleceniem do fabuły kilku twistów a dodatkowo czytelnik nie czuje wtórności wątków w trakcie lektury. Jeśli przepadacie za gatunkiem i nie przeszkadza Wam powolny wstęp, nie powinniście czuć rozczarowania.

„Czasem warto zabić” Peter Swanson; wydawnictwo Marginesy; Warszawa 2016 ★★★★

poniedziałek, 19 grudnia 2016

Rybacy, Chigozie Obiama


Intencjonalnie czy też nie, w 2016 roku na nowo zaczęłam czytać dużo powieści z pogranicza Young Adult czy też New Adult i trochę zaniedbałam “ambitniejszą literaturę”. Zwracałam uwagę na pozycje nagradzane Man Booker Prize, albo uwzględniane w tzw. długiej liście (long list), które doczekały się polskiego wydania, ale jakoś ostatecznie po nie nie sięgałam. „Rybacy” nie znajdowali się na szczycie moich priorytetów, ale zachęcona opinią Ameriie i, co tu ukrywać, -50% przeceną wzbogaciłam w końcu w ów tytuł moją biblioteczkę i stosunkowo szybko zasiadłam do lektury. 

Ikenna, Boja, Obembe i Ben byli przeznaczeni do rzeczy wielkich a przynajmniej tak powtarzał ich ojciec. W gruncie rzeczy nie różnili się oni aż tak bardzo od swoich rówieśników i może właśnie dlatego, gdy ojciec ze względu na pracę opuścił ich rodzinną miejscowość Akure, bracia przestali liczyć się z zakazami matki. Cała czwórka spędzała dnie nad rzeką uważaną przez mieszkańców za przeklętą i, niczym rybacy, łowili ryby. W trakcie jednego z takich wypadów okoliczny wariat przepowiada, że Ikenna zginie z rąk rybaka, co dramatycznie wpływa na relacje między braćmi. Kiedyś nierozłączni, teraz coraz bardziej się od siebie oddalają. 

„Rybacy” nie należą do lektur łatwych i lekkich w odbiorze, a osobliwość języka sprawia, że nie jest to też pozycja która przypadnie do gustu każdemu czytelnikowi. Chigozie Obiama obierając za narratora jednego z braci - Bena pozwala sobie na liczne wtrącanie anegdot z życia rodziny i wprowadza tym samym w fabule pozorny chaos. Co więcej, opisuje sceny niejednokrotnie niewygodne dla czytelnika, naturalistyczne i obsceniczne (choć nie wykluczam, że pod tym względem widać różnice w kulturze Europy i Afryki). Trudno mi jednak nie docenić debiutu nigeryjskiego autora i to na wielu płaszczyznach. 

Chigozie Obiama intryguje już samą formą - każdy rozdział ma w pewnym sensie budowę klamrowà ściśle łączy się z nadanym mu tytułem. Członkowie rodziny, albo ich sytuacja porównywana jest do danego zwierzęcia czy też zjawiska a kolejne słowa wydają się być potwierdzeniem tezy postawionej w pierwszym zdaniu. Chigozie Obiama często nawiązuje zresztą do natury czy wierzeń mieszkańców Akure i to pomimo faktu, że rodzina Bena jest chrześcijanami. Autorowi udaje się też doskonale zbudować napięcie związane z nieuchronnością losu Ikenny. 

Chociaż główną osią fabularną jest historia o tym jak jedna informacja może wpłynąć na losy całej rodziny i o więzi łączącej czwórkę rybaków, tak naprawdę w równej mierze jest to opowieść o Nigerii w końcówce XX wieku i o jej mieszkańcach. Chigozie Obiama pisze o różnicach w ludzkiej mentalności, o wierzeniach, kulturze a w pewnym kontekście także o jego prawie. Gdzieś w tle przedstawia także wydarzenia historyczne/polityczne. 

„Rybacy” to opowieść o ludzkiej psychice i o tym, że pewne bodźce mogą mieć na nią ogromny wpływ. Nie dziwi mnie uznanie jakie zyskała owa powieść - za warsztat autora, fabułę i jej tło, ale nie jest to tytuł, który przypadnie do gustu każdemu czytelnikowi - zwłaszcza takiemu, który po literaturę piękną sięga rzadko albo wcale. Jeśli cenicie w powieściach formę i piękno języka na równi z fabułą, miejcie debiut Chigozie Obiama w pamięci. 

„Rybacy” Chigozie Obiama; wydawnictwo Literackie; Kraków 2016 ★★★★

niedziela, 18 grudnia 2016

Rewers, zbiór opowiadań


Czuję się niemal w obowiązku zaznaczyć na wstępie, że nie należę, i nigdy nie należałam, do zwolenniczek krótkiej formy prozy jakim są opowiadania. Równocześnie jednak, w momencie gdy znalazłam wśród zapowiedzi Czwartek Strony „Rewers”, od razu wiedziałam, że będę musiała zaopatrzyć się we własny egzemplarz. Nie znałam twórczości wielu autorów, którzy zgodzili się na wzięcie udziału w tym projekcie, ale od dawna byłam zainteresowana ich twórczością i wydawało mi się to doskonałym pretekstem żeby sprawdzić czy to coś dla mnie. No i wierciłam Pannie M. tak długi dziurę w brzuchu, aż sprezentowała mi „Rewers”. Miałam nosa. 

Nie wiem na ile jesteście świadomi konceptu jaki stoi za „Rewersem”. Jest to zbiór jedenastu opowiadań, z których każde zostało napisane przez innego (z reguły dosyć znanego) autora kryminałów i osadzone w różnych polskich miastach. Nietrudno się domyślić, że wszystkie z nich dotykają tematu jakiejś zbrodni - czy to starszej pani z zamieszanej w handel narkotykami, czy powtarzających się kradzieży diamentów czy nieco bardziej “tradycyjnych” spraw jak zaginięcia czy morderstwa - ale tak naprawdę pomijając ów element, każda z tych historii się od siebie różni - poczynając od faktu, że nie wszystkie rozgrywają się we współczesnych nam czasach. 

Jak to przy zbiorach opowiadań, zwłaszcza takich gdzie mamy wielu autorów, poziom historii jest różny, chociaż nie w jakiś drastycznych sposób. Każda z historii, przynajmniej z perspektywy czytelnika, otrzymuje zakończenie i nie towarzyszy nam przekonanie, że czegoś brakuje i forma opowiadania okazuje się niewystarczająca. Dużo zależy od prywatnego gustu czytelnika - czy przepada on za wątkami politycznymi, czy Kubi humor w historiach kryminalnych, jak zapatruje się na opowiadania osadzone w latach 60 - ale przez tak dużą różnorodność każdy ma szansę odnaleźć coś dla siebie. 

Kilku autorów zastosowało w swoich opowiadaniach nieco odbiegające od typowych formy. Remigiusz Mróz wplótł do swojego opowiadania transkrypt przesłuchania; Marta Mizuro zamieściła perspektywę krewnych i przyjaciółki ofiary; Joanna Opiat Bojarska przeplata teraźniejsze wydarzenia z retrospekcjami, które stanowią klucz dla rozwikłania zagadki; a Joanna Jodełka idzie jeszcze o krok dalej zawierając granice między fikcją a rzeczywistością. Czy zawsze są to zabiegi udane? W moim odczuciu nie, ale stanowią ciekawe urozmaicenie dla czytelnika. 

Taki zbiór opowiadań stanowi doskonałą okazję by zobaczyć czy twórczość danego autora to wasz klimat, ale nie tylko. Niektórzy z pisarzy mają niespodziankę dla swoich stałych czytelników - do historii wplatają bohatera już znanego. Nie znam twórczości wielu z autorów, ale na podobny krok decyduje się na pewno Marcin Wroński, a o ile się nie mylę Ryszard Ćwirlej i Robert Małecki. Gdybym miała wybrać autorów, którzy w szczególny sposób mnie zaskoczyli w pierwszej trójce postawiłabym na panów - Wojciecha Chmielarza, Roberta Małeckiego i Remigiusza Mroza, ale doskonale bawiłam się także przy opowiadaniach Joanny Opiat Bojarskiej i Małgorzaty Sobieszczańskiej (zwłaszcza na początku). 

„Rewers” to zbiór kryminalnych opowiadań na wysokim poziomie, o czym niech świadczy fakt, że tak naprawdę żadna z historii mnie nie rozczarowała. Wszyscy autorzy spisali się doskonale przy konstrukcji swoich opowiadań i nie zostawili czytelników z dziesiątkiem pytań bez odpowiedzi. Mój jedyny zarzut polega na tym, że czasami czułam niedosyt jeśli chodzi o rolę miasta w fabule. Ale to raczej niewielki przytyk. Jeśli lubicie kryminalne historie i chcecie poznać twórczość polskich autorów, „Rewers” będzie doskonałym wyborem. 

„Rewers” zbiór opowiadań; wydawnictwo Czwarta Strona; Poznań 2016 ★★★★

sobota, 17 grudnia 2016

Art&Soul, Brittainy C. Cherry


Gatunek New Adult wciąż nie jest u nas jeszcze tak popularny jak w Ameryce, ale zdążył już na stałe zagościć na księgarnianych półkach  a wśród dziesiątek anonimowych autorów, kilku zebrało zdecydowanie więcej uwagi. Colleen Hoover, Mia Sheridan, K. A. Tucker, ale w dużym stopniu także Brittainy C. Cherry. Mam wrażenie, że o pierwszej powieści autorki nie mówiło się wszędzie, ale jeśli już - to w samych superlatywach, a i ja dałam się uwieść opowieści o panu Danielsie. „Art&Soul” miało wysoko postawioną poprzeczkę, ale mimo to mnie nie zawiodło.

Aria nienawidziła tego, że pozostaje niewidzialna dla swoich kolegów ze szkoły, ale teraz bardzo chętnie wróciłaby do owego stanu. Mając szesnaście lat zachodzi w ciążę i zostaje jej przylepiona opinia dziwki i puszczalskiej. Co gorsza, rodzina dziewczyny nie przyjmuje tej wiadomości najlepiej, a ojciec dziecka nie chce mieć z całą sprawą nic wspólnego. Dziewczyna ma wsparcie jedynie w swoim przyjacielu Simonie… i Leviem. Nowy chłopak z południowym akcentem z miejsca zyskuje sympatię “tych popularnych”, ale coś ciągnie go właśnie do Arii, a chociaż dziewczyna wcale nie chce angażować się w ową znajomość, projekt Art&Soul - nawiązujący do malarstwa i muzyki - znacznie jej to utrudnia. 

Nie wiedziałam o czym tak naprawdę opowiada „Art&Soul” i nie wiem czy główna problematyka miała zostać tajemnicą, ale myślę, że to ważne by wyraźnie ją nakreślić - a ) bo może wczesne macierzyństwo jest czymś o czym nie chcecie czytać albo odwrotnie - b) brakuje Wam tego typu wątku w literaturze New Adult. Chociaż Brittainy C Cherry wplata w historię wiele dramatów i zawirowań, ten jeden konkretny  - ciąża został wypchnięty na pierwszy plan. I bardzo dobrze bo autorka radzi z nim sobie doskonale - nie ocenia zachowania Arii i udaje jej się oddać jej sprzeczne emocje i wątpliwości.

Brittainy C. Cherry pisze o miłości, ale udaje jej się wpleść do historii kilka uniwersalnych tematów, z którymi utożsami się każdy licealista. W życiu bohaterów dużą rolę odgrywa rodzina i szkoła i autorka wyraźnie zaznacza to w fabule. Pisze o tym jak ważne dla szczęścia nastolatka jest poczucie stabilności, bezpieczeństwa i miłości w domu; o tym jak trudno jest pozostać sobą gdy “inność” jest traktowana jako coś złego. Uwielbiam też autorkę za fakt, że jeżeli pisze o zamiłowaniu bohaterów do sztuki, muzyki czy też słowa pisanego, te elementy rzeczywiście odgrywają dużą rolę w fabule. 

Zaskoczyła mnie ta opowieść. Wszystko wskazywało na miłość od pierwszego wejrzenia a tymczasem Brittainy C. Cherry daje temu uczuciu dojrzewać powoli na oczach czytelników. Wymiana zdań między bohaterami (matematyczne dowcipy? oksymorony?) wydawała mi się momentami sztuczna a równocześnie w odniesieniu do Arii i Leviego niebywale naturalna i po prostu urocza. I tak naprawdę jedyne co mi przeszkadzało to kilka scen końcowych, które w moim odczuciu były zbyt przesłodzone i ujmowały realizmowi całej historii. 

„Art&Soul” to powieść, która w ciepły, lekki sposób porusza problematykę bliską wielu młodym ludziom. Chociaż jest w niej kilka motywów charakterystycznych dla NA, mam wrażenie, że może trafić także do czytelników, którzy nie sięgają po ten gatunek. Brittainy C. Cherry rezygnuje ze scen erotycznych a w zamian za to z niesamowitą delikatnością pisze o poczuciu inności i obawach w związku z nastoletnią ciążą. Jeśli nie mieliście jeszcze do czynienia z historią Arii i Leviego, koniecznie dajcie jej szansę. 

„Art&Soul” Brittainy C. Cherry; wydawnictwo Filia; Poznań 2016 ★★★★

piątek, 16 grudnia 2016

Harry Potter i przeklęte dziecko, Jack Thorne, John Tiffany i J. K. Rowling


Wspominałam już o tym przy okazji posta z najbardziej przeze mnie wyczekiwanymi premierami 2016 roku, ale na wszelki wypadek napomknę o tym jeszcze raz - cieszę się, że polska premiera “ósmej części” Harry’ego Pottera nie zbiegła się z tą światową. Pierwsze negatywne recenzje były dokładnie tym czego potrzebowałam - kubłem zimnej wody i nabraniem pewnego dystansu. To właśnie ów recenzje sprawiły, że moje oczekiwania zostały nieco obniżone i przyczyniły się do faktu, że pomimo wszystkich wad „Przeklętego dziecka”, potrafiłam czerpać przyjemność z lektury.

Fabuła scenariusza rozpoczyna się w momencie, gdzie kończy się epilog „Insygniów śmierci”, ale stosunkowo szybko przeskakuje w czasie. Osią fabularną pozostaje wątek młodszego syna Harry’ego - Albusa Severusa, który nie dość, że - o zgrozo! - trafia do Slytherinu, dodatkowo nie przejawia szczególnych zdolności i zaprzyjaźnia się z potomkiem Malfoy’a - Scorpiusem. Albus nie ma zbyt bliskich relacji z ojcem, padają między nimi gorzkie słowa i każdy czuje się niejako rozczarowany postawą tego drugiego. Kiedy nadarza się sposobność, Albus postanawia naprawic pewne błędy z przeszłości,

Nie uważam aby wydanie scenariusza do sztuki było decyzją błędną. Powiem więcej - biorąc pod uwagę, że „Przeklęte dziecko” wystawiane jest na razie jedynie w Anglii, jest to swego rodzaju ukłon w stronę wielbicieli Harry’ego z innych zakątków świata i być może jedyna szansa na to by powrócić do ukochanych bohaterów i świata. Lektura „Harry’ego Pottera i przeklętego dziecka” ma niesamowicie sentymentalny charakter i choćby dlatego warto sięgnąć po ów scenariusz. Poza tym, to nie jedyne atuty opowiedzianej historii.

Autorom scenariusza udało się idealnie wykreować pewne postacie - ze Scorpiusem Malfoy’em na czele, który od pierwszej chwili podbił moje serce. Przyjaźń między nim a Albusem ma w sobie coś wyjątkowego i nawet jeśli podskórnie czujemy, że ich relacja powinna obrać inny kierunek, szanuję decyzje autorów. Sama fabuła, osnuta wokół wątku podróży w czasie,zwłaszcza na początku (bo im dalej w las, tym gorzej) ma mocne punkty. Nie trudno też dostrzec, że opowiadana historia może jeszcze lepiej wypaść na deskach teatru.

Co tak naprawdę nie zagrało? O dziwo bohaterowie, którzy byli nam bliscy z pierwotnej historii. Dużo czytelników przywołuje tu postawę Harry’ego - ale choć się z tym zgadzam mnie zabolało zwłaszcza przedstawienie Rona, który w sztuce wydaje się być parodią swojego dawnego siebie. Pod tym względem pozytywnie wyróżnia się jedynie Draco Malfoy, którego przemiana wydaje się być najlepiej przedstawiona i wytłumaczona. Pojawia się też kilka wręcz niedorzecznych scen (np. podarunek kocyka), które w zamyśle miały chyba wzruszyć, a powodują jedynie zażenowanie czytelnika.

„Harry Potter i przeklęte dziecko” nie jest już tą samą historią, ale też nie powinniśmy tego oczekiwać. Autorzy zaoferowali nam krótki powrót do murów Hogwartu i pozwolili spędzić [dosłownie] kilka godzin z ukochanymi bohaterami.  I  ja jestem im za to wdzięczna. A jeśli należycie do cudownego pokolenia ludzi, którzy razem z Harry’m dorastali, nie rezygnowałabym  z takiej szansy. 

„Harry Potter i przeklęte dziecko” J. K. Rowling; wydawnictwo Media Rodzina; Poznań 2016 ★★★½

środa, 14 grudnia 2016

Kiedy pada deszcz, Lisa De Jong


Zakupiłam „Kiedy pada deszcz” jeszcze przed tym jak internet zalała fala raczej rozczarowanych głosów czytelników. Kierowałam się trochę sympatią do serii Love matters wydawanej przez Filię a trochę moim ogólnym zamiłowaniem do gatunku New Adult, który idealnie sprawdza się jako przerywnik między innymi pozycjami czy też po prostu miła odskocznia od studenckich obowiązków. Nie wiem czy w tej chwili zdecydowałabym się na zakup i trochę bym straciła - pomimo kilku zarzutów, lisa De Jong stworzyła wzruszającą historię, którą czyta się z przyjemnością. 

Kate miała marzenia i plany na przyszłość, ale jedna impreza czyni ją całkowicie inną osobą. Zgwałcona przez szkolną gwiazdę sportu, dziewczyna całkowicie odsuwa się od swoich znajomych i zamyka się w sobie. Dwa lata później wciąż odczuwa skutki tamtego wieczoru - rezygnuje ze studiów i miłości Beau Bennetta, który był nie tylko jej najlepszym przyjacielem, ale także pierwszym zauroczeniem. Kiedy do miasteczka przyjeżdża nowy chłopak, Asher, Kate po raz pierwszy od dawna pozwala sobie na chwilę radości i lekkości. Tyle że chłopak również ma swoje tajemnice.

Powieść Lisy De Jong rzeczywiście zawiera w sobie sporo schematów - bolesne, traumatyczne przeżycia, trójkąt miłosny z udziałem przyjaciela i nowego chłopaka w mieście i tajemnice z przeszłości. Możnaby powiedzieć, że wszystko to już było i nie odbiegałoby to wcale dalece od prawdy. Tylko, że w gruncie rzeczy nie ma w tym aż tak dużo złego - zwłaszcza jeśli czytelnik zdaje sobie sprawę z tego, że powieści New Adult mają tendencje do pewnej powtarzalności motywów. Lisa De Jong wzbudza w czytelniku emocje , które w tego rodzaju lekturach są przecież najważniejsze, poczynając od wzruszenia, aż po uśmiech.

Głównym wątkiem historii pozostaje uczucie między Kate i Asherem. pojawiają się pewne sceny “cliche” - trochę przerysowane i przesłodzone, ale w znacznej części ich opowieść wzrusza i budzi ciepłe uczucia w czytelniku. Lisie De Jong udaje się zobrazować miłość jako swego rodzaju lekarstwo, ale równocześnie przekonuje czytelnika że na wszystko potrzeba czasu, a problemy nie znikają w mgnieniu oka. Jest w tej historii coś niesamowicie romantycznego i przez to ujmującego najczulsze struny czytelnika. 

Żałuję ogromnie, że natknęłam się na porównanie „Kiedy pada deszcz” do innej powieści New Adult. Nie dlatego, że się z nim nie zgadzam, ale dlatego, że sugeruje ono kierunek jaki obierze fabuła. Od początku oczekiwałam momentu, w którym autorka odsłoni ów tajemnice a następuje to dopiero za połową (i to daleko za nią). Nie ukrywam, że negatywnie wpłynęło to na moją ocenę lektury, zwłaszcza, że i samo zakończenie nie do końca wpasowało się w mój gust. Nie spoilując niczego, uważam że w jakiś sposób dyskredytuje ono początek historii.

„Kiedy pada deszcz” to kolejna ciekawa propozycja od Love matters. Lisa De Jong ma lekkie pióro, a nawet jeśli powiela sporo motywów, doskonale radzi sobie z graniem na emocjach czytelników. Żałuję, że czytałam przed lekturą kilka recenzji, bo myślę, że odebrałabym tą historię nieco inaczej, ale i tak nie czuję się rozczarowana i z pewnością powrócę do twórczości Lisy De Jong. A i Wam to polecam, zwłaszcza jeśli nie przedawkowaliście literatury New Adult. 

„Kiedy pada deszcz” Lisa De Jong; wydawnictwo Filia; Poznań 2016 ★★★½

wtorek, 13 grudnia 2016

Amerykaana, Chimamanda Ngozi Adichie


Po pierwszą powieść Chimamandy Ngozi Adichie sięgnęłam trochę przez wzgląd na zagraniczny booktube a trochę z przypadku - bo akurat natrafiłam na egzemplarz w bibliotece. Zwlekałam długo z tym by zapoznać się z jej kolejną pozycją, mimo że stosunkowo szybko zaopatrzyłam domową biblioteczkę w egzemplarz „Amerykaany”. Trochę przerażała mnie objętość ów tytułu a z drugiej strony paraliżowała mnie obawa, że tym razem Chimamanda Ngozi Adichie nie rozkocha mnie w swojej prozie. Ostatecznie do lektury przekonało mnie przemówienie autorki w ramach Tedtalku - Niebezpieczeństwo jednej historii. Ale trochę mi wstyd za to, że się zawahałam. 

Fabuła „Amerykaany” rozpoczyna się w momencie gdy Ifemelu po kilkunastu latach spędzonych w Stanach, być może nieco pochopnie, decyduje się na to by wrócić do Nigerii i rodzinnego miasta Lagos. Szybko jednak przeskakujemy do początków tej opowieści - kiedy dziewczyna zakochuje się w swoim rówieśniku Obinze i młodzi razem planują wspólną przyszłość w Ameryce. Kiedy w Nigerii dochodzi do strajków na uczelniach wyższych a Ifemelu jako jedyna zyskuje szansę na wyjazd z kraju, ich drogi powoli się rozchodzą. Pomimo tęsknoty za Obinze, dziewczyna, przerażona tym czego dopuściła się w Ameryce, całkowicie zrywa z nim kontakt. 

„Amerykaana” jest powieścią tak bogatą w różnorodne wątki i poruszaną problematykę, że przybliżenie jej fabuły sprawia sporo trudności i dlatego nawet jeśli ów opis nie wzbudził waszego zainteresowania, powinniście dać Chimamandzie Ngozi Adichie szansę. W jej historii przebija niesamowita dojrzałość  i w trakcie lektury czytelnik bardzo wyraźnie odczuwa, że poruszana problematyka jest bliska autorce i że ma na ten temat sporo do powiedzenia. Szkoda, że w Polsce proza nigeryjskiej autorki nie doczekała się szerszego rozgłosu a poszczególne egzemplarze są raczej trudno dostępne w stacjonarnych księgarniach. 

„Amerykaana”, tak jak poprzednia powieść Chimamandy Ngozi Adichie, stanowi doskonały przykład opowieści tzw. character driven czyli “napędzanej przez postacie”. Zarówno Ifemelu jak i Obinze, ale także co drugoplanowi, są bohaterami kompleksowymi - za którymi stoi bogata historia, posiadającymi unikatowe spojrzenie na świat i obdarzonymi pewnymi wadami, które może nie budują sympatii czytelnika, ale zdecydowanie ich wiarygodność. Przybliżając nam osobowość i przekonania postaci Adichie pokazuje także dlaczego kształtują się one w taki sposób, zwłaszcza w przypadku Ifemelu. 

To prawda, że w pewnym sensie  „Amerykaana” jest opowieścią miłosną, ale zdecydowanie nie jest to jej najważniejszy fragment. Chimamanda Ngozi Adichie mówi o sytuacji Nigerii na przestrzeni kilkunastu lat; o “amerykańskim śnie” i rozczarowaniu jakie niekiedy przynosi; o problemach adaptacji w nowym kraju i trudnościach piętrzących się przed imigrantami; a przede wszystkim o rasizmie i tożsamości. Nie wszystkie te kwestie wybrzmiewają na głos, ale niektóre z nich zostają w pewien sposób podkreślone - Adichie przedstawia je bowiem w formie blogowego posta prowadzonego przez Ifemelu. 

„Amerykaana” to historia otwierająca oczy na liczne problemy współczesnego świata. Chimamanda Ngozi Adichie z dojrzałością i lekkością a niekiedy wręcz humorem pisze o tematach ważnych i trudnych. Owszem, niekiedy gra na emocjach czytelnika, ale te emocje nie przysłaniają najważniejszych kwestii. Nie jestem przekonana czy „Amerykaana” przewyższa „Fioletowy hibiskus”, ale zdecydowanie, ze względu na poruszaną problematykę, jeta tolerują wręcz obowiązkowa dla każdego z nas. 

„Amerykaana” Chimamanda Ngozi Adichie; wydawnictwo Zysk i S-ka; Poznań 2014 ★★★★★

poniedziałek, 12 grudnia 2016

Ukryta łowczyni, Danielle L. Jensen


Już po skończonej lekturze, uświadomiłam sobie, że tak naprawdę niewiele słyszałam na temat „Ukrytej łowczyni”. Pomimo tego, że pierwsza część trylogii zebrała sporo pozytywnych opinii a od premiery kontynuacji minęło kilka miesięcy, tytuł ten jakoś nie rzucił mi się w oczy w ostatnim czasie. I zastanawiam się dlaczego. Czy a) czytelnicy tak jak i ja po riposty długo zwlekali z lekturą czy też b) po przeczytaniu „Ukrytej łowczyni” nie do końca wiedzieli co mogą na jej temat powiedzieć. Po raz kolejny, w tak krótkim odstępie czasu, mam strasznie mieszane uczucia w odniesieniu do jakiegoś tytułu. 

Cecile przeniosła się do Trianon, gdzie u boku matki z wolna buduje swoją pozycje na deskach sceny operowej. Można by przypuszczać, że jej marzenia w końcu się spełniają, tyle że priorytety Cecile uległy zmianie i życie które wiedzie okazuje się niewystarczające. Za dnia dziewczyna wymyka się spod opieki matki by z pomocą Chrisa i Sabine odszukać Anushkę - czarownicę, która stoi za uwięzieniem trolli. Całą sprawę komplikuje pochopnie rzucona obietnica. Odnalezienie Anushki nie jest już tylko i wyłącznie szansą na wspólne życie Cecile i Tristana, ale jedynym ratunkiem by uratować ich przed szaleństwem albo śmiercią. 

„Ukryta łowczyni” rozbija fabułę na dwa wątki - Danielle L. Jensen utrzymuje swój koncept by przeplatać ze sobą perspektywę Cecile i Tritsana co pozwala jej zarówno na przedstawienie poszukiwań Anushki jak i sytuacji panującej obecnie w królestwie trolli. Przy czym pierwszy z nich zdecydowanie skupia więcej uwagi autorki. Trochę brakowało mi świata trolli i lubianych bohaterów, ale zabieg ten ma też wiele plusów. Przede wszystkim zyskujemy szerszą perspektywę na wykreowaną przez Danielle L. Jensen rzeczywistość (zwłaszcza Trianon) a także poznajemy bliżej relacje Cecile z innymi ludźmi - jej matką, Sabine czy też Chrisem. 

Drugi tom zdecydowanie stanowi ważny element historii - most, który łączy początek z wielkim finałem i nie można zarzucić autorce, że powinna zamknąć swoją opowieść jedynie w dwóch tomach. Nie da się jednak ukryć, że pojawiają się w nim pewne dłużyzny. Danielle L. Jensen nie chciała najwyraźniej by tajemnica tożsamości Anushki wyszła na jaw zbyt szybko i postarała się by sprawiła bohaterom trochę trudności, przez co sporo miejsca w powieści zajmują sceny planowania strategii, dedukcji faktów i łączenia poszczególnych elementów. Szkoda tylko, że bohaterom zajmuje to znacznie więcej czasu niż czytelnikom. 

Być może Danielle L. Jensen podrzuciła zbyt dużo wskazówek a być może to ja naczytałam się zbyt wiele historii osnutych wokół wątku próby odgadnięcia czyjejś tożsamości. Fakt, że miałam teorie o tym kim jest Anushka i, niestety, sprawdziła się ona, pozbawiając mnie efektu zaskoczenia. Zdecydowanie nie zniechęciło mnie to jednak do zapoznania się z wielkim finałem - zwłaszcza że obietnica fabuły ostatniego tomu brzmi zachęcająco - ale oczekiwałam chyba czegoś więcej po Danielle L. Jensen. 

„Ukryta łowczyni” to dobra kontynuacja świetnej serii. Danielle L. Jensen w umiejętny sposób kontynuuje wątki i buduje napięcie na wielki finał. Relacja Cecile i Tristana wciąż budzi emocje, świat trolli nadal intryguje a na dodatek dowiadujemy się więcej o magii, która “zawsze ma swoją cenę”. I tylko szkoda, że odkrycie tożsamości Anushki nie powoduje takiego zaskoczenia jak powinno. Wciąż uważam, że trylogia Danielle L. Jensen jako całość jest jedną z ciekawszych pozycji YA fantasy i zdecydowanie zasługuje na waszą uwagę. 

„Ukryta łowczyni” Danielle L. Jensen; wydawnictwo Galeria Książki; Kraków 2016 ★★★½

niedziela, 11 grudnia 2016

Osobliwe i cudowne przypadki Avy Lavender, Leslye Walton


Pamiętam ekscytację jaką poczułam, gdy dowiedziałam się, że wydawnictwo SQN wyda w Polsce „Osobliwe i cudowne przypadki Avy Lavender”. Nie wiem czy spowodowana była ona zachęcającymi opiniami zza granicy czy raczej faktem, że zostałam absolutnie oczarowana oprawą graficzną ów powieści, ale bez względu na powód stosunkowo szybko po premierze trafiła do mojej biblioteczki. I przeleżała tam dobre kilka miesięcy. Nie wiedzieć dlaczego tuż po otrzymaniu ów tytułu, naszła mnie dziwna pewność, że nie jest to powieść, która przypadnie mi do gustu i jak tylko mogłam odwlekałam jej lekturę w czasie. Tak bardzo się myliłam…

Ava Lavender urodziła się ze skrzydłami - w przeciwieństwie do swojego pozornie zwyczajnego brata bliźniaka. Ułożenie nerwów nie pozwala na amputacje skrzydeł. Ava budzi konsternację lekarzy a w niektórych ludziach wręcz strach; jedni widzą w niej anioła, inni - wybrał natury. A Ava czuje się po prostu zwyczajną dziewczyną i to o normalności właśnie marzy. Przybliżając własną historię decyduje się jednak opowiedzieć o losach całej swojej rodziny - poczynając od historii dzieciństwa swej babki, gdy ta przyjeżdża na Manhattan. Historii przepełnionej smutkiem nieszczęśliwej miłości. 

Debiutancka powieść Leslye Walton wymyka się wszelkim schematom i mam wrażenie, że nigdy wcześniej nie czytałam tak osobliwej i cudownej historii - i tak przepełnionej smutkiem. „Osobliwe i cudowne przypadki Avy Lavender” to historia o rodzinie Roux (a następnie Lavender) ze szczyptą magii - i nie chodzi mi tutaj tylko o wątek skrzydeł Avy. Leslye Walton wplata w realną rzeczywistość pewne ponadnaturalne elementy, które być może nie każdemu czytelnikowi przypadną do gustu, ale dla mnie stanowiły doskonale dopełnienie historii. Autorka odbiega jednak od gatunku Young Adult i kategoryzowanie jej powieści w ten sposób wydaje mi się krzywdzące. 

Owszem, w pewnym sensie debiut Leslye Walton jest historią o dorastającej dziewczynie, która pragnie akceptacji swoich rówieśników, ale to tylko fragment fabuły. „Osobliwe i cudowne przypadki Avy Lavender” mówią o ludzkim okrucieństwie i słabościach - nie brakuje tu graficznych scen przemocy, wyraźnie przewijają się tu też nawiązania do seksualności człowieka i wręcz prowadzącego do obłędu pożądania. Niewątpliwie Leslye Walton radzi sobie z tą problematyką doskonale - z niesamowitym wyczuciem decyduje, które zagadnienia nakreślić wprost a którym nadać  jedynie kontury i pozostawić w domyśle. Ale nie zmienia to faktu, że nie jest to tematyka wskazana choćby dla młodszej młodzieży. 

Leslye Walton czaruje słowem. Już sama fabuła wyróżnia powieść autorki na tle innych pozycji, a język jakim się posługuje dopełnia tego dzieła. Leslye Walton pisze w niezwykle plastyczny, niemal sensualny, trochę magiczny sposób. Po raz kolejny, taki “kwiecisty” język nie przypadnie do gustu każdemu czytelnikowi, ale doskonale współgra on z opowiadaną przez autorkę historią. Leslye Walton udaje się też zróżnicować język powieści - fragmenty z perspektywy Avy i te będące wpisami Nathaniela mają znacząco inny głos. 

„Osobliwe i cudowne przypadki Avy Lavender” to powieść, którą doskonale definiuje już sam tytuł. Nie spodziewałam się, że ta pozycja do tego stopnia mnie poruszy i to zarówno pod względem fabuły jak i językiem jakim została napisana. Opowieść o Avie Lavender to osobliwa, cudowna historia o poczuciu samotności, lęku przed miłością i jej utratą i poszukiwaniu akceptacji. Zdecydowanie nie poleciłabym ją każdemu, ale jeśli nie przeszkadza Wam taki magiczny twist w historii zwykłego życia, dajcie Leslye Walton szansę. Istnieje duże prawdopodobieństwo, że rozkocha Was w sobie równie mocno jak mnie. 

„Osobliwe i cudowne przypadki Avy Lavender” Leslye Walton; wydawnictwo SQN; Kraków 2016 ★★★★★

sobota, 10 grudnia 2016

Esesman i Żydówka, Justyna Wydra


Powieść Justyny Wydry miałam na oku już od jakiegoś czasu. Ten kto chociaż trochę zna moje czytelnicze upodobania pamięta prawdopodobnie, że uwielbiam powieści osadzone w czasach II wojny światowej, zwłaszcza gdy posiadają wyraźnie nakreślony wątek romantyczny i rzucają na poruszaną problematykę jakąś nową perspektywę. „Esesman i Żydówka” posiadała wszystkie te elementy, przynajmniej z założenia, a dodatkowo jeszcze zbierała niemal wyłącznie pozytywne opinie od blogerów, którym opiniom zazwyczaj ufam. I teraz czuję się dziwnie oszukana, bo powieść pani Wydry okazała się dla mnie sporym rozczarowaniem. 

Debora, młoda Żydówka jedną nieostrożną decyzję może przypłacić własnym życiem. Nieudana akcja przeniesienia chłopca na aryjską stronę sprawia, że dziewczyna, razem z innymi mieszkańcami krakowskiego getta, trafia do transportu do obozu w Auschwitz. Deborze udaje się co prawda, jako jednej z nielicznych, wydostać z pociągu, ale w trakcie ucieczki niefortunnie uszkadza kostkę. Dziewczyna jest gotowa na śmierć, zwłaszcza gdy znajduje ją oficer SS. Tyle że mężczyzna wcale jej nie zabija. Powodowany chęcią zrewanżowania się za uratowanie kiedyś życia, Bruno pomaga Deborze dostać się z powrotem do Krakowa. A to nie ostatni raz gdy ich losy się przecinają 

Chociaż zakazana miłość między ofiarą a katem (jak sami określają się bohaterowie) nie jest tematem nowym czy szczególnie odkrywczym, doceniam to co w swojej powieści chciała przekazać autorka. Justyna Wydra stara się nam pokazać, że nie każdy Niemiec w czasach II wojny światowej był człowiekiem do szpiku kości złym (i odwrotnie - nie każdy Polak okazywał się wówczas bohaterem), a także ogromną siłę  oddziaływania miłości na zachowanie człowieka. Pewne wątki zostają jednak aż nazbyt przerysowane by czytelnik na pewno tego nie przeoczył, ale i tak przesłanie Justyny Wydry pozostaje jasne. 

Niestety, ponad to trudno mi dostrzec w powieści polskiej autorki coś pozytywnego. Poczynając od narracji aż po fabułę, „Esesman i Żydówka” rozczarowuje. Justyna Wydra przeplata fragmenty z perspektywy Debory i Bruna z narracją trzecioosobową. Wykazuje przy tym irytującą skłonność by przy tej okazji powtarzać kilkakrotnie te same informacje. Tym co przeszkadzało mi najbardziej w trakcie lektury, była jednak pewna achronologia w fabule. Justyna Wydra traktowała właściwe wydarzenia jako pretekst do licznych anegdot z przeszłości a dodatkowo sygnalizowała czytelnikom także co wydarzy się w przyszłości. 

Taka narracja nie sprzyja także wiarygodności wątku romantycznego. Historia Debory i Bruna wydaje się poszatkowana - poznajemy jedynie nieliczne jej fragmenty i naprawdę trudno uwierzyć w rzekomo łączące ich gorące uczucie. Słowne deklaracje - nomen omen stosunkowo infantylne - wydają się być jedynym jego dowodem. Nie spoilując fabuły, cała historia przybiera jeszcze bardziej abstrakcyjne rozmiary w drugiej części. 

„Esesman i Żydówka” to powieść, która przyniosła mi spore rozczarowanie. Po tylu pozytywnych opiniach spodziewałam się historii na naprawdę wysokim poziomie a tymczasem otrzymałam pozycję, którą owszem, czyta się lekko, ale nic ponad to. Jeżeli chodzi o powieści osadzone na tle II wojny światowej z wiodącym wątkiem romantycznym, na rynku wydawniczym istnieje wiele lepszych tytułów. Wydaje się być osamotniona w swojej opinii, ale jeśli zastanawiacie się nad lekturą - dobrze to przemyślcie i chociaż nie nastawiajcie się za bardzo. 

Esesman i Żydówka” Justyna Wydra; wydawnictwo Zysk i S-ka; Poznań 2015 ★★

piątek, 9 grudnia 2016

5 najlepszych książek jesieni


Gdzieś w połowie tego roku, prawdopodobnie w wakacje, przeżywałam porządny kryzys czytelniczy. Nie chodzi o to, że czytałam mało, ale miałam nieprzyjemne wrażenie, że żadna z lektur nie satysfakcjonuje mnie absolutnie w 100%. Chciałam żeby coś mnie zachwyciło, nawet jeśli w konsekwencji miałoby mi to zafundować chwilowego kaca książkowego. Prosiłam Was nawet o pomoc na fanpage’u, żebyście polecili mi coś co Was w sobie rozkochało. Dobrze jest mieć ten okres za sobą. W trakcie trzech miesięcy jesieni - września, października i listopada - udało mi się przeczytać 34 pozycje. Owszem, natrafiłam na kilka tytułów, które mnie rozczarowały, ale za to pojawiły się też historie, które całkowicie mi to zrekompensowały. I wybór najlepszej piątki był naprawdę trudny. Ale w końcu się udało. 

Osobliwe i cudowne przypadki Avy Lavender, Leslye Walton

Przyznaję to ze wstydem, ale, pomimo mojej ekscytacji polską premierą i tym że zażyczyłam sobie ów tytuł na świąteczny prezent, byłam niemal przekonana, że debiut Leslye Walton nie jest czymś co może mnie zachwycić. Gdybym zawsze miała się mylić w tak przyjemny sposób, mogłabym to jednak robić znacznie częściej. „Osobliwe i cudowne przypadki Avy Lavender” okazały się dla mnie bowiem jedną z najlepszych pozycji tego roku, a już zdecydowanie - najlepszą lekturą jesieni. Trudno przybliżyć tak naprawdę fabułę debiutu Leslye Walton - z jednej strony jest to opowieść o Avie Lavender, z drugiej autorka nie skupia się jedynie na jej postaci lecz opowiada o kilku pokoleniach rodziny dziewczyny - łatwo go za to scharakteryzować bo robi to za nas już sam tytuł. Jest osobliwie. I cudownie. To opowieść przepełniona emocjami - o poszukiwaniu miłości, o rozczarowaniu, o ludzkim okrucieństwie i o akceptacji - a kategoryzowanie jej jako Young Adult wydaje mi się najzwyczajniej w świecie krzywdzące. Cud, miód i orzeszki. 

Amerykaana, Chimamanda Ngozi Adichie

W przeciwieństwie do powieści Leslye Walton, spodziewałam się tego, że Chimamanda Ngozi Adichie poruszy we mnie jakieś najczulsze struny i zmusi do refleksji. Ale „Amerykaana” i tak zdołała mnie zaskoczyć, głównie tym jak inna jest od debiutu autorki, a mimo to równie dobra. Chimamanda Ngozi Adichie pisze o tym co rozumie i widać to w jej powieściach - autentyczność. „Amerykaana” to powieść poruszająca problematykę rasizmu, głównie w Stanach Zjednoczonych, ale ma też dużo bardziej uniwersalną stronę - mówi o poszukiwaniu swojego miejsca, o przesuwaniu granic i o tym jak ciężko nam czasami zrozumieć czym jest tak naprawdę nasze szczęście. Owszem, to opasłe tomiszcze, ale nie dawajcie się temu zniechęcić. Chimamanda Ngozi Adichie niezmiennie zachwyca. 

Muza, Jessie Burton

Czekałam na „Muzę” z niecierpliwością, mimo że tak naprawdę nie wiedziałam o czym opowiada i czy jest to “mój kawałek literatury”. Był. Nowa powieść Jessie Burton różni się od debiutu autorki i raczej nie byłabym w stanie wskazać, który z tych tytułów ujął mnie bardziej, ale przecież nie o to chodzi. W trakcie lektury widać progres jaki wykonała autorka - umiejętnie przeplata ze sobą dwa wątki rozgrywające się w zupełnie innych realiach, a każdy z nich jest równie zajmujący dla czytelnika. To powieść o miłości, rasizmie, podążaniu za swoją pasją, ale chyba przede wszystkim o sztuce - procesie tworzenia i potrzebie samodoskonalenia artysty. Zdecydowanie jest to też jedna z najpiękniej wydanych książek tego roku co teraz, gdy trafił w moje ręce egzemplarz finalny, mogę wreszcie potwierdzić. Ale to taka dodatkowa wisienka na torcie. 

Słowik, Kristin Hannah

Mam wrażenie, że jestem bardzo przewidywalna w tym zestawieniu i że w gruncie rzeczy mogliście sami dokładnie przewidzieć jakie tytuły w nim zamieszczę. I tak nie mogłam przecież nie wspomnieć o „Słowiku”, prawda? Kilka powieści osadzonych na tle II wojny światowej mnie w tym roku rozczarowało, ale pozycja Kristin Hannah zdecydowanie sprostała oczekiwaniom. Mimo że autorka bardzo łatwo mogła wpaść w pułapkę schematyczności i kilka z nich wplątało się do fabuły, jest w „Słowiku” coś ujmującego i wyjątkowego. To historia o miłości, ale tej siostrzanej; wielkiej odwadze i poświęceniu; i o różnych odmianach  heroizmu. Samo zakończenie ma w sobie trochę zbyt dużo cukru co z perspektywy czasu razi jeszcze bardziej, ale równocześnie nie niszczy dobrego wrażenia.  

Przewieszenie, Remigiusz Mróz

Sporo osób zachwyca się ostatnio „Behawiorystą”, ale ja jestem jeszcze na wcześniejszym etapie Mrozowego szaleństwa. Owszem, były pozycje lepsze od „Przewieszenia”, choćby „Szklany klosz”, ale to właśnie lektura powieści Remigiusza Mroza mnie najbardziej zaskoczyła. Nie byłam zachwycona pierwszym tomem trylogii o Forscie, ale drugi zdecydowanie przewyższył go poziomem. Jest w nim mniej rozmachu i sensacji i właśnie to ujęło mnie najbardziej. To plus przewijający się gdzieś w tle Kraków, Zakopane i polskie Tatry. Mówcie co chcecie, ale Mróz potrafi trzymać w niepewności i zwalić z czytelnika z nóg. Jak widzieliście już w TBR-ze, zabieram się niedługo za „Trawers” i naprawdę nie mogę się doczekać.

Koniecznie pochwalcie się co Was zachwyciło jesienią. Może wśród tytułów znajdę inspirację do swoich czytelniczych planów. 

czwartek, 8 grudnia 2016

Kobieta w klatce, Jussi Adler-Olsen


Po raz pierwszy usłyszałam o twórczości Jussiego Adlera-Olsena, kiedy pracowałam w księgarni, a młoda para poprosiła mnie o pomoc w poszukiwaniach zagubionego na półkach egzemplarza „Zabójcy bażantów”. Poza ogólną informacją, że powinnam szukać w dziale z kryminałami/thrillerami/horrorami, nie wiedziałam jednak tak naprawdę nic na temat samej fabuły. Kolejny raz ów nazwisko obiło mi się o uszy dopiero rok później, na nowo utworzonym kanale książkowym - Przekartkowane. Byłam zaintrygowana. 

Carl Mørock powraca z urlopu zdrowotnego do pracy na Komisariacie. W trakcie nieudanej akcji policyjnej zginął jeden z jego kolegów, a drugi został sparaliżowany, detektyw Mørock poniósł za to straty na psychice. Problemy i nieprzyjemna atmosfera jaką roztacza w zespole sprawiają, że Carl, pod pretekstem pozornego awansu, zostaje przeniesiony na szefa Departamentu Q. W piwnicach komisariatu gdzie znajduje się jego siedziba Carl i jego tajemniczy pomocnik Assad mają badać nierozwiązane zagadki a tych, jak wiadomo, jest całkiem sporo. Jedną z nich jest sprawa młodej parlamentarzystki, Merete Lynggard, która przed pięciu laty zaginęła bez śladu z promu. 

Tym co osobiście przyciągnęło moją uwagę był wątek Departamentu Q. Motyw rozwiązywania zagadek sprzed lat wydawał mi się niesamowicie fascynujący - szukanie nowych tropów i weryfikowanie tych starych; odtwarzanie przeszłości. O dziwo, to właśnie wątek Marete Lynggard wypada na tle całej powieści najsłabiej. Być może przez przypadek, Jussi Adler-Olsen pozostawił swoim czytelnikom za dużo wskazówek, niemal od początku możemy się domyślić kto stoi za zaginięciem kobiety a mniej więcej w połowie (na długo przed Carlem Møntero) znamy także motywy sprawcy. 

Szkoda bo element zaskoczenia wydaje się być jednym z kluczowych punktów thrillera, ale równocześnie nie przekreśla to powieści Jussiego Adlera-Olsena. Autorowi udaje się zbudować i utrzymać atmosferę grozy i niepewności odnośnie losy Merete. To właśnie fragmenty, w których uzyskujemy odpowiedzi na pytanie co działo się z nią przez te pięć lat budzą w czytelniku najwięcej emocji - głównie przerażenie i stanowią jedne z największych atutów jakimi dysponuje autor. Kolejnym z nich są bohaterowie. 

Owszem, Carl Mørock nie wyróżnia się się może na tle innych skandynawskich komisarzy - z mroczną przeszłością, rodzinnymi problemami i niespotykaną skutecznością; ale nie można powiedzieć tego samego na temat Assada. Pomocnik komisarza, podający się za syryjskiego uchodźcę, ze swoją tajemniczą przeszłością, fascynacją sprawą i ostrą kuchnią a także nieznajomością pewnych duńskich słów jest jedną z ciekawszych postaci z jakimi zetknęłam się w thrillerach. To właśnie Assad wprowadza do fabuły jeszcze więcej tajemniczości i sporo humoru. 

„Kobieta w klatce” to całkiem przyzwoity thrillera ciekawie nakreślonymi bohaterami i odpowiednio zbudowaną atmosferą. Trudno jednak pozbyć się wrażenia, że autor nie pokazał jeszcze wszystkiego na co go stać - choćby w kontekście tego by dłużej utrzymywać swych czytelników w niewiedzy i zapewnić im efekt zaskoczenia. Mam jednak wrażenie, że teraz może być już tylko lepiej. I obym się nie zawiodła. 

„Kobieta w klatce” Jussi Adler-Olsen; wydawnictwo słowo/obraz terytoria; Gdańsk 2007 ★★★