czwartek, 28 lipca 2016

Mroczne umysły, Alexandra Bracken


Pierwotnie sięgnęłam po "Mroczne umysły" - a jeśli mamy przykładać wagę do detali, po "The Darkest Minds" - głównie ze względu na pozytywne opinie jakie ów tytuł zebrał od zagranicznych booktuberów. I naprawdę sama byłam zaskoczona tym, że podzieliłam ich odczucia i absolutnie pokochałam ową powieść. Kiedy powieść Alexandry Bracken nie powtórzyła swojego sukcesu w Polsce, początkowo zrzuciłam to na karby tłumaczenia a potem - kiedy zaczęło się pojawiać coraz więcej ostrożnych a niekiedy wręcz negatywnych opinii - zwątpiłam w swój własny osąd (niepotrzebnie!). I dlatego zdecydowałam się na relekturę.

Stany Zjednoczone ogarnia dziwna epidemia. Gwałtownie wzrasta śmiertelność wśród dzieci między dziesiątym a czternastym rokiem życia a te którym udaje się wyjść cało z choroby zaczynają przejawiać dziwne, często niepokojące zdolności. Posegregowani zgodnie ze zdobytymi umiejętnościami na Zielonych, Niebieskich, Żółtych, Pomarańczowych i Czerwonych, zostają odizolowani od reszty świata i zamknięci w tzw. obozach rehabilitacyjnych. Po przeszło sześciu latach sytuacja wcale nie ulega poprawie, Rząd obawia się dzieci ze zdolnościami a niektórzy robią wszystko by wykorzystać ich zdolności do własnych celów. Ruby, jednej z ostatnich ocalałych Pomarańczowych, udaje się zbiec z obozu. Tylko czy poza jego murami jest jeszcze miejsce gdzie może wciąż spokojnie i bezpiecznie żyć?

Nie do końca jest tak, że Alexandra Bracken tworzy coś niesamowicie oryginalnego, co wybija jej historie na tle innych dystopii. Daleka jednak jestem od tego by skreślać jakąś pozycje tylko i wyłącznie dlatego, że przynależy do jakiegoś gatunku i wykorzystuje pewne charakterystyczne dla niego motywy. Wystarczy jednak zachować pewne odstępy w lekturze między poszczególnymi tytułami by odkryć, że niektóre z nich wciąż mogą zachwycać. A "Mroczne umysły" zdecydowanie należą do tej grupy. Debiut Alexandry Bracken ma charakterystyczne tempo fabuły. Mimo że sama historia bogata jest w akcje, zostaje niejako spowolniona przez rozbudowane opisy, zwłaszcza takie dotyczące emocji. Tylko, że przy języku jakim posługuje się autorka, nieszczególnie mi to przeszkadzało.

Świat jaki kreuje Alexandra Bracken wydaje się znacznie mroczniejszy niż w przypadku innych pozycji Young Adult. A przeraża tym bardziej, że, bez względu na fantastyczny element ponad przyrodzonych zdolności dzieci, wydaje się bardzo rzeczywisty. Alexandra Bracken decyduje się nam ukazać obraz zmienionego świata niemal od samego początku i bohaterowie wciąż pamiętają to co dla nas stanowi rzeczywistość. Owszem, nie otrzymaliśmy wszystkich elementów układanki, ale wystarczająco by rozbudzić czytelniczy apetyt i rozwinąć ów wątek w kolejnych tomach trylogii.

Tym czym ostatecznie kupiła mnie Alexandra Bracken okazali się jednak bohaterowie. Autorka wprowadza tutaj pewną różnorodność i udaje jej się wykreować grupę intrygujących i wielowymiarowych postaci. Co więcej, równy sukces odnosi przy ukazaniu ich wzajemnych relacji. I nie mówię tu nawet o tej o charakterze romantycznym - - prawdę powiedziawszy, mimo uroku, nie zostaje jej poświęcone aż tyle uwagi - ale o przyjaźni. Takiej prawdziwej, która powstaje z czasem i oparta jest na wzajemnej bliskości i zaufaniu. A moimi faworytami pod tym względem pozostają Ruby i Pulpet.

"Mroczne umysły" to taka historia, do której nie byłam szczególnie pozytywnie nastawiona, a która niesamowicie pozytywnie mnie zaskoczyła i zdołała w sobie rozkochać. Alexandra Bracken posiada niesamowicie lekkie, plastyczne pióro i umiejętność do kreowania niesamowitych postaci. Nie chce wam powiedzieć, że jest to opowieść bez wad, którą pokocha każdy z Was, bo obawiam się, że nie wszyscy podzielilibyście moje zdanie. Ale polecam Wam chociaż spróbować lekturę. ja już nie mogę się doczekać dalszego ciągu. I tylko boję się, że kolejne tomy nie udźwigną takiego ciężaru.

"Mroczne umysły" Alexandra Bracken; wydawnictwo Moondrive (Otwarte); Kraków 2014 ★★★

wtorek, 26 lipca 2016

Lipcowe linki miesiąca


Przy planowaniu postów na najbliższe dni nie mogłam wyjść z podziwu nad tym, że mamy już koniec miesiąca i pasowałoby w końcu zasiąść nad stworzeniem linków miesiąca. Byłam święcie przekonana, że pozostało nam trochę więcej dni lipca i zabierałam się za tworzenie nieco innych notek, ale jak to mówią - co się odwlecze to nie uciecze. Jak się niedługo zorientujecie, ta edycja linków jest wyjątkowo "Youtubowa" i serialowa, ale liczę na to, że jak zwykle zwolennicy każdej formy i treści znajdą coś dla siebie. Zostawiam Was ze zbiorem niezwykle inspirującego materiału a tymczasem sama zabieram się za dalsze planowanie postów.  W sierpniu muszę spiąć pośladki, bo wraz z początkiem września rozpoczynam praktyki, a już od jakiegoś czasu zamierzałam uczynić ten miesiąc okresem, w którym Złodziejka książek będzie codziennie aktualizowana. Trzymajcie kciuki!


czwartek, 21 lipca 2016

W ramionach gwiazd, Amie Kaufman i Meagan Spooner


Jestem niczym sroka, z tą maleńką różnicą, że mój wzrok przykuwają nie wszelakiego rodzaju świecidełka lecz piękne oprawy graficzne książek. To właśnie ze względu na nią zainteresowałam się pierwotnie pozycją "W ramionach gwiazd" - którą utożsamiałam wówczas jeszcze z zagranicznym tytułem. Owa oprawa w zestawieniu z pozytywnymi opiniami zza granicy sprawiły zresztą, że z uwagą obserwowałam drogę tego tytułu ku oficjalnej polskiej premierze i że wielokrotnie już Wam o nim wspominałam przy okazji jakiejkolwiek plotki o ostatecznej publikacji. Nie jesteście więc chyba zdziwieni, że stosunkowo szybko zabrałam się za lekturę owej pozycji (nawet jeśli zwlekałam potem z opublikowaniem opinii).

Ikar to imponujący, międzygalaktyczny prom kosmiczny, na pokładzie którego podróżuje zarówno śmietanka towarzyska, żołnierze jak i zwykli robotnicy. Wśród uczestników rejsu znajduje się także Lilac LaRoux - jedyna córka najbogatszego człowieka w galaktyce i Tarver Merendsen - młody bohater wojenny, który swoimi zasługami zasłużył sobie na miejsce wśród elity. Młodzi spotykają się po raz pierwszy w trakcie jednego z przyjęć i niemal od razu odczuwają wzajemne zainteresowanie, ale kierowana doświadczeniem Lilac szybko odpycha Tarvera. Tyle że los styka ich ze sobą po raz kolejny. Traf chce, że w chwili gdy na statku dochodzi do katastrofy, oboje trafiają do tej samej kapsuły ratunkowej. Lilac i Tarver - prawdopodobnie jedyni ocalali - stają się rozbitkami na obcej, tajemniczej planecie, a ostatnia deską ratunku jest dla nich współpraca. Mimo obopólnej niechęci.

"W ramionach gwiazd" to efekt współpracy dwóch autorek, ale zagłębiając się w lekturę trudno dojrzeć jakąś drażniącą różnicę w ich warsztacie. Chociaż nie zostało to powiedziane wprost, biorąc pod uwagę fakt, że historia została opowiedziana naprzemiennie z perspektywy Lilac i Tarvera (a dodatkowo urozmaica wstawkami z przesłuchań), możemy się domyślić, że każda z pań odpowiadała za poprowadzenie jednego głosu. I wyszło im to bardzo dobrze - choć, jak wspomniałam wcześniej, nie mamy do czynienia z wyraźną różnicą poziomu warsztatu, obie perspektywy różnią się na tyle by nie zlać się w jeden głos. Autorkom udaje się też zachować odpowiednie proporcje między relacjonowaniem wydarzeń a czystym przekazem emocji - te przytłaczają czytelnika dosłownie w kilku momentach.

Wielokrotnie słyszałam porównanie owej powieści do historii Titanica tyle że w kosmosie i zdecydowanie coś w tym jest, choć to tylko fragment całej fabuły. Przez lwią część "W ramionach gwiazd" stykamy się na kartach tylko z dwójką głównych bohaterów i ich wędrówką, ale o dziwo nawet tak skonstruowaną fabułę można poprowadzić w ciekawy sposób . Lilac i Tarver są na tyle intrygującymi bohaterami, ze czytelnik nie czuje znużenia ich osobami czy też obserwowaniem ich powoli zmieniającej się relacji. To zdecydowanie powieść, którą dźwigają bohaterowie, ale nie traktowałabym tego jako wady.


Amie Kaufman i Meagan Spooner cudownie rysują przed nami obraz relacji Lilac i Tarvera - ukazując ich drogę ku budowaniu zaufania, wzajemne przepychanki czy wreszcie niezwykłą bliskość. Do tego stopnia, że ich duet bardzo szybko podbił moje serducho romantyczki. Ta rozważna część mnie czuje się jednak w obowiązku powiedzieć wam, że było coś co jednak nie zagrało - nie na tyle by zepsuć mi przyjemność z lektury, ale jednak. Chociaż finał przynosi oczekiwane odpowiedzi, niektóre powinny zostać lepiej wytłumaczone a pewne rozwiązania wydają się drogą na skróty. Nie wykluczone jednak, że w kolejnym tomie (nawet jeśli niezwiązanym bezpośrednio z Lilac i Tarverem) autorki rozwiną ów wątek.

"W ramionach gwiazd" to cudowna historia o bliskości i poszukiwaniu siły do przetrwania. Ale chociaż to pozycja YA science fiction, wydaje mi się, że podbije raczej serca takich nieuleczalnych romantyczek jak ja niż wielbicieli gatunku.Amie Kaufman i Meagan Spooner czarują kreacją bohaterów i przedstawieniem ich wzajemnych relacji. A że osobiście właśnie tego poszukiwałam w owej lekturze, byłam niesamowicie zadowolona i teraz z niecierpliwością wypatrywać będę premiery drugiego tomu oraz innych pozycji spod pióra autorek (z "Illuminae" na czele).

"W ramionach gwiazd" Amie Kaufman i Meagan Spooner; wydawnictwo Moondrive (Otwarte); Kraków 2016 ★★★½

wtorek, 19 lipca 2016

Idź, postaw wartownika, Harper Lee


W chwili,  w której w mediach wybuchł swego rodzaju skandal wokół opublikowania po latach powieści Harper Lee, nie byłam szczególnie zainteresowana tematem. Należałam do tego nielicznego grona osób, które nie miały okazji zapoznać się nigdy z "Zabić drozda" i mgliste pojęcie o tym kiedy i czy w ogóle do tego dojdzie. O dziwo!, do lektury zmotywowałam mnie właśnie premiera "Idź, postaw wartownika" i byłam nią na tyle zachwycona, że szybko zakupiłam budzący kontrowersje tytuł.  Trochę poleżał na półce i trochę zajęła mi sama lektura, ale nie mogę powiedzieć bym tego żałowała. 

Jean Louis Finch jest już dwudziestosześcioletnią, młodą kobietą. Przepełniona ideami jakie wpoiło w nią życie w Nowym Jorku, powraca do rodzinnego Maycomb by pomóc swojemu starzejącemu się ojcu i zadecydować o swojej przyszłości. Maycomb nie jest już jednak takie jak go zapamiętała.  W kraju panuje polityczny zamęt wokół kwestii nadania Murzynom pełni praw obywatelskich. Jean Louis wspomina tymczasem swoje dzieciństwo, teraźniejsze wydarzenia sprawiają jednak, że wszystko w to co wierzyła zostaje wystawione na próbę. 

"Idź, postaw wartownika" to powieść piękna, choć nie w tak oczywisty sposób jak "Zabić drozda" i przyznaję, że pojawiły się momenty, w których walczyłam sama z sobą by kontynuować lekturę. Harper Lee tworzy historie niezwykle subtelną, o powolnej, wręcz leniwej atmosferze. Zdecydowanie nie jest to też opowieść przepełniona akcją czy w jakikolwiek sposób sprzyjająca szybkiej lekturze.  Najważniejsze wydarzenia i kwestie, Harper Lee wplata między wierszami. Co więcej, pisarka bawi się chronologią, przeplatając wspomnienia z dzieciństwa Jean Louis ze zdarzeniami teraźniejszymi. 

Powieść Harper Lee ma słodko-gorzki wydźwięk nie tylko z perspektywy głównej bohaterki, ale i czytelnika. Z jednej strony, naiwność Skauta i jej spojrzenie na świat budzą dziwne ciepło na serduchu. Z drugiej, trudno przejść obojętnie wobec sytuacji politycznej Maycomb , zwłaszcza jeśli ma się za sobą lekturę "Zabić drozda". Harper Lee po raz kolejny porusza problematykę praw dla Murzynów - przedstawiając tę kwestię niejako z dwoch perspektyw i przybliżając racje każdej z nich. Nie jest to jednak jedyny temat powieści i to nie z nim wiąże się główna nauka. 

Harper Lee pisze o tym jak ważne jest by każdy człowiek podążał zgodnie z własnym sumieniem i by nie pokładach ślepo nadziei w dziecięcych ideałach. "Idź, postaw wartownika" według niektórych źródeł został skategoryzowany jako drugi tom "Zabić drozda", ale nie do końca jest to prawda. Pierwotnie Mia to być przecież pierwsza książka Harper Lee. Co więcej, pewne drobne faktu nie zgadzają się ze sobą jeśli przyjrzeć się obu powieściom. Mimo wszystko polecałabym najpierw siegnąć po "Zabić drozda". Tylko wowczas zyskujecie perspektywę zbliżoną do tej Jean Louis - która wciąż żyje wspomnieniem Maycomb z dzieciństwa. 

"Idź, postaw wartownika" to kolejny dowód na to jak wnikliwym obserwatorem pozostawała Harper Lee i jak wprawnie posługiwała się ona językiem. Nie mnie oceniać czy wydanie tej powieści było zachowaniem moralnym, nie ukrywam jednak że osobiście się z tego cieszę. Owszem, nie jest to powieść równie wybitna jak "Zabić drozda", ale i tak pozostaje piękną i wartościowa historia. I naprawdę żałuję, że nie doczekamy kolejnej opowieści spod pióra Harper Lee. Jeśli jeszcze nie czytaliście "Idź, postaw wartownika", gorąco was do tego zachęcam. 

"Idź, postaw wartownika" Harper Lee; wydawnictwo Filia; Poznań 2015 ★★★★

niedziela, 17 lipca 2016

Zdrada, Marie Rutkoski


Gdybym miała być absolutnie szczera z Wami i samą sobą, byłam zaskoczona tym jak szybko pierwszy tom serii "Niezwyciężona" czyli "Pojedynek" podbił moje serducho i jak intensywne było to doznanie. Przebierałam nogami oczekując na kontynuacje a Wasze zapewnienia na temat tego, że "Zdrada" prezentuje jeszcze lepszy poziom, tylko podsycały mój apetyt. Po zakupie owego tomu nie rzuciłam się jednak od razu do lektury a wręcz przeciwnie - dałam mu trochę poleżeć na półce. Nie wiem czego tak naprawdę się obawiałam - że nie sprosta moim oczekiwaniom, czy może, że za długo przyjdzie mi potem czekać na finał - ale Marie Rutkoski absolutnie mnie nie zawiodła. Tylko utwierdziła fundamenty mojej sympatii do swojej twórczości.

Kestrel próbuje odnaleźć się w swojej nowej roli. Przygotowując przyjęcie zaręczynowe i towarzysząc valoriańskiemu Imperatorowi, nie potrafi jednak całkowicie zapomnieć o Arinie. Wbrew swoim uczuciom, Kestrel zdaje sobie sprawę z tego, że nie może wyjawić mu prawdy o powodach, dla których przystała na propozycje zaręczyn. Arin swoim zachowaniem udowodnił już, że w niektórych sytuacjach nie potrafi podjąć racjonalnych decyzji. By nie narażać chłopaka i Herrańczyków, Kestrel gotowa jest na samotne cierpienie a nawet - zdradę kraju. Kestrel zostaje szpiegiem, kładąc na szali własne życie. 

Marie Rutkoski znalazła sposób na to by trafić opowiadaną przez siebie historią wprost do mojego serducha. A dowodem na to jest fakt, że po raz kolejny pozostawiła mnie absolutnie ślepą na wszelkiego rodzaju wady i przepełnioną - nie, nie pragnieniem - potrzebą lektury kolejnego tomu. "Zdrada" bardzo łatwo mogła się obrócić w kolejną, schematyczną historię Toung Adult. Marie Rutkoski miała nawet kilka możliwości do tego by wprowadzić trójkąt miłosny do fabuły, pozwolić bohaterom na impulsywne i bezmyślne zachowanie podyktowane uczuciami a także wprowadzeniu do historii scen walki, które zdynamizowałyby całość. Ale tego nie robi. 

W porównaniu do tomu pierwszego, "Zdrada" jeszcze bardziej skupia fabułę wokół intryg i działań politycznych. Owszem, wątek romantyczny stanowi jej ważny punkt, ale nie w takiej formie jak się przyzwyczailiśmy. Miłość Kestrel i Arina wydaje się znacznie dojrzalsza. Nie objawia się w fizycznym pociągu - chociaż tzw. "swoon worthy" sceny też się pojawiają - ale raczej trosce o drugą osobę i przedkładanie jej dobra ponad własne, nawet jeśli wiąże się ona z koniecznością połamania drugiej strony. Marie Rutkoski, przez  przeskakiwanie perspektyw narratora, udaje się tężeje cudowny sposób uchwycić dwuznaczność pewnych sytuacji i pokazać dzięki temu jak łatwo przychodzi nam błędnie je zinterpretować. 

Drugi tom "Niezwyciężonej" pozwala nam też na rozszerzenie perspektywy świata przedstawionego. Priorytetem Marie Rutkoski nie jest zagłębianie się w detale w owej kwestii, ale i tak poznajemy bliżej Valorię i Dacre, a także wiążący się z owymi terenami styl życia. "Zdrada" utwierdziła mnie w przekonaniu, że Kestrel stanowi jedną z najlepiej wykreowanych bohaterek literatury YA, ale tym razem autorka udowodniła że równie dobrze radzi sobie z przedstawieniem czarnego charakteru. Kreacja Imperatora fascynuje czytelnika i przeraża jednocześnie - słowem, jest to dokładnie ten typ postaci, który uwielbia się nienawidzić. 

"Zdrada" w każdym aspekcie dorównuje swojej poprzedniczce a w niektórych być może nawet ją przewyższa. Marie Rutkoski wie w jaki sposób opowiadać swoje historie i jak wykreować bohaterów, którzy nie pozostaną obojętni czytelnikowi. A choć wiedziałam o tym już po "Pojedynku", miło utwierdzić się w przekonaniu że miałam racje. Jeśli wciąż nie zapoznaliście się z serią "Niezwyciężona", przypominam Wam jak wiele dobrego Was omija. A ja przebieram już nogami z niecierpliwości na premierę trzeciego tomu - zwłaszcza po TAKIM finale - i apeluje do wydawnictwa Feeria Young by nie kazali mi czekać zbyt długo. 

"Niezwyciężona. Zdrada" Marie Rutkoski; wydawnictwo Feeria Young; Łódź 2016 ★★★★★

piątek, 15 lipca 2016

Ugly love, Colleen Hoover


Od powieści Colleen Hoover, a żeby być nawet bardziej precyzyjną - od lektury "Hopeless", rozpoczęła się moja sympatia względem gatunku New Adult. A choć od tamtej pory minęło już trochę czasu i udało mi się zapoznać chyba z kilkunastoma przedstawicielkami NA, amerykańska autorka pozostaje moją niekwestionowaną faworytką. Colleen Hoover wymyśliła uniwersalny wzór stanowiący klucz do mojego serducha i teraz sukcesywnie z niego korzysta - z drobnym odstępstwem dla "Tej dziewczyny", ale nałóżmy na to kurtynę milczenia. I chociaż przed rozpoczęciem "Ugly love" trochę bałam się, że tym razem coś nie zaskoczy, całkowicie się myliłam. 

Tate wkracza właśnie w dorosłe życie - kontynuując naukę w szkole pielęgniarskiej i rozpoczynając pierwsza prawdziwą pracę, wciąż korzysta jednak z pomocy bliskich i zamieszkuje w apartamencie swojego starszego brata - pilota. Już pierwsze chwile odbiegają jednak od idealnego obrazka. Żeby dostać się do mieszkania, Tate musi poradzić sobie z natrętnym i całkowicie pijanym facetem, który - o zgrozo! - okazuje się przyjacielem jej brata. Mimo niezbyt korzystnego pierwszego wrażenia i pozornej obojętności mężczyzny, Tate czuje pociąg do Milesa. Obopólne zainteresowanie sprawia że Tate i Miles decydują się na nieco niecodzienną relacje. Obowiązują dwie zasady - zero pytań o przeszłość i brak oczekiwań na wspólną przyszłość. Tylko że wcale nie jest to takie proste. 

"Ugly love" to dokładnie ta strona Colleen Hoover, która zauroczyła mnie od pierwszego wejrzenia i całkowicie podbiła moje serducho. Bardzo emocjonalna, zmysłowa historia o lęku przed miłością i tym co może się wydarzyć gdy jej zabraknie. Jest to chyba najbardziej dojrzała i erotyczna pozycja autorki jaką miałam okazje do tej pory poznać, ale równocześnie nie brakuje jej smaku. Istnieją powieści, w których sceny erotyczne stanowią jedynie zbędny element, sztucznie napychający powieść dodatkowymi stronami, ale zdecydowanie nie jest to przypadek "Ugly love". Erotyka w owej historii jest niezwykle zmysłowa - do tego stopnia że już scena pierwszego pocałunku budzi od groma emocji - i stanowi ważny element w procesie budowania zaufania i rodzącego się między bohaterami uczucia. 

Zdecydowanie jest to opowieść mocno osadzona na historii miłosnej i wiele zależy od tego jak ocenicie głównych bohaterów. Od samego początku nie miałam watpliwości co do tego, że Miles z miejsca podbije moje serce - bo Colleen Hoover po prostu wie jak kreować bohaterów, którzy podbijają serducha jej czytelniczek. Ale jestem zaskoczona faktem jak szybko moją sympatie zdobyła Tate - w przeciwieństwie do innych bohaterek autorki - jest silna, niezależna i doskonale świadoma swojej wartości. Tym razem miłosna historia zostaje ponad to wzbogacona o wątki poboczne - idealnie współgrające z całością i nadające jej jeszcze bardziej pozytywne wrażenie. Silnie zarysowana więź Tate z bratem czy prawdziwa, męska przyjaźń to takie wisienki na doskonałym torcie. 

Sama historia pozostaje przedstawiona naprzemiennie z perspektywy Tate i Milesa - co znamy już innych powiesić NA - przy czym perspektywa tego drugiego sięga sześć lat wstecz, z wilna przedstawiając nam tajemnice jakie skrywa i powody dla jego z zachowania. Nawet w tym przypadku Colleen Hoover  udaje się jednak zachować nutę oryginalności. Perspektywa Milesa jest niezwykle poetycka - krótkie, urywane zdania, przedstawione w odmiennej formie graficznej. Językowo widać drogę jaką przebyła autorka od swojego debiutu. "Ugly love" jest powieścią, w którym nawet pojedyncze zdania uderzają czytelnika gejzerem emocji i życiowej prawdy - zwłaszcza gdy padają z ust Kapitana. 

"Ugly love" zachwyca i to od pierwszej strony. Colleen Hoover definitywnie stanowi jedną z najlepszych autorek New Adult i swoją najnowszą -na polskim rynku wydawniczym - powieścią tylko to potwierdza. To chwytająca za serce i wywołująca morze emocji historia o tym jak czasami ciężko zostawić za sobą przeszłość i odważyć się otworzyć na milosc. Colleen Hoover zachowuje przy tym odpowiednie proporcje jeśli chociaż o erotykę i dramatyzm. Ciężko mi powiedzieć czy to najlepsza pozycja autorki - wydaje mi się że każdy z nas ma swoją ulubioną - ale zdecydowanie nie odbiega ona poziomem od swoich poprzedniczek. Polecam, polecam, polecam. I juz teraz czekam na więcej. 

"Ugly love" Colleen Hoover; wydawnictwo Otwarte; Kraków 2016 ★★★

wtorek, 12 lipca 2016

Mid year freak out book tag


Możliwe że nie wiecie tego o mnie, co więcej - mam nadzieję, że nie zdajecie sobie z tego sprawy, ale nie należę do grona najlepiej zorganizowanych osób. Zawsze wykonuje zadania na czas i przychodzę przygotowana na zajęcia, na których jest to ode mnie wymagane, ale wykonanie danego obowiązku zajmuje mi niemiłosiernie dużo czasu a na domiar złego marnuje sporo dodatkowych minut na pierdoły (interpretowane dokładniej jako sprawdzanie wszelkich social mediów).  Jeśli chodzi o blogowanie staram się jednak zachować porządek w swoich działaniach. Mam rozpiskę postów na kilka tygodni do przodu i z reguły uważnie jej przestrzegam. 

Od przeszło miesiąca planowałam podsumować w lipcu pierwszą połowę roku zestawieniem moich ulubionych pozycji. Kiedy jednak zasiadłam do tego by to zrobić zrozumiałam, że praktycznie wszystkie tytuły powtarzałaby to co znacie już z notek, które publikuje sezonowo na blogu. Zero zaskoczenia dla Was i całkowita wtórność treści na Złodziejce książek sprawiły że zrezygnowałam ze swojego pomysłu. Na całe szczęście znalazłam jednak coś w zamian - tag książkowy zapoczątkowany na zagranicznym booktubie, którego celem jest właśnie podsumowanie pierwszej części roku. Mam nadzieje, że tym sposobem nie zanudzę Was aż tak bardzo ;)

ULUBIONA KSIĄŻKA PRZECZYTANA DO TEJ PORY W 2016

Nie chciałam zdecydować się na jeden tytuł, zwłaszcza biorąc pod uwagę fakt jak różne od siebie były pozycje, które przychodziły mi do głowy. Rownocześnie jednak nie zamierzałam Was zagadać w tym poście i dlatego ograniczyłam się do dwóch historii. Pierwsza z nich to "Promyczek" - i podejrzewam, że do tego czasu już większość z Was zorientowała się jak bardzo przypadła mi do gustu owa pozycja. Lubię New Adult, a Kim Holden na dodatek doskonale się w nim odnalazła. Gdybym natomiast miała wybrać tytuł do polecenia szerszemu gronu odbiorców postawiłabym na  "Chłopca z latawcem". Khaled Hosseini po raz kolejny stworzył fantastyczną, wielowątkową opowieść, z świetnie nakreślonym tłem historycznym i politycznym.  

NAJLEPSZY SEQUEL PRZECZYTANY DO TEJ PORY W 2016

Miałam dosłownie krótką chwilę zawahania, ale w końcu postawiłam na tytuł, który zafundował mi książkowego kaca na dobry tydzień. Chodzi mi oczywiście o drugi tom serii "Niezwyciężona" - "Zdrada" (o którym w tym miesiącu opowiem wam trochę więcej). Zachwycałam się już "Pojedynkiem", ale to co dzieje się dalej to cud, miód i orzeszki! Jeżeli głosy z oddali mają racje i Feeria Young zrezygnuje z wydania zakończenia, poważnie się na siebie pogniewamy. 

TEGOROCZNA NOWOŚĆ, KTÓREJ NADAL NIE PRZECZYTAŁAŚ ALE BARDZO BYŚ CHCIAŁA

Takich tytułów jest tak wiele że nie sposób ich zliczyć. Postanowiłam jednak się dla Was poświęcić - wybrałam tylko trzy, jednak biorąc pod uwagę tylko takie pozycje, które czekają już na mojej półce. Przede wszystkim jeden z moich najnowszych nabytków - prawdziwa cegiełka czyli "Małe życie", o którym nie wiem za wiele, ale chciałabym by tak zostało. Po drugie, pozycja Young Adult nad którą rozpływał się zagraniczny booktube i która brzmi po prostu uroczo czyli "Ponad wszystko".  No i najnowsza powieść mojej ukochanej Kate Morton -"Dom nad jeziorem". Prawdę mówiąc nie wierzę, że zdołałam się powstrzymać z lekturą. 

NAJBARDZIEJ WYCZEKIWANA ZAPOWIEDŹ DRUGIEJ POŁOWY ROKU 

Początkowo pomyslałam że nic mi nie przychodzi do głowy. W następnej minucie natychmiast jednak pomyślałam o milionie tytułów na raz. Najpierw tytuły, których wydanie jest potwierdzone i znamy nawet datę premier - "Szóstka wron" (na którą mam tak niesamowity apetyt przez zagraniczny booktube że aż boli), najnowsza powieść K. A. Tucker (którą uwielbiam a na dodatek zapowiada się coś innego od jej pozostałych pozycji) i "Novemeber 9" (bo to Colleen Hoover).  Pozostałe trzy powieści nie doczekały się konkretów ani nawet potwierdzenia informacji o wydaniu ale życzyłabym sobie zobaczyć je szybko na swojej półce. Oczywiście - finał trylogii Marie Rutkoski, wznowienie Sagi Księżycowej i najnowsza powieść Jesse Burton. 

NAJWIĘKSZE ROZCZAROWANIE

W tym roku niewiele jest powieści, które mnie rozczarowały. Zdarzały się tytuły lepsze i gorsze, ale w wielości obyło się bez większych rozczarowań. Jedyna pozycja, która przychodzi mi do głowy to "Real". Tak jak wspominałam Wam w recenzji, oczekiwałam dobrej historii New Adult, zwłaszcza po tylu entuzjastycznych opiniach, a tymczasem otrzymałam erotyk, który na dodatek posiadał w moim mniemaniu dziwne tempo. 

NAJWIĘKSZE ZASKOCZENIE

Zdecydowanie największym i najmilszym zaskoczeniem było dla mnie "Oddam Ci słońce". Pomijając fakt, że jest to pozycja najzwyczajniej w świecie bardzo dobra i pouczająca, nie oczekiwałam takich emocji po twórczości Jandy Nelson. W zeszłym roku czułam się rozczarowana jej debiutancką powieścią i zasiadłam do lektury "Oddam Ci słońce" ze zdecydowanie mniejszymi oczekiwaniami. A otrzymałam tak miłą niespodziankę! 

ULUBIONY NOWO ODKRYTY AUTOR

Powiem Wam szczerze, że niewiele było nazwisk które przychodziły mi w tej kategorii do głowy. Zdecydowanie cześciej sięgałam po pozycje autorów, którzy już byli mi wcześniej znani. Nie chciałam też wspominać nazwisk pisarzy, którzy owszem - zachwycili mi - ale przeczytałam tylko jedną napisaną przez nich powieść (jak choćby fantastyczna  polska autorka - Katarzyna Puzyńska). Po raz kolejny wspomnę więc Marie Rutkoski. Tak się złożyło że w 2016 roku przeczytałam dwie jej pozycje - choć obie z jednej serii - i byłam nimi absolutnie zachwycona. 

NAJWIĘKSZE KSIĄŻKOWE ZAUROCZENIE

Chyba po raz pierwszy naprawdę Was zaskoczę. Zresztą, jeśli mam być szczera, wybór ten zaskakuje nawet mnie samą. Rzadko poświęcam aż tak dużo uwagi drugoplanowym bohaterom, ale Alexandra Bracken dokonała rzeczy niemożliwej. Byłam absolutnie zauroczona postacią Cole'a (z "Mrocznych umysłów") od pierwszego momentu, w którym pojawił się na kartach powieści. Uwielbiałam jego zadziorność, skrytość i predyspozycje liderskie a także wątek jego przyjaźni z Ruby (zwłaszcza w kontekście łączącego ich sekretu). Do tej pory uważam, że autorka powinna w inny sposób skierować jego historie. I nawet jeśli Alexandra Bracken nie sugerowała tego w żaden sposób, uważam że Cole i Ruby stanowiliby piękną parę. 

ULUBIONY BOHATER KSIĄŻKOWY

Pozwólcie mi na wtórność. Zdecydowanie pokochałam Kate z "Promyczka". Początkowo miałam z nią maluteńkie problemy - zwłaszcza w kontekście jej irytującej skłonności do nazywania każdego Młodym. Ale potem? Potem wszystko się zmieniło. Podziwiam Kate za jej spojrzenie na świat i zdolność do dostrzegania nawet najmniejszych powodów do radości. A tuż obok Kate postawiłabym Kestrel z "Niezwyciężonej", choć z innych powodów. Uwielbiam Kestrel za to jak silną jest bohaterką i za to że ów siła nie bierze się z tężyzny fizycznej tylko sprytu i umiejętności podejmowania logicznych, strategicznych decyzji. A także za to, że uczucie jakie zaczyna żywić do Arina, nie zmienia tego w co wierzy; że zostaje sobą. 

KSIĄŻKA KTÓRA UCZYNIŁA CIĘ SZCZĘŚLIWĄ 

Zdecydowanie jestem typem osoby, którą łatwiej wzruszyć czytaną książką niż rozśmieszyć. (Zresztą, rzecz ma się podobnie w przypadku filmu. Ale nie martwcie się, pewnie wynika to z fakty, że na co dzień śmieje się po prostu za dużo).  W tym roku wyjątkowo natrafiłam na dwie zabawne powieści - moze nie wywołały one salwy śmiechu, ale zdecydowanie poprawiły mi humor. Pierwsza to efekt współpracy polskiego duetu czyli "Awaria małżeńska", druga, może nie tyle śmieszna co po po prostu urocza pozycja - "Projekt "Rosie"". 

KSIĄŻKA PRZY KTÓREJ PŁAKAŁAŚ 

Myślę że doskonale znacie odpowiedź na to pytanie. Aż mnie kusi żeby nie wspomnieć pewnego tytułu i zobaczyć czy któreś z Was wypomni mi to w komentarzu, ale postanowiłam sobie pozostać całkowicie szczerą. Zdecydowanie najwięcej łez wysłałam przy lekturze "Promyczka" - ze względu na treść, ale i sam fakt że absolutnie nie spodziewałam się takiego rozwoju sytuacji. Może nie morze, ale jednak rozpłakałam się na finale "Zanim się pojawiłeś" - trailer ekranizacji zasugerował mnie zakończenie, ale i tak nie powstrzymałam łez. A kilka pojedynczych łez wylałam w trakcie lektury "Po zmierzchu" oraz pierwszego opowiadania "Przez ciemność". Alexandra Bracken przewidziała zdecydowanie ciężki żywot dla bohaterów, którzy podbili moje serducho. 

NAJPIĘKNIEJSZA KUPIONA LUB OTRZYMANA KSIĄŻKA 

Mam trzy takie historie, a chciałam wspomnieć jeszcze o jednej. Zdecydowanie jest coś co ujmuje mnie w oprawie "Małego życia" - chociaż nie potrafię tego sprecyzować. Chylę czoła nie tyle dla okładki ile całokształtu wydania powieści "Historia pszczół" przez wydawnictwo Literackie. A ponad to nie mogę nie wspomnieć o "Szarych śniegach Syberii" - zwłaszcza biorąc pod uwagę iż obecnie jest to taki mały biały kruk. 

JAKĄ KSIĄŻKĘ MUSISZ PRZECZYTAĆ DO KOŃCA TEGO ROKU?

Chciałoby się powiedzieć wszystkie nieprzeczytane pozycje z półki, ale wiem że jest to niemożliwe. Zwłaszcza biorąc pod uwagę tempo w jakim kupuje kolejne pozycje. Wstydzę się jednak tego że po zachwytach nad "Fioletowym hibiskusem" nadal nie sięgnęłam po kolejną powieść Chimamandy Ngozi Adichie czyli "Amerykaanę" - leży i zbiera kurz na półce. Trzymając się wyznacznika trzech pozycji napomknę jeszcze o "Art&Soul" - bo nie chce robić sobie tyłów w twórczości Brittainy C. Cherry i "Wszystkie jasne miejsca" - bo mam wrażenie, zwłaszcza biorąc pod uwagę moje obecne obawy, że jeśli nie zrobię tego w 2016, nie dojdzie do tego wcale. 

ULUBIONY CZŁONEK KSIĄŻKOWEJ SPOŁECZNOŚCI  

Przechytrzę tym razem autorkę tagu i wspomnę o całym  polskim bookstagramie. Stworzyłam nowy profil jakoś w lutym tego roku i nadal nie mogę się nadziwić jak wszyscy Ci ludzie ciepło mnie przyjęli do swojego grona. Wszyscy razem i każdy z nich z osobna - jesteście niesamowici!

A jak upłynęła Wasza pierwsza połówka roku?

niedziela, 10 lipca 2016

Moje życie obok, Huntley Fitzpatrick


Pamiętacie jak nie tak dawno wspomniałam Wam o zmianach jakie nastąpiły na rynku wydawniczym i o tym, że coraz cześciej doczekujemy się polskiej premiery tuż po tej światowej. Czerwcowa nowość wydana przez Zysk i S-ka - "Moje życie obok" - uświadomiła mi, że nawet te starsze pozycje wciąż mają szanse by zaistnieć na naszym rynku. Debiut Huntley Fitzpatrick, który wygląda znajomo chyba dla każdego kto śledzi zagraniczny booktube, doczekał się polskiej premiery a my możemy w końcu posmakować tego co zachwyciło spore grono czytelników. A jak smakuje?

Samantha jest tą grzeczną, niestawiającą problemów córką. Wychowana przez samotną matkę, która wydaje się mieć obsesje na punkcie porządku i z determinacją wspina się po szczeblach politycznej kariery, Sam zawsze postępowała zgodnie z tym czego od niej oczekiwano. Równocześnie jednak z dziwną i niezrozumiałą fascynacją obserwowała życie swoich sąsiadów - Garrettów. Wielodzietna rodzina była uosobieniem ciagłego chaosu a rownocześnie ciepła i bliskości. Pewnego dnia jeden z nich - Jase wspina się na dach Sam. Między nim a dziewczyną szybko rodzi się przyjaźń a nawet zalążki czegoś więcej. 

"Moje życie obok" jest kolejną ciepłą, wakacyjną powieścią młodzieżową, której udało się zaskarbić moją sympatie. Huntley Fitzpatrick ujęła mnie tym, że poruszając w swojej historii nieco  poważniejsze tematy, nie zatraciła jej lekkiego klimatu. Śladem wielu powieści Young Adult, "Moje życie obok" w dużej mierze skupia się wokół wątka miłosnego między Samanthą a Jasem. Mimo że Huntley Fitzpatrick nie udało się uniknąć pewnej oczywistości w kierunku w jakim podąża owa relacja, nie traci ona na uroku. A autorce w cudowny sposób udaje się oddać młodzieńcze zauroczenie i pierwsze problemy w związku. 

W dużej mierze, "Moje życie obok" jest jednak opowieścią o rodzinie i o tym co naprawdę może być źrodłem szczęścia. Huntley Fitzpatrick przywołuje trzy różne zbiorowe portrety - Reedów, Masonów i Garrettów - i przedstawia ich na zasadzie kontrastu. Ostateczny obraz wydaje się może zbyt czarno-biały, ale nie przeszkadza to aż tak w lekturze. Zwłaszcza że kreacja całej rodziny Garrettów ujmuje niemal od pierwszej chwili i zarówno poszczególni bohaterowie jak i rodzina jako całość z miejsca podbijają serducho czytelnika (z małym Georgem na czele). 

Przyznaje, że, mimo iż sporo nasłuchałam się na temat owej pozycji, nie przewidziałam twista fabularnego zapowiadanego już na okładce. Nie wchodząc w szczegóły i nie spoilując Wam niczego, nawet jeśli ostatecznie związany z nim wątek zostaje rozwiązany w zbyt szybki i łatwy sposób, ciekawie urozmaica on fabułę i stanowi pretekst do odpowiedzi na pytanie "do czego zdolny jest człowiek by utrzymać władzę?" Muszę też dodać, że po fantastycznej kreacji drugoplanowych bohaterów - Tim! - naprawdę nam nadzieję, że wydawnictwo zdecyduje się wydać inne pozycje autorki. 

"Moje życie obok" to lekka i pełna rodzinnego ciepła opowieść o młodzieńczej miłości, ale nie tylko. Huntley Fitzpatrick w ujmujący sposób porusza problematykę uzależnienia, toksycznej przyjaźni a nade wszystko - wartości, które naprawdę liczą się dla rodziny. I chociaż nie mam już naście lat, przyznaje że dałam się całkowicie uwieść temu klimatowi wakacyjnego buntu, miłości i powolnej przemiany. Jeśli lubicie historie o młodzieńczym uczuciu, które równocześnie traktują o czymś więcej, gorąco polecam Wam "Moje życie obok". Myślę że nie będziecie rozczarowani. 

"Moje życie obok" Huntley Fitzpatrick; wydawnictwo Zysk i S-ka; Poznań 2016 ★★★★

piątek, 8 lipca 2016

Księżniczka z lodu, Camilla Läckberg


Kiedy zaczęły mnie interesować wszelakiego rodzaju kryminały, Camilla Läckberg była jedną z tych autorek, które inni czytelnicy polecali sobie nawzajem najczęściej. Długo zwlekałam jednak z zakupem pierwszego tomu serii a nawet wówczas gdy to zrobiłam, nie zabrałam się do lektury od razu. Kilkakrotnie przeczytałam parę pierwszych stron, ale na tym moja przygoda z "Księżniczką z lodu" się kończyła. Ostatecznie do lektury popchnęli mnie koledzy z pracy - z mojego krótkiego, zeszłorocznego, wakacyjnego epizodu w księgarni. To właśnie oni zaczytywali się w powieściach Läckberg w trakcie przerw i i wymieniali nawzajem spostrzeżeniami a że nie chciałam nasłuchać się spoilerów - które koniec końców i tak zaatakowały mnie ze strony uroczej, starszej klientki - postanowiłam dać autorce jeszcze jedną szansę. 

Fjällbacka to niewielkie szwedzkie miasteczko o nieco sennej atmosferze, w której wszyscy wydają się dobrze znać. Spokojna atmosfera zostaje jednak zakłócona wraz ze śmiercią jednej z dawnych mieszkanek - Alex. Erika, młoda pisarka, która przyjechała do Fjällbacki by uporządkować rzeczy swoich zmarłych rodziców, jest jedną z pierwszych osób, które znalazły ciało. Fakt że zmarła była jej dawną przyjaciółką, i pisarska ciekawość, sprawia że Erika zaczyna się angażować w śledztwo trochę bardziej niż powinna. Angażuje się też coraz bardziej w znajomość z jednym z prowadzących śledztwo - Patrikiem. Oboje bardzo szybko odkrywają, że coś co wyglądało na samobójstwo wcale nim nie było a w przeszłości Alex sporo jest nieodkrytych tajemnic. 

Jeżeli chodzi o intrygę kryminalną, Camilla Läckberg radzi sobie całkiem dobrze. Owszem, kilka tajemnic i zwrotów akcji bardziej spostrzegawczy czytelnik domyśla się przed bohaterami, ale równocześnie autorka skutecznie odwraca jego uwagę od ostatecznego rozwiązania by umożliwić mu jednak efekt zaskoczenia. Co więcej, ów zakończenie posiada ręce i nogi. Camilla Läckberg udziela nam odpowiedzi na nurtujące pytanie i wszelkie elementy układanki trafiają na swoje miejsce, tworząc logiczną całość - co niestety nie miało miejsca w przypadku innego czytanego przeze mnie skandynawskiego kryminału. 

Dlaczego więc nie byłam absolutnie zachwycona lekturą i, jak sama wam przyznała, w konfrontacji Läckberg vs. Puzyńska stawiałam na naszą rodaczkę? Ano dlatego że dałam się zwieść sloganom reklamowym i przygotowałam samą siebie na lekturę "mrożącą krew w żyłach". Tymczasem cała intryga kryminalna została zepchnięta na dalszy plan przez wątku obyczajowe - z odnawianiem znajomości przez Erikę i Patrika na czele. I nie byłoby w tym nic złego, w końcu takie kryminały posiadają szerokie grono odbiorców, gdyby nie fakt, że czytelnik nastawił się na coś innego. 

Od rozczarowania i frustracji, uratował mnie fakt, że Camilla Läckberg radzi sobie bardzo dobrze z konstruowaniem wątków obyczajowych i przepłacaniem ig z kryminalną intrygą. Wykreowani przez Läckberg bohaterowie posiadają ciekawą, bogatą historię a, przez to, że w większości wypadków budzą sympatie czytelnika, czynią ciekawszym poznawanie kolejnych fragmentów ich życia zawodowego i prywatnego. Poza tym, autorka ma bardzo lekkie, dowcipne pióro, które ostatecznie na moim pozytywnym odbiorze lektury. 

"Księżniczka z lodu" to ciekawy kryminał z bardzo mocno zarysowanym tłem obyczajowym. Wielbiciele krwawych opowieści i licznych scen grozy może nie mają w tym przypadku czego szukać, ale nie oznacza to od razu, że nie przypadnie ona do gautu innym czytelnikom. Po początkowym szoku jaki zafundowała mi autorka, sama czerpałam z lektury mnóstwo przyjemności i z pewnością sięgnę po kolejne tomy - oczywiście kiedy zapomnę już o tych wrednych spoilerach. A Wam "Księżniczkę z lodu" polecam. I przy okazji nawołuje by nie pokładać wiary w sloganach promujących książki. 

"Księżniczka z lodu" Camilla Läckberg; wydawnictwo Czarna Owca; Warszawa 2012 ★★★★

środa, 6 lipca 2016

Zapowiedzi lipcowe


Wiem, że lipiec trwa już prawie tydzień, ale osobiście zaczęłam go tak naprawdę odczuwać dopiero dziś - w chwili, w której, jak co miesiąc, zasiadłam do tego by przygotować dla Was zestawienie zapowiedzi. Przygotujcie się teraz na chwilę ględzenia, która tolerowana jest chyba tylko w przypadku osób naprawdę wiekowych, ale od pewnego czasu - mniej więcej po mojej osiemnastce - dni naprawdę zaczęły uciekać mi między palcami. Trochę przeraża mnie perspektywa tego, że za rok, o tej samej porze - o ile oczywiście wszystko pójdzie zgodnie z planem - zakończę kolejny etap edukacji czyli studia licencjackie i trzeba będzie podjąć kilka ważnych decyzji. A przeraża mnie to jeszcze bardziej po wydarzeniach, które rozegrały się w tym tygodniu i zwątpieniu czy naprawdę nadaję się do tego co planowałam już od długiego czasu. 

Wśród lipcowych zapowiedzi skupiłam się na tytułach, które przynajmniej zapowiadają się obiecująco, ale w rzeczywistości szybsze bicie mojego serducha wywołuje dosłownie kilka z nich. Widać gdy człowiek popada w melancholijny nastrój, trochę trudniej go zadowolić. Nie przedłużając, zapraszam Was do przeglądnięcia najciekawszych premier lipca.


Chyba właśnie wkraczam w wiek, gdy z sentymentem spogląda się na historię kojarzone z dzieciństwem. Pajęczyna Charlotty  intryguje mnie także za sprawą wydawnictwa.  Literackie wie w jaki sposób wydać powieść i jestem ciekawa co zaprezentują przy literaturze dziecięcej. // Na to konkretne wydanie  Harry'ego Pottera czekałam już naprawdę długo i nie wyobrażam sobie by nie trafiło na moje półki. Zwłaszcza że nie posiadam swoich egzemplarzy. //  Mroczniejszy odcień magii  znajduje się na pewno w topce najbardziej wyczekiwanych przeze mnie premier. Mam tylko nadzieję że się nie zawiodę.  //  Przed lekturą pierwszego tomu nie spodziewałam się, że będę tak czekać na   Ukrytą Łowczynię. Ale po recenzji "Porwanej pieśniarki" wiecie jak bardzo zachwyciłam się tą historią. // Myślałam że jestem za stara na historię takie jak Chłopak na zastępstwo, ale czytam właśnie coś w podobnym klimacie i bawię się naprawdę fantastycznie. // Niewiele wiem o Twoim śladem słyszałam natomiast sporo pochlebnych słów na temat innej pozycji autorki. // Jak oddech  pierwotnie przyciągnęło mnie okładką, ale teraz jestem zainteresowana tym co znajduje się wewnątrz. Chociaż nada nie zgadzam się z hasłem reklamowym. Czy Agnieszka Lingas Łoniewska nie wydała ostatnio jakiejś powieści New Adult? //  Wiecie, że uwielbiam New Adult, a już zwłaszcza pozycje wydane przez Filie. Poza tym, Powietrze, którym oddycha to najnowsza powieść Brittainy C. Cherry, a po fantastycznym "Kochając pana Danielsa" obdarzyłam ją kredytem zaufania. // Cały czas przymierzam się natomiast do twórczości Alice Clayton, ale coś mi nie idzie. Moze z Nie dzwoń do mnie pójdzie lepiej. // Chyba spodziewaliście się tutaj nowej pozycji Elle Kennedy. Lubię styl jej pisania i humor i liczę na to, że Błąd  powtórzy sukces "Układu".  


Jeśli jesteście ze mną aż tak długo być może kojarzycie, że inna pozycja Pauli McLain bardzo przypadła mi do gustu. Tematyka Okrążyć słońce aż tak do mnie nie przemawia, ale jestem ciekawa co jeszcze autorka chowa w zanadrzu. // Swego czasu zaczytywałam się w prozie Emily Giffin. Miałam nawet kilka faworytów wsród jej twórczości.  Pierwsza przychodzi miłość nie wywołuje szybszego bicia mojego serducha, ale i tak jestem zaintrygowana.  // Tym razem chodzi tylko o oprawę. Nocna tęcza  wygląda tak obiecująco, że po prostu nie potrafiłam odwrocić od niej wzroku. //  Bardzo dawno nie czytałam romansu historycznego, ale nadal pamiętam, że Lisa Kleypas sprawdzała się w tym gatunku doskonale. No i mój mamutek na pewno chętnie przygarnąłby Jesienne zauroczenie // Z tego co wiem Noc z czwartku na niedzielę jest wznowieniem, ale i tak jestem zaintrygowana. Słyszałam sporo dobrego o twórczości o Gaji Grzegorzewskiej, a i sama autorka wywarła na mnie dobre wrażenie w trakcie wystąpienia na panelu na Targach Książki. // Zaczynamy festiwal przedstawienia tytułów, o których niewiele wiem, ale zaintrygował mnie sam opis. Mój największy błądStalker   czy  Siostry  raczej nie są moimi czytelniczymi priorytetami, ale mam w stosunku do nich dobre przeczucia.

A Wy? Na jakie premiery czekacie najbardziej?

niedziela, 3 lipca 2016

Wybrana, Naomi Novik


Nie będę ukrywać, że bardzo często zdarza mi się ulec "hype'owi" zbudowanemu wokół książki. Kiedy słyszę dziesiątki pozytywnych opinii na temat danej pozycji, automatycznie ląduje ona na mojej nieskończonej liście powieści do przeczytania. A gdy ów szum nie mija, istnieje duża szansa na to, że zdecyduje się na lekturę raczej szybciej niż później. Dlatego też kiedy tylko przez przypadek odkryłam, że jakieś polskie wydawnictwo zdecydowało się na wydanie "Wybranej" Naomi Novik, szybko wzbogaciłam o ową pozycję swoją biblioteczkę i zabrałam się za lekturę. Niestety, mimo szczerych chęci jakoś nie potrafiłam wciągnąć się w ową historie i koniec końców czułam się jedynie rozczarowana opowieścią Naomi Novik. 

Agnieszka żyje w niewielkiej wiosce, położonej na peryferiach Polnii - blisko granicy z wrogą Rusją. Piękno i spokój jakimi się charakteryzuje stanowi jednak tylko jedną stronę medalu. Wioska otoczona jest tajemniczym, złowrogim Borem a Smok - sprawujący opiekę nad owym terytorium i społecznością - żąda wysokiej ceny za swoją ochronę. Ci dziesięć lat czarodziej wybiera spośród mieszkanek wioski jedną, nadzwyczaj utalentowaną siedemnastolatkę, która będzie mu służyć w wieży. Chociaż wszyscy spodziewają się, że służba przypadnie w udziale Kasi, koniec końców to właśnie Agnieszka zostaje wybrana przez Smoka. 

Patrząc na wszystkie pozytywne opornie na temat "Wybranej", jest mi najzwyczajniej w świecie przykro, że nie pokochałam jej tak jak inni czytelnicy. Zwłaszcza, że pozornie wygląda ona jak dokładnie odzwierciedleniem lektury idealnej - inspirowana polskimi baśniami i słowiańskim folklorem; poruszająca wątek miłości, która rozpoczyna się od nienawiści i opowiadająca na nowo historię "Pięknej i Bestii". Przecież to nawet brzmi cudnie! I prawdę mówiąc do tej pory nie rozumiem co w tym wszystkim nie zagrało i dlaczego tym razem to ja trafiłam do grupy zawiedzionej mniejszości. 

Nie jest tak, że w "Wybranej" nie podobało mi się absolutnie nic. Jestem absolutnie zakochana w samym koncepcie na ową historię i świecie wykreowanym przez Naomi Novik. Cała Polnia, a przez to i powieść ogółem, posiada niesamowity klimat - magiczny, z nutką tajemniczości i mrokiem czającym się w ukryciu; klimatem, który sprawia że "Wybrana" przypomina nieco baśń, tyle że napisaną z myślą o nieco starszym czytelniku. A owe wrażenie zostaje tylko spotęgowane przez sugestywny i niezwykle plastyczny sposób w jaki autorka przedstawia magię a także sam język jakim się posługuje. A już fakt, że Naomi Novik inspiruje się w owej kreacji słowiańskimi wierzeniami i baśniami, sprawia że zakochuje się w tej atmosferze jeszcze bardziej. 

Tyle że Naomi Novik nie udało się zaangażować mnie jako czytelnika emocjonalnie w ową opowieść. Wiem że Agnieszka postrzegana jest jako bohaterka idealna ze względu na brak perfekcjonizmu, ale dla mnie autorka przekroczyła trochę granice ludzkiej niedoskonałości. Przeszkadzała mi jej fajtłapowatość, lekkomyślność i nieustanny lęk. A co gorsza, równie negatywne uczucie uczucia wzbudził we mnie Smok - choć tym razem przez jego gburowatość, opryskliwość i tendencje do wyżywania się na Agnieszce. Bohaterowie stanowią dla mnie niezwykle ważny element powieści i chyba właśnie oni oraz fakt, że nie potrafiłam uwierzyć w rzekome uczucie pomiędzy ową dwójką, zaważyło na moim ostatecznym odbiorze lektury. 

"Wybrana" to taka lektura, którą prawdopodobnie odebrałabym lepiej gdybym nie usłyszała wcześniej peanów zachwytów na jej temat. Nie zaprzeczam, że Naomi Novikw cudowny sposób wykorzystała słowiańskie inspiracje i stworzyła owej powieści niesamowity klimat. Fakt, że nie potrafiłam zapałać sympatią do żadnego z bohaterów a wątek miłosny wydawał mi się wpleciony na siłę zawarzyly na moim rozczarowaniu. Nie odradzam Wam lektury bo wiele osób zachwyca się "Wybraną", ale nie sięgajcie po nią z niemożliwymi do spełnienia oczekiwaniami. 

"Wybrana" Naomi Novik; wydawnictwo Rebis; Poznań 2015 ★★★½

piątek, 1 lipca 2016

Nie pozwól mi odejść. Ella i Micha, Jessica Sorensen


Muszę przyznać, że zanim sięgnęłam po najnowszą powieść Jessiki Sorensen , przeżyłam chwilę zawahania. Wiedziałam jak szerokie grono wielbicieli posiada w Polsce autorka, ale a) miałam kilka obiekcji względem jej poprzedniej pozycji, które z czasem jeszcze się nasiliły i b) odniosłam dziwne wrażenie, iż pani Sorensen posiada skłonność do tworzenia raczej długich serii - a akurat nie tego potrzebowałam w danym momencie. W końcu zwyciężyła moja wrodzona ciekawość i obawa przed tym, że ominie mnie coś dobrego. I nawet jeśli koniec końców "Nie pozwól mi odejść. Ella  i Micha" nie skradła całkowicie mojego serducha, było warto. 

Ella i Micha stanowili nierozłączną parę przyajciół. Oboje lekko zadziorni i łaknący od życia "czegoś więcej", stanowili doskonałych kompanów zabaw. Po tym jak Ella doświadcza ogromnej straty, opuszcza jednak rodzinną miejscowość, nie mówiąc nikomu dokąd się wybiera. Micha rozpaczliwie szuka swojej przyjaciółki, ale ich drogi krzyżują się dopiero osiem miesięcy pózniej. Ella - ta sama, ale równocześnie zupełnie inna - wraca do rodzinnych stron po ukończeniu pierwszego semestru na college'u. Uczucia, od których uciekła wracają z równą siłą i powoli burzą mury, którymi się otoczyła. 

Nie lubię porównywać ze sobą dwóch pozycji, ale jako, że mamy do czynienia z powieściami jednej autorki, czuję się odrobinę usprawiedliwiona. Chociaż pewnie nie wszyscy podzielą moje zdanie, w moim odczuciu "Nie pozwól mi odejść. Ella i Micha" wypada lepiej niż "Przypadki Callie i Kaydena". Jessica Sorensen po raz kolejny skupia swoją uwagę głownie na wątku romantycznym, ale tym razem, zamiast "insta love", obserwujemy uczucie mocno osadzone na fundamentach przyjaźni. Owszem, pozbawia nas to możliwości poznania charakterów postaci od podstaw, ale sprawia że cała zarysowana relacja wydaje się bardziej rzeczywista i wiarygodna. 

Zarówno Ella jak i Micha - o drugoplanowych bohaterach nie wspominając, ciągną za sobą pewien bagaż doświadczeń. Ona zmaga się wyrzutami sumienia odnośnie tego co spotkało jej matkę i obawami czy nie podzieli jej losu; on, mimo upływu czasu, nadal nie pogodził się z tym, że razem z matką został porzucony przez ojca. A na dodatek towarzyszy nam przeświadczenie, że autorka nie odkryła jeszcze wszystkich kart. Ale mimo tej dawki dramatyzmu, nie przyćmiewa ona fabuły i pozostałych wątków. A juz zdecydowanie, tragedie nie stanowią jedynego elementu składającego się na kreacje bohaterów. 

Jessica Sorensen posiada lekkie pióro, co zdecydowanie wpływa na to w jaki sposób odbieramy lekturę. "Nie pozwól mi odejść. Ella i Micha" czyta się niesamowicie szybko i przyjemnie, a czytelnik nie zostaje przytłoczony nadmiarem emocji. Od bohaterów czuć pasje - do sztuki, do muzyki a nawet do szybkich samochodów - i trochę szkoda, że autorka nie pociągnęła tych wątków dalej. Tak jak w przypadku demonów z jakimi mierzą się bohaterowie, tak i tu odnoszę wrażenie, że pani Sorensen nie powiedziała jeszcze ostatniego słowa. Autorka zdecydowanie nie wyczerpała tematu i pozostawiła sobie kilka otwartych furtek, ale to akurat dobrze rokuje na przyszłość serii. 

"Nie pozwól mi odejść. Ella i Micha" to powieść, która, w pewnym sensie, przyniosła mi spore zaskoczenie. Jessica Sorensen nie unika trudnych tematów, ale nie daje im też przyćmić powieści. Historia Elli i Michi staje się dzięki temu doskonałà opowieścią wakacyjną - lekką, przyjemną i romantyczną, a przy tym nieprzesłodzoną. Myślę, że wielbicieli autorki nie muszę namawiać do lektury. A tych niezdecydowanych - gorąco namawiam do lektury. Jessica Sorensen pokazuje nieco odmienne, ale wciąż satysfakcjonujące dla czytelnika oblicze. 


"Nie pozwól mi odejść. Ella i Micha" Jessica Sorensen; wydawnictwo Zysk i S-ka; Poznan 2016 ★★★★