czwartek, 29 września 2016

Załącznik, Rainbow Rowell


Niezmiennie fascynują mnie odmienne gusta literackie polskich Książkoholików i tych zagranicznych, i fakt jak wielu autorów, którzy podbijają choćby amerykański booktube, u nas budzą raczej chłodniejsze emocje. Rainbow Rowell nie zaskarbiła sobie wsród nas zbyt szerokiego grona sympatyków, ale osobiście mam ogromny sentyment do pisanych przez nią historii. Są dla mnie jak niesamowicie słodka gorąca czekolada z piankami - może odrobinę przesłodzona, zwłaszcza gdy spożywa się ją w zbyt dużych ilościach, ale pozostawiająca przyjemne uczucie ciepła w całym ciele. „Załącznik” nie jest tutaj wyjątkiem. 

Lincoln ma prawie trzydzieści lat - nie ma dziewczyny i nadal mieszka ze swoją matką, a chociaż zdobył kilka dyplomów, ma pracę, której szczerze nie znosi. Pomijając fakt, że Lincoln czuje się jakby płacono mu za "nic-nie-robienie", przeglądanie cudzej korespondencji by sprawdzić co porabiają pracownicy redakcji w czasie, gdy powinni wykonywać swoje obowiązki, wydaje mu się być naruszeniem cudzej prywatności. Co gorsza, mężczyzna przyłapuje się na tym, że lektura niektórych z nich zaczyna mu sprawiać przyjemność i że, wbrew swoim obowiązkom, wcale nie wysyła Jennifer i Beth stosownego upomnienia. 

"Załącznik" w dużej mierze stanowi kwintesencje twórczości Rainbow Rowell, co w oczywisty sposób prowadzi do wniosku, że osoby, które nie pokonały jej poprzednich powieści raczej nie zmienią swojego zdania przy tej lekturze. Historia, którą autorka opowiada tym razem składa się naprzemiennie z maili jakie wymieniają między sobą Jennifer i Beth i urywków z życia codziennego Lincolna. Momentami jest ona zabawna (zwłaszcza w części rozmów między przyjaciółkami) , momentami znacznie poważniejsza żeby nie powiedzieć smutna, ale zdecydowanie nie jest to opowieść z wartką akcją cyz nagłymi zwrotami. Rozumiem, że niektórzy mogą narzekać na nudę, ale jest coś ujmującego w tym jak autorce uchwycić całkiem zwyczajne życie. 

Co mi osobiście rzuciło się w oczy w trakcie lektury "Załącznika" to fakt, że Rainbow Rowell rozumie introwertyków i problemy z jakimi mierzą się oni w życiu codziennym. Lincoln jest bohaterem, który, przynajmniej na pierwszy rzut oka, może wydawać się nieudacznikiem, ale tak naprawdę myślę, że wielu z nas mogłoby się z nim utożsamić - z jego niezdecydowaniem jeśli chodzi o obranie ścieżki kariery, problemami w nawiązywaniu relacji z nowymi osobami i niepewnością własnej wartości. Rainbow Rowell rozumie swojego bohatera a dzięki temu drobna, subtelna przemiana jaką przechodzi jest dla nas czytelników bardziej wiarygodna. 

Dużo w powieści Rainbow Rowell sytuacji odrobine przerysowanych - czy to przesłodzonych czy opartych na zbiegu okoliczności. Zresztą, już sam pomysł na fabułę odbiega nieco od realizmu. W trakcie lektury miałam jednak wrażenie jakbym oglądała kolejne sceny komedii romantycznej i wszelkie elementy wydawały mi się przez to dopuszczalne - bo rozumiałam, że pewne wydarzenia w filmach (a w tym wypadku - w książce) muszą zostać przedstawione nieco inaczej by przykuć uwagę odbiorcy. 

"Załącznik" to kolejna ciepła, urocza historia napisana przez Rainbow Rowell - trochę o miłości a trochę o pokonywaniu własnych lęków. Widzę co w twórczości autorki może przeszkadzać, ale ja uwielbiam sposób w jaki zamyka na kartach powieści urywki zwykłego życia i jej wyczucie przy kreacji postaci.  A jeśli i Wy macie do niej podobną słabość, albo nie zetknęliście się z jej twórczością a potrzebujecie takiej gorącej czekolady w formie książki - koniecznie dajcie "Załącznikowi" szansę.  

"Załącznik" Rainbow Rowell; wydawnictwo HarperCollins; Warszawa 2016 ★★★★

środa, 28 września 2016

Liebster Blog Award


Długo zwlekałam z tym by odpowiedzieć na nominacje w zabawie LBA i nie dlatego, że nie podobały mi się pytania jakie zadały mi dziewczyny. Po prostu zawsze miałam jakiś teoretycznie ważniejszy post w planach i przerzucałam ten konkretny na kolejne tygodnie/miesiące. Okazało się jednak, że udzielanie odpowiedzi na Wasze pytania są idealnym wypełniaczem wolnego czasu w trakcie gdy znajduję chwile wolnego w pracy. Zwłaszcza jeśli tworzy się je w Googlowskim dokumencie i sprawia się przed swoimi kolegami wrażenie jakby cały czas pracowało się nad czymś szalenie istotnym. Z racji na to, że poniższych pytań jest sporo, a ja nie chcę kraść Wam zbyt dużo czasu, zapraszam Was do lektury.

#1

Pierwszy zestaw pytań

1. Jakie książki czytasz najchętniej?

Jak prawdopodobnie zauważyliście odwiedzając mojego bloga - jestem czytelnikiem, który nie zamyka się na jeden konkretny gatunek literacki i często sięga po różnorodne pozycje. To czego być może nie wiecie to fakt, że wybieram lektury nie tylko pod wpływem aktualnego nastroju, ale także sezonu.Na chwilę obecną, jako że właśnie rozpoczynamy jesień, mam ogromną ochotę na pożarcie kilku pyszniutkich kryminałów, albo thrillerów, podczas gdy jeszcze dwa/trzy tygodnie wstecz wydawało mi się, że mogłabym czytać tylko i wyłącznie pozycje New Adult. Poza wymienionymi już gatunkami uwielbiam od czasu do czasu zagłębić się w prozę (czy też nazywaną inaczej fikcje) historyczną, fantastykę albo literaturę piękną.

2. Bohater, z którym się utożsamiasz

Tak naprawdę niewielu jest bohaterów, z którymi łatwo mi się utożsamić. Czasami łączy nas jakaś wspólna cecha, zamiłowanie do słowa pisanego czy innego hobby, albo podobne kupki smakowe jeśli chodzi o potrawy - jest to jednak jeden punkt wspólny przy wielu różnicach. Nie będę chyba zbyt oryginalna, gdy przyznam, że najbliżej mi do bohaterki powieści Rainbow Rowell “Fangirl” czyli Cath. Introwertyczka, która ponad imprezy ceni sobie czas spędzony z książką w ręku; żyjąca życiem swoich ukochanych bohaterów i tworząca o nich fanfiki; blisko związana ze swoją siostrą, która ma jednak całkowicie odmienny charakter. We are the same!

3. Książką, od której zaczęła się twoja przygoda z czytaniem

Bardzo żałuję, że kiedyś nie wiedziałam o istnieniu czegoś takiego jak Goodreads czy Lubimyczytac.pl Żałuję bo moja kiepska pamięć sprawiła, że poza przebłyskami pojedynczych okładek nie pamiętam tak naprawdę w czym zaczytywałam się będąc dzieckiem. A że nie byłam wówczas typem kolekcjonera książek, kolejne egzemplarze przynosiłam z biblioteki, a jeśli już posiadałam własny - sporo książek z dzieciństwa oddałam na rzecz Domów Dziecka czy biednych rodzin. Saga “Zmierzch” rozbudziła we mnie jednak tą Iskierkę miłości na nowo i sprawiła, że zaczęłam czytać znacznie więcej.

4. Lubisz czytać w środkach transportu?

Uwielbiam czytać będąc w podróży, choć nie w każdym środku transportu mogę to robić (autobusy!).  Zdecydowanie najczęściej czytam w tramwajach. Jako, że wsiadam na pierwszym przystanku i praktycznie nie zdarza się bym nie znalazła wolnego miejsca, a moja podróż na uczelnię trwa od 30 minut do godziny (w jedną stronę) - jest to dla mnie doskonała możliwość by nadrabiać czytelnicze zaległości. Oprócz tego, choć zdarza się to rzadko, uwielbiam czytać w pociągu!.Panna M. często się ze mnie śmieje, ale jeśli wezmę w podróż egzemplarz niezbyt grubej książki, prawdopodobnie skończę go przed stacją końców (i potem muszę kupować kolejną na drogę powrotną!).

5. Książkowy świat, w którym nie chciałbyś żyć

Chociaż uwielbiam zagłębiać się w świat przedstawiony w powieściach, tak naprawdę lubię swoje życie i raczej nie chciałabym go jakoś zmieniać - jedyny wyjątek stanowi Świat Magii i Czarodziejstwa (Hogwart, ulica Pokątna, Hogsmede - wiecie o co mi chodzi), ale Harry Potter to jednak Harry Potter. Ale jeśli muszę wybrać tylko jeden, absolutnie nie chciałabym trafić do Panem. Przepraszam bardzo, ale gdyby,m jakimś cudem trafiła do Igrzysk, nie przetrwałabym nawet minuty na arenie.

6. Autor, który wniósł coś do twojego życia. zmienił pogląd na świat

Mam wrażenie, że takich autorów jest sporo, ale na potrzeby tego pytania przywołam tylko dwa bardzo ważne dla mnie nazwiska. Pierwsze to Ruta Sepetys ze swoimi fenomenalnymi “Szarymi śniegami Syberii”, które pokazały mi okrucieństwo wojny z innej perspektywy. Drugie - Chimamanda Ngozi Adichie. (dzięki “Fioletowemu hibiskusowi), która pokazała mi jak destrukcyjna może być miłość - nawet do własnego ojca i otworzyła mi oczy na sytuacje mieszkańców innych zakątków świata.

7. Najzabawniejsza książka, jaką miałaś okazję przeczytać

Mówię to ze smutkiem (i apelem do Was równocześnie!), ale rzadko natrafiam na książki dowcipne, śmieszne i takie które wywołują nie tylko delikatny uśmiech, ale wybuch radości. Najbliżej temu stwierdzeniu jest chyba powieść polskiego duetu Magdaleny Witkiewicz i Nataszy Sochy czyli “Awaria małżeńska”. Nawet jeśli sama nie założyłam jeszcze rodziny i nie identyfikuje się z problemami bohaterek, nie mogłam pozbyć się uśmiechu z twarzy.

8. Wydawnictwo, którego nie lubisz

Jakie to niemiłe pytanie! Nie lubię tak wskazywać palcem kogoś kogo nie darze sympatią, ale myślę, że nie przekażecie tej informacji dalej i zostanie ona między nami. Nie darzę sympatią chyba tylko jednego wydawnictwa - amber. Jakoś irytowało mnie ich podejście do wydawanych serii - najpierw wydawali mnóstwo pierwszych tomów by potem nie kończyć nigdy tych serii, potem zaczęli dzielić tomy na części (a w przypadku New Adult wydaje mi się to absolutnie pozbawione jakiegokolwiek sensu), że o okładkach nie wspomnę.

*Jeżeli wydawnictwo Feeria young nie wyda ostatniego tomu “Niezwyciężonej”, może szybko wskoczyć na to mejsce.

9. Bohater, którego chciałabyś spotkać w życiu realnym

Z pewnością takich bohaterów jest bardzo dużo, zwłaszcza że mogłabym ich podzielić na dwie kategorie A) potencjalnych kandydatów na drugą połówkę i B) doskonały materiał na przyjaciela/przyjaciółkę. Ale że moja romantyczna dusza, aż rwie się by powiedzieć Wam, że kategoria “A” jest istotniejsza (bo mąż też może być przyjacielem), odpowiem krótko - Will Herondale.

10. Jaka twoim zdaniem jest najlepsza historia drugoplanowa?

Uważam, że mistrzynią tworzenia historii jest J. K. Rowling. Do tego stopnia, że mogłabym tworzyć w nieskonczoność listę bohaterów, których historię chciałabym zgłębić ze szczegółami. Ale z tytułem, które czytałam nie tak dawno - moje serce skradł Cole, bohater trylogii Alexandry Bracken “Mroczne umysły”

11. Co zyskujesz dzięki czytaniu?

Wydaje mi się, że to pytanie jest bardzo ogólne a nasza odpowiedź w dużym stopniu zależy do tego jaki tytuł mamy aktualnie za sobą i tak naprawdę nigdy nie jest ona pełna. Ale zastanówmy się, dzięki czytaniu zyskuję A) chwilę relaksu po ciężkim dniu w pracy czy tez na uczelni; B) nową perspektywę na otaczającą mnie rzeczywistość i świadomość tego, że świat z innej strony może wyglądać odrobinę inaczej; C) przyrząd do ćwiczenia mojej kreatywności.

#2

Drugi zestaw pytań

1. Napisz kilka ciekawostek o sobie. Jakie masz zainteresowania?

Wydaje mi się, choć nigdy nie powtarzajcie czegoś takiego na rozmowie w sprawie pracy, stosunkowo nudnym człowiekiem. Kocham czytać i kiedyś marzyłam o wielkiej karierze pisarskiej, a czasami ta myśl wciąż pojawia się w najmniej odpowiednim momencie. Ale mimo wszystko to właśnie książki są póki co tym z czym wiąże swoją przyszłość. Pracowałam już jako księgarz, próbowałam swoich sił na stażu w wydawnictwie. A teraz kończę studia na kierunku Prawo Własności Intelektualnej i nowych mediów. Jestem strasznym smakoszem i uwielbiam próbować nowych smaków, ale na chwilę obecną moim ulubionym przysmakiem jest pasta z awokado.

2. Kto, z postaci literackich, mógłby zostać Twoim najlepszym przyjacielem i dlaczego?

Strasznie trudne te pytania. Wiem, że większość osób najchętniej widziałaby u swoim boku kogoś kto jest do niego podobny, ale prawdę mówiąc - obawiam się że gdybym na kogoś takiego trafiła, nigdy bym się z nim nie zaprzyjaźniła bo oboje bylibyśmy zbyt nieśmiali by rozpocząć znajomość. Ale widziałabym u swojego boku kogoś jak Kate (ekhem ekhem pod warunkiem, że miałaby już za sobą pewne doświadczenia z książki) z “Promyczka”. Strasznie chciałabym się nauczyć takiej radości z życia i odwagi by czerpać z niego garściami.

3. Czy zdarzyło Ci się nie doczytać książki? Dlaczego?

Niewiele jest takich książek, ale owszem - zdarzyło mi się  nie doczytać książki, i to nawet nie raz. Jak już wspomniałam, jestem strasznie humorzastym czytelnikiem i jeśli ewidentnie “nie czuję” jakiegoś tytułu wolę go odłożyć na bok. Istnieje możliwość, że innego dnia absolutnie pokochałabym ową historię, a tak już na zawsze będę kojarzyć ją jako pozycje przy której się męczyłam.

4. Czy przeczytałeś/przeczytałaś kiedyś książkę, która całkowicie zawiodła Twoje oczekiwania?

Może nie było takiej książki, która ABSOLUTNIE zawiodłaby moje oczekiwania, ale znalazłoby się sporo tytułów, które rozczarowały mnie pod jakimś względem. Wspominałam już o takich pozycjach, przy okazji posta z największymi rozczarowaniami 2015, ale natrafiłam na nie także i w tym roku. O! Choćby ostatnio prze mnie czytana “Sprawa Niny Frank” czy, pod pewnymi względami, “Powód by oddychać”,

5. Jakie jest Twoje ulubione miejsce do czytania? Możesz napisać również o swoim wymarzonym.

Jako że preferuje czytanie w pozycji siedzącej najlepiej czyta mi się w pokoju rodziców, w samym kąciku narożnika i otoczeniu dużych poduch. Gdybym mieszkała jednak w domu, a nie bloku, strasznie chciałabym mieć jakieś wygodne siedzisko na werandzie gdzie czytałabym latem i taki szeroki parapet we własnym pokoju (niczym z amerykańskich filmów) gdzie zaszywałabym się w chłodniejsze dni i wieczory.

6. Opisz najpiękniejszą historię miłosną, z przeczytanych przez Ciebie książek.

Jedną z najpiękniejszych historii miłosnych pozostaje dla mnie niezmiennie historia Tatiany i Aleksandra z “Jeźdźca miedzianego”. Wiem, że ostatnimi czasy pojawia się sporo negatywów w odniesieniu do trylogii Paulliny Simons, ale ja darzę ją ogromnym sentymentem, zwłaszcza tom pierwszy. To historia o miłości rodzącej się na tle II wojny światowej; namiętnym uczuciu, które w znaczący sposób wpływa na osobowość głównych bohaterów i które przetrwało wiele przeciwności losu. Koniecznie do nadrobienia jeśli jeszcze nie znacie tej historii.

7. Wymień kilka książek, o których marzysz?

Książki, o których marzę najbardziej wymieniłam w poście z premierami, na które czekam w tym roku (zwłaszcza jeśli chodzi o “Szóstkę wron”, “Słowika” i “the Muse”), ale oczywiście że takich pozycji jest więcej. Strasznie chciałabym zdobyć “Prawo Mojżesza” - na który ogromnie ostrzycie mi ostatnio apetyt! - “Z mgły zrodzonego” (booktube temu winny!) czy wciąż niewydaną jeszcze u nas “The winner’s kiss”.

8. Ekranizację jakich książek chętnie byś obejrzał/a?

Wydaje mi się, ze wspominałam o tym już nie raz i nie dwa, ale osobiście nie jestem wielbicielką oglądania filmów. Jeśli już, robię to zazwyczaj razem z Panną M., ale w rodzinnym salonie przy jakimś “kinie familijnym” (co zdarza się coraz rzadziej ze względu na dobór tytułów przez telewizje). W trakcie lektury “Załącznika” naszła mnie jednak myśl, że powieści Rainbow Rowell stanowiłyby świetny scenariusz pod komedie romantyczne, a że tych nigdy dość na długie, jesienne wieczory powiedzmy, że to jest mój wybór.

9. Gdybyś mógł/mogła zostać jedną z postaci literackich, czyje przygody chciał/abyś przeżyć?

Opowiedziałam Wam już, że wbrew wszystkiemu bardzo lubię swoje dotychczasowe życie i chyba nie chciałabym je zamienić na inne (zwłaszcza, że z reguły codzienność bohaterów literackich pełna jest dramatów, zawirowań i trudności). Gdyby jednak mogła być to zamiana chwilowa, z zapewnieniem, że gdy tylko zapragnę mogę wrócić do mojej codziennej, szarej rzeczywistości, prawdopodobnie zamieniłabym się miejscami z Hermioną Granger (zwłaszcza w czasach po Sami-Wiecie-Kim).

10. Do jakiego autorka zapisałbyś się na warsztaty z pisania?

Dużo zależałoby od tego jaką powieść chciałabym napisać. Gdybym chciała stworzyć wciągającą opowieść dla wielu pokoleń o magii skierowałabym się do J. K. Rowling, namiętną powieść New Adult - do Colleen Hoover, a budzący grozę thriller - do Gillian Flynn. Inną sprawą jest to, ze z moją wrodzoną nieśmiałością zapewne nie potrafiłam się słowem przy nich odezwać, a nawet skupić na powierzonym zadaniu, więc raczej nie byłyby to owocne warsztaty.

11. Polscy autorzy, których najbardziej cenisz. Dlaczego?

Przy ostrożności jaką zachowujemy do twórczości naszych rodzimych autorów (i którą sama jeszcze niedawno odczuwałam) zastanawiałam się czy nie lepiej byłoby stworzyć oddzielny post na temat twórczości polskich autorów, którą szczerze Wam polecam. A że nie chcę okradać samą siebie z pomysłu, wymienię tylko jednego autora - Remigiusza Mroza.  Dlaczego? Po podziwiam go nie tylko i wyłącznie za jego umiejętności jako autora i niezwykłą różnorodność jeśli chodzi o tworzenie kolejnych powieści, ale także podejście do swoich czytelników.

czwartek, 22 września 2016

10 książkowych kont na Instagramie, które powinniście obserwować #2


Trochę nieplanowanie mój weekend zamienił się w pięć dni wolnych od praktyk i wszelkich obowiązków. Jesień, która przecież miała zawitać dopiero jutro!, trochę się pospieszyła i przyniosła mi niechciany prezent w postaci paskudnego przeziębienia. Co prawda nie udało mi się wówczas przygotować dla Was zbyt dużej ilości postów na zapas, ale przynajmniej zdołałam w końcu zostawić za sobą dziwny marazm czytelniczy, który towarzyszył mi od początku września. Nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. W trakcie tego wolnego doszłam również do wniosku, że ostatnio może odrobinę za bardzo zasypałam Was recenzjami. Stąd swego rodzaju post przerywnik. Kolejna edycja pięknych instagramowych kont, które musicie odwiedzić - przy czym skupiłam się tym razem na zagranicznych bookstagramowiczach. 






















Jestem ciekawa czy znaliście wszystkie te profile i który z nich przykuł Waszą uwagę najbardziej. Koniecznie podzielcie się też w komentarzach kontami, które według Was zasługują na więcej uwagi. 

środa, 21 września 2016

Następczyni, Kiera Cass


Istnieją takie książki, których nie jesteśmy w stanie odłożyć na bok, mimo że doskonale zdajemy sobie sprawę z wszelkich ich wad i niedoskonałości. A seria Kiery Cass zdecydowanie zalicza się do tej "kategorii". Pierwotna trylogia  była chyba najszybciej zakończoną przeze mnie serią i nawet jeśli absolutnie nie popieram trendu na przedłużanie na siłę jakiegoś cyklu, wiedziałam, że sięgnę po "Następczynią" przy pierwszej nadarzającej się okazji. Bo to taka pozycja guilty pleasure, której naprawdę nie byłam w stanie sobie odmówić. 

Po wprowadzeniu w Illei różnorodnych reform, działania rebeliantów ustały, ale sytuacja w państwie, nawet mimo upływu lat, pozostaje niezwykle napięta. By odwrocić uwagę społeczeństwa od szerzącego się niepokoju i niezadowolenia, zapada decyzja o przeprowadzeniu kolejnych Eliminacji. Tym razem ma je przeprowadzić Eadlyn - pierwsza kobieta, która w przyszłości ma zasiąść na tronie i objąć władze w Illei. Tyle że księżniczka wcale nie marzy o mężu a obecność trzydziestu pięciu młodych mężczyzn walczących o jej uwagę, zupełnie nie jest jej na rękę. 

Przyznaje że nie byłam przekonana do pomysłu kontynuowania trylogii "Selekcja", ale w pewnym sensie Kiera Cass mnie do niego przekonała. I to pomimo tego, że w porównaniu do pozostałych tomów, "Następczyni" wypada nieco gorzej. O ile tak jak i ja byliście zauroczeni pierwszą trylogie i trochę od niej uzależnieni, pewnie zrozumiecie że jest coś fascynującego w oglądaniu Eliminacji od drugiej strony. Założenie, że tym razem obserwujemy je z perspektywy osoby eliminującej a nie eliminowanej przynajmniej z założenia sprawia, że decydujące wybory nie są tak przewidywalne. Poza tym, daje nam to możliwość zerknięcia w przyszłość bohaterów, których już znamy. 

Kiera Cass zdecydowanie nie utraciła swojej umiejętności do tego by całkowicie zaangażować czytelnika w fabułę i sprawia że nie jest on w stanie odłożyć lektury na bok. Niestety, okazało się, że tym razem to trochę za mało by odwrocić moją uwagę od niedociągnięć "Następczyni". Nie wiem z czego to wynika, ale pani Cass ewidentnie wykazuje tendencje do kreowania irytujących głównych bohaterek. Tym razem nie chodzi nawet o niezdecydowanie, ale o całokształt postawy Eadlyn - przekonanej o tym, że jest kimś lepszym i użalającej się nad własnym losem. 

Chociaż w porównaniu z Eadlyn, męscy bohaterowie prezentują się lepiej, trochę szkoda że od samego początku Kiera Cass wypycha przed szereg kilku z nich i sugeruje nam kto dotrą do kolejnych punktów Eliminacji. Do tego stopnia że gdy przychodziło do wyrzucania uczestników, nie miałam pojęcia że ktoś taki istniał. Na dodatek Kiera Cass niepotrzebnie zepchnęła na dalszy plan niemal wszystkie wątki poza Eliminacją, łącznie z sytuacją w jakiej znajduje się Illea, która przecież wszytsko rozpoczęła. Szkoda, bo mogła w prosty, ale ciekawy sposób urozmaicić fabułę. 

Nie uważam, że "Następczyni" jest pozycją, ktorej nie warto poświęcać uwagi, zwłaszcza jeślipoprzednie tomy przypadły Wam do gustu. Kiera Cass miała pomysł na fabułę i wciąż doskonale radzi sobie z tym by niejako przyssać czytelnika do lektury. Po prostu nie wszytsko potoczyło się tak jakbym sobie tego życzyła i Wy też powinniście się na to przygotować. Jeśli natomiast nie znacie pierwotnej trylogii, wydarzenia "Następczyni" nie powinny być dla Was niezrozumiałe, ale myślę, że wiele wówczas stracicie z tego klimatu "sentymentalnego powrotu do Illei".  

"Następczyni" Kiera Cass; wydawnictwo Jaguar; Warszawa 2015 ★★★½

poniedziałek, 19 września 2016

Bez słów, Mia Sheridan


Mam wrażenie, że Mia Sheridan co tylko debiutowała na polskim rynku wydawniczym a już doczekaliśmy się premiery czterech pozycji jej autorstwa  a każda kolejna wydaje się zaskarbiać sympatie coraz szerszego grona czytelników. A najlepszym przykładem na to jak szybko, w moim mniemaniu, upłynął ten okres, jest fakt, że dopiero teraz skończyłam lekturę "Bez słów", mimo że zakupiłam ten tytuł jeszcze przedpremierowo. Trochę nawet liczyłam na to, że tym razem nie podążę za głosem tłumu i pozostanę nieugięta na "fenomen" Mii Sheridan, ale chyba muszę pogodzić się z faktem, że autorkom New Adult stosunkowo łatwo przychodzi skraść moje serducho.

Bree potrzebuje spokoju - miejsca, w którym będzie mogła zaczerpnąć powietrza, odseparować się od bolesnych wydarzeń i nabrać dystansu. Nie mówiąc nikomu dokąd się udaje, razem z niewielkim psiakiem zatrzymuje się w miasteczku, gdzie spędzała w dzieciństwie wakacje. Urokliwy domek, praca w lokalnej restauracji i niespieszne spacery po płazy wydają się spełniać swoją rokę. Ale dopiero u boku Archera Bree odnajduje pełnie spokoju. Archera, który ukrywa się we własnych czterech ścianach a przez miejscowych postrzegany jest za samotnika a nawet dziwaka. Archera, który od śmierci wuja zmagał się z przerażającą samotnością. Archera, który od kilkunastu lat żyje w poczuciu winy, w cieniu tragedii i przytłaczającej tajemnicy. 

"Bez słów" głęboko czerpie ze schematów wypracowanych przez inne powieści New Adult, ale Mia Sheridan modeluje je według własnej potrzeby - obracając niektóre z nich o 180 stopni. I absolutnie mnie tym kupiła. Historia Bree i Archera jest piękna i niezwykle emocjonalna - nawet pomimo tego że domyślamy się ku jakiemu zmierza punktowi. Wyobcowanie Archera i jego całkowita dezorientacja na płaszczyźnie relacji międzyludzkich, sprawia że samo uczucie między ową dwójką rozwija się początkowo dosyć powoli by z czasem przemienić się w pełen namiętności i przyciągania związek. 

Mia Sheridan wprowadza do swojej powieści sporą dozę dramatu, ale w moim odczuciu nie przytłacza ono całej historii. Bolesne doświadczenia nie są bowiem jedynym co definiuje bohaterów a autorce udaje się na dodatek w fantastyczny sposób przedstawić walkę postaci o własne życie i ich próby zostawienia przeszłości za sobą. Samo rozwiązanie tajemnicy Archera nie zwala co prawda z nóg, ale w trakcie lektury pojawia się myśl, że nie taki był chyba cel Mii Sheridan. 

Tym czym ujęła mnie Mia Sheridan było, pomijając historie miłosną i kreacje bohaterów, sposób w jaki ujęła problematykę niepełnosprawności. Już pierwsze zdanie odnośnie sytuacji Archera "Chcieliśmy zapomnieć o tragedii, ale przy okazji zapomnieliśmy rownież o Archerze" - ujęło mnie swoją trafnością i przenikliwością autorki. Archer nie jest w stanie mowić, ale prawdziwą tragedią w jego sytuacji jest to, że nikt nie poszukuje z nim kontaktu a fakt, że usuwa się na ubocze, wydaje się miasteczku na rękę. Tym bardziej wzrusza droga jaką przebywa - problemy z obdarzaniem kogoś zaufaniem, radość z tego, że nareszcie nie żyje w ciszy i walka o to by nie dać się przeciwnościom narzuconym mu przez niepełnosprawność. 

"Bez słów" to kolejna opowieść New Adult, która mnie w sobie rozkochała. Mia Sheridan nie zaskakuje może niczym nowym, ale i tak chwyta czytelnika za serducho. Historia uczucia Bree i Archera niesie spory ładunek emocjonalny i nadzieje na to, że czasami los ofiaruje nam coś tak pięknego że nawet nie śmieliśmy o tym marzyć. A ukazanie życia osoby niepełnosprawnej jest tylko dodatkowym walorem. Myślę że wiecie już co chcę powiedzieć - polecam Wam "Bez słów" z całego serducha. A sama liczę na to, że w kolejnych powieściach Mia Sheridan nie przyniesie mi rozczarowania.

"Bez słów" Mia Sheridan; wydawnictwo Otwarte; Kraków 2016 ★★★★★

piątek, 16 września 2016

Król kruków, Maggie Siefvater


Ktoś ostatnio starał się mnie przekonać, że książka, która nie zyskuje popularności tuż po premierze, nie ma już pózniej szans na przebicie. Tymczasem "Król kruków" całkowicie przeczy takiemu przekonaniu - jeśli jesteście członkami bookstagramu albo przynajmniej obserwujecie innych bookstagramowiczów, z pewnością spostrzegliście, że powieść Maggie Stiefvater zyskała ostatnio niejako drugie życie. Pierwszy tom Kruczego cyklu zachwyca kolejne osoby a zainteresowanie jest na tyle duże, że książka stała się ciężko dostępna. I miejmy nadzieje, że wydawnictwo Uroboros coś z tym zrobi bo zdecydowanie jest się czym pozachwycać. 

Blue, wychowana wsród kobiet o niecodziennych umiejętnościach, wielokrotnie słyszała, że zabije miłość swojego życia, o ile tylko ją pocałuje. Być moze właśnie dlatego uparcie wyznawała zasadę by trzymać się z dała od chłopców a już zwłaszcza tych z Aglionby. Do czasu. Gansey, Ronan, Adam i Noah to czwórka przyjaciół uczęszczająca do ów elitarnej szkoły i posiadająca obsesję na punkcie znalezienia lini mocy i legendarnego króla Kruków - Glendowera. A teraz, właśnie tu w miasteczku Henrietta z pomocą Blue, po raz pierwszy od bardzo dawna wydają się być tak blisko uzyskania upragnionych odpowiedzi. 

Wydaje mi się, że największym atutem "Króla kruków" pozostaje specyficzna atmosfera zbudowana na kartach powieści i fakt jak trudno ubrać w słowa czym tak naprawdę ona jest czy też zaszufladkować ją do jednego konkretnego gatunku. Mimo że wielokrotnie słyszałam o serii Maggie Stiefvater i tak byłam zaskoczona tym co ostatecznie zaoferowała mi autorka - a biorąc pod uwagę specyfikę YA i jej wtórność, jest to chyba największy komplement jakim mogłabym ją obdarzyć. "Król kruków" ma taki magiczny, niemal baśniowy klimat - prawie iskrzący walijskiej wierzeniami i piętrzącymi się tajemnicami. 

Maggie Stiefvater buduje swoją historię powoli - coś co osobiście cenię w trakcie lektury, bo daje mi możliwość poznania bohaterów i oswojenia się z nimi, ale co obiektywnie ujmując może początkowo zniechęcić czytelnika. Jestem jednak przekonana, że autorka w pełni to rekompensuje kolejnymi punktami w historii. Maggie Stiefvater ma w zanadrzu kilka niespodzianek dla swoich czytelników i przyznaje, że kilku z nich nie przewidziałam. Ów wymknięcie się z granic gatunkowych znacznie poszerza możliwości autorki i tak naprawdę do samego końca nie jesteśmy w stanie sprecyzować co pozostaje prawdziwe, co jest wytworem magii; co nieuniknionym losem a co jedynie prawdopodobną możliwością. 

"Król kruków" to jednak także plejada barwnych bohaterów i ich cudownie nakreślone relacje. Cała czwórka kruczych chłopców z miejsca urzeka swoją wielowymiarowością, brakiem perfekcjonizmu i osobliwym urokiem a Blue i jej rodzina w niczym im nie ustępują. Maggie Stiefvater póki co jedynie uchyla furtkę możliwości na rozwinięcie wątku romantycznego a skupia się na tym by przedstawić niesamowicie silną, prawdziwą przyjaźń między Ganseyem i pozostałymi chłopcami. Wciąż jest wiele niewiadomych - w ich relacjach, w przeszłości poszczególnych bohaterów - i wprost nie mogę się doczekać tego by wkroczyć w ów opowieść dalej. 

"Król kruków" to cudowny, magiczny i niezwykle obiecujący początek dla serii. Maggie Stiefvater ma niezwykle lekkie, dowcipne pióro i doskonale radzi sobie z tym by przenieść na karty powieści baśniowy, tajemniczy klimat. Absolutnie nie dziwią mnie zachwycone opinie innych czytelników i nie mogę się doczekać by poznać tą historie jeszcze bliżej. Jak każda opowieść, tak i ta pewnie nie rozkocha wszystkich czytelników, ale zdecydowanie warto dać jej szanse. 

"Król kruków" Maggie Stiefvater; wydawnictwo Uroboros; Warszawa 2013 ★★★★★

czwartek, 15 września 2016

Gus, Kim Holden


Nie wiem czy sięgając po "Gusa" przeważało we mnie uczucie ekscytacji czy raczej strachu, że Kim Holden nie doskoczy do tak wysoko postawionej poprzeczki - prawdopodobnie na równi obie te emocje. Nie wiem też tak naprawdę czego oczekiwałam zasiadając do lektury, ale może to i lepiej - pozwoliłam się autorce zaskoczyć i zaczarować. Owszem, nie podzielam opinii, że "Gus" przewyższył poziomem "Promyczka", ale nie oznacza to, że jestem rozczarowana czy zawiedziona. Mogę śmiało powiedzieć, że Kim Holden nie stworzyła historii tylko i wyłącznie na życzenie czytelników, ale naprawdę miała coś do powiedzenia. 

Gus ma problem z tym by ruszyć do przodu ze swoim życiem. Kiedy Promyczka nie ma u jego boku, czuje się zagubiony i nieszczęśliwy. Smutki topi w alkoholu a zapomnienia poszukuje w przypadkowym seksie i używkach. Scout, tajemnicza dziewczyna z przeszłością, ma dopilnować chłopaka w trakcie reszty trasy koncertowej. Dziewczyna jest stanowcza i ewidentnie wyrobiła już sobie zdanie na temat Gusa. W rzeczywistości, tak jak on, na nowo szuka w życiu swojego miejsca. 

"Gus" to doskonale dopełnienie historii poznanej na kartach "Promyczka". Gustov już wcześniej stanowił intrygującego bohatera, z miejsca budzącego sympatie, ale tak naprawdę dopiero teraz Kim Holden daje nam go rzeczywiście poznać - wrażliwego gwiazdę rocka, obdarzonego niesamowitą empatią i chwilowo bardzo zagubionego. Autorka daje nam możliwość bliższego kontaktu z Gusem, odpowiada na pytania o jego własną historie i dopisuje dla niego zakończenie. Zresztą, Kim Holden przybliża nam nie tylko dalsze losy chłopaka, ale i innych znanych nam już bohaterów. 

Największą zaletą "Gusa" jest jednak fakt, że ta historia broni się sama - nie tylko jako kontynuacja "Promyczka", ale i osobna opowieść. Kim Holden po raz kolejny tworzy niesamowicie emocjonalną historię - o stracie i o tym jak trudno jest się z nią pogodzić; o odnajdywaniu w życiu nowych celów i o tym jak ważne jest by nie marnować swojego talentu i każdego kolejnego dnia. Owszem, autorka wplata pewne charakterystyczne dla gatunku New Adult motywy, ale bierze z nich to co najlepsze. 

Sam wątek Scout nie budzi może tyle emocji co ten Gusa, ale wydaje się to zrozumiałe. Po prostu jest on czytelnikom bliższy ze względu na wydarzenia z poprzedniego tomu. Podoba mi się konsekwencja autorki w tym by wątek romantyczny nie stanowił centrum opowiadanej historii. Owszem, pewne sceny wydają się nieco przesłodzone, ale na szczęście Kim Holden dawkuje nam ową porcje cukru (zresztą, po poprzedniej powieści autorki naprawdę sobie na to zasłużyliśmy). 

"Gus" to historia o tym, że czasami musimy żyć dalej - bez względu na to jak ciężkie się to wydaje - i o tym, że czasami los zaskakuje nas także w pozytywny sposób. Kontynuacja "Promyczka" jest jak lekarstwo na złamane po lekturze serducho. Kim Holden wzrusza, bawi i uspokaja. I nawet jeśli "Gus" nie wzbudził we mnie takiej burzy emocji, zdecydowanie nie żałuje lektury. Dla wielbicieli twórczości Kim Holden to po prostu lektura obowiązkowa. 

"Gus" Kim Holden; wydawnictwo Filia: Poznań 2016 ★★★

środa, 14 września 2016

Zbrodnia w szkarłacie, Katarzyna Kwiatkowska


Znacie to uczucie gdy wydaje Wam się, że w chwili obecnej moglibyście przeczytać cokolwiek a koniec końców okazuje się, że nie macie ochoty na lekturę żadnego z posiadanych tytułów? Podobny stan towarzyszył mi od kilku dni, aż w końcu bez przekonania ściągnęłam z górnej półki "Zbrodnię w szkarłacie" autorstwa Katarzyny Kwiatkowskiej. Odkladalam lekturę tej pozycji już od jakiegoś czasu i w końcu doszłam do wniosku, że jeśli szybko nie wrócę do Jana Morawskiego, książka jeszcze długi będzie zbierać kurz na mojej półce. A byłoby szkoda bo to doprawdy świetna historia. 

Jan Morawski, młody i słynący z zamiłowania do kryminalnych zagadek mężczyzna na prośbę swoich bliskich pomaga w poszukiwaniu skarbu dziadka. Pieniądze mają być posagiem dla przyszłej panny młodej a także ostatnią deską ratunku by uratować zadłużone Jeziory. Nieoczekiwanie w środku nocy pada strzał. Ofiarą morderstwa jest mężczyzna, który udzielił gospodarzowi pożyczki i planowałam podstępem przejąć majątek rodziny. Mimo że wszyscy posiadają alibi, niezgodność w zeznaniach i niepodważalne motywy, sprawiają że na każdego z mieszkańców pada cień podejrzeń. Jan Morawski jest zdeterminowany by znaleźć zabójcę i oczyścić z podejrzeń krewnych. 

"Zbrodnia w szkarłacie" to taki doskonały przykład kryminału retro, za którym z pewnością tęsknią wielbiciele twórczości królowej gatunku - Agathy Christie. Katarzyna Kwiatkowska nie podąża tropem ostatnich trendów - na kryminały z mocno zarysowanym tłem obyczajowym - i tworzy oryginalną wciągającą historie, gdzie najważniejsza jest intryga kryminalna. A by ją rozwiązać wystarczy z dokładnością przyglądać się kolejnym poszlakom a przede wszystkim - z uwagą śledzić zeznania świadków i podejrzanych. 

Katarzyna Kwiatkowska zdecydowanie przedkłada ów kryminalną zagadkę nad kreacje bohaterów, ale umiejętnie poprowadzone dialogi i sytuacje w jakich autorka stawia swoje postacie i tak pozwalają nam poznać ich niecodzienne charaktery. Zarówno mieszkańcy Jezior jak i duet Morawski&Mateusz znany czytelnikom z poprzednich tomów z miejsca budzą sympatie i ujmują swoją osobliwością - przy czym moim absolutnym faworytem pozostaje kamerdyner o wyszukanym stylu i duszy romantyka. 

Pomijając intrygę kryminalną i ujmujących bohaterów, Katarzyna Kwiatkowska uwodzi swoich czytelników także przybliżeniem realiów ówczesnej Wielkopolski. Gdzies między wierszami poznajemy odpowiedź jak kształtowała się sytuacja polskich Ziemian pod pruskim zbiorem a także tradycje kultywowane w ówczesnych czasach. Co w połączeniu z niewymuszonym humorem i zaskakującym rozwiązaniem zagadki, tworzy wyborną mieszankę. Jest to też jedna z nielicznych serii, którą poznawałam nie zachowując chronologii i absolutnie mi to nie przeszkadzało. 

"Zbrodnia w szkarłacie" to cudowna lektura, utrzymana w klimacie retro, która sukcesywnie łączy intrygę rodem z powieści Agathy Christie, świetnymi bohaterami i realiami końca XIX wieku. Jeśli czytaliście już któraś z poprzednich powieści pani Kwiatkowskiej to wiecie o czym mowię, a jeśli nie mieliście tej przyjemności - powinniście to zmienić. A ja skrycie liczę na to, że na tym tomie nie skończy się historia naszego duetu. 

"Zbrodnia w szkarłacie" Katarzyna Kwiatkowska; wydawnictwo Znak; Kraków 2015 ★★★

wtorek, 13 września 2016

Po zmierzchu, Alexandra Bracken


Odnoszę wrażenie, że zakończenie serii w sposób, który usatysfakcjonuje wszystkich czytelników jest niemal niemożliwy. W ostatnim czasie zapoznałam się z kilkoma finałami i praktycznie w każdym mogłam wskazać coś co, w moim mniemaniu, mogło zostać napisane lepiej. Nie zdziwiły mnie więc Wasze negatywne opinie na temat "Po zmierzchu" i nie wzięłam ich sobie specjalnie do serca a rownocześnie nie nastawiałam się na lekturę wolną od wszelakich wad. I było to dobre rozwiazanie bo pomimo że dostrzegałam co mogło rozczarować w finale, wciąż czerpałam niesamowitą przyjemność z lektury. 

Wszyscy, którym udało się przeżyć ostatnie wydarzenia, po raz kolejny wyruszają w drogę do względnie bezpiecznego punktu. Ranczu, porzucona jednostka Ligi Dzieci, ma jednak nie tylko stanowić azyl dla ocalałych. To tam Ruby wraz z Colem i innymi chętnymi mają przygotować plan na odbicie dzieci z obozów. Szybko okazuje się jednak, że nie wszyscy mają jednakową wizję na osiągniecie owego celu. Ruby, wciąż przerażona tym do czego jest zdolna i możliwością skrzywdzenia swoich bliskich, coraz bardziej oddala się od chłopaka, którego pokochała. 

"Po zmierzchu", wbrew temu co mogłoby sugerować tempo narzucone w drugim tomie, rozpoczyna się powoli, przeplatając akcje z rozterkami bohaterów i ich nieco postrzępionymi relacjami. I choć dla niektórych czytelników mogłoby to stanowić raczej wadę, ja byłam zachwycona. Od pierwszego tomu byłam pod wrażeniem sposobu w jaki Alexandra Bracken nakreśla sylwetki bohaterów i ich relacje, a teraz tylko się w tym wrażeniu utwierdziłam. Autorka przykłada wagę do tego jak poszczególne zachowania, do których zostali zmuszeni, wpływają na ich emocje i osobowość. A już w szczególności jeśli tyczy się to Cole'a i Ruby - świadomych zagrożenia jakie stanowią i przepełnionych poczuciem niezrozumienia, nawet ze strony innych przyjaciół. 

Tym co mnie zaskoczyło najbardziej, i to w jak najbardziej pozytywnym sensie, był fakt, że niezawsze Alexandra Bracken stawiała Ruby w centrum wydarzeń. Autorzy dystopii mają tendencje do przesadnego idealizowania bohaterów i zrzucania na ich karby wszelkich obowiązków. Ruby może nie jest całkowicie wolna od takiego przerysowania ale w ostatecznym rozrachunku wypada o wiele bardziej przekonująco. Unikając spoilerów - po prostu nie uczestniczy w każdej ryzykownej eskapadzie czy walce. Owszem, nie poznajemy przez to pewnych faktów z detalami, ale wydaje mi się, że nie wjst to konieczne. Zwłaszcza, że koniec końców, jak na finał przystało, otrzymujemy odpowiedzi na najważniejsze pytania. 

Alexandra Bracken zdołała mnie zaskoczyć, wzruszyć a nawet złamać mi serce i tak naprawdę sama jestem zaskoczona faktem, że uwierała mnie tylko jedna rzecz i, co dziwniejsze, był to wątek romantyczny. Owszem, mieliśmy z nim do czynienia od pierwszego tomu, ale coś uległo zmianie. Alexandra Bracken poświęciła mu tym razem trochę więcej uwagi i chociaż nadal nie rozumiał reszty fabuły, sprawiło to że pewne fakty zaczęły mi się bardziej rzucać w oczy. Wydaje mi się, źe po wydarzeniach jakie rozegrały się na przestrzeni całej historii a zwłaszcza tomu trzeciego i po słowach których nie da się cofnąć, inne zakończenie tego wątku byłoby po prostu właściwsze. W tej jednej kwestii, miałam wrażenie, że autorka obrała drogę na skróty by zadowolić czytelników.*

"Po zmierzchu" różni się od finałów do jakich się przyzwyczaiłam, ale rownocześnie wydaje mi się, że idealnie oddaje to co ujęło mnie w twórczości Alexandry Bracken. Historia Ruby była opowieścią o strachu przed samym sobą, samotnością i poszukiwaniu akceptacji i taka pozostała do samego końca. A że osobiście przedkładam ponad pędzącą akcje - emocje, chyba rozumiecie czemu się nie zawiodłam. Ze swojej strony polecam wam trylogie Alexandry Bracken z czystym sumieniem i z niecierpliwoscią oczekuje na to, aż jej kolejna powieść ukaże się w Polsce. 

* Ale może myślę tak dlatego, że ten jeden jedyny raz widziałam u boku bohaterki kogoś innego niż autorka

"Po zmierzchu" Alexandra Bracken; wydawnictwo Moondrive (Otwarte): Kraków 2015 ★★★

poniedziałek, 12 września 2016

Ulubieni zagraniczni booktuberzy


Jeśli jesteście ze mną już jakiś czas i czytając kolejne posty zwracacie uwgaę na coś więcej niż zdjęcie i liczbę gwiazdek przy tytule, myślę że doskonale zdajecie sobie sprawę z tego, że jestem osobą uzależnioną od zagranicznego booktube'a. Kanały zagranicznych booktuberów stanowią przeszło połowę kanałow jakie subskrybuje (pozostałe to nasz polski booktube i te kanały które tworzą fanowskie filmiki z moimi ukochanymi serialami) i zdecydowanie są złodziejami mojego wolnego czasu. Mam jednak na to dobrą wymówkę. Po pierwsze, są dla mnie wstępną wskazówkę na jakie tytuły/autorów powinnam zwracać uwagę w zapowiedziach. Po drugie, pozwalają mi sprawdzić samą siebie na ile rozumiem język angielski "ze słuchu" (a przynajmniej to sobie powtarzam). 

Początkowo planowałam Wam po kolei opowiadać co cenie w poszczególnych kanałach, ale doszłam do wniosku że za często bym się powtarzała. Przeważnie szukam bowiem w każdym kanale tego samego. Lubię, gdy w poszczególnych filmach widać osobowość booktubera przyczyn niekoniecznie chodzi mi o nadmierną ekspresyjność. Lubię, gdy dana osoba potrafi się wypowiedzieć na temat przeczytanych przez siebie pozycji a nie zdradza nam jedynie streszczenie fabuły i dziwny wyraz twarzy. Lubię gdy na kanale jest coś więcej niż book haule i unboxingi (chociaż ze wstydem przyznaje, że rzadko oglądam pojedyncze recenzje). I, przyznaje, lubię gdy filmik nie wygląda jakby był kręcony kalkulatorem a ja nie muszę ustawić głośności "na fulla". Kanały, które uznaje jako "te ulubione" spełniają wszystkie, albo większość z tych cech a co ważniejsze - nigdy nie wyłączam ich filmików w połowie (na czym przyłapałam się kilkakrotnie u kilku innych, nawet tych "popularnych" booktuberów). 

BooksandLala


Book Beauty Ameriie


Mollie Reads


WellDoneBooks


gracewithabookinherface


Between Chapters


Riley Marie


shemightbemonica


YA BookwormBloger


thereading wallflower


Jestem ciekawa czy kojarzyliscie wszystkie powyższe kanały i czy też skarżycie je sympatią. No i oczywiście - jacy są Wasi ulubieni  zagraniczni booktuberzy?

niedziela, 11 września 2016

Parabellum. Prędkość ucieczki, Remigiusz Mróz


Bardzo chętnie opowiedziałabym dlaczego zamiast kontynuować którąś z serii Remigiusza Mroza - czy to o komisarzu Forstcie czy cykl o Chyłce - sięgam po zupełnie nowy tytuł i rozgrzebuję kolejny cykl. Bardzo chętnie bym wam o tym opowiedziała, ale tak się składa, że nawet mnie samej to zachowanie wydaje się irracjonalne.  Kiedy naszła mnie ochota na jakąś powieść rozgrywającą się na tle II wojny światowej, automatycznie pomyslałam o "Parabellum" i praktycznie machinalnie zarezerwowałam całą serię w bibliotece.  I wcale tego nie żałuję. 

Staszek, młodszy z braci Zaniewskich, nigdy nie miał problemów z nauką ani zachowaniem dyscypliny. Owocem jego starań jest ukończenie studiów medycznych. Tym co naprawdę zaprząta głowę Staszka jest jednak jego narzeczona - śliczna Żydówka Maria oraz ich zbliżający się ślub. Tymczasem Bronek Zaniewski stacjonuje pod rumuńską granicą a jego wybuchowy charakter sprawia, że po raz kolejny wpada w tarapaty - tym razem nie tylko zadarł, ale i pobił się ze swym przełożonym. Jest 1 września 1939 roku a wrogie wojska wkraczają na wrogie terytorium. 

Nie jestem miłośnikiem historii i, pomijając podstawowe informacje nie posiadam zbyt obszernej wiedzy na temat II wojny światowej. A już moje pojęcie w zakresie stopni wojskowych i związanych z ów hierarchią obowiązków jest doprawdy mocno ograniczone i podparte informacjami z filmów/seriali. Ciężko mi powiedzieć na ile Remigiusz Mróz trzyma się więc w swojej powieści faktów aczkolwiek przedstawia historie na tyle przekonująco, że dla takiego laika jak ja wypada wiarygodnie. Równocześnie jednak przywołane przez autora informacje historyczne nie przytłaczają fabuły i nie nużą czytelnika. 

"Parabellum. Prędkość ucieczki" składa się tak naprawdę z trzech głównych wątków - losów sierżanta Bronisława Zaniewskiego, ucieczki jego brata i Marii na Zachód a także działań kapitana Wermachtu - Christiana Leitnera. Remigiusz Mróz nie tylko udowadnia zdolność do tworzenia bogatych, różnorodnych portretów bohaterów. Umożliwia także czytelnikowi poznanie trzech odmiennych perspektyw na II wojnę światową- polskiego żołnierza, cywila uciekającego z kraju a także kapitana wrogiego kraju. I to właśnie ta trzecia przykuwa najwięcej uwagi - złożonością i niejednoznacznością. 

Pierwszy tom trylogii przepełniony jest akcja i brutalnymi obrazami wojny i przez to nie nadaje się dla czytelnika zbyt młodego czy wrażliwego. Jedyne co osobiście drażniło mnie w trakcie lektury to fakt przeskoku między wydarzeniami w najbardziej kluczowych momentach. Rozumiem, że autor chciał tym samym motywować czytelnika do dalszej lektury, ale nie wydaje mi się by te ciągle "wewnętrzne cliffhangery" były konieczne - a przynajmniej nie w takim natężeniu. 

"Parabellum. Prędkość ucieczki" to nowe dla mniej, ale wciąż równie zaskakujące i po prostu dobre, oblicze autora. Remigiusz Mróz radzi sobie z powieścią historyczną równie dobrze co w przypadku sensacji czy thrillera prawniczego. Mamy wartką akcje, ciekawych bohaterów i rożne spojrzenia na II wojnę światową. Jeśli przepadacie za powieściami w których ów okres historyczny odgrywa dużą role albo po prostu lubicie pióro Mroza, koniecznie dajcie szansę "Parabellum".

"Parabellum. Prędkość ucieczki" Remigiusz Mróz: Instytut Wydawniczy Erica; Warszawa 2013 ★★★

sobota, 10 września 2016

Toxic, Rachel van Dyken


Żeby trochę usprawnić realizacje mojego noworocznego postanowienia pt: "Skończę lekturę porozpoczynanych  serii", wypożyczyłam z biblioteki wszystkie trzy tomy "Zatraconych" rownocześnie.  Nie dziwi więc was fakt, że tuż po zakończeniu "Utraty" zabrałam się za "Toxic". Było mi tym łatwiej, że lektura pierwszego tomu była dla mnie doprawdy miłą niespodzianką a dodatkowo z miejsca zapalałam sympatią do Gabe'a - bohatera, którego historię poznajemy właśnie w "Toxic". Tylko czy koniec końców rzeczywiście byłam zadowolona z lektury? Odpowiem trochę przekornie - i tak, i nie. 

Gabe Hyde, po tym co stało się z jego najlepszym przyjacielem, stara się zmienić nieco swoje życie i uciec od wizerunku playboy'a. W rzeczywistości chłopak ucieka jednak także od wielu innych rzeczy - nawet swojej prawdziwej tożsamości. Od czterech lat udaje kogoś kim nie jest, a jedynym co łączy go z poprzednim światem jest Lisa i pewna dziewczyna w Domu Opieki. Kiedy po raz pierwszy Gabe spotyka Saylor, nic nie układa się zgodnie z planem. Oboje są względem siebie opryskliwi i zaślepieni uprzedzeniami a rownocześnie łączy ich dziwne przyciąganie. Przyciąganie, które nasila się z każdym kolejnym spotkaniem.

"Toxic" utrzymuje kilka rozwiązań wykorzystanych  w poprzednim tomie, nawet jeśli te dwie historie są od siebie zupełnie różne. Przede wszystkim, Rachel van Dyken wciąż przedstawia swoje historie naprzemiennie, z perspektywy dwóch głównych bohaterów a każdy rozdział rozpoczyna cytowaniem jakiejś ich myśli. Po raz kolejny jest to opowieść bardzo silnie oparta na emocjach - trochę mniej tu humoru co trochę mnie zdziwiło biorąc pod uwagę, że w "Utracie" to właśnie Gabe był jego niewyczerpanym źrodłem, ale dużo momentów potencjalnie wyciskających łzy (chociaż ja, człowiek kamień, nie płakałam wcale). 

Na czym więc polega owa wielka różnica? "Toxic" porusza zupełnie inną problematykę. Początkowo myslałam, że pomysł na fabułę i przeobrażenie Gabe'a w inną osobę, pozbawi czytelników szansy na utożsamienie się z bohaterami, ale myliłam się. Rachel van Dyken pod otoczką historii dosyć absurdalnej w zarysie, udało się zawrzeć pewne uniwersalne tematy. Autorka pisze o tym jak czasami łatwo uciec nam od problemów przez zakładanie rożnych masek a jak ciężko jest się ich potem pozbyć; o tym że czasem wystarczy chwila nierozwagi by zmienić nasze życie; i o tym, że nigdy nie jest tak źle by człowiek nie znalazł swojego przepisu na szczęście. 

Niewiele mam tej pozycji do zarzucenia oprócz prostego faktu, że po prostu mnie w sobie nie rozkochała. Pomysł na fabułę ma może spory potencjał, ale czułam, że autorka ukradła mi Gabe'a, do którego zdążyłam już zapałać sympatią.  No i trochę jednak szkoda, że po raz kolejny żeńska główna bohaterka wypada trochę słabo na tle swojej potencjalnej drugiej połówki. Jeśli nie czytaliście "Utraty", "Toxic" stanowi odrębną historię, a Kiersten i Wes przewijają się jedynie w nielicznych momentach. Pojawiają się jednak drobne spoilery - co prawda owych tajemnic możemy się domyślić na pierwszych stronach, ale mimo wszystko niepolecałabym zapoznawać się z serią w sposób niechronologiczny. 

"Toxic" to kolejna dobra pozycja New Adult autorstwa Rachel van Dyken. Wciąż widać w niej lekkie pióro autorki i jej talent do uchwytywania w słowa emocji. Pomysł na fabułę jest jednak dosyć specyficzny i trochę oderwany od rzeczywistości - co dla niektórych może być sporą wadą. Osobiście byłam zadowolona z lektury, ale nie na tyle na ile oczekiwałam. Wciąż polecam wam serię i sięgnę po tom trzeci, ale teraz mam niższe oczekiwania. 

"Toxic" Rachel van Dyken; wydawnictwo Feeria Young; Łódź 2015 ★★★½

piątek, 9 września 2016

5 najlepszych książek lata


Sukcesywne publikowanie co dzień nowego posta zostało brutalnie przerwane przez pogodę - jakkolwiek idiotycznie to zabrzmi. Po kilku godzinach spędzonych w dusznym pomieszczeniu przed komputerem i kolejnej - w wiedeńskiej saunie, nazywanej przez niektórych chlubnie tramwajem, miałam absolutnie zero energii. A nawet wówczas gdy w pewnym zakresie wróciła - jakoś nie mogłam się zmobilizować do tego by spędzić choćby chwili przed monitorem.  Myślę jednak, że mi to wybaczycie (a przynajmniej na to skrycie liczę), zwłaszcza, że witam Was dzisiaj postem, który zazwyczaj budzi Wasze największe zainteresowanie - letnią topką najlepszych książek jakie miałam okazje czytać. W trakcie letnich miesięcy (czerwca, lipca i sierpnia) czytałam dużo - uzbierało się aż 39 tytułów, ale w dużej mierze skupiłam się na tzw. literaturze rozrywkowej. Było sporo New Adult, Young Adult, kryminałów i thrillerów. I choć te tytuły raczej nie wywróciły mojego życia do góry nogami, zdecydowanie wywarły na mnie bardzo pozytywne wrażenie. 

Inne zasady lata, Benjamin Alire Saenz

Nie wiem czy znacie ten tytuł, ale jeśli oglądacie zagraniczny tytuł powinniście kojarzyć jego oryginalne brzmienie - "Aristotle and Dante discover secrets of the universe". I chociaż bywa, że YouTube przekłamuje rzeczywistość i zachwala pozycje po prostu dobre a nie wybitne (a czasami wręcz przeciętne), w tym wypadku ma racje. Benjamin Alire Saenz stworzył cudowną opowieść o przyjaźni, poświęceniu i wszelkich aspektach dorastania - od poczucia samotności i niezrozumienia, aż po próbę odkrycia własnej tożsamości. Nie dajcie się zwieść niepozornej polskiej oprawie i koniecznie dajcie autorowi szansę - nawet jeśli nie macie naście lat.  

Bez słów, Mia Sheridan

Jakoś tak długo zwlekałam z tym by siegnąć po twórczość Mii Sheridan, mimo że autorka podbija książkową blogosferę i zyskuje popularność na miarę Colleen Hoover. A koniec końców byłam oczarowana. Owszem, w powieści Sheridan sporo jest schematów typowych dla NA i przeciwnicy tego gatunku raczej nie znajdą tu nic dla siebie, ale ja dałam się oczarować ten emocjonalnej opowieści o samotności, odrzuceniu i sile jaką niesie ze sobą miłość. I jestem ogromnie ciekawa co autorka pokazuje w swoich innych powieściach. 

Morze spokoju, Katja Millay

Kolejna NA. Ten tytuł swego czasu podbijał serca polskich czytelników, ale potem jakoś wszystko ucichło, a przynajmniej ja przez długi okres o nim nie słyszałam. Katja Millay, podobnie jak Mia Sheridan, nie uniknęła wszystkich schematów gatunku, ale jest w jej powieści coś wyjątkowo. Choćby fakt, że wątek miłosny nie odgrywa pierwszych skrzypiec (i rozwija się raczej powoli) a autorka więcej uwagi poświęca ukazaniu poszarpanej psychiki głównych bohaterów. Szkoda, że nie doczekaliśmy się jeszcze innych pozycji autorki bo jestem ciekawa jak się rozwinęła. 

Król kruków, Maggie Stiefvater

Myślę, że ta pozycja nie jest Wam obca, bo ostatnio polski bookstagram ofiarował jej nowe życie. Mój egzemplarz przeleżał nieczytany chyba z rok, ale w końcu postanowiłam dać mu szansę. I przepadałam. Maggie Stiefvater kreuje na kartach swojej powieści cudowną, niemal baśniową atmosferę a dodatkowo zachwyca wyrazistymi bohaterami. Szkoda, że teraz pierwszy tom jest praktycznie nie do zdobycia (tak jak i drugi), ale być może przy premierze finału, ulegnie to zmianie. Chętnie nadrobiłabym do listopada dwa kolejne tomy, ale zobaczymy co z tego wyniknie. 

Przez niego zginę, K. A. Tucker

O tym jak pozytywnie zaskoczyła mnie K. A. Tucker opowiadałam Wam niedawno. Uwielbiam autorkę za jej serię NA, ale jej najnowsza powieść jest równie dobra, jeśli nie lepsza. To połączenie thrillera z takim seksownym klimatem, który zaskakuje twistami fabularnymi (przynajmniej czasami) i po prostu przyjemnie się go czyta. Nawet jeśli poprzednie pozycje autorki nie przypadły Wam do gustu, powinniście dać jej jeszcze jedną szansę. Będziecie zaskoczeni jak te pozycje się od siebie różnią. 

Jestem ciekawa czy znacie powyższe tytuły i czy zrobiły na Was równie pozytywne wrażenie. Koniecznie podzielcie się też ze mną informacją jakie tytuły podbiły Wasze serducha tego lata. 

środa, 7 września 2016

Dziewczyna z pociągu, Paula Hawkins


Debiut Pauli Hawkins był jedną z tych pozycji, która powstała na fali sukcesu "Zaginionej dziewczyny" Gillian Flynn. Blurby porównujące oba te tytuły, rekomendacje znanych autorów -w tym Stephena Kinga (który promował swoim nazwiskiem także debiut Flynn) czy ogromna kampania reklamowa - o "Dziewczynie z pociągu" było głośno nawet przed premierą, i to nie tylko za granicą, ale także u nas w Polsce. Przy takim rozgłosie i szumnych obietnicach nawet nie byłam zaskoczona, gdybzcazley się pojawiać pierwsze negatywne opinie. Czytelnicy spodziewali się gruszek na wierzbie, które naobiecywał im wydawca, a dostawali całkiem co innego. "Dziewczyna w pociągu" w moim mniemaniu to dobry thriller - tylko tyle i aż tyle. 

Rachel nie znajduje się w najlepszym punkcie swojego życia. Nadal nie może pozbierać się po rozwodzie i zaakceptować faktu, że jej były mąż ruszył do przodu ze swoim życiem,  i zdecydowanie zbyt często nadużywa alkoholu.  Wytchnieniem są dla niej codzienne podróże pociągiem. Kiedy staje niedaleko semafora, Rachel przygląda się mieszkańcom okolicznych domów. W myślach nadała im już imiona i wykreowała idealne życiorysy. W trakcie jednej z podróży, Rachel dostrzega coś podejrzanego. Wkrótce okazuje się, że kobieta z jednego z domów szeregowych zaginęła. Rachel postanawia pomóc w śledztwie, na tyle na ile jest w stanie to zrobić ze swoim zamroczonych alkoholem umysłem. 

Paula Hawkins idealnie wstrzeliła się ze sowim debiutem w czasie. "Dziewczyna z pociągu" to dobry przykład popularnego ostatnio podgatunku domestic thriller. I chociaż nie uważam jej za najlepszy thriller z jakim miałam się okazje zetknąć, muszę przyznać, że osobiście byłam zadowolona z lektury. Powieść Pauli Hawkins czyta się szybko i z zainteresowaniem - autorka umiejętnie dawkuje napięcie i podrzuca czytelnikowi błędne tropy by zapewnić mu element zaskoczenia. Owszem, przy uważnej lekturze i znajomości innych pozycji z gatunku, wcześniejsze wydedukowanie zakończenia jest dosyć prawdopodobne. Ale nie do końca jest to "wina" Pauli Hawkins. 

Mimo że do postaci Rachel raczej trudno zapałać sympatia, to właśnie ona stanowi mocny punkt historii. Alkoholizm Rachel sprawia, że nasza główna bohaterka nie rejsy najbardziej wiarygodnym narratorem. Wydarzeniom przedstawionym z jej perspektywy przyglądamy się z nutą niepewności. Paula Hawkins sprawnie przeskakuje między dwoma perspektywami. Z jednej strony poznajemy obecne wydarzenia z punktu widzenia Rachel, z drugiej - dowiadujemy się o przeszłych momentach z relacji zaginionej kobiety. Do samego końca nie mamy pewności co wydarzyło się naprawdę a co jest efektem alkoholowych omamów. 

Debiut Puli Hawkins nie jest jednak nową "Zaginioną dziewczyną"- jedyne co te dwie historie mają ze sobą wspólnego to niezbyt sympatyczne główne bohaterki i motyw zaginionej kobiety (przy czym autorki obrały tutaj całkowicie odmienną drogę). I chociaż osobiście przypadła mi do gustu pozycja Flynn, odmienność tych dwóch tytułów trudno uznawać za wadę. Paula Hawkins miała ciekawy pomysł i dobrze go zrealizowała. I osobiście nie mogę się już doczekać filmu. 

"Dziewczyna z pociągu" to mocny debiut, ale i dobry domestic thriller ogółem. Dobrze rozplanowanie tempo, ciekawy sposób narracji i całkiem satysfakcjonujące zakończenie - to więcej niż może się pochwalić niejeden bardziej doświadczony autor. Jeśli lubicie thrillery, ale nie czujecie przesytu gatunkiem - powinniście dać Pauli Hawkins szansę. Ja byłam zadowolona i naprawdę jestem ciekawa co autorka pokaże dalej. 

"Dziewczyna z pociągu" Paula Hawkins; wydawnictwo Świat  Książki; Warszawa 2015 ★★★

wtorek, 6 września 2016

Simon oraz inni homo sapiens, Becky Albertalli


Gdyby nie zagraniczny booktube, prawodopodobnie nie zainteresowalabym się debiutancką powieścią Becky Albertalli. Żyłam w przekonaniu, że literatura z wyraźnie nakreślonym wątkiem LGBTQ+ nie jest czymś co może mi przypaść do gustu - o co obwiniam teraz bardzo przeciętną młodzieżówkę o uczuciu między dwoma nastolatkami i co, oczywiście!, nie miało wiele wspólnego z prawdą. Zetknęłam się z kilkoma zawiedzionymi opiniami wśród polskich czytelników, ale na szczęście sama się z nimi nie identyfikuje!

Szesnastoleni Simon Spier ukrywa seoją orientacje seksualną - nie chodzi mu nawet o to, że wstydzi się tego kim jest po prostu a) nie chce robić z tego "wielkiej sprawy" i b) wie, że jego korespondencyjny chłopak, którego imienia nie zna, ale który ukrywa się pod pseudonimem Blue, nie jest jeszcze na to gotowy. Tymczasem wielki "coming out" może nastąpić niedługo - przez nieuwagę Simona, Martin - klasowy błazen - przeczytał jego maile. Simon staje się ofiarą szantażu - albo pomoże Martinowi zbliżyć się do jednej z przyjaciółek chłopaka albo sekret jego i Blue ujrzy świtało dzienne. A to tylko jeden z problemów z jakimi musi się mierzyć. 

Nie byłam do końca pewna czego mogę oczekiwać po powieści Becky Albertalli, ale "Simon oraz inny homo sapiens" pozytywnie mnie zaskoczył. Debiutankca autorka zdecydowanie najwięcej uwagi poświęca orientacji seksualnej Simona, ale niekoniecznie w kontekście relacji z Blue. Becky Albertalli swoją powieścią motywuje do refleksji - spostrzeżenia Simona odnośnie tego, że to niesprawiedliwe że osoby homoseksualne jako jedyne muszą tłumaczyć się ze swojej orientacji; czy też tego, że to iż jest gejem nie czyni go w mgnieniu oka całkiem inną osobą wydają się niezwykle trafne i rozpoczynają lawinę kolejnych pytań, które możemy odnieść do życia codziennego. 

Wgłębiając się w lekturę trudno pozbyć się wrażenia, że Becky Albertalli rozumie zasady jakimi rządzi się świat nastolatków. I nie chodzi już tylko i wyłącznie o wątek homoseksualny, ale o inne zgadnięcia - potrzebę akceptacji wsród młodzieży, skłonność do podejmowania błędnych, impulsywnych decyzji i poczucie osamotnienia czy nawet odrzucenia pomimo posiadania grupki przyjaciół. Co więcej, Becky Albertalli urozmaica fabułę pewną dozą tajemniczości za sprawą wątku Blue. Owszem, podrzuca nam pewne podpowiedzi, ale w gruncie rzeczy niemal do końca czeka z ujawnieniem jego prawdziwej tożsamości. 

"Simon oraz inni homo sapiens" jest przy tym powieścią, która trafi raczej tylko do pewnej grupy wiekowej. Poczynając od wszelakiego rodzaju nawiązań kulturalnych - filmowych, muzycznych i innych jak gru komputerowe czy programy rozrywkowe; przez specyficzne poczucie humoru bohaterów; a na języku kończąc. Becky Albertalli pisze z myślą o młodzieży i to po prostu widać. Rownocześnie jednak trudno traktować to jako zarzut w jej kierunku. Zwłaszcza, że jak od każdej reguły, tak i od tej mogą być wyjątki, co zaobserwowałam już za granicą.  

"Simon oraz inni homo sapiens" to niezwykle dobrze rokujący debiut. Becky Albertalli stworzyła ciepłą, zabawną powieść, która w trafny sposób ukazuje rozterki nastolatków. Podziwiam autorkę za to jak ujęła temat homoseksualizmu, ale także to jak naturalnie wplotła w zycie bohaterów różnorodność - etniczną, kulturową, rasową czy też religijną. Nawet jeśli nie mam naście lat i czasami nie rozumiałam poczucia humoru Simona - bawiłam się doskonale. Mam nadzieję, że to nie ostatnie słowo Becky Albertalli i że doczekamy się kiedyś jej kolejnej powieści także w Polsce. 

"Simon oraz inni homo sapiens" Becky Alberatalli; wydawnictwo Papierowy Księżyc; Słupsk 2016 ★★★

poniedziałek, 5 września 2016

Totally should've book tag


Wakacje są cudne - nigdy nie wyrosłam z tego przekonania nawet gdy w pewnym momencie musiałam przestać utożsamiać je z wolnością i całkowitą swobodą. Ale szkoła też ma kilka zalet w zanadrzu i mam nadzieję, że przynosi Wam to jakieś pocieszenie teraz gdy musieliście wrócić do obowiązków i porannego wstawania. A jeśli nie - być może podniesie Was na duchu informacja, że solidaryzuje się z Wami - przynajmniej cześciowo, w kwestii wstawania o drakońskiej porze - w bólu. A żeby chociaż odrobinę poprawić samopoczucie sobie i Wam postanowiłam opublikować kolejny na blogu TAG. Wiem, że ich temat budzi pewne kontrowersje, ale w morzu tych dziwnych, znajduje się co najmniej kilka wartych uwagi - a Totally should've book tag zdecydowanie do nich należy. 

1. Książka, która absolutnie powinna mieć swój sequel

Zaczynamy dopiero ten tag a ja już mam ochotę się przeciw niemu zbuntować niczym romantyczny bohater. Widzicie, kiedy kończę naprawdę dobrą książkę często żałuje, że to już koniec i nie doczekamy się dalszego ciągu. Z drugiej jednak strony, doświadczenie nauczyło mnie, że takie tworzenie kontynuacji na prośbę czytelników bardzo często kończy się rozczarowaniem. Gdybym jednak miała podjąć jakąś decyzje byłaby to albo "Eleonora&Park", albo "Stacja jedenaście" - z całkiem innych powodów. Powieść Rainbow Rowell po prostu zakończyła się w punkcie, który wymaga dalszego ciągu (bo człowiek umiera z niepewności), natomiast pozycja Emily St. John Mandel to już mój totalny kaprys - wizja postapokaliptycznego świata i Szekspira absolutnie mnie rozkochała i wydaje mi się, że autorka wycisnęła sok tylko z połówki cytryny. 

2. Książka, która absolutnie powinna mieć swoją serię spin-off

Nie wiem czy początkowo moja odpowiedź brzmiała tak samo, ale po obejrzeniu kilku filmów na booktubie nie mogłaby być już inna - "Harry Potter". Jeśli J. K. Rowling nie ma pomysłu, ja mam ich nawet kilka. Wyobrażacie sobie historię czwórki założycieli Hogwartu?; opowieść o Huncwotach za czasów ich edukacji albo pózniej - kiedy spustoszenie niósł Sami-Wiecie-Kto?; losy nowego pokolenia?; a może spojrzenie na świat Czarodzieji poza Hogwartem czy Anglią? Z jednej strony rozumiem decyzje J. K. Rowling. Z drugiej, przy popularności spin offów - Cassandra Clare? Richelle Mead? Rick Riordan? - nie mogę pogodzić się z tym, że akurat tak cudownie wykreowany świat nie doczeka się dalszej eksploatacji. 

3. Autor, który absolutnie powinien napisać więcej książek

Nie wielu jest autorów, których twórczość  jest dla mnie już w stu procentach odkryta. Z reguły mam tyły jeśli chodzi o poznawanie w całości dorobku jakiegoś autora, nawet jeśli nazywam go swoim ulubieńcem. Zdecydowanie nie obraziłbym się gdyby Gillian Flynn wydała jakąś nową pozycje. Owszem, wiem że bierze ona udział w "Projekcie Szekspir" i jej historia ma być inspirowana "Hamletem", ale a) nie znamy żadnych konkretów (nawet daty premiery) i b) czekam na historie na miarę "Ostrych przedmiotów" czy "Zaginionej dziewczyny", która zwali mnie z nóg. 

4. Postać literacka, która absolutnie powinna być z kimś innym

Uwaga na drobne spoilery z trylogii "Mroczne umysły". Jestem odosobniona w swoim uczuciu, ale byłam naprawdę zawiedziona tym, że Ruby skończyła u boku Liama. Owszem, uwielbiałam ich relacje na początku, ale wydaje mi się, że każdy z nich przeżył dosyć dużą przemianę na przestrzeni serii i że w konsekwencji zbyt wiele ich dzieliło. Ten rozłam najlepiej widać w trzecim tomie i naprawdę byłam pewna, że Alexandra Bracken przygotowuje nas na rozstanie. Całej sytuacji nie ułatwia fakt, że zawzięcie "shipowałam" Ruby z Colem. Było między nimi więcej chemii, więcej zrozumienia i podobnie postrzegali świat. Czy wydarzenia "Po zmierzchu" złamały mi serce? Jak najbardziej. 


5. Książka, która absolutnie powinna skończyć się inaczej

Znalazłoby się kilka takowych pozycji, ale pierwsza przychodzi mi do głowy trylogia "Delirium". Pomimo tego że jest to jedna z niuchacza ukochanych serii dystopijnych, zwłaszcza pierwszy tom, nie mogę pozbyć się wrazenia, że zasługiwała ona na lepszy finał. Nie przepadam za otwartymi zakończeniami a już zwłaszcza takimi gdzie autor nie zostawia nam podpowiedzi jaki kierunek w jego zamyśle miała obrać historia. Chciałabym żeby Lauren Oliver nie uśmierciła jednego z moich ulubionych bohaterowych (zwłaszcza po tym co dowiedziałam się z nowelek), no i odpowiedziała na pytanie kogo ostatecznie wybrała Lena. 

6. Książka, która absolutnie powinna być zekranizowana

Nie jestem wielką miłośniczką ekranizacji ani filmów ogółem, ale gdybym miała wybrać jakiś tytuł wskazałabym na "Szare śniegi Syberii". Po pierwsze, dlatego że Ruta Sepetys tworzy niesamowicie mądrą i wzruszającą historie i przybliża fakty, o których większość z nas nic nie wie. Po drugie, bo książka ta jest obecnie praktycznie nie do zdobycia a zasługuje na to by się z nią zapoznać. Po trzecie, bo może zainteresowanie filmem zmobilizowałoby polskie wydawnictwa do wydania jej najnowszej powieści - "Salt to The sea", którą po prostu muszę przeczytać. 

7. Książka, która absolutnie powinna być scenariuszem serialu

Zdecydowanie obejrzałabyś serial na podstawie serii "Selekcja" (a przynajmniej pierwotnej trylogii). Już powieść stanowi doskonałe, wciągające a nawet uzależniające "guilty pleasure", w połączeniu z pięknymi sukniami i przystojną obsadą byłby to strzał w dziesiątke.  Osobiście nie postawiłabym w centrum uwagi Ameriki, ale Maxona i poświęciła wszystkim dziewczynom tyle samo uwagi - dla osób niezaznajomionych z powieścią doszedłby element niepewności, która z uczestniczek Selelkcji zostanie wybranką Księcia. Naprawdę nie rozumiem jak to się stało, że plany odnośnie serialu nie doszły do skutku. 

8. Książka, która absolutnie powinna mieć inna okładkę

Chciałoby się powiedzieć, że nie liczy się okładka tylko wnętrze, ale nie zamierzam zniżać się do kłamstwa - dobra oprawa graficzna to połowa sukcesu. Zdecydowanie zmieniłabym WSZYSTKIE okładki zdobiące, a raczej szpecące powieści Chimamandy Ngozi Adichie. Autork ma tak ogromny potencjał, a fakt iż jej pozycje utonęły w morzu innych tytułów i można je teraz znaleźć jedynie w antykwariatach lub składkach taniej książki naprawdę mnie boli. Zwłaszcza, że jestem niemal pewna, że przy innych okładkach i lepszej reklamie, Chimamanda Ngozi Adichie mogłaby podbić polski rynek wydawniczy. 

9. Książka, która absolutnie powinna zachować oryginalną okładkę

Wahałam się chwilę - bo nadal nie mogę odżałować cudownego, brytyjskiego wydania "Linii serc" - ale w końcu postawiłam na pozycje, która absolutnie mnie w sobie rozkochała. Chociaż okładka "Innych zasad lata" nie jest najgorszym co w życiu widziałam, niestety, w porównaniu z oryginałem odpada w przedbiegach. Amerykańska oprawa ma w sobie coś wyjątkowego - zresztą tak jak i tytuł - nasza ginie w natłoku setek zbliżonych grafik i nie zachęca należycie do lektury. 

10. Książka, która absolutnie powinna zakończyć się na części pierwszej

Wyznaję to z zaskoczeniem dla mnie samej, ale zdecydowanie do tej kategorii zaliczyłabym "Pułapkę uczuć" Colleen Hoover. O ile pierwszy tom trylogii mnie zachwycił, drugi wywołał już chwilowy grymas niezadowolenia, ale ogółem wciąż odbierałam go pozytywnie, o tyle trzeci uważam za absolutnie zbędny. To ten rodzaj kontynuacji napisany opis wpływ namowy czytelników i przynoszący jedynie rozczarowanie. Może to lepiej, że z reguły Colleen Hoover ogranicza się do jednotomowek. 

Jestem ciekawa czy czymś was zaskoczyłam albo czy nie zgadzacie się ze mną w jakiejś kwestii. Koniecznie podzielcie się swoimi odpowiedziami w komentarzach.