poniedziałek, 31 października 2016

Podsumowanie października


Październik zawsze jest nieco zwariowanym miesiącem. Człowiek wraca po trzech miesiącach na uczelnie i musi na nowo przyzwyczaić się do pewnego trybu życia. Trochę obawiałam się tego jak to będzie wyglądać w tym roku, jako że rozpoczynam trzeci i ostatni rok studiów licencjackich, ale jestem mile zaskoczona. Mam naprawdę niewielką liczbę zajęć i egzaminów, pomysł na pracę i póki co załatwioną kwestię praktyk (więc odchodzą kolejne obowiązki). Zresztą, widać to w liczbie przeczytanych przeze mnie lektur. Nie dość, że człowiek miał sporo wolnego czasu to jeszcze wrócił do podróży komunikacją miejską (która jest miejscem gdzie pożeram największą ilość tytułów). A żeby nie zanudzić Was za bardzo, zapraszam do szybkiego podsumowania. 

PRZECZYTANE:



NAPISANE:

Bardzo chciałam wprowadzić jakieś urozmaicenie, ale na blogu najczęściej pojawiały się jednak recenzje (nieopublikowane teksty nadal zalegają mi w zeszycie). O czym konkretnie Wam opowiedziałam? O „Projekcie “Rosie””, „Pochłaniaczu”, „Wstydzie”, „Osaczeniu”, „Szklanym kloszu”, „Ponad wszystko”, „Słowiku”, „Wersjach nas samych”, „Black ice”, „Nie poddawaj się”, „Prawdzie o dziewczynie” i dwóch tomach Parabellum - „Parabellum. Horyzont zdarzeń” i „Parabellum. Głębia osobowości”. Oprócz tego opublikowałam zaległe podsumowanie września, tradycyjne zestawienie obiecujących premier, TBR na jesień, post o seriach jakie skończyłam w tym roku i krótkie przemyślenia na temat tego czy blog wpłynął na moje czytanie. 

Jestem ciekawa jak upłynął Wasz październik? Czy daliście się ponieść jesiennej aurze i czytaliście z jeszcze większą zawziętością czy raczej wręcz przeciwnie?

niedziela, 30 października 2016

Parabellum. Głębia osobliwości, Remigiusz Mróz


Po lekturze ostatniego już tomu trylogii Parabellum autorstwa Remigiusza Mroza nasuwa mi się wiele wniosków. Po pierwsze, doskonale dostrzegam dlaczego książkowa blogosfera pokochała tak tego autora a ów trylogię w jakiś szczególny sposób. Po drugie, dokonałam doskonałego wyboru wypożyczając od razu trzy tomy gdyż najlepiej czyta się je w krótkim odstępie czasu. Po trzecie, trochę w nawiązaniu do poprzedniego wniosku, absolutnie nie rozumiem jak udało Wam się tyle wytrzymać w oczekiwaniu na finał. 

Po nieoczekiwanym połączeniu ze starym przyjacielem z armii, Bronek planuje przedostać się na Zachód, gdzie mają zostać sformowane polskie oddziały. Niestety, nie wszystko układa się zgodnie z planem i starszy Zaniewski zostaje zmuszony do samotnej tułaczki. Jego brat znajduje się tymczasem w tragicznym położeniu i tym razem jest już na granicy śmierci. Zresztą, oficerowi SS Christianowi Leitnerowi także udaje się ujść z życiem z Francji. Zdradzony przez przyjaciela, nadal zauroczony Marią, zaskoczony informacjami o Rzeszy i wciąż nieświadomy tego co dzieje się z jego rodziną - Leitner musi zdecydować czy ważniejsza jest dla niego lojalność względem kraju czy ludzi. 

„Parabellum. Głębia osobliwości” to zdecydowanie najgrubsza i najbardziej przepełniona akcją część trylogii, w której Remigiusz Mróz wystawia cierpliwość czytelnika na próbę. Autor kontynuuje tendencje do tego by przerywać wątek w najciekawszym momencie i przeskakiwać do innego a tym samym mobilizować do dalszej lektury. Przyznaję, że w tym tomie wyjątkowo jeden wątek nie wzbudził we mnie aż takiego zainteresowania, ale nawet jemu obiektywnie trudno zarzucić nudę. 

Remigiusz Mróz nie tylko przenosi nas w kolejne zakątki Europy (a nawet świata). Pozwalam nam także lepiej poznać najbardziej intrygującą z postaci - Christiana Leitnera; przybliżyć wątek niemieckich obozów pracy a nawet wplata wątek kryminalny rodem z powieści Agathy Christie. I chociaż znaczna część bohaterów jest cywilami albo żołnierzami znajdującymi się z dała od swoich oddziałów, w powieści nie brak scen walki. „Parabellum. Głębia osobliwości”, jak i poprzednie tomy, przepełnione są brutalnością i o pewnych kwestiach w niej poruszanych czyta się wręcz niewygodnie.

Wiem o co chodziło niektórym z czytelników, że samo zakończenie jest niemal za bardzo przesłodzone i nierealne. Trzeba jednak oddać, że epilog nie jest tak naprawdę finałem. Autor zostawił otwartą furtkę byśmy sami dopowiedzieli zakończenie. I aż chciałoby się poprosić by również Remigiusz Mróz dodał jeszcze ostatnie słowo - w końcu wojna nie dobiegła jeszcze końca a niektóre wątki (choćby Christiana Leitnera czy Blankienburga) wręcz proszą się o kontynuowanie. 

„Parabellum. Głębia osobliwości” utrzymuje mocny poziom poprzednich tomów trylogii. Remigiusz Mróz stworzył wciągającą historie przepełnioną akcją i brutalnością i równocześnie przybliżającą pewne realia historyczne. A wykreowane przez niego postacie są na tyle przekonujące i ujmujące, że aż żal się z nimi żegnać. Jeśli jeszcze nie znacie braci Zaniewskich i Leitnera, najwyższy czas to naprawić. 


Parabellum. Głębia osobliwości” Remigiusz Mróz; wydawnictwo Czwarta strona; Poznań 2016 ★★★★

piątek, 28 października 2016

Prawda o dziewczynie, T. R. Richmond


Od kilku miesięcy towarzyszy mi potrzeba sięgnięcia po naprawdę dobry thriller, który przyssie mnie do lektury i podniesie odrobinę tętno. Żeby pozbyć się w końcu tej potrzeby ściągam z własnej biblioteczki kolejne tytuły, które rzekomo są przedstawicielami gatunku. Niestety, póki co bezskutecznie - albo są to pozycje, które wzbudzają we mnie raczej ambiwalentne uczucia, albo w ogóle nie mogę w nich odnaleźć nic z thrillera. Zmniejszając moją listę TBR coraz bardziej, sięgnęłam w końcu po debiut brytyjskiego pisarza T. R. Richmonda. Tyle że pomimo raczej niewielkich oczekiwań, „Prawda o dziewczynie” wciąż pozostawiła mnie raczej w stanie głębokiego rozczarowania. 

Alice Salmon, dwudziestopięcioletnia dziennikarka i działaczka społeczna, pewnego zimowego poranka zostaje wyłowiona z rzeko niedaleko od swojego dawnego college’u. Nikt nie wie co zdarzyło się tak naprawdę przy moście. Alice odłączyła się od swoich przyjaciół i tajemnice swojej śmierci zebrała ze sobą. Niektórzy, wspominając jej autodestruktywność, podejrzewają że kobieta popełniła samobójstwo; inni zrzucają winę na karby spożytego alkoholu a nieliczni wysuwają teorię o morderstwie. Prof. Jeremy Cooke, którego z rodziną Salmon łączyła pewna historia, postanawia spisać opowieść o życiu Alice ze skrawków jej codzienności - odpowiedzieć na pytanie kim tak naprawdę była dziewczyna i co zdarzyło się nad rzeką. 

T. R. Richmond wyraźnie obrał tor jaki wyznaczyła „Zaginiona dziewczyna” powieści powstałe na jej fali. Po pierwsze, skupił fabułę wokół tajemnicy dotyczącej całkiem zwyczajnej, niepozornej dziewczynie. Po drugie, oddał głos narratorom, w których czytelnik nie do końca może pokładać wiarę. Tym co natomiast wyróżnia „Prawdę o dziewczynie” jest niecodzienna - zwłaszcza jak na thriller - forma. T. R. Richmond opowiada historie za pośrednictwem rozmaitych listów, maili, transkrypcji z przesłuchań. „Prawda o dziewczynie” stanowi swego rodzaju współczesną wersje powieści epistolarnej, co jest jej niewątpliwą zaletą. Ale to tyle. 

Pomijając formę, nie znalazłam nic co by mnie przekonało do debiutu T. R. Rochmonda. A nawet i ta forma zaczęła mi w pewnym momencie przeszkadzać. Autor nie zachował żadnej chronologii w rozmieszczeniu poszczególnych tekstów. I choć początkowo dostrzegałam w tym jakiś sens, pod koniec lektury nie mogłam pozbyć się wrażenia, że w powieści panuje niesamowity wręcz chaos a pewne fragmenty są wręcz zbędne z perspektywy całej historii. 

Abstrahując od formy, byłam po prostu znudzona przedstawioną historią. Brakowało mi suspensu i napięcia, którego poszukuje przy lekturze thrillerów i naprawdę nie rozumiem dlaczego autor poświecił najwięcej uwagi postaci profesora skoro nie była to powieść o nim lecz Alice. Autorzy przyzwyczaili mnie do tego, że czasami nie można odczuwać sympatii do wszystkich bohaterów, ale wypadałoby by budził on chociaż zainteresowanie czytelnika a nie jedynie irytację. Pomimo że „Prawda o dziewczynie” to krótka powieść a ja nie miałam akurat na głowie żadnych obowiązków, spędziłam nad jej lekturą niemal tydzień czasu i momentami musiałam się niemal zmuszać by zasiąść do czytania. 

„Prawda o dziewczynie” okazała się rozczarowująca. Pomimo że naprawdę doceniam formę jaką wykorzystał autor i fakt, że koniec końców dowiadujemy się co przydarzyło się Alice, nie mogę pozbyć się wrażenia, że T. R. Richmond nie wykorzystał potencjału leżącego w tej historii. Jeśli jesteście ciekawi w jaki sposób sami ocenilibyście ten tytuł polecam śledzić wam Znakowe promocje - sama upolowałam tam ów tytuł za niecałe 8 zł. Ale osobiście raczej odradzam Wam lekturę i rozpaczliwie proszę Was o poradę w sprawie dobrego thrillera. 

Prawda o dziewczynie” T. R. Richmond; wydawnictwo Otwarte; Kraków 2016 ★★

czwartek, 27 października 2016

Nie poddawaj się, Rainbow Rowell


Twórczość Rainbow Rowell ogółem budzi we mnie niesamowicie ciepłe uczucia, ale to „Fangirl” niezmiennie pozostaje powieścią, za którą najbardziej cenię ów autorkę. Tym bardziej powinnam odczuwać ekscytacje premierą „Nie poddawaj się”, w końcu historia Simona i Baza pojawiła się we fragmentach tamtej powieści jako fanfik stworzony przez główną bohaterkę Cath - tylko że nie do końca tak było. Owszem, byłam ciekawa jak autorka poradzi sobie w nowym gatunku i czym zachwyca się zagraniczny booktube. Ale równocześnie miałam dziwne przeczucie,  że to już nie będzie to samo. I nie było. 

Simon Snów powraca do Szkoły Czarodziejów w Watford na swój ostatni rok nauki. Sytuacja w Świecie Magów jest napięta - czarodzieje walczą między sobą o władzę; Szarobur dokonuje kolejnych zniszczeń; a rozmaite magiczne stworzenia życzą Simonowi śmierci. Całej sytuacji nie ułatwia także fakt, że pomimo lat nauki i wsparcia przyjaciółki - Penelope, chłopak nie potrafi wciąż zapanować nad własną magią a jego głowę cały czas zaprząta Baz. Współlokator i największy wróg Simona najpierw sprawił, że rozstał się z Agathą a potem nie wrócił po wakacjach do szkoły. Z pewnością knuje coś niedobrego. 

„Nie poddawaj się” znacząco różni się od pozostałych powieści autorki i równocześnie posiada z nimi wiele punktów wspólnych. Rainbow Rowell, nawet w historii fantastycznej, tworzy niesamowicie rzeczywistych bohaterów z którymi łatwo jest się utożsamić ze względu na wszelkie ich niedoskonałości - w wyglądzie, zachowaniu czy charakterze. I równe sukcesywnie przedstawia łączące ich relacje - zwłaszcza tą łączącą Simona i Baza. Nie jest tajemnicą, że „Nie poddawaj się” porusza wątki LGBTQ i chociaż miałam pewne wątpliwości jak autorka sobie z nim poradzi to właśnie przedstawiony w powieści związek przekonał mnie najbardziej. 

Rainbow Rowell ma przy tym niesamowicie lekkie, dowcipne pióro - o czym przekonała nas już wcześniej i gdyby „Nie poddawaj się” było młodzieżową obyczajówką nie miałabym się do czego przyczepić. Ale mam. Rainbow Rowell podejmuje próbę wykreowania własnego świata, tyle że do złudzenia przypomina on ten stworzony przez J. K. Rowling w Harry'm Potterze. A podobieństwa nie występują jedynie na płaszczyźnie kreacji świata. Szkoła magii, wystawne posiłki, Wybraniec wychowany w świecie zwykłych ludzi; ukazanie bliskiej relacji głównego bohatera z dyrektorem i opiekunem/opiekunką zwierząt. 

Autorka różnicuje te dwie historie w znaczący sposób w drugiej połowie powieści, gdy tak naprawdę dopiero zaczyna się akcja. Owszem, dowiedzieliśmy się w „Fangirl”, że seria o Simonie Snowie jest czymś na kształt Harry'ego Pottera, ale wówczas nie był to główny element historii. Nie da się też ukryć, że momentami w trakcie lektury „Nie poddawaj się” czujemy się dokładnie tak jakbyśmy coś pominęli [coś czyt. poprzednie tomy serii] i zostali wrzuceni już w środek historii, bez wszystkich potrzebnych informacji. Dawno nie czułam się tak rozdarta po lekturze. 

„Nie poddawaj się” uwiodła mnie pod wieloma względami, ale przyniosła ze sobą także pewną dozę rozczarowania. Rainbow Rowell po raz kolejny udowadnia lekkość pióra i umiejętność do kreowania niesamowitych postaci. Wszystko wskazuje jednak na to, że po prostu preferuje jej “poprzednie wydanie” a nie powieści fantastyczne. Czy żałuję lektury? Absolutnie nie - zwłaszcza przez wzgląd na Baza&Simona. Jestem też ogromnie ciekawa czy pozostanę odosobniona w swojej opinii a już zwłaszcza - jak ów historie odbiorą dotychczasowi krytycy Rainbow Rowell. 

Za lekturę dziękuję wydawnictwu Harper Collins

Nie poddawaj się” Rainbow Rowell; wydawnictwo Harper Collins; Warszaws 2016 ★★★½

środa, 26 października 2016

Black ice, Becca Fitzpatrick


„Szeptem”, nie cała seria, ale właśnie pierwszy tom, była jedną z pierwszych powieści jaką przeczytałam na moim po-Zmierzchowym szaleństwie. Mimo że mam przez to ogromny sentyment do Becki Fitzpatrick jakoś nie złożyło się potem żebym sięgnęła po jakąkolwiek inną powieść jej autorstwa. Szaloną znakową promocję uznałam za znak, że powinnam to zmienić. „Black ice” to taka dziwna powieść - powieść, która zbiera raczej negatywne opinie wśród zagranicznych booktuberów a zaskarbiła sympatię polskich czytelników, co zdarza się niezwykle rzadko. A jeszcze dziwniejsze jest to, że osobiście rozumiem obie strony. 

Britt nie potrafi zapomnieć o swoim chłopaku i zależy jej na tym by go odzyskać. Zamiast wakacji na Hawajach wybiera wyprawę wzdłuż łańcucha górskiego Tenton, do której przygotowywała się cały rok i tym samym zwrócić na siebie uwagę Calvina. To czego nie przewidziała Britt to nieoczekiwana śnieżyca, która uniemożliwia dziewczynie i jej przyjaciółce dotarcie do domku w górach. Błądząc po okolicy dziewczyny znajdują jednak schronienie - niewielki domek na poboczu, w którym przebywa dwójka przystojnych młodych mężczyzn. Wymarzona wyprawa szybko zmienia się w koszmar, kiedy jeden z nich wyciąga broń i zmusza Britt do przeprowadzenia ich przez góry. Komu może ufać dziewczyna?

Już po lekturze „Black ice” zapoznałam się z kilkoma opiniami na Goodreads na jej temat i z zaskoczeniem odkryłam, że sama dostrzegłam niemal wszystkie błędy jakie wytykali Becce Fitzpatrick czytelnicy. Poczynając od bohaterki, która wydawała się ślepo zaślepiona swoim uczuciem do Cala a potem zaskakująco szybko przerzuciła zainteresowanie na innego bohatera - do którego powinna czuć niemal wyłącznie nienawiść; poprzez ukazanie chorej “przyjaźni”, która nie miała nic wspólnego z “siostrzaną więzią” a przypominała raczej rywalizacje; a kończąc na przesłodzonym zakończeniu, które nijak miało się z rzeczywistością. 

Mówię o zaskoczeniu bo,  pomimo że dostrzegłam w trakcie lektury „Black ice” wszystkie te wady, dawno tak dobrze nie bawiłam się w trakcie lektury, zwłaszcza Young Adult contemporary. Becca Fitzpatrick zdecydowanie stworzyła coś nowego - historia Britt ma coś z thrillera a atmosfera napięcia, niebezpieczeństwa i mroźnych gór niemal przebija z każdej czytanej strony. „Black ice” czyta się szybko i z zaangażowaniem a czytelnik, który raczej nie sięga po thrillery zbyt często, może być nawet zaskoczony fabularnym twistem. Ja nie byłam, ale, o dziwo!, nie wpłynęło to na moje odczucia. 

Jest w powieści Becki Fitzpatrick coś uzależniającego. W trakcie lektury towarzyszyło mi uczucie podobne do tego gdy oglądam jakąś dobrą “teen oprę” - doskonale zdawałam sobie sprawę z tego, nie jest powieścią dobrą, ale kontynuowałam czytanie i zamiast irytacji, odczuwałam jedynie czystą przyjemność. Becca Fitzpatrick była bliska przekroczenia granicy “lekkiej i przyjemnej” a po prostu “złej”, momentami wręcz na niej balansowała, ale w moim odczuciu ostatecznie jej nie pokonała. 

„Black ice” to coś nowego w gatunku Young Adult. Becca Fitzpatrick pisze lekko i uzależniająco a ponad to nadaje powieści odpowiedni klimat. Kilka lat temu pewnie byłabym zachwycona, ale nawet teraz nie żałuję lektury. A jeśli i Wy przepadacie za literaturą YA, ale macie dość nieco już banalnych opowieści o wakacyjnej miłości; albo chcielibyście spróbować jakiegoś thrillera, ale do tej pory czytaliście same młodzieżówki - powinniście dać Becce Fitzpatrick szansę. 

Black ice” Becca Fitzpatrick; wydawnictwo Moondrive (Otwarte); Kraków 2014 ★★★

poniedziałek, 24 października 2016

Wersje nas samych, Laura Barnett


Prawda jest taka, że moja opinia na temat debiutu Laury Barnett jest niesamowicie subiektywna i podyktowana ogromnym sentymentem do owego tytułu. Po raz pierwszy zetknęłam się z „Wersją nas samych” w Londynie na lotnisku, kiedy to przyciągnęła mnie urocza okładka (niestety, nie ta, która reprezentuje polskie wydanie) i równie obiecujący opis. Pamiętam, że chciałam ją wówczas zakupić i zabrać ze sobą do Polski, ale ostatecznie jakoś nic z tego nie wyszło. A kiedy dojrzałam ów tytuł w zapowiedziach wydawnictwa Czarna owca, wiedziałam, że będę musiała w końcu zapatrzyć się w “londyńską powieść”. 

Eva, dziewiętnastoletnia studentka żydowskiego pochodzenia, ma niezwykle przystojnego i kochającego ją chłopaka Davida i wielkie marzenia o zostaniu pisarką. Jim to młody student prawa, który odziedziczył po ojcu duszę artysty i ogromny talent, ale który obrał bezpieczną ścieżkę zawodową by nie sprawić zawodu matce. Ich losy splatają się pewnego dnia na skutek niegroźnego wypadku z udziałem roweru, psa i kamienia; młodzi z miejsca się w sobie zakochują a potem powoli budują wspólne życie. Ale co wydarzyłoby się gdyby Eva nie wywróciła się wówczas na rowerze? Albo gdyby zdecydowała się na życie z Davidem zamiast Jima?

„Wersje nas samych” to tak naprawdę trzy historie przedstawiające różne ścieżki życia Evy i Jima, zależne od tego jakie podjęli decyzje w dniu nieszczęsnego zdarzenia. I już sam ten koncept zasługuje na uwagę. Laura Barnett miała niesamowity pomysł na swoją debiutancką powieść i udźwignęła jego ciężar w trakcie pisania. Równocześnie jednak doskonale zdaje sobie sprawę z tego jak specyficzny jest to pomysł oraz faktu, że nie każdy doceni debiut autorki - w pewnym momencie sama miałam do niego pewne zastrzeżenia i wydawało mi się, że sam koncept nie udźwignie całej powieści. 

Historia przedstawiona na kartach debiutu Laury Barnett składa się z urywków codzienności Evy i Jima, w rożnych latach ich życia (ale ułożonych w sposób chronologiczny) i w trzech różnych możliwościach. Te urywki są stosunkowo krótkie i dotyczą tylko jednego aspektu - czy to życia uczuciowego bohaterów, czy to ich bliskich wreszcie sukcesów zawodowych. A chociaż można by je poznać w dowolny sposób (np. najpierw wszystkie rozdziały zatytułowane jako obraz pierwszy, potem drugi i trzeci) kolejność zasugerowana przez autorkę - czyli przeplatające się rzeczywistości - sprawia że łatwiej dostrzec to co chciała ukazać autorka przez swój koncept. 

Przyznaję że był moment, w którym wydawało mi się, że koncept to za mało - i wspomniałam o tym nawet komuś na portalu Goodreads - ale potem dostrzegłam, że wcale nie mam racji. Laurze Barnett udało się oddać nieuchronność pewnych wydarzeń a także fakt, że bez względu na podjęte decyzje każdy z nas doświadcza w życiu zarówno chwil radości jak i smutku. Po prostu niekiedy proporcje między nimi zostają zachwiane. Doceniam też fakt, że autorka wytłumaczyła w powieści znaczenie tytułu, zwłaszcza że nastąpiło to w niewymuszony, subtelny sposób. 

„Wersje nas samych” to oryginalnie przedstawiona historia życia zwykłych ludzi, historia na którą spoglądam z ogromnym sentymentem a teraz także u szacunkiem dla autorki. Ale choć sama pozostaje pod jej wrażeniem wiem że taki sposób opowiedzenia, bądź co bądź zwykłej historii dla niektórych okaże się niewystarczające by czerpać przyjemność z lektury a być moze będzie nawet przeszkadzał. I dlatego tym razem nie polecę wam jednoznacznie debiutu autorki, tylko zostawię z sugestia - może warto. 

Wersje nas samych” Laura Barnett; wydawnictwo Czarna owca; Warszawa 2016 ★★★★

sobota, 22 października 2016

Słowik, Kristin Hannah


Czekałam na premierę „Słowika” odkąd na fanpage’u wydawnictwa Świat Książki mignęła mi informacja o planowanym polskim wydaniu. Umieściłam nawet ów tytuł w subiektywnym zestawieniu najbardziej pożądanych przeze mnie zapowiedzi tego roku. Powiedzieć, że miałam wysokie oczekiwania - po tych wszystkich pozytywnych recenzjach zza granicy i przyznanych nagrodach - to niedopowiedzenie. Rzuciłam się do lektury „Słowika” tuż po tym jak otrzymałam swój egzemplarz, spragniona powieści, która wreszcie mnie zachwyci. I w gruncie rzeczy się nie zawiodłam. 

Isabelle i Vianne są siostrami, ale tak naprawdę nigdy nie były sobie bliskie. Pomimo upływu lat Isabelle nie wybaczyła siostrze, że po śmierci matki, tak jak ojciec, opuściła ją i oddała obcym ludziom pod opiekę. Dzieli je wiek, spojrzenie na świat i ów bolesne wspomnienie i nawet wojna nie sprawia, że stają się sobie bliższe. Każda radzi sobie na własny sposób. Harda i odważna Isabelle nie zamierza biernie przyglądać się upadkowi kraju i dlatego dołącza do ruchu oporu. Vianne chce zapewnić jedynie bezpieczeństwo sobie i swojej córeczce, przynajmniej do powrotu męża i w tym celu godzi się nawet dzielić dom ze swoim wrogiem. 

Można by przypuszczać, że przy tak dużej ilości powieści rozgrywających się na tle II wojny światowej opowiadane historie stają się wtórne. To prawda, że „Słowik” powiela pewne motywy i wartości, ale Kristin Hannah oferuje swoim czytelnikom także coś więcej. Coś ponad obraz ogarniętego cierpieniem kraju; bestialstwa ze strony bliźniego (czasami nawet kogoś z kim nie tak dawno mijano się w drzwiach sklepu); heroicznych czynów całkiem zwyczajnych ludzi, którzy poświęcili własne życie dla obcej osoby; wykradzionych chwil szczęścia pośród całego tego okrucieństwa. Kristin Hannah podkreśla rolę kobiet w tej historii. 

„Słowik” to przede wszystkim portret kobiet zaangażowanych w walkę o wolność i sprawiedliwość, które odwagą dorównywały często nie jednemu mężczyźnie (a pod pewnymi względami były może nawet od nich silniejsze). Kristin Hannah z szacunkiem i dbałością na przestrzeni całej powieści przedstawia kilkanaście takich sylwetek, ale szczególnie przypatruje się głównym bohaterkom - Isabelle i Vianne, które uosabiają dwie odmienne, ale nie mniej budzące respekt postawy. Pomimo oczywistego heroizmu, autorka nie idealizuje tych postaci nadmiernie - pokazuje ich wątpliwości, strach i chwile ludzkiego egoizmu - a tym zyskała moje uznanie jeszcze bardziej. 

Kristin Hannah pisze lekko, prostym językom, ale pojawiają się zdania, które od razu chwytają czytelnika za serce. Początkowo miałam wrażenie, że pewne kwestie zostały poruszone zbyt szybko - i że Kristin Hannah zastosowała kilka “tanich chwytów”. Potem zrozumiałam jednak, że w czasach gdy każdy dzień może być ostatnim na pewne aspekty życia patrzy się inaczej. O dziwo!, tym co ostatecznie sprawiło, że dałam się oczarować „Słowikowi” był fakt, że autorka usunęła na drugi plan wątek miłosny. Widać priorytety Kristin Hannah - odwaga kobiet, skomplikowana relacja siostrzana między bohaterkami i ta jaka łączy je z ojcem a dopiero potem ewentualny romans. 

„Słowik” nie zdobył uznania czytelników przez przypadek. Kristin Hannah stworzyła wzruszającą opowieść o niesamowitej odwadze, w której to kobiety poświęcają własne bezpieczeństwo czy też ponoszą inne, równie dotkliwe ofiary. Ważne by o takich historiach pamiętać i  o nich mówić. Czy Kristin Hannah zachwyci każdego? Prawdopodobnie nie- jak każda historia tak i ta zawiera pewne elementy, które nie spodobają się jakiemuś gronu. Ale mnie zdołała poruszyć w sposób jaki oczekiwałam. 

Za egzemplarz dziękuję wydawnictwu Świat Książki

Słowik” Kristin Hannah; wydawnictwo Świat Książki ; Warszawa 2016 ★★★★★

czwartek, 20 października 2016

Parabellum. Horyzont zdarzeń, Remigiusz Mróz


Znając samą siebie, przeszło dwadzieścia jeden lat jednak do czegoś zobowiązuje, i swoją haniebną tendencje do niekontynuowania rozpoczętych serii, nie zwlekałam długo z lekturą drugiego tomu trylogii „Parabellum”. Korzystając z tego, że moja lokalna biblioteka - która ostatnio często ratuje mój portfel - wreszcie zaopatrzyła się we wszystkie trzy tomy wchodzące w skład serii, dałam się ponieść swojej sympatii do bohaterów i zabrałam się za lekturę - zaskakująco cienkiego! - „Horyzontu zdarzeń”. 

Maria i Staszek kontynuują swoją ucieczkę na Zachód, mimo że teraz, po wydarzeniach jakie rozegrały się w Rawiczu, staje się to jeszcze trudniejsze. Ich fałszywa tożsamość została ostatecznie spalona, na dodatek doskonale zdają sobie sprawę, że ich złapanie stało się kwestią honoru dla Christiana Leitnera. Tymczasem po nieudanej próbie odbicia kapitana Obelta, drugi z braci Zaniewskich i jego towarzysze kierują się powoli do Baranowicz. Bronek chce odnaleźć Aniele, ale na drodze Polaków staje Armia Czerwona. 

„Parabellum. Horyzont zdarzeń” to tego typu kontynuacja, gdzie do lektury konieczna jest znajomość poprzedniego tomu. Fabuła rozpoczyna się dokładnie w momencie, w którym zakończyła się akcja pierwszego tomu, a fakt że Remigiusz Mróz od razu wrzuca nas w sam środek akcji i nie przypomina żadnych informacji sprawia, że o ile tylko macie taką możliwość - nie powinniście zwlekać zbyt długo z lekturą między tomami. Autor kontynuuje też sprawdzony sposób opowiadania historii czyli przeskakiwanie między trzema głównymi perspektywami. 

Nie wszystkie z ów wątków są w równym stopniu zajmujące - a jako że mamy już drugi tom, myślę, że każdy z czytelników znalazł już jakiegoś swojego faworyta. Ów różnice nie są jednak wyraźne i zależą tylko i wyłącznie od osobistych preferencji. „Parabellum. Horyzont zdarzeń” przepełniony jest akcją a wspomniane już wcześniej przeskoki tylko dynamizują fabułę. Drugi tom jest przy tym jeszcze bardziej brutalny i przepełniony bestialskimi zbrodniami wojennymi. Jeśli należycie do wrażliwych czytelników, być może nie do końca jest to lektura dla Was. 

Drugi tom nie przynosi odpowiedzi na wszystkie pytania a niektóre z nich wręcz mnoży co tylko zaostrza apetyt na ciąg dalszy. Pomimo że akcja nie rozciąga się na zbyt długi okres czasu, zaczynamy dostrzegać już pewną przemianę - niekoniecznie pozytywną - w bohaterach, zwłaszcza w młodszym Zaniewskim. Powieść nadal napędza raczej akcja i zwroty fabularne, ale dynamika charakterów bohaterów jest zawsze doskonałym dodatkiem. (Bez względu na wszystko, Christian Leitner nadal pozostaje moim osobistym ulubieńcem). 

„Parabellum. Horyzont zdarzeń” to naprawdę dobra kontynuacja, która nie powinna zawieść żadnego wielbiciela serii. Remigiusz Mróz po raz kolejny zachwyca czytelnika wartko poprowadzoną akcją, mocno osadzoną w realiach II wojny światowej. Jeśli znacie tom pierwszy, nie zwlekajcie z poznaniem „Parabellum. Horyzont zdarzeń”. A jeśli jeszcze nie zapoznaliście się z historią braci Zaniewskich, koniecznie nadróbcie zaległości. 

Parabellum. Horyzont zdarzeń” Remigiusz Mróz; wydawnictwo Erica; Poznań 2014 ★★★★

wtorek, 18 października 2016

Ponad wszystko, Nicola Yoon


Wielokrotnie zetknęłam się z sytuacją, w której zagraniczny booktube zachwycał się jakimś tytułem a kiedy w końcu został on wydany w Polsce, zbierał raczej negatywne opinie. Tak było chociażby w przypadku Rainbow Rowell (a już w szczególności w przypadku „Eleonory&Parka”), powieści duetu Amie Kaufmann i Meagan Spooner „W ramionach gwiazd” czy inspirowanej słowiańskimi wierzeniami „Wybranej” Naomi Novik. Wszystko wskazywało na to, że debiut Nicoli Yoon powtórzy ów schemat i dlatego, pomimo początkowej ekscytacji, wstrzymałam się chwilę z lekturą by odseparować się od wszystkich opinii i dać „Ponad wszystko” szansę. 

Madeline cierpi na nieuleczalną i nieprzewidywalną chorobę układu odpornościowego nazywaną zespołem SCID a znaną szerszemu gronu jako choroba chłopca z bańki. Dosłownie wszystko może wywołać u niej reakcje alergologiczną i w konsekwencji doprowadzić do jej śmierci. Maddy nie opuszcza murów swojego domu - wysterylizowanego i starannie ku temu przygotowanego - pobiera naukę przez internet a jedynymi osobami z jakimi utrzymuje bezpośredni kontakt jest opiekująca się nią pielęgniarka i jej matka-lekarka. Maddy wydaje się względnie pogodzona ze swoim życiem do czasu gdy do sąsiedztwa wprowadza się nowa rodzina. I Olly, chłopak, który dziwnym trafem niesamowicie przyciąga dziewczynę. 

Przyznaję, że podejrzewam co mogło spowodować rozczarowanie czytelników lekturą „Ponad wszystko” i myślę że dużą rolę odegrały właśnie zbyt wysoko postawione oczekiwania. Trochę przekornie - i tak uważam debiut Nicoli Yoon za jedną z ciekawszych powieści Young Adult - ciekawszych i bardziej wartościowych. „Ponad wszystko” jest lekką, momentami niemal przesłodzoną historią o miłości, ale równocześnie ma do zaoferowania trochę więcej niż tylko opowieść o pierwszym uczuciu. Nicola Yoon porusza nie tylko niebanalną tematykę - bo wątpię by większość czytelników słyszała o zespole SCID - ale także przedstawia ów historię w dosyć nieoczywisty sposób. 

„Ponad wszystko” oprócz narracji poprowadzonej z perspektywy Maddy, składa się także z innych rozmaitych i niejednokrotnie zabawnych skrawków - rysunków, definicji stworzonych przez samą bohaterkę czy choćby rozmów z komunikatorów internetowych (czatów czy też maili). Owszem, Nicola Yoon zastosowała w swojej historii motyw “nowego chłopca z sąsiedztwa” i “insta love”, a sama Maddy wydaje się nieco niedojrzała jak na swoje osiemnaście lat, ale pomysł na fabułę i pewne oderwanie bohaterki od świata zewnętrznego sprawiają, że stają się one w jakimś stopniu uzasadnione. 

Perspektywa Madeline, i ogólnie jej kreacja jako bohaterki, jest w pewnym sensie niesamowicie odświeżająca. Owszem, odrobinę naiwna, ale przede wszystkim niewinna jak u dziecka. Pewne kwestie, jak choćby przemoc w rodzinie czy nietolerancja czyiś preferencji seksualnych, zostają wspomniane jakby mimochodem - wplecione między wierszami i łatwe do przeoczenia a przez to w dziwny sposób jeszcze bardziej rzucające się w oczy. Trochę szkoda, że autorka zdecydowała się na takie a nie inne zakończenie. Tylko ono zaburzyło nieco moje pozytywne wrażenie z lektury i wydało się drogą na skróty (i nie chodzi mi o twist fabularny, ale o to w jaki sposób autorka go pociągnęła). 

„Ponad wszystko” to ciepła opowieść o pierwszej miłości i tego jak zmienia ona nasze spojrzenie na świat. Powieść, którą czyta się niesamowicie szybko - ze względu na jej “lekkość”, ale i oryginalną formę - ale która również oferuje czytelnikom coś jeszcze. Po kuble zimnej wody jakim były dla mnie negatywne recenzje, zasiadłam do lektury ze znacznie mniej wygórowanymi oczekiwaniami i myślę, że dzięki temu odebrałam tą historię jeszcze lepiej. Ja ze swojej strony zdecydowanie polecam Wam „Ponad wszystko” i liczę na to, że wydawnictwo zdecyduje się wydać także kolejną powieść autorki. 

Ponad wszystko” Nicola Yoon; wydawnictwo Dolnośląskie; Wrocław 2016 ★★★★

poniedziałek, 17 października 2016

Szklany klosz, Sylvia Plath


Istnieją takie pozycje, które, pomimo że nie znajdują się oficjalnie w kanonie lektur, wydają się takimi tytułami, które na pewnym etapie życia po prostu wypadałoby przeczytać i wyrobić sobie na ich zdanie własną opinię. A „Szklany klosz” jest właśnie jedną z nich. Przyznaje, że już od jakiegoś czasu zastanawiałam się nad jej lekturą, ale zwlekałam z tym, czekając na bliżej niesprecyzowany “odpowiedni moment”. Teraz zdecydowanie mogę powiedzieć, że tego nie żałuję - „Szklany klosz” jest powieścią, do której trzeba dojrzeć. 

Esther Greenwood jest dziewiętnastolatką z Bostonu, która otrzymała od losu ogromną szansę. Została doceniona przez poczytny magazyn miesięcznym pobytem w Nowym Jorkiem - zyskała pozycję stażystki w redakcji a oprócz tego może poznać miasto i brać udział w różnorodnych wydarzeniach kulturalnych. Neurotyczny charakter Esther całkowicie zmienia jednak koleje losu dziewczyny. 

„Szklany klosz” nie jest lekturą łatwą i żeby w pełni ją docenić, jak już wcześniej wspomniałam, należy do niej dojrzeć. Spotkałam się z opinią, że znajomość życia autorki - Sylvii Plath wpływa pozytywnie na odbiór powieści, bo pozwala czytelnikowi dostrzec w powieści wątki autobiograficzne. I z pewnością dużo jest w tym racji, ale równocześnie nie jest to warunek konieczny by docenić lekturę „Szklanego klosza”. 

Sylvia Plath wykazuje się niebywałą dojrzałością twórczą. Jej powieść stanowi doskonały obraz życia młodej kobiety w Nowym Jorku XX-wieku - ograniczonych możliwości jeśli chodzi o ścieżki kariery, trudne do sprostania oczekiwania społeczeństwa i jej stosunek względem rozgrywających się aktualnie wydarzeń historycznych (jak egzekucja Rosenbergów). Zaskakujące jak niektóre z poruszanych tematów wydają się aktualne nawet teraz, pomimo zmian w ludzkiej mentalności. 

Powieść Sylvii Plath ujmuje jednak przede wszystkim warsztatem autorki. „Szklany klosz” uchwyca perspektywę osoby zmagającej się z chorobą psychiczną - jej spojrzenie na świat, zobojętnienie i lęk przed tym, że rzeczywistość nie sprosta oczekiwaniom. Sylvia Plath posiada na dodatek niebywałe poetyckie pióro - język jaki stosuje przepełniony jest symboliką i niewymuszonymi metaforami. A choć nie ułatwia on szybkiej lektury, niektóre pozycje warto przeczytać wolniej by w pełni posmakować ów tytuł. 

„Szklany klosz” to przejmujący portret młodej, uzdolnionej pisarki, której choroba uniemożliwia czerpanie z życia pełnymi garściami. I chociaż powieść nie wciągnęła mnie od pierwszej strony, nie żałuję czasu jaki jej poświęciłam. Co więcej, myślę, że za jakiś czas do niej wrócę z nadzieją, że tym razem wyciągnę z lektury jeszcze więcej. „Szklany klosz” to pozycja, którą warto poznać w odpowiednim momencie życia, ale decyzja o tym, kiedy ów moment nadejdzie, znajduje się w Waszych rękach. 

Szklany klosz” Sylvia Plath; wydawnictwo Zysk i S-ka; Poznań 2004 ★★★★½

sobota, 15 października 2016

Serie skończone w 2016 roku #2


Systematyczność nie jest moją mocną stroną. Jak wspominałam Wam już kilkakrotnie, choć rzadziej ostatnimi czasy, mam przykrą skłonność do wykazywania tzw. “słomianego zapału”, z czym walczę zaciekle od szkolnych wad, ale co wciąż często przejmuje władze nad pewnymi aspektami mojego życia. Nie wiem czy publikowanie, a właściwie nie publikowanie, jakiegoś typu posta można nazwać ważnym jego aspektem, ale to właśnie na tym polu ostatnio zawiodłam. Chciałam do końca roku stworzyć podsumowanie wszystkich serii zakończonych przed 2016 i na bieżąco (czyt. po 5 seriach) pisać o cyklach, które skończyłam w bieżącym roku, no ale nie wyszło. Co też teraz staram się jakoś zatuszować ładnym uśmiechem w Waszą stronę i naprawić. 

Żeby jednak nie mówić o sobie samej w samych negatywach i dodać jakoś szczypty optymizmu, powinnam dodać, ze miło zaskoczyłam samą siebie skrupulatnie wypełniając swoje postanowienie noworoczne. Kończenie serii zawsze było moją zmorą, a tymczasem w 2016 roku, na chwilę obecną, skończyłam swoją przygodę z 11 cyklami (no, powiedzmy). O pięciu z nich pisałam już w osobnym poście, na jeden ostatni przyjdzie jeszcze czas (mam nadzieję, że wtedy gdy zbierze jeszcze kilka innych pozycji), a o pozostałych chciałam Wam opowiedzieć właśnie dzisiaj.


Trylogia Legenda, Marie Lu
Legenda. Rebeliant, Legenda. Wybraniec, Legenda. Patriota

Rebeliant był jedną z pierwszych pozycji dystopijnych jakie miałam okazje czytać. A jeśli ta informacja nic Wam nie mówi dodam, że czytałam ją wkrótce po premierze drugiego tomu czyli gdzieś w 2013 roku. Recenzenckie zobowiązania sprawiły, ze wkrótce po lekturze pierwszej części, przeczytałam drugą, ale po finał trylogii jakoś nigdy nie sięgnęłam - aż do tego roku. Nie będę Was oszukiwać, że jest to historia jakoś specjalnie wyróżniająca się w gatunku Young Adult, bo w dużej mierze powiela ona wiele schematów (dwie wybitne młode jednostki, które buntują się przeciwko systemowi), ale coś w niej jednak jest.

Marie Lu ma talent do tworzenia lekkich, “samo czytających” się historii, w których dominuje akcja, ale które nie zaniedbują kreacji bohaterów. Jestem uparta w swoim przekonaniu, że Day został zbyt mocno wyidealizowany (i to mój największy zarzut do serii), ale June jest jedną z lepiej napisanych bohaterek powieści młodzieżowych - równocześnie silna, ale nie wolna od słabości. I dlatego pomimo oczywistych mankamentów cyklu i jego czysto rozrywkowego charakteru, zdecydowanie warto dać mu szansę.

★★★★


Trylogia Zatraceni, Rachel van Dyken
Utrata, Toxic, Wstyd

Strasznie długo się wahałam czy naprawdę warto sięgnąć po cykl Rachel van Dyken, bo, wstyd się przyznać, odstraszyły mnie okładki. W końcu się przemogłam i, mimo że daleko mi do zachwytów niektórych z Was, mam całkiem miłe skojarzenia z ów cyklem. Rachel van Dyken decyduje się na dosyć popularny w gatunku New Adult zabieg by kolejne tomy serii nie stanowiły bezpośredniej kontynuacji lecz przedstawienie losów bohaterów drugoplanowych. Możecie czytać poszczególne części bez znajomości poprzednich, ale, między Bogiem a prawdą, pierwszy tom jest chyba najlepszy. 

Rachel van Dyken umie grać na emocjach swoich czytelników - momentami jest smutno, innym razem zabawnie. Podoba mi się, że autorka nie epatuje seksem w swoich powieściach i sceny erotyczne, jeśli w ogóle występują, są bardzo subtelne. Ale A) jest pewna nierówność w kreacji bohaterów i Rachel van Dyken ma tendencje do spłycania jednego z wątków i B) w niektórych tomach fantazja autorki odbiega nieco zbyt daleko jak na mój gust. Nie zmienia to jednak faktu, że bawiłam się dobrze. 

★★★★


Duologia Zabić drozda, Harper Lee
Zabić drozda, Idź, postaw wartownika

Trochę to oszustwo bo tak naprawdę powieści Harper Lee nie stanowią serii, ale jeśli macie ich lekturę za sobą, wiecie o co mi chodzi (poza tym, uwierzyłam oznaczeniom na portalu Goodreads). Idź, postaw wartownika stanowi pierwotną wersje debiutu amerykańskiej autorki - opowiada o tych samych bohaterach (z drobnymi różnicami), z tym że w pewnym odstępie czasu i porusza w gruncie rzeczy podobną problematykę. By zrozumieć ową historie nie trzeba tak naprawdę czytać Zabić drozda, ale to właśnie wówczas historia zyskuje mocniejszy wydźwięk. 

Proza Harper Lee zachwyca - i chodzi mi tu zarówno o sposób w jaki autorka porusza problematykę różnic między czarnymi a białymi obywatelami, jak i język jakim się posługuje. Zdecydowanie nie żałuje, że sięgnęłam po obie te powieści, ale Zabić drozda wywarło na mnie znacznie mocniejsze wrażenie i zastanawiam się czy wydawanie po latach debiutu Harper Lee było słusznym rozwiązaniem. Mimo wszystko. 

★★★★


Trylogia Mroczne umysły, Alexandra Bracken
Mroczne umysły; Nigdy nie gasną; Po zmierzchu; Przez ciemność

O trylogii Alexandry Bracken opowiadałam Wam stosunkowo niedawno i myślę, że z grubsza znacie już moją opinie na jej temat. Trochę jak w przypadku Legendy, Mroczne umysły nie są serią szalenie wyróżniającą się na tle swojego gatunku, ale mającą w sobie coś, co zapada w pamięci i budzi sympatie. Nietypowo jak na gatunek Young Adult jest to opowieść o znacznie spokojniejszym tempie, w której dużą rolę odgrywają opisy i warstwa emocjonalna (i to zarówno jeśli chodzi o pierwszy tom jak i kolejne, co już naprawdę jest rzadkim zjawiskiem). 

Dla mnie prywatnie Alexandra Bracken po prostu bardzo dobrze radzi sobie z kreowaniem bohaterów - takich, gdzie czujemy, że są to wrzucone w trudną sytuacje dzieci - i ich rozwojem na przestrzeni kolejnych tomów, a jeszcze lepiej idzie jej opisanie łączących ich relacji. Rzadko tak jest, że wątek damsko-męskiej, damsko-damskiej czy jakiejkolwiek innej przyjaźni budzi we mnie większe zainteresowanie niż ten romantyczny, ale Alexandrze Bracken się to udało. Pomimo tego, że dużo osób nie podziela mojej opinii, uważam, że warto. 

★★★★½


Trylogia Parabellum, Remigiusz Mróz
Parabellum. Prędkość ucieczki; Parabellum. Horyzont zdarzeń; Parabellum. Głębia osobliwości

Parabellum nie była ani pierwszą ani nawet drugą  powieścią Remigiusza Mroza po jaką sięgnęłam, ale okazała się jedyną jak do tej pory serią jego autorstwa, którą udało mi się skończyć. W dużej mierze zgadzam się z tym co na temat owego cyklu już słyszałam - że w ciekawy sposób łączy wątki historyczne z akcją; że wciąga od pierwszej strony; że Christian Leitner rządzi; i że sama końcówka została mocno doprawiona cukrem. 

Nie jest to seria, która przytłacza historycznymi informacjami i osoby niezainteresowane tematem wciąż mogą czerpać sporo przyjemności z lektury. Ale równocześnie nie jest to cykl, który polecałabym żeby rozpocząć swoją znajomość z twórczością Remigiusza Mroza. Głównie ze względu na sporą dawkę brutalnych scen i znaczne ograniczenie specyficznego dla autora humoru. 

★★★★

Ciekawa jestem czy znacie któryś z tych cykli; a jeśli tak - to czy podzielacie moją opinie. 

piątek, 14 października 2016

Osaczenie, Carl Frode Tiller


Przyznaję to trochę ze wstydem, ale do tej pory kojarzyłam literaturę skandynawską jedynie z kryminałami - Stiegiem Larssonem, Camillą Läckberg czy też Jo Nesbø; ewentualnie, po głębszym zastanowieniu, do głowy przychodziła mi jeszcze Tove Jansson i „Muminki”. Być może dlatego zasiadłam do lektury „Osaczenia” z niewłaściwymi oczekiwaniami; być może chodziło o rekomendacje wyżej wspomnianego Jo Nesbø na okładce; a być może wszystko było spowodowane moim skojarzeniem nazwiska autora z popularnym gatunkiem literackim. Bez względu na powód, spodziewałam się absolutnie czego innego po lekturze powieści Carla Forde’a Tillera co nie oznacza, że się na niej zawiodłam. 

Jest lipiec 2006 roku, kiedy w prasie ukazuje się ogłoszenie młodego człowieka, który utracił pamięć i poszukuje kogoś kto rozpozna jego twarz i pomoże mu w odtworzeniu jego życia. Kontakt bezpośredni jest niemożliwy, lekarz zezwala jedynie na wiadomości pisemne. W krótkim czasie na ogłoszenie odpowiadają trzy osoby: Jon - niespełniony muzyk, który w dzieciństwie i młodości był bliskim przyjacielem Davida; Arvid - ojczym mężczyzny i pastor, który umiera na raka; i Silje - koleżanka Davida, z którą podobno łączył go namiętny romans. 

„Osaczenie” klasyfikowane jest jako thriller psychologiczny, ale prawdę mówiąc nie do końca rozumiem dlaczego. Owszem, Carl Frode Tiller pochyla się nad ludzką psychiką a sama historia ma niesamowity, lekko tajemniczy klimat, ale tempo akcji i “językowe dopieszczenie” raczej nie wskazuje na thriller. No chyba, że ów gatunek mamy traktować jako wskazówkę w jakim kierunku rozwiną kolejne dwa tomy trylogii. Na chwilę obecną autor przykłada wagę raczej do językowej warstwy powieści i psychologicznych portretach bohaterów. 

Na przestrzeni powieści nie poznajemy tak naprawdę Davida w bezpośredni sposób a jedynie urywki jego osobowości poskładane ze wspomnień innych. Powieść Carla Frode’a Tillera podzielona została na trzy części - Jona, Arvida i Silje. Każda z nich naprzemiennie składa się z fragmentów obecnego życia bohaterów i ich listów skierowanych do Davida, w których opowiadają o latach jego dzieciństwa i wczesnej młodości. Czytelnik sam odnajduje subtelne różnice we wspomnieniach i to on musi zdecydować co jest prawdą a co fikcją w ów relacjach. 

Fascynujące jest to, że Carl Frode Tiller nadaje swoim bohaterom różne głosy - odmienne jeśli chodzi o składnie, tendencje do powtórzeń czy też rodzaj wydarzeń jakim poświęcają więcej uwagi. Ale język nie jest jedynym atutem „Osaczenia”. Norweski autor kreuje cztery, bogate portrety psychologiczne bohaterów; pozwala nam samym odkryć co sprawiło, że postacie są obecnie tym kim są; tworzy skomplikowane, niejednokrotnie destrukcyjne obrazy relacji międzyludzkich; a w międzyczasie daje nam krótki rzut oka na życie w tamtych czasach w Norwegii. 

„Osaczenie” to niesamowita lektura, która w fascynujący sposób przybliża ludzką psychikę i zachwyca czytelnika językiem. Ale równocześnie nie jest to powieść, którą czyta się szybko - choćby ze względu na fakt, że autor zrezygnował z jakiejkolwiek formy graficznego wyróżnienia dialogów; czy nieco depresyjny nastrój. Carl Frode Tiller bez wątpienia stworzył jednak historie niebywale oryginalną i wartą uwagi czytelnika. Aż chciałoby się powiedzieć - oby dalej było równie dobrze, albo lepiej!

Za możliwość lektury dziękuję wydawnictwu Literackiemu

Osaczenie” Carl Frode Tiller; wydawnictwo Literackie; Kraków 2016 ★★★★

czwartek, 13 października 2016

Wstyd, Rachel van Dyken


Jeszcze zanim rozpoczęłam lekturę serii „Zatraceni”, nasłuchałam się opinii, że Rachel van Dyken zaskarbiła sobie w oczach wielu czytelników tytuł jednej z najlepszych autorek New Adult. I szczerze mówiąc byłam ciekawa czy i na mnie wywoła równie piorunujące wrażenie. Teraz, po lekturze wszystkich trzech wydanych w Polsce tomów, mogę śmiało powiedzieć, że Rachel van Dyken nie zdołała wyprzedzić moich prywatnych ulubieńców. Równocześnie jednak doskonale widzę co takiego zauroczyło Was w tej autorce a „Wstyd” tylko utwierdził mnie w przekonaniu, że z miłą chęcią bardziej zgłębiłabym jej twórczość.

Lisa, z pozoru radosna i otwarta dziewczyna, od kilku lat ucieka przed swoją wstydliwą przeszłością. Bolesne wspomnienia sprawiają, że dziewczynie trudno jest zaangażować się w związek a uporczywe anonimy nie pozwalają jej o niczym zapomnieć. Tristan, po śmierci przyrodniego brata, szuka z kolej odpowiedzi - odpowiedzi, które wydaje się posiadać jedynie Lisa. Aby je uzyskać, mężczyzna przyjmuje posadę na jej uniwersytecie. Początkowa niechęć wkrótce przeradza się w obopólną fascynacje. Tyle, że przeszłość nie daje im spokoju.

Można by przypuszczać, że skoro „Utrata”, „Toxic” i „Wstyd” właśnie należą do jednej serii utrzymane zostały w podobnym klimacie. Nic bardziej mylnego. Byłam zaskoczona już w przypadku lektury drugiego tomu, ale tym razem Rachel van Dyken absolutnie wbiła mnie w fotel. „Wstyd” zdecydowanie jest najmroczniejszą powieścią z całej serii, z elementami niemal sensacyjnymi i dosyć zaskakującymi twistami - zwłaszcza jeśli wśród Waszych lektur dominują historie miłosne. W porównaniu z poprzedniczkami, „Wstyd” wydaje się też powieścią kładącą większy nacisk na erotykę. Wciąż nie jest to poziom, do którego przyzwyczaiły nas inne autorki New Adult. Ale Rachel van Dyken bardziej skupia się na cielesności i napięciu między swoimi bohaterami.

Co ciekawe, pomimo tego mroku, który autorka wplotła w fabułę, udało jej się uchwycić odrobinę humoru, którego brakowało w „Toxic”. „Wstyd” jest historią bardzo mocno osadzoną na wątku miłosnym i dramatach głównych bohaterów, ale równocześnie znajduje miejsce na ukazanie niesamowicie silnej przyjaźni - zwłaszcza takiej damsko-męskiej. Po raz kolejny Rachel van Dyken zaimponowała mi także tym, że nawet jeśli z pozoru porusza wątki dalekie od codzienności młodych ludzi, wplata też w swoje powieści problematykę bliską młodym ludziom. I tak „Wstyd” opowiada o tym, że nigdy nie jest za późno by zmienić  swoje życie i odnaleźć w nim na nowo trochę szczęścia.

Podobało mi się urozmaicenie narracji przez wplecenie pewnych fragmentów dzienników oraz fakt, że historie Lisy i Tristana wydają się być równie ważne. Nie jest jednak tak, że tym razem Rachel van Dyken kupiła mnie absolutnie. Nie mam problemu z wątkiem miłosnym między uczennicą a nauczycielem, gdy jest on dobrze przedstawiony (jak choćby w „Kochając pana Danielsa”), ale relacja Lisy z Tristanem wydawała mi się zwyczajnie niezdrowa - zwłaszcza na samym początku, gdy on traktował ją jak zabawkę. Potem autorce udało się wybrnąć z tego niewygodnego punktu, ale pewien niesmak pozostał i nie pozwolił mi na pokochanie tej historii.

„Wstyd” to bardzo dobre zwieńczenie serii New Adult. Rachel van Dyken w ciekawy sposób urozmaica swoje historie tak, że nie wydają się one wtórne. „Wstyd” to historia okryta mrokiem i przepełniona emocjami, z potencjałem tego by zaskoczyć czytelników. Chociaż nie kontynuuje bezpośrednio wątków poprzednich tomów by uniknąć spoilerów radziłabym Wam jednak czytać ów serię w kolejności chronologicznej. Zwłaszcza, że wszystkie tomy, w tym „Wstyd” , mimo drobnych wad, trzymają poziom i warte są uwagi wielbicieli gatunku.

Wstyd” Rachel van Dyken; wydawnictwo Feeria Young; Łódź 2015 ★★★★

wtorek, 11 października 2016

Pochłaniacz, Katarzyna Bonda


Myślę, że większość z Was domyśla się co pchnęło mnie do sięgnięcia po „Pochłaniacza”. Zazwyczaj z przymrużeniem oka spoglądam na wszelakiego rodzaju chwyty marketingowe ogłaszające kolejnych autorów “nowym/wielkim/cudownym odkryciem” i tak samo przyjęłam okrzyknięcie Katarzyny Bondy “królową polskiego kryminału”. Z drugiej jednak strony kolejne nagrody wręczane autorce i wysyp pozytywnych recenzji  sprawił, że mimowolnie czułam się zaintrygowana. I kiedy tylko oswoiłam się z myślą z jak ogromną bestią przyjdzie mi się zmierzyć, niespiesznie zabrałam się za lekturę. 

1993 r. Bliźniacy Marcin i Wojtek - identyczni jeśli chodzi o wygląd, ale zupełnie różni pod względem charakteru - nieopatrznie wplątują się w świat gangsterów i przestępczego półświatka. Wkrótce, tego samego dnia, w niewyjaśnionych okolicznościach, giną ich znajomi - dwójka ich rodzeństwa. 2013 r. Po latach pracy za granicą, do kraju powraca Sasza Załuska - ceniona profilerka, zmagająca z licznymi problemami osobistymi. Otrzymuje ona zlecenie od jednego z właścicieli klubu muzycznego, który obawia się, że wspólnik będzie chciał pozbawić go życia. Załuska niechętnie angażuje się w sprawę, która bardzo szybko przybiera nieoczekiwany obrót. W klubie dochodzi do strzelaniny i wszystko wskazuje na to, że zbrodnia wiąże się w jakiś sposób z niewyjaśnionymi sprawami śmierci z ‘93 roku. 

„Pochłaniacz” jest kolejnym kryminałem z szeroki rozbudowanym tłem społecznym - chyba mamy jakiś trend wśród twórców tego gatunku - i w dużej mierze to właśnie jemu zawdzięczamy pokaźne gabaryty pozycji. Katarzyna Bonda poświęca sporo uwagi na przybliżenie nam głównych bohaterów czy scharakteryzowanie większych grup społecznych jak choćby okoliczni policjanci. Ów portrety wraz z powiązanymi z nimi wątkami obyczajowymi stanowią zresztą chyba najmocniejszy atut powieści. Polska autorka doskonale radzi sobie z przedstawieniem ich wielowymiarowości i ukazaniem dręczących ich demonów. 

Intryga kryminalna zostaje poprowadzona w jasny, klarowny sposób zmierzający do logicznego rozwiązania, a powiązania z przeszłością są niewymuszone i spójne z całością. Katarzyna Bonda wzbudza jednak szacunek czytelnika swoim przywiązaniem do detali i dokładnym researchem przeprowadzonym na szeroką skalę. Autorka nie tylko przybliża nam środowisko policyjnego pół-światka i szczegóły technik śledczych, ale także stosunkowo nieznaną w Polsce profesję profilera. Zagłębiając się w detale, potrafi jednak przedstawić ów fakt w sposób budzący zainteresowanie czytelnika. 

Co poszło w takim razie nie tak i sprawiło że w moich oczach Katarzyna Bonda nie zasłużyła na swój tytuł? Niestety, muszę zgodzić się ze stwierdzeniem, że „Pochłaniacz to w dużej mierze pozycja przegadana. Doceniam detale dotyczące profesji głównej bohaterki czy bogate kreacje głównych bohaterów, ale przybliżanie postaci epizodycznych w taki szczegółowy sposób było zupełnie zbędne i wprowadziło w powieści niepotrzebny chaos, odciągając uwagę czytelnika od ważnych kwestii. To właśnie dlatego tak ciężko było mi się wgryźć w „Pochłaniacza” i przez lwią część zupełnie nie mogłam wzbudzić w sobie zainteresowania lekturą. 

„Pochłaniacz” bez wątpienia jest kryminałem na poziomie. Katarzyna Bonda w ciekawy sposób łączy intrygę kryminalną z wątkami obyczajowymi. Kreuje wielowymiarowe postacie i w punkt przedstawia ich stadium psychologiczne a ponad to z detalami przybliża środowisko policji i stosowane przez nich technologie. Część charakterystyk pozostaje jednak całkowicie zbędna i wzbudza jedynie znużenie czytelnika. Z pewnością sięgnę po kolejny tom - zwłaszcza ze względu na główną bohaterkę  - a i Was zachęcam do lektury żeby wyrobić sobie własne zdanie. Ale nie było to to czego oczekiwałam. 

Pochłaniacz” Katarzyna Bonda; wydawnictwo Muza; Warszawa 2014 ★★★½

niedziela, 9 października 2016

Czy blogowanie wpływa na to co i ile czytamy?



Bloguję od przeszło pięciu lat. A właściwie nie - bloguję długo, długo dłużej, ale to właśnie w 2011 roku powstała Złodziejka Książek. Kiedy przeglądam Wasze blogi, a wierzcie mi, ostatnio robiłam to BARDZO często z racji na wykonywane obowiązki, czuję się niemal jak emerytka w tym swego rodzaju “zawodzie”. Prowadzenie Złodziejki Książek wpłynęło na wiele aspektów mojego życia - czasami w naprawdę dziwaczny i pozornie zupełnie niepowiązany sposób - ale chyba najbardziej odcisnęło piętno na moje nawyki czytelnicze; na to ile czytam i po jakie tytuły sięgam, i na kilka innych faktów związanych z moim życiem książkoholika także. Chciałam Wam o tym trochę opowiedzieć bo być może sami dostrzegacie podobne zmiany u siebie a nawet jeśli nie - jako starsza, doświadczona koleżanka mogę Was przestrzec o tym, że takie sytuacje mogą się jednak zdarzyć.

Kupuję więcej książek

Marzenie o posiadaniu wielkiej prywatnej biblioteczki pojawiło się u mnie chyba równolegle z myślą o prowadzeniu bloga. Kiedy nie było jeszcze czegoś takiego jak booktube, popularne filmiki Bookshelf tour miały formę zwykłych zdjęć publikowanych w odrębnych postach. Zapatrzyłam się na nie do tego stopnia, że w stosunkowo krótkim czasie musiałam zastąpić pojedynczą półkę najpierw jednym regałem, a potem drugim. Mam wrażenie, że prowadzenie bloga i zaangażowanie się w blogową społeczność, budzi w człowieku chęć do posiadania coraz większej ilości tytułów. Czy z czasem ona maleje? Wydaje mi się, że to zależy. Chodzą słuchy, że tak, ale sama jeszcze tego nie doświadczyłam - w razie czego będę Was informować na bieżąco.

Czytam więcej książek

Żebyście sobie nie wyobrażali za dużo - to wcale nie jest tak, że ów punkt w sposób oczywisty wiąże się z poprzednim. Książkoholik zazwyczaj kupuje więcej niż jest w stanie przeczytać. Chodzi mi raczej o mobilizacje do tego by czytać. Kiedy człowiek prowadzi bloga i zwierza się swoim czytelnikom z tego co udało mu się przeczytać czuje się niemal zobowiązany by sięgać po jakąś powieść w każdej wolnej chwili. No bo jak to tak - na koniec miesiąca nie móc się pochwalić ani jednym przeczytanym tytułem? Pozwolić aby przez to blog świecił całymi tygodniami pustkami? I nie móc dyskutować z innymi blogerami o najbardziej popularnych tytułach?

Sięgam po pozycje stosunkowo nowe

Nie wiem tak naprawdę dlaczego. Teoretycznie powinno mi zależeć na tym by sięgać po pozycje starsze i mniej popularne by odkrywać dla Was jakieś zapomniane literackie perełki. Niestety, potrzeba bycia na bieżąco z najnowszymi trendami jest jednak we mnie silniejsza. Kiedy z każdej strony nasłucham się peanów zachwytu na temat jakiejś pozycji New Adult, automatycznie wrzucam ów tytuł do internetowego koszyka. By nie wspomnieć o tytułach, na które poluje zanim tak naprawdę fizycznie dotkną księgarniane półki. Stosunkowo niedawno odkryłam taką zależność, że jeśli nie zakupię danego tytułu tuż po premierze, prawdopodobieństwo, że w ogóle to zrobię gwałtownie spada.

Wśród moich lektur jest zdecydowanie więcej powieści Young Adult

Na naszym polskim skrawku książkowej blogosfery jeszcze tak tego nie widać, ale powieści Young Adult są najczęściej wybieranymi pozycjami przez blogerów czy też booktuberów. To właśnie o powieściach YA wspomina się najczęściej w zapowiedziach, to do ich premier odlicza się pozostałe dni oczekiwania i to o nich opowiada się przeważnie w kontekście wszelakiego rodzaju tagów i zestawieniach. O fenomenie tego gatunku wspominałam już przy okazji posta Dlaczego czytam literaturę Young Adult i swoje zdanie podtrzymuje - książkowa społeczność sprawia, że niejednokrotnie na lekturę YA składa się nie tylko fizyczna czynność czytania, ale też zaangażowanie w odpowiednie fandomy, “shipowanie” związków głównych bohaterów czy tworzenie o nich fanfików.

Rzadko sięgam po tytuły, o których nic nie wiem

Brakuje mi tego by wejść do księgarni i pozwolić sobie na to by kupić jakiś tytuł, o którym absolutnie nic nie słyszałam. A) przygotowując dla Was posty stykam się z wieloma pozycjami i wśród nowszych, popularniejszych tytułów ostało się niewiele takich na temat których nic bym nie słyszała. B) lista polecanych mi przez Was pozycji jest na tyle długa, że nie potrzebuje już żadnych innych propozycji do wyboru.

Czytam polskich autorów

Pamiętam jak na początku liceum stworzyłam taki antypatriotyczny wizerunek samej siebie przedstawiając się jako osoba, która nie lubi polskich filmów ani polskich autorów. Nie wiem z czego brał się mój negatywny stosunek i dlaczego twórczość rodzimych pisarzy była mi znana tylko wówczas gdy widniała wśród kanonu szkolnych lektur. Cieszy mnie natomiast ogromnie, że blogowanie przedstawiło mi całe grono polskich zdolnych pisarzy z autorami kryminałów na czele.

Rzadko wracam do raz przeczytanych pozycji

Miałam kiedyś taki zwyczaj, że w każde ferie zimowe czytałam szesnaście tomów Sagi Zapomniany Ogród - wiem, szaleństwo. Teraz do raz przeczytanych lektur wracam niezwykle rzadko, zazwyczaj po to by przypomnieć sobie wydarzenia z poprzednich tomów przed kontynuowaniem serii. I choć żałuje, rozumiem samą siebie. Jest tyle cudownych tytułów, że obawiam się kiedy zdołam je wszystkie przeczytać.  

Jestem ciekawa czy blogowanie wpłynęło też na Wasze nawyki czytelnicze - a jeśli tak, to w jaki sposób?

piątek, 7 października 2016

Zapowiedzi październikowe


Powtarzam to praktycznie co roku, ale październik jest chyba najukochańszym i najbardziej znienawidzonym miesiącem Książkoholików. Z jednej strony, czuje się on zalany miłością od wydawnictw (bo wydają nagle tyle cudnych tytułów), z drugiej - przytłoczony wyborem na jak duże zakupy może sobie pozwolić żeby potem nie oglądać w lodówce jedynie światła. Starałam się być krytyczna względem wybieranych tytułów, ale wyszło mi raczej średnio.  Dominują kryminały i thrillery, ale myślę, że także zwolennicy innych gatunków literackich znajdą dla siebie coś ciekawego. A teraz nie przedłużając - zapraszam Was na szybki przegląd najciekawszych premier. 


Zaczynamy od petardy czyli powieść Harry Potter i przeklęte dziecko - zagraniczne recenzje nieco ostudziły mój zapał, ale i tak nie mogę się doczekać lektury i powrotu do tamtego świata. // Myślę, że większość z Was słyszała o Nie poddawaj się na zagranicznym booktubie. Podobno jest to urocza historia, luźno inspirowana HP, z wątkiem LGBT. // O powieści Prawdodziejka wspominałam Wam już niedawno. Niewiele słyszałam na razie o tej pozycji u nas, mimo że znalazła się we wrześniowym epikbox, ale nadal jestem zaintrygowana. // Z opisu Raze  nie zaintrygował mnie aż tak bardzo, ale ufam wyborom wydawnictwa Filia. Zresztą, cały czas powtarzam że pewnego dnia doprowadzą mnie oni do bankructwa. // Nie wiem czy sama czekam na Przeznaczenie Violet i Luke'a - pierwszy tom mnie ociupinkę rozczarował a drugiego nadal nie znam , ale wiem że autorka ma Wielu zwolenników. // Kolejna pozycja od Filii czyli Kiedy wszystko się zmienia.  Na półce czeka już pierwszy tom i jeśli mi się spodoba z pewnością sięgnę po kontynuacje.  

Słyszałam dużo dobrego o poprzedniej powieści Kasie West i dlatego w oczy rzucił mi się Chłopak z sąsiedztwa.  Co prawda okładka sugeruje nieco bardziej letnią lekturę, ale nie zawsze oprawa jest adekwatna z treścią. // Zauroczył mnie sam opis powieści Pax - nie jestem pewna, ale chyba słyszałam już o tym tytule i to w samych superlatywach. // Chciałam przeczytać Wodnikowe wzgórza od lektury trylogii Alexandry Bracken, a nowe wydanie tylko mnie do tego dodatkowo motywuje. // Poprawcie mnie jeśli się mylę, ale Bóg pośród ruin to chyba jakaś kontynuacja, prawda? Kate Atkinson już raz mnie zauroczyła i jestem ciekawa czy dokona tego po raz drugi. // Wyjątkowo podoba mi się filmowa okładka tejże pozycji. Światło między oceanami brzmi jak historia w sam raz dla mnie, poza tym nie ukrywam że jestem ciekawa ekranizacji. // O powieści Słowik już wspominałam a mój egzemplarz czeka na mnie na półce.  


Ósme życie (dla Briki). Tom 2 również już na mnie czeka. Ale najpierw muszę chwycić po tom pierwszy. // Zeszłoroczny laureat nagrody Bookera czyli Krótka historia siedmiu zabójstw od jakiegoś czasu znajduje się na moim radarze. // Do twórczości pana Twardocha nie miałam jakoś szczęścia  i nie wiem czy akurat Król to zmieni, ale czuję się zaintrygowana. // Zaginiony rozpoczyna listę thrillerów/kryminałów o których nie wiem nic, ale jako że mamy jesień - wzbudzają moje zainteresowanie.  // Para zza ściany zaintrygowała mnie opisem, po prostu. // Poprzednia powieść Rachel Abott podbiła blogosferę i jestem szalenie ciekawa czy Zabij mnie znów powtórzy ten swego rodzaju sukces. 

Poprzednia powieść autora podbijała z kolei książkową grupę na Facebooku i od tamtego czasu mam jego pozycje na radarze.  Stąd zainteresowanie tytułem  Zabójca z sąsiedztwa.  // Zaginione jest ponoć opowieścią wzorowaną na prawdziwej historii, a to zawsze dodaje smaczku.  // Behawiorysta to nowy Mróz. Jak można nie czekać na Mroza? // Moje doświadczenie z powieściami Katarzyny Bondy przypominają sinusoidę ale i tak czekam na Lampiony z niecierpliwoscią   // Strasznie byłam podekscytowana wznowieniami Gaji Grzegorzewskiej a tu premierę ma już kolejna reedycja - Topielica.  Ciekawe czy wreszcie zacznę przygodę z autorką // Brakuje mi humoru Olgi Rudnickiej a Granat poproszę ma na dodatek fenomenalną okładkę! 

I pytanie tradycyjne: na co najbardziej czekacie? 

środa, 5 października 2016

Projekt "Rosie", Graeme Simsion


Nie da się ukryć, że zagraniczny booktube promuje najczęściej literaturę Young Adult. Oczywiście, jak od każdej reguły tak i od tej pojawiają się pewne wyjątki - zwłaszcza przy premierze tak głośnych tytułów jak choćby „Światło, którego nie widać”. No i zawsze można też znaleźć kanał, którego właściciel posiada gust zbliżony do naszego - chodzi mi jednak o ogólne obserwacje. Mimo to „Projekt “Rosie”” był pozycją, o której w pewnym momencie mówiło sporo znanych booktuberów. Do tej pory zadziwia mnie fakt, że mimo to powieść Graeme’a Simsiona nie odniosła sukcesu w Polsce. A dziwi mnie to tym bardziej teraz, już po lekturze, gdy wiem jak urocza jest owa pozycja.

Don Tillman jest nieco specyficznym profesorem genetyki - ma poważne problemy ze zrozumieniem pewnych aspektów życia społecznego a jego codzienność jest skrzętnie rozpisana i zaplanowana. Charakter Dona i jego spojrzenie na świat rzutują na fakt, iż mężczyzna wciąż pozostaje kawalerem. Wkrótce ulegnie to jednak zmianie. Aby znaleźć kandydatkę idealną, Don tworzy adekwatny kwestionariusz i powoli wciela w życie Projekt “Żona”. Tymczasem w jego życie wkracza Rosie - nieco roztrzepana barmanka stanowiąca całkowite zaprzeczenie poszukiwanej żony. Don, nie rozumiejąc nawet dlaczego, zaczyna spędzać z Rosie coraz więcej czasu i angażuje się w zupełnie nowy projekt - “Ojciec”, którego celem jest odnalezienie biologicznego ojca kobiety.

„Projekt “Rosie”” to taka niesamowicie urocza opowieść, która mogłaby stanowić idealny przykład dla komedii romantycznej tyle że w postaci książki. Graeme Simsion korzysta ze sporej ilości schematów charakterystycznych dla gatunku i niemal od pierwszej strony domyślamy się jak zakończy się poszukiwanie przez Dona idealnej żony. Z drugiej jednak strony, jestem niemal przekonana, że jest to tego rodzaju historia, której jeszcze nie mieliście okazji poznać i której nie będziecie w stanie pomylić z żadną inną historią.

Sukces Graeme’a Simsiona ma źródło w postaci Dona i jego perspektywie na rozgrywające się wydarzenia. Nie wiem na ile ów perspektywa jest zgodna z postrzeganiem świata przez osoby cierpiące na zespół Aspergera, ale trzeba przyznać, że wypada ona nadzwyczaj wiarygodnie. Don patrzy na życie w sposób racjonalny - jest w stanie odsunąć emocje na bok niemal w każdej sytuacji a dodatkowo interpretuje słowa otaczających go ludzi w dosłowny sposób, co często prowadzi do zabawnych czy też uroczych momentów. Nie jest to może opowieść, która wywoła salwy śmiechu, ale przy jej lekturze uśmiech niemal nie schodził mi z twarzy.

Graeme Simsion w ten zabawny, przystępny sposób porusza tematy trudne - wyobcowania człowieka tylko i wyłącznie ze względu na jego inność i samotność jaka towarzyszy mu na co dzień. I przyznaje, że pomimo komizmu całej historii jak i pewnego przerysowania (choćby w postaci przyjaciela Dona), pojawiły się momenty, które autentycznie napełniły mnie smutkiem i, choć się tego wstydzę, litością do Dona. Wiem, że pojawiły się głosy, że powieść Graeme’a Simsiona w zbyt przedmiotowy sposób obrazuje kobiety, ale wydaje mi się, że motyw kwestionariusza nie przekroczył jeszcze takiej granicy i że, w kontekście całej powieści, nie powinien on być tak dosłownie odbierany.

„Projekt “Rosie”” był dokładnie taką lekturą jakiej potrzebowałam i już w trakcie czytania rozpływałam się nad tym jaka to urocza i zabawna historia. Graeme Simsion wykorzystał kilka motywów charakterystycznych dla komedii romantycznych a mieszając je z własnymi pomysłami stworzył niesamowity i niezwykle smaczny koktajl literacki. A jeśli poszukujecie lekkiej, ale nieoczywistej opowieści o miłości powinniście koniecznie poznać historię Rosie i Dona.

Projekt “Rosie”” Graeme Simsion; wydawnictwo Media Rodzina; Poznań 2013 ★★★★½

poniedziałek, 3 października 2016

TBR na jesień


Kiedy byłam młodsza, dużo młodsza, miałam dosyć jednoznaczną opinię na temat jesieni - kojarzyła mi się z rozpoczęciem szkoły, koniecznością noszenia na głowie czapki (czego szczerze nienawidziłam) i częstymi opadami deszczu uniemożliwiającymi wspólne przesiadywanie na trzepaku z koleżankami. Gdyby tego było mało, towarzyszyło mi przekonanie, że nie ofiaruje mi ona nic w zamian. Wiosna była porą moich urodzin, lato - wakacjami, a zima - Świętami Bożego Narodzenia, jesień stanowiła uosobienie nijakiego okresu przejściowego między ukochanymi sezonami w roku i tylko marzyłam by jak najszybciej dobiegła końca. Chyba nie potrafię opisać tego lepiej, ale dla pewności dodam krótko - tak, nie lubiłam jesieni. Niemal równie mocno jak szpinaku. 

Kiedy skończyłam podstawówkę musiałam zweryfikować moją opinie na temat wyżej wspomnianego szpinaku. I jesieni. Jeśli chodzi o chodzenie z czapką na głowie, moja niechęć pozostaje równie silna jak dawniej, ale odkryłam niezaprzeczalne zalety jakie niesie ze sobą jesień i spojrzałam na nią przychylniejszym okiem. Jako 100% introwertyk i osoba odrobinę aspołeczna, uwielbiam wieczory spędzane pod kocem z kubkiem herbaty i książką, albo laptopem na kolanach i kolejnym odcinkiem “Suits” na ekranie. A to właśnie jesień wydłuża ów wieczory i znajduje dla nich preteksty nawet w oczach znajomych. 

Jak być może zdążyliście zauważyć jestem osobą, która znajduje niesamowitą przyjemność w planowaniu i tworzeniu wszelakiego rodzaju list. Z zestawieniami TBR idzie mi różnie, że przywołałam jedynie tą z ostatniego miesiąca, ale lubię je przygotowywać i nie zamierzam z nich rezygnować. Postanowiłam natomiast przerzucić się na publikowanie ich w formie sezonowej a nie co miesięcznej. Co prawda dla mnie umowna jesień trwa już dobry miesiąc, ale przymkniemy na to oko - w odwecie mamy jeszcze przecież październik i listopad. 

Amerykaana, Chimamanda Ngozi Adichie

Chimamanda Ngozi Adichie ostatnio podbiła moje serce po raz drugi. Gdybyście nie pamiętali, za pierwszym razem udało jej się to powieścią “Fioletowy hibiskus”.  Teraz, ponad rok po tamtej lekturze, pod wpływem ducha organizowanego za granicą maratonu Diversathon, obejrzałam przemówienie autorki w ramach TedTalk (Niebezpieczeństwo jednej historii gdyby ktoś z Was był ciekawy) i poczułam się gotowa by znowu dać się porwać jej prozie. Powieści Chimamandy Ngozi Adichie zdecydowanie otwierają oczy na wiele kwestii kulturowych i mobilizują do stawiania pytań - o życie własne i innych ludzi, i o to co naprawdę ma w nim wartość. A ja lubię takie lektury. 

Przewieszenie, Remigiusz Mróz

Troszkę się sobie dziwię, że nie sięgnęłam po “Przewieszenie” wkrótce po zakończeniu “Ekspozycji”, ale nie miałam wtedy swojego egzemplarza pod ręką, a potem - jak to zawsze bywa - wszystko się jakoś rozjechało. Jakoś żywsze uczucia żywię do duetu Chyłka&Zordon (co nie sprawia jednak, że sięgnęłam choćby i po “Zaginięcie”), ale chciałam wypaść na czytelnika rzetelnego i rozsądnego i najpierw pożegnać się z jednym bohaterem literackim. Nie ukrywam też, że w trakcie poszukiwania idealnego thrillera mocno uszczupliłam moją półeczkę TBR jeśli chodzi o powieści z dreszczykiem (thrillery, kryminały itp.) a właśnie na nie mam jakąś szczególną ochotę na jesień. 

Ukryta łowczyni, Danielle L. Jensen

Prawie sięgnęłam po kontynuacje “Porwanej pieśniarki” już dwukrotnie. A mówiąc prawie mam na myśli fakt, że ściągnęłam ów pozycje z półki i obłożyłam swoją magiczną okładką (ukrywającą się pod postacią zwykłej okładki na zeszyt), ale jakoś potem odłożyłam ją tam z powrotem.  Kiedy przyglądam się (pięknej!) oprawie ów powieści, ma ona jakiś taki jesienny charakter a ja naprawdę jestem ciekawa co też wydarzy się dalej z naszymi trollami. (No i nie ukrywam, że marzy mi się już premiera “Pięknej i bestii”, a ten luźny retelling to jedyny możliwy zamiennik jaki w tej chwili posiadam). 

Osobliwe i cudowne przypadki Avy Lavender, Lesley Watson

Nie wiem czy to przez przepis totalbooknerd na cynamonowe babeczki w związku z ów tytułem, czy fakt, że zagraniczny booktube często poleca powieści z gatunku realizmu magicznego na jesień - “Osobliwe i cudowne przypadki Avy Lavender” w jakiś dziwny sposób kojarzą mi się z tą porą roku. Mam też przykre wrażenie, że jeśli nie sięgnę po ów pozycje teraz, zrobię to dopiero za rok, a i tak czeka już na mnie na półce od kwietnia. I chociaż wygląda tam pięknie, trochę szkoda by kurzyła się nieczytana. 

Powietrze, którym oddycha, Brittainy C. Cherry

New Adult to dla mnie taki pewniak lekkiej, szybkiej lektury i wątpię bym obeszła się bez niego w trakcie którejkolwiek pory roku. Tak jak w przypadku thrillerów, mocno uszczupliłam swoje zapasy, ale kilka z nich się ostało. W tym jedna powieść Brittainy C. Cherry, której nie znam. Słyszałam o niej naprawdę sporo złego, ale daleka jestem od tego by ją skreślać z tego powodu, zwłaszcza że póki co autorka mnie nie zawiodła. W najgorszym razie przyznam Wam rację. 

Ciekawa jestem czy wykazujecie tendencje do tego by w danym sezonie czytać jakiś konkretny gatunek i czy w związku z tym przygotowaliście sobie jakieś odpowiednie zapasy. Podzielcie się też koniecznie tym co sami zamierzacie pożreć tej jesieni. Dobrego apetytu!

sobota, 1 października 2016

Podsumowanie września


Wrzesień miał być miesiącem, w którym to ja rozpieszczałabym Was świetnymi, inspirującymi tekstami (no, albo chociaż takimi, które nadawałyby się do czytania) i początkowo nawet całkiem nieźle radziłam sobie z tym by codziennie zaskoczyć Was czymś nowym. Wraz ze zbliżającym się rokiem akademickim musiałam jednak uregulować kilka ważnych spraw (choćby rejestracje na budzącym grozę serwisie usosweb) i obniżyć bloga na liście moich prywatnych priorytetów. Mimo wszystko blogowy wrzesień uważam za mój osobisty sukces i zdecydowanie kiedyś chciałabym jeszcze powtórzyć takie przedsięwzięcie (może nawet prędzej niż później).

Wrzesień był też miesiącem, w którym miała dziwne wrażenie jakbym absolutnie nic nie czytała - wiecie, podróżowałam z książką w torebce, ale czas spędzony w tramwaju upływał mi zazwyczaj na bezmyślnym wpatrywaniu się w okno. Kiedy zabrałam się za podsumowanie miesiąca i zajrzałam na swój profil na portalu Goodreads byłam autentycznie zaskoczona tym jak wiele udało m się przeczytać i kiedy to przegapiłam.

PRZECZYTANE:

  1. Nieobecna, Agnieszka Olejnik ★★★½
  2. Szklany klosz, Sylvia Palth ★★★★½
  3. Gus, Kim Holden ★★★★
  4. Sprawa Niny Frank, Katarzyna Bonda ★★
  5. Rybacy, Chigozie Obiama ★★★★
  6. Art&Soul, Brittainy C. Cherry ★★★★
  7. Nieznajomy, Harlan Coben ★★★½
  8. Załącznik, Rainbow Rowell ★★★★
  9. Kobieta w klatce, Jussi Adler - Olsen ★★★

NAPISANE:


Zależało mi na tym żeby w tym miesiącu opublikować jak najwięcej zaległych recenzji i w dużej mierze mi się to udało. We wrześniu mieliście możliwość poczytać aż o 14 różnych tytułach -  „Earl i ja, i umierająca dziewczyna”, „Kolekcjoner kości”, „Przez niego zginę”, „Simon oraz inni homo sapiens”, „Dziewczyna z pociągu”, „Toxic”, „Parabellum. Prędkość ucieczki”, „Po zmierzchu”, „Zbrodnia w szkarłacie”, „Gus”, „Król kruków”. „Bez słów”, „Następczyni” i „Załącznik”. Co prawda nie zebrałam w tym miesiącu żadnych inspirujących tekstów, ale tradycyjnie wyszukałam chociaż najbardziej interesujące premiery miesiąca. Wróciłam też do publikowania postów około książkowych - odpowiedziałam na Wasze pytania w LBA, ponarzekałam trochę w tagu Totally should’ve book tag, wybrałam dla Was kolejną 10 inspirujących profili na Instagramie, zdradziłam swoich ulubionych zagranicznych booktuberów i wytypowałam topkę lata. Działo się!

Październik jest miesiącem, w którym rozpoczynam kolejny rok akademicki, ale równocześnie kończę swój staż, więc pewnie nie dostrzeżecie sporej różnicy w mojej aktywności. Mam nadzieję, że Wasz wrzesień był równie udany i że październik witacie zadowoleni i optymistycznie nastawieni na jesień!