czwartek, 30 czerwca 2016

Podsumowanie czerwca i lipcowy TBR


Patrząc na stos przeczytanych w czerwcu książek i listę opublikowanych w tym miesiącu postów, aż samej trudno mi uwierzyć, że przez ostatnie trzy/cztery tygodnie zmagałam się z sesją i albo uczyłam się do egzaminów, albo przygotowywałam jakiś projekt. Mój stosunek do sesji - czwartej w moim krótkim życiu - ewidentnie uległ zmianie i nie wyolbrzymiam już tego jaki wpływ wywołuje ona na mą "studencką karierę", stąd więcej czasu na własne przyjemności przy równie zadowalających efektach (średnia 4,63 na drugim roku studiów mnie samą wprawia w zdumienie). Jeśli możecie i chcecie uczyć się czegoś na moich błędach to właśnie tego by przykładać się do nauki, ale nie przedkładać jej ponad wszystko. 

Nie zanudzając Was jednak dłużej moimi przemyśleniami na temat życia i studiowania, zapraszam do krótkiego przeglądu miesiąca. Być może zwrócicie  uwagę na to jak wiele pozycji oceniłam na trzy gwiazdki, ale wcale nie uważam by była to nota zła. Tego typu ocena w moim mniemaniu oznacza książkę obiektywnie dobrą, która po prostu nie ujęła mnie za serducho. 

A teraz naprawdę przechodzę do konkretów.

PRZECZYTANE:




NAPISANE:

Jak wspomniałam we wstępie, czerwiec był miesiącem, w którym sporo działo się na blogu. Zdradziłam Wam wygranych w urodzinowym konkursie i już tradycyjnie - przedstawiłam najciekawsze premiery miesiąca, pochwaliłam się czerwcowymi zdobyczami oraz wybrałam najlepsze teksty jakie miałam okazje czytać. Po długim przygotowywaniu nareszcie opublikowałam listę 100 książek, które chciałbym przygotowywać oraz krótki przewodnik po New Adult, ale Waszym ulubionym postem i tak okazał się ranking 5 najlepszych książek wiosny. Już któryś miesiąc pod rząd, na blogu królowały jednak recenzje - Idealnej chemiiDomu służącychRealChłopca z latawcemUkładuPorwanej pieśniarkiWnuczki do orzechówPatrioty oraz pozycji Nasze kiedyś

TBR:

Czerwcowy TBR udało mi się niemal w całości wypełnić, ale biorąc pod uwagę fakt, że właśnie rozpoczęłam wakacje i nie wiem w jaką stronę potoczy się moje życie - praca i te wszystkie nudne sprawy, albo wręcz na odwrót całkowity luz - nie chce narzucać sobie zbyt duzo. Na chwilę obecną rozpoczęłam jednak trzy tytuły i chciałabym je skończyć ;) Moim TBR na lipiec zostaje więc "Okularnik", "Nie pozwól mi odejść. Ella i Micha" oraz "Następczyni". A dodatkowo chciałabym siegnąć po drugi tom serii o Lincolnie Rhymie czyli "Tańczącego trupiarza". Trzymajcie kciuki żeby się udało ;)

Mam nadzieje że Wasz miesiąc upłynął równie pozytywnie. Udanych i zaczytanego wakacji!

środa, 29 czerwca 2016

Patriota, Marie Lu


Kiedy o tym myślę, wydaje mi się to praktycznie niemożliwe, ale dwa pierwsze tomy trylogii Marie Lu czytałam jeszcze w 2013 roku. Trzy lata - tyle czekałam żeby poznać zakończenie historii June i Day'a i nie mogę pozbyć się wrażenia, że w tym czasie stałam się zupełnie innym czytelnikiem. Nie zaskoczę więc Was chyba stwierdzeniem, że mimo mojej sympatii do owej trylogii, obawiałam się tego co pomyślę o "Patriocie". Niesłusznie, a teraz, gdy znam już całą historię, mogę z czystym sumieniem powiedzieć, że cieszy mnie jej "drugie życie" jakie zaobserwowałam dzięki instagramowi. 

Osiem miesięcy - dokładnie tyle czasu minęło od wydarzeń, które wstrząsnęły Republiką i całkowicie zmieniły jej porządek. Dokładnie tyle samo upłynęło od momentu, w którym June i Dat widzieli się po raz ostatni. Podczas gdy każde z nich stara się jakoś odnaleźć w nowej sytuacji, w Republice nareszcie zapanował względny spokój. Kiedy w Koloni wybucha epidemia, kruche fundamenty pokoju między oboma społeczeństwami zostają zachwiane. Wszystko wskazuje na to, że w zaistniałej sytuacji istnieje tylko jedno rozwiązanie - po raz kolejny klucz do zażegnania konfliktu leży pośrednio w rękach Day'a. 

Możecie śmiało wypuścić wstrzymywane powietrze - Marie Lu nie podążyła tropem swoich koleżanek i zakończyła trylogie w sposób, który pozostawia czytelnika w stanie słodko-gorzkiego zadowolenia. Owszem, z lekkim smutkiem że to już koniec, ale rownocześnie i satysfakcją, że do samego finału autorce udało się utrzymać dobry poziom serii. "Patriota" nie rozpoczyna wielu nowych wątków , ale korzysta z materiału zaczerpniętego z poprzednich tomów. Dzięki czemu do epilogu, otrzymujemy satysfakcjonujące odpowiedzi na wszystkie nurtujące czytelników pytania i poznajemy przyszłość większości głównych bohaterów. 

Wątek miłosny tak jak w poprzednich tomach stanowi ważny punkt owej historii, ale tym razem nie zostaje on wypchnięty na pierwszy plan. "Patriota" skupia się głównie wokół działań bohaterów w celu utrzymania pokoju. Finał trylogii Legena obfituje więc w sporą ilośc akcji - sceny walk i akcji sabotażowych współgrają jednak z podjętymi działaniami politycznymi. Tym co wypadło najmniej przekonująco były "motywacyjne przemowy" Day'a - trochę za duzo sztywności i patosu, ale może czepiam się tego tylko i wyłącznie dlatego, że wraz z rozwojem fabuły jakoś zniknęła moja sympatia do owej postaci. 

"Patriota" ujął mnie jednak chyba przede wszystkim próbą zachowania realizmu w dystopijnej rzeczywistości. Tym że Marie Lu nie stara się nam wmówić, że obalenie jednych rządów i zastąpienie ich takimi gdzie przywódca ma na uwadzę dobro społeczności, rozwiązuje wszystkie problemy. A przede wszystkim, podziwiam sposób wykreowania postaci. Pomijając Day'a, który wręcz razi w oczy swoją idealnością, postacie wykreowane przez Marie Lu nieustannie zmagają się z jakimiś moralnymi dylematami i niejednokrotnie czynią coś co być może jest sprzeczne z ich przekonaniami, w celu uzyskania "większego dobra". I te błędnie podjęte decyzje są niebywałe ludzkie i sprawiają że bohaterowie wydają się bardziej rzeczywiści. 

"Patriota" to bardzo dobre zakończenie świetnej trylogii dystopijnej. Marie Lu sukcesywnie łączy wątek uczuciowych rozterek bohaterów, z akcją i działaniami politycznymi, i to właśnie przez zachowanie owej równowagi w fabule, zyskuje sympatie czytelników. Strasznie obawiałam się tego jak autorka wyplącze się z wątku Day'a - bo trochę za bardzo zaczął on przypominać wyidealizowanego męczennika narodu - ale w moim odczuciu wyszła z niego obronną ręką. "Patriota" przynosi oczekiwane odpowiedzi i nie idealizuje rzeczywistości. A June obroniła tytuł jednej z moich ulubionych bohaterek literackich YA ever. Jeśli zwlekaliście z poznaniem zakończenia, nie róbcie tego więcej. A jeśli nawet nie zaczęliście lektury owej trylogii, koniecznie nadrabiajcie zaległości. 

"Patriota" Marie Lu; wydawnictwo Zielona Sowa; Warszawa 2014 ★★★★½

poniedziałek, 27 czerwca 2016

Czerwcowe linki miesiąca


Lubię zmiany - wtedy gdy następują niezbyt często i nie wprowadzają zbyt dużego zamętu do mojego życia. Ale, jeśli jesteśmy ze sobą zupełnie szczerzy, remonty chyba na stałe zagoszczą na mojej prywatnej liście rzeczy, których nie darzę sympatię i zabieram się za nie bez szczególnej energii (jedynym ich plusem pozostaje tylko efekt końcowy). Wszelkie książki są teraz popakowane w kartony i poupychane w pokoju moich kochanych rodziców, a ja na złość co chwilę zmieniam zdanie na temat tego co chciałabym przeczytać. Żeby uniknąć szaleństwa (czyt. nurkowania na dno kartonu co kilka minut i wyciągania ze sterty książek TEJ WŁAŚCIWEJ), postanowiłam wykorzystać chwilę wolnego na to by zebrać w jednym miejscu linki czerwca i podzielić się nimi z Wami. Jak sami widzicie - korzystają na tym obie strony. Wy macie co przeglądać a ja nie narażam się na zdegustowane spojrzenia współmieszkańców. 



Mam nadzieję, że znaleźliście coś interesującego dla siebie. No i koniecznie podzielcie się w komentarzach linkami do swoich ulubionych tekstów czerwca.

niedziela, 26 czerwca 2016

Przewodnik po New Adult


Pomysł na ten post, jak wiele poprzednich pomysłów, zrodził się w mojej głowie przez przypadek i pierwotnie miał przybrać całkowicie odmienną formę. Kiedy zabrałam się za jego pisanie, klawiatura absolutnie mnie nie słuchała i podążyła zupełnie odmiennym torem, ale że efekt końcowy mi się spodobał, postanowiłam z tym nie walczyć. Doskonale wiecie, że lubię gatunek New Adult i że sięgam po niego stosunkowo często, ale być może wśród Was ostali się tacy czytelnicy, którzy trochę pogubili się w tym skąd on się w ogóle wziął, co to jest i które z plotek na jego temat są prawdziwe.

Moda na powieści New Adult, jak zwykle zresztą, przywędrowała do nas wprost z zagranicy, z krajów anglojęzycznych - ze wskazaniem na Stany Zjednoczone. Trudno nakreślić taką wyraźną granicę gdzie kończy się Young Adult a gdzie zaczyna właśnie New Adult, nie wspominając już o tym by rozgraniczyć ów gatunek ze zwykłymi romansami. Jeśli szukacie uniwersalnego rozwiązania na tą zagwozdkę, nie za bardzo Wam pomogę, bo i wydaje mi się, że ono po prostu nie istnieje. Z tego braku narodziło się jednak wiele krzywdzących stereotypów odnośnie gatunku New Adult - czasami takich, które mają źródło w prawdzie, a czasami zupełnie wyssanych z palca. Że powieści tego rodzaju są nieco młodszym odpowiednikiem "50 twarzy Grey'a"; że wszystkie pisane są na jedno kopyto; i że jedyne o czym opowiadają to historia miłości dwójki wyidealizowanych bohaterów z przerysowanymi problemami. A dzisiejszym postem chciałabym je chociaż częściowo obalić.

CZYM JEST NEW ADULT?

To prawda, że nie istnieje jedna, jednoznaczna definicja dla New Adult, ale nikt nie powiedział, że nie możemy jej sobie stworzyć, choćby tylko i wyłącznie na potrzeby tego posta. Kiedy sama zastanawiam się czy dana pozycja zalicza się do gatunku New Adult tak naprawdę patrzę tylko na dwie rzeczy. Po pierwsze, w jakim wieku znajdują się główni bohaterowie. I po drugie, czy dana pozycja chociaż w minimalnym stopniu skupia się na tym by poruszyć problematykę charakterystyczną dla danej grupy wiekowej.

Z zasady bohaterowie New Adult powinni znajdować się gdzieś między 18 a 25 rokiem życia czyli dokładnie w takim wieku, który wskazuje na to, że dopiero wkraczają w dorosłość*. A z czym mają się mierzyć? Wiecie, wachlarz możliwości jest tak naprawdę stosunkowo duży i na upartego każdy wątek możnaby "podciągnąć" jako typowy dla problematyki danego pokolenia. Gdyby jednak doszukiwać się wątków, które najlepiej reprezentowałoby tą grupę wiekową, celowałbym albo w a) życie studenckie/późno licealne albo w b) wkraczanie w dorosłość ukazaną poprzez zdobycie samodzielności - pierwszą prawdziwą pracę, mieszkanie bez opiekunów itp. albo ostatecznie c) odkrywanie samego siebie, które autorzy najchętniej przedstawiają przy równoczesnym motywie podróży.

CZY KAŻDA POZYCJA NEW ADULT MUSI BYĆ RÓWNOCZEŚNIE ROMANSEM?

Jakkolwiek ironicznie to zabrzmi przy natłoku pozycji New Adult w Polsce, ten gatunek dopiero u nas raczkuje. Podczas gdy zagraniczni autorzy łączą elementy New Adult z wątkami paranormalnymi, fantastycznymi czy wręcz kryminalnymi, u nas w znacznej mierze łączy się z wątkiem miłosnym. Co, gdyby się nad tym zastanowić, wcale nie jest takie bezsensowne. Miłość, zwłaszcza taka namiętna, naiwna i pozbawiona wszelkiego rozsądku, zdecydowanie kojarzy nam się z okresem młodości. A co za tym idzie, wydaje się być wątkiem adekwatnym dla NA. Tak samo zresztą jak erotyzm. Seks nie jest już tematem tabu, zwłaszcza w życiu większości dwudziestolatków. Zgodzę się, że niektóre pozycje NA zdecydowanie zbyt dużą wagę przykładają do scen erotycznych, ale z drugiej strony znajdziecie też takie tytuły, które nie zawierają ich wcale jak choćby "Fangirl" czy "Powód by oddychać". Erotyzm nie jest więc w najmniejszym nawet stopniu wyznacznikiem czy dana pozycja jest NA czy też nie.

SKĄD W NA TYLE DRAMATYZMU?

Kilkakrotnie przy recenzjach powieści NA wspominałam Wam o tym, że w życiu bohaterów rozgrywa się mnóstwo trudnych sytuacji. Postacie mierzą się z ciężkimi chorobami, traumatycznymi wydarzeniami z przeszłości, żałobą; często są ofiarami przemocy domowej; są prześladowane przez rówieśników; a w przypadku bohaterek - stanowiły ofiarę gwałtu czy molestowania. Skąd skłonność do wplatania do fabuły tyle dramaturgii spytacie a ja odpowiem krótko - nie wiem. Być może autorzy utożsamiają owe elementy jako część brutalnego, ale prawdziwego świata dorosłych czyli świata w który wkraczają nasi bohaterowie. A być może nie ma na to odpowiedzi - po prostu ktoś wplótł ów wątek do fabuły, a że wzbudził zainteresowanie odbiorców, został podchwycony przez innych autorów. Faktem jest natomiast to, że, tak jak i erotyzm, nie jest to element, który definiuje gatunek.

CZY ZAWSZE JEST POWAŻNIE?

New Adult często jest lekturą niezwykle emocjonalną. Mnogość trudnych tematów sprawia, że czytelnik łatwo się wzrusza a czasami wręcz zalewa się łzami (tak tylko wspomnę "Promyczka"). Ale nie wszystkie pozycje New Adult należą do kategorii tych poważnych i lekko przytłaczających. Sama mam wciąż spore tyły z NA, ale nawet z moimi skromnymi znajomościami mogę wskazać kilka pozycji, które cechował fantastyczny humor - choćby wspomniany kiedyś "Układ" Elle Kennedy. Społeczność Goodreads przekonuje wręcz, że istnieją takie pozycje NA, z których humor wręcz się wylewa (np. Cora Carmack, Emma Chase czy Alice Clayton). A choć nie ręczę za te informacje własną głową, nie widzę powodu dla którego ktoś miałby w tym zakresie kłamać.

CZY WSZYSTKIE POWIEŚCI NA SĄ TAKIE SAME?

Trochę tak jest, że powieści NA mają wiele elementów wspólnych, o których zresztą w dużej mierze już wam wspomniałam, i przez to przy ich częstej lekturze można czuć się już lekko znużonym. Nie wrzucałabym jednak wszystkich pozycji do jednego wora. Ludzkie życie jest tak fascynujące i różnorodne, że nawet gdy autorki poruszają ten sam temat mogą go ująć z całkowicie innej perspektywy i przedstawiać go w zupełnie nowym świetle. A nawet jeśli i na tej płaszczyźnie wykazują podobieństwa - autorki mogą posiadać całkowicie inną wrażliwość i tym wyróżnić swoją powieść. Nie wspominając już o tym, że niektórzy pisarze, jak choćby Colleen Hoover, urozmaicają swe powieści w inny sposób np. wplatając w tekst piosenki, wiersze czy inną twórczość bohaterów.


Prawda wygląda tak, że każdy gatunek jest w pewnym sensie wtórny - poszczególne wątki, sposób kreowania bohaterów i wszystko co go definiuje i wyróżnia od innych pozycji, z czasem staje się po prostu schematem. Tak jest w przypadku YA (zwłaszcza dystopii), romansów a nawet w pewnym sensie thrillerów domestic noir. Jeśli czytamy sporo pozycji danego gatunku, w krótkim odstępie czasu, jakiekolwiek wtórne elementy bardziej rzucają nam się w oczy, a lektura staje się nazbyt przewidywalna. A by uniknąć przykrych rozczarowań wystarczy po prostu "nie przedawkować" danego gatunku. Powtórzę mądrość mojego taty i mamutka - jeśli sięgamy po coś z umiarem, nigdy nam nie zaszkodzi. I w tym przypadku sprawdza sę ona doskonale.

Jeśli szukacie pozycji, które czyta się względnie szybko i lubicie gdy lektura wzbudza w Was sporo emocji, New Adult wydaje się doskonałym wyborem. Przeczytajcie jeden, dwa tytuły, a jak poczujecie zmęczenie materiałem - po prostu odsuńcie inne pozycje na bok i sięgnijcie po coś skrajnie innego. Gwarantuje Wam, że po jakimś czasie zatęsknicie za klimatem NA i kiedy zdecydujecie się na lekturę łatwiej przyjdzie wam zignorować wszelkie wtórności i po prostu czerpać przyjemność z czytania. Na sam koniec planowałam Wam polecić kilka tytułów, ale myślę, że odłożymy to na inną okazje ;)

Jestem ciekawa czy gatunek New Adult nie jest wam obcy i co o nim myślicie. I jak zwykle czekam na Wasze opinie w komentarzach.

* Na co zresztą wskazuje sama nazwa gatunku. New Adult czyli młody dorosły a dosłownie - nowy dorosły.

sobota, 25 czerwca 2016

Wnuczka do orzechów, Małgorzata Musierowicz


"Jeżycjadę" poznałam dopiero będąc w gimnazjum. Nie wiem jak obecnie wygląda kanon lektur obowiązkowych, ale za moich czasów jedną z pozycji, z którą musieliśmy się zapoznać był właśnie "Opium w rosole". I od tamtej pory obdarzyłam "Jeżycjadę", a historię Genowefy i Kreski w szczególności, wielką, bezgraniczną miłością - najpierw nadrabiałam wszystkie tomy a potem czekałam z niecierpliwoscią na premierę "Sprężyny", "MacDusi" i "Wnuczki do orzechów" właśnie. Z tą różnicą, że po ostatnią z pozycji nie sięgnęłam od razu - być może zniechęcona coraz bardziej rozczarowanymi opiniami - i zainteresowałam się nią dopiero ostatnio, poszukując w zbiorach mojej lokalnej biblioteki czegoś ciekawego do lektury. Ale nawet wtedy trochę się obawiałam, że dołączę do grona rozczarowanych czytelników i często odkładałam lekturę na bok. Czy słusznie? Odpowiem trochę przewrotnie - i tak, i nie. 

Ida Pałys z domu Borejko może i jest prawie pięćdziesięcioletnią mężatką, matką i stateczną panią doktor, ale w głębi pozostaje zwariowaną Idunią, za którą decyzje często podejmują emocje. Po wielkiej kłótni o nic, obrażona na męża i syna Ida opuszcza Jeżyce nie informując nikogo dokąd się wybiera. Na skutek niefortunnego wypadku kontuzjowana kobieta trafia do domu Doroty Rumianek - młodej dziewczyny, aspirująca do roli lekarki - a wkrótce dołącza do niej bratanek o złamanym przez MacDusię sercu - Ignacy Grzegorz Stryba. Ida bardzo chętnie przejęłaby rolę swatki tylko, że żadne z owej dwójki nie wydaje się zainteresowane takim obrotem spraw. 

"Wnuczka do orzechów" odbiega nieco poziomem od "Jeżycjady", którą pokochałam i, niestety, nawet moje całkowicie oddane serii serce nie może tego zignorować. Małgorzata Musierowicz nabrała przykrego zwyczaju do natrętnego moralizatorstwa w swoich powieściach i postrzegania świata w czarno-białych kolorach, a we "Wnuczce do orzechów" staje się to jeszcze bardziej widoczne. Współczesne szkoły są złe bo nie zapewniają należytej edukacji; mięśniak spod sklepu żłopie piwo i nie ma za grosz oleju w głowie; rozwijające się miasto to zło wcielone i trzeba z niego prędko uciekać; a wieś to miejsce idealne, wręcz sakramentalizowane (a przy tym trochę jakby zacofane - bo telefony nie działają a do sklepu jeździ się powozem zaprzęgniętym w konie). 

Widać, że Małgorzata Musierowicz spogląda na świat przedstawiony oczami nie bohaterów lecz swoimi - oczami człowieka starszego, który z sentymentem spogląda na dawny porządek świata. Jak bardzo nie "psioczyłabym" na "Wnuczkę do orzechów", tak nie mogę powiedzieć, że byłam niezadowolona z lektury, albo że podobała mi się średnio. W natłoku współczesnych powieści gdzie litrami leje się alkohol a z kolejnych stron atakują nas erotyczne sceny i wulgaryzmy, miło jest wrócić do Borejków choćby i na chwile. Gdzie nadal ceni się słowo pisane, pierwsza miłość rozkwita powoli a ta nieco starsza - jest troskliwie pielęgnowana. 

Jest coś takiego w "Jeżycjadzie", że gdy ją otwieracie czujecie się dosłownie jak w drugim domu. I "Wnuczka do orzechów" też owo COŚ posiada - humor przepleciony z rodzinnym ciepłem. Poza tym tytuł ten wyjątkowo ujął mnie powrotem starszych bohaterów. Owszem, pierwsze skrzypce wyraźnie odgrywa Dorota Rumianek i młode pokolenie Borejków reprezentowane przez Ignacego i Józefa, ale pani Musierowicz daje nam wyraźny wgląd w życie całej rodziny - seniorów rodu, Gabrysi, Idy, Natalii i Pulpecji - od których przecież wszystko się zacząło. A scena próby porwania w rodzinie Pałysów jest moim absolutnym hitem "Wnuczki". 

"Wnuczka do orzechów" nie jest powrotem starej Jeżycjady i jeśli należycie do grona czytelników, którzy już z poprzednich tomów nie czerpali ani grama przyjemności, może warto powiedzieć sobie stop. Ale nie nazwałabym też tej powieści złą. "Wnuczka do orzechów" jest może odrobinę moralizatorska i czarno-biała, ale posiada niesamowitą dawkę humoru połączoną z rodzinnym ciepłem - klimat nie do podrobienia, który potrafi stworzyć tylko Pani Musierowicz. I to dla tego klimatu sięgam ciągle po kolejne tomy a czasami także i te starsze, co i wam polecam. 

"Wnuczka do orzechów" Małgorzata Musierowicz; wydawnictwo Akapit Press; Łódź 2014 ★★★★

czwartek, 23 czerwca 2016

Nasze kiedyś, Natalia Jagiełło-Dąbrowska


Ostatnimi czasy jakoś nie po drodze było mi z pozycjami naszych rodzimych debiutantów. Jeśli już decydowałam się na twórczość polskich autorów, sięgałam zazwyczaj po spopularyzowane przez blogosferę kryminały, albo powieści tych pisarzy, którzy zdążyli mnie przekonać do siebie swoimi poprzednimi tytułami. "Nasze kiedyś" przyciągnęło mnie jednak od razu cudowną oprawą graficzną oraz obietnicą namiętnej historii miłosnej rozgrywającej się na Majorce. I muszę przyznać, że debiut Natalii Jagiełło-Dąbrowskiej idealnie wpasował się w te oczekiwania. 

Julia, młoda Polka, układa sobie życie w Londynie. Odkąd przeprowadziła się tam po maturze, konsekwentnie buduje swoją karierę. Bolesne przeżycia znacznie utrudniają jej jednak zaangażowanie się w jakikolwiek związek a nawet nawiązywanie towarzyskich relacji. Posiada jednak jedną bliską przyjaciółkę i to właśnie z nią wyjeżdża na Majorkę do Hotelu Oasis na upragnione wakacje.  Już podczas pierwszego spaceru spokój Julii zostaje przerwany przez przystojnego mężczyznę. Niefortunne spotkanie z udziałem piłki, nie jest jednak ostatnim. A chociaż każde kolejne rownież nie jest wolne od negatywnych emocji, Julia zaczyna odczuwać względem niego dziwne przyciąganie. Tylko czy na pewno może mu ufać?

Gdybym miała ująć debiut Natalii Jagiełło-Dąbrowskiej w jednym zdaniu, powiedziałabym, że jest to kwintesencja idealnej lektury wakacyjnej - czy to na plażę, czy to w domowym zaciszu, kiedy urlopbjest tylko odległym marzeniem. A wszystko przez to, że autorce udaje się oddać klimat słonecznej Majorki - gorące Piaski, szum morza i atmosferę błogiego lenistwa. Co więcej, Natalia Jagiełło-Dąbrowska podgrzewa jeszcze temperaturę ukazując niesamowitą historię wakacyjnych romansów, które, nieoczekiwanie dla bohaterów, wydaje się być szansą na tą jedną, prawdziwą miłość.  

Natalia Jagiełło-Dąbrowska wykorzystuje przy tym w swojej opowieści kilka schematów. Historia Julii i Hectora może się wydawać delikatnie oklepana - chociaż francuskie cliché zdecydowanie lepiej oddaje sens mojej wypowiedzi. Przystojny, bogaty i bliski ideału, mimo że nieco apodyktyczny, mężczyzna. I skrzywdzona, może nawet odrobinę wycofana kobieta, z której uczucie wydaje się wyzwalać to co najlepsze. Wielokrotnie spotykaliśmy już takie pary co nie zmienia faktu, że wciąż przyjemnie się o nich czyta - każdą sprzeczkę obserwuje się z drżeniem serducha, a o każdy moment, w którym się godzą czytamy z wypiekami na twarzy. 

Jest trochę prawdy w tym, że "Nasze kiedyś" przepełnione jest scenami erotycznymi i seksualnym napięciem między bohaterami, ale nawet to w jakiś sposób komponuje się dobrze ze scenerią rozgrzanej słońcem plaży. Czytając powieść Natalii Jagiełło-Dąbrowskiej nie razi też w oczy fakt, że autorka dopiero debiutuje. Owszem, pewne kwestie zdecydowanie nie wymagały ciągłego powtarzania, ale są to raczej kosmetyczne kwestie, które nie psują wrażeń z lektury. Jestem tylko zła na samą siebie, że przeczytałam o jedną recenzję za dużo i niepostrzeżenie zaspoilowałam sobie finał (tak się nie robi drodzy recenzenci z lubimyczytac.pl!) - uczcie się na moich błędach. 

"Nasze kiedyś" to taka lektura idealna na rozpoczynającą się właśnie porę roku. Historia Julii i Hectora nie zaskakuje niczym nowym, ale czyta się ją szybko i po prostu niesamowicie przyjemnie. Natalii Jagiełło-Dąbrowskiej udało się zamknąć w powieści gorący romans, słońce i morze, i dlatego myślę, że może przypaść do gustu wielu czytelnikom - choć ze względu na erotyzm, tym odrobinę starszym. I tylko ostrzegam Was, że nie jest to opowieść w jednym tomie a końcówka nasuwa sporo pytań.


"Nasze kiedyś" Natalia Jagiełło-Dąbrowska; wydawnictwo Zysk i S-ka; Poznań 2016 ★★★

wtorek, 21 czerwca 2016

100 książek, które chciałabym przeczytać


Można powiedzieć, że jedną nogą znajduje się już na wakacjach. Bo wyjątkowo ciężkiej sesji (wkuwanie na pamięć kilku ustaw na raz zdecydowanie nie jest moją supermocą) czeka mnie jeszcze tylko jeden egzamin a właściwie prezentacja z języka angielskiego  w celu uzyskania certyfikatu z lektoratu. Niby nic takiego, zwłaszcza w porównaniu z innymi egzaminami, a jednak człowiek czuje się sparaliżowany ze strachu. Wiecie, wystąpienia publiczne nigdy nie były moją mocną stroną by nie wspominać o tych w języku obcym. Trzymajcie kciuki żeby w piątek poszło jak najlepiej i żebym spokojnie mogła się skupić na blogowaniu i poszukiwaniu pracy/praktyk.

By nieco urozmaicić ostatnio publikowane posty wśród, których królowały zdecydowanie recenzje postanowiłam przedstawić Wam moją własną listę 100 książek, które chciałabym przeczytać. Pierwszy zarys tego posta powstał ponad rok temu, ale dopiero teraz zebrałam się w sobie by wreszcie go zaprezentować. Oczywiście, musiałam zacząć niemal wszystko od zera bo albo a) przeczytałam już dany tytuł, albo b) najzwyczajniej w świecie straciłam nim zainteresowanie. Ale nie przedłużając, zapraszam Was do oglądania.

Inne zasady lata, Benjamin Alire Saenz // Simon oraz inni homo sapiens, Becky Albertalli // Ponad wszystko, Nicola Yoon // Earl i ja, i umierająca dziewczyna, Jesse Andrews // Odkąd Cię nie ma, Morgan Matson // Moje życie obok, Huntley Fitzpatrick // Coś do stracenia, Cora Carmack // Powietrze, którym oddycha, Brittainy C. Cherry // Kiedy pada deszcz, Lisa De Jong // Na krawędzi zawsze, J. A Redmerski

Zaczynamy od pozycji Young Adult. W wyborze tytułów tego konkretnego gatunku kierowałam się głownie poleceniami zagranicznych booktuberów dlatego prawdopodobnie większość z nich brzmi dla Was mniej lub bardziej znajomo. Trzy z nich posiadam na własnej półce, więc pewnie szybciej doczekają się swojej kolejki, ale to też nie jest pewne - kto wie kiedy przyjdzie mi ochota na zakupy i na co się wowczas zdecyduje. Potem płynnie przechodzimy do New Adult wsród których królują pozycje wydawnictwa Filia, ale nic na to nie poradzę, że wydawane przez nich tytuły wydają się idealnie wpasowywać w mój gust. Jeżeli chodzi o całą pierwszą dziesiątkę znaczną większość stanowią nowi dla mnie autorzy, ale to dobrze - lubię nieustannie smakować czegoś nowego.

Art&Soul, Brittainy C. Cherry // Gus, Kim Holden // Bez słów, Mia Sheridan // To skomplikowane. Julie, Jessica Park  // Przekroczyć granice, Katie McGarry // Mimo moich win, Tarryn Fisher // Oddychając z trudem, Rebecca Donovan // Błąd, Elle Kennedy // Never, Never, Collen Hoover i Tarryn Fisher // Przez niego zginę, K. A. Tucker

Jak widzicie kontynuujemy trend New Adult. Sporo z tych tytułów to takie pozycje, które niedawno miały swoją premierę albo dopiero na nią czekają. Posiadam tylko dwa tytuły z tej dziesiątki, ale zdecydowanie szybko ulegnie to zmianie, bo każdy z nich znajduje się na szczycie mojej listy do przeczytania. Tym razem aż sześć pozycji zostało napisanych przez autorów, których twórczość już w jakimś zakresie znam - i niemal bez wyjątku wzbudziła szybsze bicie mojego serducha. A gdybym miała wskazać jeden jedyny tytuł, który wzywa mnie najsilniej zdecydowanie byłaby to pozycja "Przez niego zginę" lub "Gus". Uwielbiam twórczość K. A. Tucker i Kim Holden, choć z rożnych powodów. Ale jeśli znacie mnie chociaż trochę myślę, że nie jest to dla Was zaskoczenie.

Mroczniejszy odcień magii, V. E. Schwab // Szóstka wron, Leigh Bardugo // Osobliwe i cudowne przypadki Avy Lavender, Leslye Walton // Król kruków, Maggie Stiefvater // Cień i kość, Leigh Bardugo // Morderstwo wron, Anne Bishop // Królowa Tearlingu, Erica Johanson // Dwór cierni i róż, Sarah J. Maas // Z mgły zrodzony, Brandon Sanderson // Przez bezmiar nocy, Veronica Rossi

Kolejną dziesiątke reprezentuje fantastyka w większości wypadków ta młodzieżowa. Tylko dwa tytuły czekają na swoją premierę, ale obserwatorzy z Facebooka wiedzą pewnie, że znamy już konkretne daty i że wyczekuje ich z niecierpliwoscią. Zdradzę Wam też, że posiadam aż połowę z powyższych tytułów. Ostatnio miałam sporą przerwę od fantastyki, z drobnym wyjątkiem dla dystopii, ale chciałabym to szybko zmienić, zwłaszcza że o niemal każdej z tych tytułów słyszałam mnóstwo miłych słów. Zastanawiałam się czy ni wcisnąć też drugiej powieści Sarah J. Maas - "Korony w mroku" - ale prawdę mówiąc jakoś absolutnie nie mam na nią ochoty. Może kiedyś się to zmieni.

Red rising. Złota krew, Pierce Brown // Obsydian, Jennifer L. Armentourt // Ukryta łowczyni, Danielle L. Jensen // Nocny film, Marisha Pessl // Pandora, M. R. Carey // Nieznajomy, Harlan Coben // Sprostowanie, Renee Knight // Pielgrzym, Terry Hayes // Ene, due, śmierć, M. J. Arlidge // Kaznodzieja, Camilla Lackberg

Jeszcza chwilka dla fantastyki czy też młodzieżowego sci-fi i przechodzimy do thrillerów/kryminałów. Ta konkretna dziesiątka jest sporym wyzwaniem dla mojego portfela bo posiadam tylko jeden z wymienionych tytułów mianowicie "Kaznodzieje" (który haniebnie zapomniałam podlinkować). Ostatnio jestem w nastroju na naprawdę dobry thriller a te które wymieniłam zebrały sporo pochwał czy to od zagranicznych booktuberów czy naszej polskiej blogosfery. Mam nadzieje, że umieszczenie twórczości Harlana Cobena na liście popchnie mnie do odnowienia naszej znajomości. 

Obce dziecko, Rachel Abbott // Grzeczna dziewczynka, Mary Kubica // Dziewczyny, które zabił Chloe, Alex Marwood // Zaginięcie, Remigiusz Mróz //  Przewieszenie, Remigiusz Mróz // W cieniu prawa, Remigiusz Mróz // Więcej czerwieni, Katarzyna Puzyńska // Uwikłanie, Zygmunt Miłoszewski // Okularnik, Katarzyna Bonda // Sprawa Niny Frank, Katarzyna Bonda

Myślę, że kolejna dziesiątka uzmysłowiła wam w jakim byłam nastroju tworząc ów listę. Wymieniłam kilka tytułów, które wypatrzyłam na Waszych blogach a następnie skupiłam się na polskich autorach. (Króluje zwłaszcza Mróz, który zresztą - spoiler! - pojawi się jeszcze raz). Nasi rodzimi pisarze tworzą cudowne powieści z dreszczykiem. Na półce posiadam trzy i pół z nich (bo "Sprawa Niny Frank" krąży gdzieś już z pół roku bo znajomych) a za jedną zabieram się dosłownie na dniach. Swoją drogą musiałam naprawdę dokonać sporej selekcji wybierając te tytuły bo całą setkę mogłabym ułożyć na podstawie tego jednego gatunku. 

Zbrodnia w szkarłacie, Katarzyna Kwiatkowska // Diabli nadali,  Olga Rudnicka // Parabellum. Prędkość ucieczki, Remigiusz Mróz // Esesman i Żydówka, Justyna Wydra // Cześć, co słychać?, Magdalena Witkiewicz // Alibi na szczęście, Anna Ficner Ogonowska // Szczęśliwy dom, Krystyna Mirek // Pierwszych piętnaście żywotów Harry'ego Augusta, Claire North // Skazana, Hannah Kent // Amerykaana, Chimamanda Ngozi Adichie 

Kontynuujemy twórczość polskich autorów. Jest tu jeden tytuł, który przeleżał na mojej półce nieczytany już przeszło dwa lata i jestem ciekawa czy wreszcie zmobilizuje się do lektury. Widocznie zasugerowałam się też zawartością mojej biblioteczki bo posiadam aż 6 pozycji z tej dziesiątki. Tworząc ów kolaż nie mogłam też wyjsć ze zdziwienia że wciąż nie zabrałam się za "Amerykaanę" po zachwycie "Fioletowym hibiskusem". Zwłaszcza, że to ten tytuł Chimamandy Ngozi Adichie wzbudził pierwotnie moje zainteresowanie. Jak widać moje zachowanie często pozbawione jest jakiejkolwiek logiki. 

Wersje nas samych, Laura Barnett // Stinger. Żądło namiętności, Mia Sheridan // Droga do domu, Yaa Gyasi // Genialna przyjaciółka, Elena Ferrante // Księga Diny, Herbjorg Wassmo// Historia pszczół, Maja Lunde // Małe życie, Hanya Yanagihara // Ósme życie, Nino Haratischwili // Dom nad jeziorem, Kate Morton // I góry odpowiedziały echem, Khaled Hosseini

Tym razem w dużej mierze skupiłam się na literaturze pięknej oraz zawartości mojej biblioteczki (posiadam pięć z tych tytułów). Żeby nie powtórzyć sytuacji z "Chłopcem z latawcem", postanowiłam uwzględnić na liście ostatnią nieprzeczytaną przeze mnie powieść Khaleda Hosseiniego. Koniecznie muszę też szybko siegnąć po "Dom nad jeziorem" bo twórczość Kate Morton należy do wąskiego grona pozycji, z którymi znajduje się "na bieżąco" i cierpię czekając na kolejne premiery (taki mój własny czytelniczy masochizm). (I ta, nie zapoznałam się nadal z "Genialną przyjaciółką", mimo że znajdowała się w moim TBR-ze na ten miesiąc. Jakoś nie było nam po drodze.)

Wegetarianka, Han Kang // Nasze szczęśliwe czasy, Gong Ji-Young // Dallas'63, Stephen King // Myszy i ludzie, John Steinbeck // Charlie, Stephen Chbosky // Christine, Stephen King // Skazani na śmierć, Stephen King // Buszujący w zbożu, J. D. Salinger // Franny i Zooey, J. D. Salinger // Wielki Gatsby, F. Scott Fitzgerald

Poerwsze dwa tytuły zwróciły moją uwagę jakoś krótko po Warszawskich Targach Książki. I nie doszukujcie się w tym sensu bo podejrzewam, że go nie znajdziecie. Pozostałe tytuły uwzględniłam zainspirowawszy się wyzwaniem Rory Gilmore, o którym wspominałam Wam przy okazji Majowych linków miesiąca. (Wyjątkiem jest "Dallas'63", który po prostu przyszedł mi wowczas do głowy). Nie mam zamiaru poznać wszystkie pozycje z owej listy, ale kilka z nich natychmiast zwróciło moją uwagę. Czytałam już raz "Buszującego w zbożu", ale po prostu za mało z niego pamiętam.

Małe kobietki, Louisa May Alcott // Sekretne życie pszczół, Sue Monk Kidd // Dziennik, Anne Frank // Przeminęło z wiatrem, Margaret Mitchell // Portret Doriana Grey'a, Oscar Wilde // Rebeka, Daphne du Maurier// Nowy wspaniały świat, Aldous Haxley // Rok 1984, George Orwell // Wojna nie ma w sobie nic z kobiety, Swietłana Aleksijewicz // Przeżyć. Droga kobiety z Korei Północnej do wolności, Yeonomi Park

Kolejne pozycje, które wzbudziły moje zainteresowanie na liście wyzwania  + kilka tytułów non-fiction. Nie jestem fanką tego gatunku, ale bardzo chciałabym się do niego przekonać. Pozycje Yeonomi Park nabyłam na TK a na "Wojna nie ma w sobie nic z kobiety" czaję się już od momentu ogłoszenia laureata literackiej nagrody Nobla.

Dziewczyny z Syberii, Anna Herbich // Slow life. Zwolnij i zacznij żyć, Joanna Glogaza // November 9, Colleen Hoover //  Heartless, Marissa Meyer // Cinder, Marrisa Meyer// Caraval, Stephanie Garber // Truthwitch, Susan Dennard // This Shatterd world, Amie Kaufman i Meagan Spooner // Illuminae, Amie Kaufman i Jay Kristoff // The Winner's kiss, Marie Rutkoski

Ostanie dwie pozycje non-fiction oraz pozycje anglojęzyczne. Wybrałam tylko takie tytuły, gdzie a) potwierdzono informacje o zakupie praw autorskich i znamy już mglistą datę premiery, b) plotkuje się o wydaniu u nas tych tytułów ("Heartless" i "Cinder") albo c) nie przyjmuje do wiadomości, że nie doczekam polskiego tłumaczenia ("The Winner's kiss"). 

Koniecznie dajcie mi znać jeśli znacie któryś z tych tytułów i uważacie że powinnam sięgnąć po niego wcześniej.

niedziela, 19 czerwca 2016

Porwana pieśniarka, Danielle L. Jensen


Rok 2016 okazuje się dla mnie w dużej mierze rozbudzeniem na nowo sympatii do gatunku Young Adult. Owszem, nigdy tak naprawdę nie porzuciłam pozycji owego rodzaju, ale na przestrzeni ostatnich miesięcy sięgam po nie znacznie częściej niż choćby rok temu. Moją uwagę zwraca naprawdę sporo premier, ale oczywistym jest, że nie udaje mi się zapoznać z wszystkimi tytułami. I jeśli mam być całkiem szczera, "Porwana pieśniarka" nie znajdowała się na mojej liście priorytetów i pewnie gdyby nie nieoczekiwane znalezisko w lokalnej bibliotece - nie sięgnęłabym jeszcze po nią szmat czasu a być może i wcale. Całe szczęście, że do tego nie doszło. 

Cecile de Troyes, dziewczyna o niesamowitym talencie wokalnym, ma właśnie rozpocząć całkiem nowe życie - opuścić rodzinne okolice i wystartować z karierą u boku matki. Jej rzeczywistość obiera tymczasem zupełnie nowy kierunek. Porwana i siłą uprowadzona do Samotnej Góry, Cecile zostaje poślubiona księciu trolli. Mieszkańcy Trollus zostali uwięzieni w ruinach miasta zmiażdżonego pod górą i objęci klątwą. W Cecile upatrują wybawienia - osoby, która wedle Przepowiedni powinna ściągnąć z nich kilkusetletnią klątwę. Tylko, że nic nie układa się zgodnie z przewidywaniami. Cecile chce uciec z miasteczka a rownocześnie coraz bardziej zaczyna się zżywać z ich mieszkańcami. Tylko, że ani przez moment nie może się czuć bezpieczna. 

"Porwana pieśniarka" to pozycja z tak ogromnym potencjałem, że doprawdy nie jestem w stanie pojąć dlaczego nie słyszałam o niej za wiele na zagranicznym booktubie. Danielle L. Jensen nie porzuciła może wszystkich wątków , po które zazwyczaj sięgają autorzy Young Adult, ale stworzyła jedną z najoryginalniejszych pozycji tego gatunku jaką miałam okazje czytać od bardzo długiego czasu. Autorka sięgnęła po postacie trolli - czerpiąc odrobinę ze znanych nam informacji na ich temat a równocześnie kreując ich gatunek całkowicie na nowo - obdarzając ich ciekawą, wielowarstwową osobowością; bogatą historią; skomplikowaną hierarchią i zupełnie nieznanym systemem magii. A to tylko część smaczków jakie czyhają na nas na kartach powieści. 

Danielle L. Jensen inspiruje się baśnią o "Pięknej i Bestii" - sukcesywnie łącząc jej elementy z własnymi pomysłami. Trochę obawiałam się tego jak wypadnie na kartach powieści, bo w przypadku innego tytułu, który skorzystał z podobnego zabiegu nie czułam się przekonana, ale zostałam miłe zaskoczona. Wątek miłosny został umiejętnie wpleciony do historii nie da się ukryć, że stanowi jej ważny element, ale Danielle L. Jensen rozwija go stopniowo - tak że wydaje się bardziej prawdopodobny. Poza tym, autorka ujęła mnie tym, że udało jej się oddać chemię i bliskość między bohaterami, mimo stosunkowo niewielu scen gdzie rzeczywiście występują sami w dwójkę. 

Powieść Danielle L. Jensen bardzo zyskuje w oczach dzięki oryginalnemu pomysłowi, ale nie tylko. Autorka poświęca równie dużą wagę na wykreowanie bohaterów - pierwszoplanowych i drugoplanowych. Tak jak już wspomniałam, Jensen nadaje społeczności trolli specyficzną osobowość, ale troszczy się też o to by obdarzyć każdego z osobna jakimiś charakterystycznymi cechami. "Porwana pieśniarka" nie jest może powieścią o zawrotnej akcji i występują w niej sceny o lekkiej, niespiesznej atmosferze, ale nie przeszkadza to w przyjemności czerpanej z lektury. Zwłaszcza, że rekompensuje to spora doza humoru. 

"Porwana pieśniarka" to jedna z ciekawszych propozycji Young Adult w ostatnim czasie, o specyficznym, wręcz bajkowym klimacie. Danielle L. Jensen inspiruje się wątkami z "Pięknej i Bestii" i łączy je z własnymi, niesamowitymi pomysłami. Całkiem nowe spojrzenie na trolle, ciekawie wykreowane postacie i spora dawka humoru to to co ujmuje w powieści. Jedyne na co bym się poskarżyła to fakt, że opis z okładki zdradza zbyt wiele informacji i trochę psuje frajdę z lektury. No i że nadal nie mam w dłoniach tomu drugiego - chcę więcej! A was gorąco zachęcam do lektury!

"Porwana pieśniarka" Danielle L. Jensen; wydawnictwo Galeria Książki; Kraków 2016 ★★★★½

piątek, 17 czerwca 2016

Układ, Elle Kennedy


Uwielbiam gatunek New Adult, bez względu na to w jaki sposób jest on postrzegany przez niektóre osoby, i myślę, że wspominam o tym na tyle często, że nie czujecie się zaskoczeni.  Nie zmienia to jednak faktu, że za każdym razem gdy sięgam po pozycje NA mam pewne wątpliwości i obawy - wiecie, że to o ten jeden tytuł za dużo i że przecież nie zostało już naprawdę nic do powiedzenia w danym temacie. Podobne myśli krążyły mi po głowie w momencie, kiedy zabierałam się za lekturę "Układu". Ale i tym razem obawy bardzo szybko ustąpiły miejsca czystej przyjemności czytania. Mieliście rację, Elle Kennedy zdecydowanie potrafi pisać. 

Hannah jest pewną siebie, ambitną młodą kobietą, która nie pozwala na to by bolesne wspomnienia decydowały o całym jej życiu. Rownocześnie jednak pozostaje całkowicie bezsilna względem uczuć jakie wzbudza w niej Justin, gwiazda futbolu, i nie potrafi zdobyć się na jakikolwiek krok, który mógłby popchnąć do przodu ich relacje. Nieoczekiwanie punktem zwrotnym jest chwila, w której w życie Hannah wkracza Garrett. Kapitan drużyny hokejowej marzy jedynie o karierze sportowej a teraz, gdy jego średnia ocen spada, staje ona pod znakiem zapytania. Hannah jest jego ostatnią deską ratunku a Garrett nie zamierza się poddawać nawet mimo początkowej niechęci dziewczyny. W końcu oboje zgadzają się na układ - Hannah udzieli mu korepetycji jeśli on pomoże jej zwrócić na siebie uwagę "kochasia". Tylko że z czasem wszystko ulega zmianie. 

Elle Kennedy nie wnosi się na żadne wyżyny gatunku i trzeba to zaznaczyć. Wcale nie udaje, że "Układ" jest czymś więcej niż lekką, przyjemną lekturą mocno opartą na wątku miłosnym i seksualnym napięciu między bohaterami. Ale to nic nie szkodzi, bo właśnie w tym tkwi siła owej pozycji. Przede wszystkim Elle Kennedy doskonale radzi sobie z kreacją bohaterów. Patrząc na niektóre pozycje New Adult możnaby przypuszczać, że kluczem do sukcesu jest stworzenie na papierze męskiego ideału, ale Elle Kennedy obiera nieco inną taktykę. Owszem, koniec końców Garrett wydaje się uosobieniem kobiecych marzeń, ale początkowo trudno nie przykleić mu etykiety zwykłego dupka. Podczas gdy to Hannah - świadoma swoich braków, ale i zalet, inteligentna i wygadana - od razu budzi sympatie czytelnika. 

Elle Kennedy nie popłynęła też za daleko jeśli chodzi o dramatyzm - co zarzuciłam nie tak dawno choćby Jessice Sorensen czy Jay Mclean. Przeszłość bohaterów, nawet jeśli niewolna od bolesnych doświadczeń, nie wydaje się ich definiować. Zdroworozsądkowe spojrzenie Hannah na to co ją spotkało - nie lekceważenie, ale jasne stwierdzenie, że ma to już za sobą i że nie chce by decydowało ono o całym jej życiu - spowodowało, że zaczęłam odczuwać szacunek do samej autorki. Poza tym doceniam fakt, że Elle Kennedy wprowadza do swojej historii sporą dawkę humoru - nic nachalnego, słowne przepychanki między bohaterami, które są niczym wisienka na torcie. 

Decydujące dla mojego pozytywnego odbioru okazało się jednak ukazanie relacji głównych bohaterów. Owszem, można się domyślić w jakim kierunku podaży owa historia, ale podoba mi się brak pośpiechu Elle Kennedy. Mimo wyczuwalnego napięcia między bohaterami, obserwujemy całą historie ich uczucia - powoli rodzące się zaufanie, coś na kształt przyjaźni, fizyczny pociąg a dopiero potem przyznanie że może chodzić o coś więcej. I naprawdę uważam, że wprowadzenie całego tego "dramatu" na koniec nie było wcale konieczne. Rownocześnie rozumiem, że autorka nie chciała zakończyć owej historii niejako w środku zdania i potrzebowała czegoś co pozwoli jej na postawienie przysłowiowej kropki nad i. 

"Układ" to dokładnie ten rodzaj historii, który przypomina mi dlaczego przepadam za gatunkiem New Adult. Elle Kennedy udało się stworzyć historię o miłości, która momentami bawi, momentami wzrusza, ale zdecydowanie zostawia czytelnika z przyjemnym uczuciem ciepła na serduchu. I zachowuje przy tym klasę - zdecydowanie nie jest to tani erotyk czy opowieść złożona z samych dramatów. Elle Kennedy nie rezygnuje z wszystkich schematów, ale po prostu nie przygniata nimi czytelnika. Z czystym sumieniem polecam wam więc "Układ", a sama wyczekuję już premiery drugiego tomu. 

"Układ" Elle Kennedy; wydawnictwo Zysk i S-ka; Poznan 2016 ★★★★½

wtorek, 14 czerwca 2016

Chłopiec z latawcem, Khaled Hosseini


Kilka lat temu, bodajże w 2014 roku, miałam przyjemność zapoznać się z inną pozycją autorstwa Khaleda Hosseiniego czyli "Tysiącem wspaniałych słońc". Pamiętam moją burzliwą przygodę z tym tytułem, bo początkowo absolutnie nie mogłam wczuć się w ową historię a potem pokochałam ją całym serduchem. Pamiętam też, że po skończonej lekturze obiecałam sobie, że sięgnę po inne powieści jakie wyszły spod pióra autora. I tak to sobie obiecywałam przez te dwa lata. I powinnam się za siebie wstydzić bo Khaled Hosseini swoją debiutancką powieścią absolutnie mnie w sobie rozkochał.

Amir i Hassan wychowali się praktycznie w jednym domu a fakt, że zostało wykarmieni przez jedną mamkę czyni z nich niemal braci. Ich światy bardzo się jednak od siebie różnią. Hassan jest synem służącego, niepotrafiącym czytać chłopcem, który cieszy się z małych rzeczy i gotowy jest na wszystko dla swojego przyjaciela. Amir wychowany został przez poważanego przez społeczeństwo ojca, który jednak nie potrafi okazać chłopcu bliskości i wydaje się wręcz rozczarowany jego delikatnością i zainteresowaniem słowem pisanym. By zdobyć ojcowską miłość, Amir postępuje wbrew swojemu sumieniu. Z pozoru idealny dzień, ostatecznie kończy okres dzieciństwa obu chłopców i długo prześladuje jeszcze Amira. Po latach wciąż boryka się z wyrzutami sumienia, otrzymuje jednak od losu drugą szansę na to by tym razem postąpić właściwie. 

"Chłopiec z latawcem" to taka powieść, która w niezwykły sposób gra na emocjach czytelnika, traktując o rzeczach niezwykle ważnych. Khaled Hosseini przedstawia nam historię chłopca rozpaczliwie łaknącego ojcowskiego uczucia; nastolatka nie potrafiącego przyjąć niezwykłego daru oddania w obliczu własnej zdrady; młodego człowieka starającego się zbudować na nowo własne życie; i wreszcie mężczyzny, który podejmuje próbę odpokutowania własnych błędów z dzieciństwa. I naprawdę nie potrafię wyobrazić sobie człowieka, który zagłębiwszy się w ową lekturę, potrafiłby przejąć obok niej obojętnie a potem tak po prostu mógł wyrzucić ją z głowy. 

Hosseini ujmuje w stosunkowo proste słowa, niezwykle ważne, życiowe lekcje, ale nie tylko one stoją za sukcesem "Chłopca z latawcem". Po raz kolejny autor ujął mnie nie tylko pomysłem na fabułę i sposobem jej przedstawienia, ale także kreacją postaci. Bohaterowie Hosseiniego w niezwykle ciekawy sposób rozwijają się na przestrzeni całej historii. Od samego początku ujmują swoją wielowymiarowością i tym jak dalece odbiegają od wyidealizowanego wizerunku, który wzbudzi szacunek czytelnika, ale to jak daleką przechodzą następnie drogę absolutnie oczarowuje. Co ciekawe, Khaled Hosseini kilkakrotnie wplata do powieści fabularne twisty, których absolutnie nie oczekiwałam w podobnej lekturze. 

Po raz kolejny Khaled Hosseini bardzo mocno osadza swoją historię w realiach afgańskich przemian społecznych. Początkowe rozdziały przybliżają nam tamtejszą kulturę i mentalność ludzką a potem przypatrujemy się także historycznym wydarzeniom i trudnościom - choć przy ich ogromie podobne stwierdzenie wydaje się wręcz niedomówieniem - z jakimi mierzyli się mieszkańcy Kabulu. Khaled Hosseini przedstawia niektóre brutalne sceny ze szczegółami a niektóre niedopowiedziane kwestie jeszcze bardziej rażą ogromem bestialstwa i cierpienia. I chociaż być może o niektórych z tych faktów czyta się niewygodnie, nie wolno nam zapominać o tego typu przeżyciach. 

Są takie historie, które na pewnym etapie życia powinien przeczytać każdy z nas i myślę, że "Chłopiec z latawcem" do nich należy. To wzruszająca opowieść o przyjaźni, zdradzie i życiu w poczuciu winy, a także o próbie odpokutowania dokonanych krzywd. Khaled Hosseini ma niewątpliwy talent do snucia historii, kreowania dynamicznych postaci i przekazywania życiowych prawd. Jeśli jeszcze nie mieliście okazji czytać jego debiutanckiej powieści, koniecznie nadróbcie zaległości. Sama nie mogę się doczekać lektury jego trzeciej i dotychczas niestety ostatniej pozycji. A jednocześnie cholernie się tego boję. 

"Chłopiec z latawcem" Khaled Hosseini; wydawnictwo Amber; Warszawa 2008  ★★★★★

niedziela, 12 czerwca 2016

5 najlepszych książek wiosny


Odkrywam właśnie swój własny sposób na efektywną naukę. Przesłuchuje niemal wszystkie dostępne na Spotify utwory Daniela Janga i odrzucam na drugą stronę pokoju wszystkie rzeczy, które odwracają moją uwagę od Ustawy o prawie własności przemysłowej. Niestety, nie odnalazłam w sobie jeszcze wystarczających pokładów silnej woli by to samo uczynić z telefonem i w konsekwencji po raz "enty" tworzę dla Was post z mojego podręcznego punktu zarządzania. Regularne opublikowanie kolejnych recenzji i innych notek (a nawet ich zaskakująco zwiększoną ilość) zawdzięczacie tylko i wyłącznie mojemu uzależnieniu od telefonu. 

Wiecie że uwielbiam publikować dla Was zestawienie moich ukochanych książkowych faworytów danego sezonu. Tradycja by publikować tego rodzaju posty wraz z nadejściem kolejnej astronomicznej pory roku musi ustąpić miejsca wygodzie. Postanowilam zasugerować się rozwiązaniem stosowanym przez większość zagranicznych booktuberów. W przypadku wiosny powinnam więc wziąć pod uwagę wszystkie tytuły przeczytane między 1 marca a 31 maja, ale żeby nie powtarzać się z poprzednią tego typu notką przy wyborze top 5 uwzględniłam 24 pozycje jakie przeczytałam po 21 marca do końca maja. Mama nadzieją że to co właśnie napisałam brzmi chociaż odrobinę bardziej zrozumiale niż mi się wydaje ;) Zresztą, nawet jeśli nie podejrzewam że to nie kwestie techniczne interesują Was w tym poście najbardziej. 

Kolejność nie ma znaczenia. 

1. Promyczek, Kim Holden

Wiem, że sporo się o tej pozycji mówi i być może czujecie się już zmęczeni jej nieustanną obecnością na wszelkich portalach społecznościowych czy blogach. Ale musiałam Wam o niej przypomnieć jeszcze chociaż ten jeden raz. Bo nie mogę pozbyć się wrażenia, że "Promyczek" jest jedną z najbardziej uniwersalnych i najpiękniejszych historii New Adult jakie było mi dane czytać i że istnieje duża szansa, że i Wy moglibyście ją pokochać. Kim Holden porusza wątek miłosny, ale przede wszystkim pisze o tym jak ważne jest to by cieszyć się życiem i czerpać z niego garściami. I chociaż jest to historia, która roztrzaska wam serce na maleńkie kawałeczki, trudno jest jej mieć to za złe. A dla wciąż niezdecydowanych, na blogu znajdziecie już recenzje "Promyczka". 

2. Oddam Ci słońce, Jandy Nelson

Uwierzcie mi, byłam jedną z tych osób, która wątpiła w to czy ów tytuł zasługuje na taki rozgłos. Czytałam "Niebo jest wszędzie" i bardzo się tą pozycją zawiodłam, a potem wpoiłam sobie do głowy, że i ten tytuł NA PEWNO mi się nie spodoba. Myliłam się. Jandy Nelson posiada niebywały talent do kreowania przepięknych, oryginalnych historii i zamykania ich w jeszcze piękniejsze słowa. To historia o niesamowitej bliskości między bliźniętami i drodze ku zrozumieniu i zaakceptowaniu samego siebie. Mądra a momentami nawet wzruszająca - czyli dokładnie taka, która zostaje z czytelnikiem na dłużej. Po raz kolejny, recenzje tego tytułu znajdziecie już na blogu.

3. Ugly love, Colleen Hoover

Uwielbiam Colleen Hoover, ale jej ostatnia powieść wydana w Polsce - "Ta dziewczyna" - odrobinę mnie zawiodła i trochę bałam się czy i w tym przypadku sytuacja się nie powtórzy, zwłaszcza po paru rozgoryczonych i rozczarowanych recenzjach. Nie powtórzyła się jednak.  "Ugly love" jest najbardziej dojrzałą historią w dorobku autorki - i nie chodzi mi tylko o zwiększenie ilości erotyzmu na jej kartach, ale przede wszystkim problematykę jaką porusza. Colleen Hoover pokazuje trochę inną stronę miłości, ale niezmiennie wzrusza i zachwyca. A na dodatek urozmaica ją specyficznym, niemal poetyckim sposobem narracji. Ale trochę dokładniej opowiem wam o niej w lipcu.

4. Zdrada, Marie Rutkoski

Mówiliście że jeśli "Pojedynek" mnie zauroczył, "Zdrada" mnie w sobie rozkocha - i jak zwykle mieliście rację.  Kolejna część "Niezwyciężonej" zdecydowanie nie cierpi na syndrom drugiego tomu trylogii. Marie Rutkoski zgrabnie kontynuuje porozpoczynane wątki a rownocześnie zapoznaje nas z nowymi pomysłami i bohaterami. I chociaż nie prowadzi akcji w wartki, zaskakująco szybki sposób i tak sprawia że od historii Kestrel i Arina trudno się oderwać. Nie wspominając o tym co dzieje się z czytelnikiem po skończonej lekturze. Po raz pierwszy w życiu doświadczyłam reading slumpu - i to przeszło dwutygodniowego. Proszę dajcie mi znać kiedy doczekamy się trzeciego tomu.

5. Chłopiec z latawcem, Khaled Hosseini

Wszyscy powtarzali mi, że "Tysiąc wspaniałych słońc" to najlepsza pozycja Khaleda Hosseiniego, ale nie wiem czy mogę się z nimi zgodzić bo "Chłopiec z latawcem" zupełnie zwalił mnie z nóg. Po raz kolejny autor nie tylko opowiada przerażającą a momentami także wzruszającą historię o przyjaźni i poświęceniu, ale też przybliża nam trochę historię Afganistanu i jego atmosferę. To tego rodzaju opowieść, którą trudno wyrzucić  z pamięci czy przejść obok niej obojętnie. Znowu, opowiem wam o niej trochę więcej jeszcze w czerwcu i mam nadzieję że dacie autorowi szansę. 

A co Was zachwyciło w trakcie tej wiosny?


piątek, 10 czerwca 2016

Real, Katy Evans


Powieści New Adult szybko stały się moim ulubionym lekturowym guilty pleasure i nauczyłam się wypatrywać wsród zapowiedzi kolejnych potencjalnych powieści z tego gatunku. "Real" od razu przykuło moje spojrzenie, mimo raczej niefortunnej okładki, a kolejne pozytywne opinie tylko podsycały mój apetyt. Dlatego, korzystając z nadarzającej się sposobności, szybko sięgnęłam po lekturę i nauczyłam się przy okazji dwóch nowych rzeczy. 1) "Real" ma niewiele wspólnego z New Adult  i przypomina raczej typowy erotyk i 2) zupełnie nie rozumiem powszechnego zachwytu nad ową pozycją. 

Marzenia i cele Brooke Dumas nierozerwalnie związane były z karierą sportową, kontuzja wiązadła ostatecznie przekreśliła jednak jej szanse i zmusiła do obrania nowej drogi. Teraz dziewczyna planuje profesjonalnie zająć się rehabilitacją sportową. Wybierając się na walkę bokserską nie przypuszcza nawet jak szybko zmieni się jej zycie. Remington Tate, niezwykle przystojny, ale i arogancki zawodnik rzuca Brooke nieoczekiwaną propozycje. Dziewczyna przez trzy miesiące ma towarzyszyć mu w turnee w charakterze jego osobistej rehabilitantki. Napięcie między nimi jest jednak niemal wyczuwalne i od początku wiadomo, że coś co zaczyna się jako praca, ma szansę przerodzić się w znacznie więcej. 

Zdaję sobie sprawę z tego, że moje negatywne odczucia względem "Real" mogą być podyktowane tym jak wiele oczekiwałam po owej pozycji po tylu pozytywnych recenzjach. Ale nic nie poradzę na to, że mniej więcej do połowy powieści miałam ogromne problemy z tym by wciągnąć się w ową historię. W moim odczuciu fabuła miała bardzo dziwne tempo - wszystko działo się bardzo szybko, zupełnie jakby wydarzenia rozgrywały się na przestrzeni kilku dni po czym dowiadywaliśmy się że upłynęły całe tygodnie. Po raz kolejny, tak jak w przypadku "After", miałam też spory problem z kreacją głównej bohaterki. Autorka informowała nas o jakiś jej cechach a z drugiej strony przedstawiała Brooke w całkowicie odmienny sposób. 

Tym co zaważyło na moim negatywnym odbiorze okazała się jednak narracja poprowadzona z punktu widzenia Brooke. Czytałam w swoim życiu kilka erotyków i nie mam problemu ze scenami erotycznymi wplecionymi w fabułę - gdyby tak nie było nie mogłabym czytać rownież żadnych pozycji New Adult - ale są pewne granice. Nie mogłam pozbyć się wrażenia, że 90% narracji skupia się wokół tego jak Remy oddziaływuje na główną bohaterkę, przy czym autorka zdecydowanie nadużywała wyświechtanych frazesów. Strasznie żałuję, że autorka nie przedstawiła rozgrywających się wydarzeń z perspektywy Remingtona albo że nie zdecydowała się chociaż na narracje dwutorową. Zwłaszcza że jest kilka elementów, które potrafiłam docenić w trakcie lektury mimo Górnego rozczarowania. 

Przede wszystkim doceniam konsekwencje Katy Evans by uczynić ze sportu ważny element fabuły. I nie chodzi mi tylko o atmosferę podziemnych walk, ale także próbę przedstawienia trybu życia zawodowego sportowca i używanie fachowych określeń anatomicznych. Nie ukrywam też że niezwykle przypadł mi do gustu pomysł autorki na to by uczynić z muzyki specyficzny sposób komunikacji między bohaterami by ułatwić im zdradzenie ich prawdziwych uczuć. A nawet jeśli nie przekonało mnie przedstawienie problemów z jakimi borykał się Remy, doceniam że Katy Evans chciała poruszyć ów temat na kartach swojej powieści. 

"Real" to powieść erotyczna osadzona na tle podziemnego świata rywalizacji i brutalnych walk, która posiada spory potencjał. Pozytywne recenzje potwierdzają, że jest to historia niezwykle angażująca czytelnika a i sama dostrzegłam w niej kilka mocnych akcentów, zwłaszcza w drugiej połowie. Ale mimo wszystko przeważa u mnie poczucie rozczarowania i delikatnej frustracji - spowodowane zwłaszcza niefortunną narracją. Nie chcę wam całkowicie odradzać owej serii bo w swojej opinii wydaje się być całkowicie odosobniona, ale jeśli się na to zdecydujecie - nie miejcie zbyt wysokich oczekiwań. 

"Real" Katy Evans; wydawnictwo Papierowy Księżyc; Słupsk  2016 ★★

środa, 8 czerwca 2016

Stos majowy


Byłam przygotowana na to, że maj przyniesie sporo do książek do mojej biblioteczki i nie pomyliłam się w tej kwestii.  Co prawda nie zakupiłam tych wszystkich pozycji sama (aż tak szalona nie jestem), ale moje urodziny i urodziny Złodziejki Książek zrobiły swoje. Dotarłam do tego punktu gdy nie mam absolutnie żadnego wolnego miejsca na półce, pozycje z którymi jestem gotowa się rozstać mogę zliczyć na jednej ręce a nie mam warunków do tego by pozwolić sobie na kolejną półkę o regale nie wspominając. Logiczne byłoby stwierdzenie że zaprzestaje tym samym książkowych zakupów na jakiś czas, ale spójrzmy prawdzie w oczy - tak się nie stanie. Zwłaszcza że sesja wzbudza u mnie głód kupowania nowych pozycji! Mam tylko nadzieję że Panna M. nie wyrzuci mnie z naszego pokoju. 


Mówiąc o Pannie M., "Już czas" jest prezentem od niej z okazji urodzin Złodziejki. Prezentem symbolicznym po to właśnie od recenzji powieści pani Picoult zaczęła się moja przygoda z blogowaniem. // O "Promyczku" już tyle pisałam że pewnie macie mnie dość. Tą cudną powieść otrzymałam od wydawnictwa Filia. // "Art&Soul" jest moim wymarzonym prezentem urodzinowym. Bo uwielbiam autorkę. // "Awarie małżeńską" zgarnęłam podczas zakupów w Biedronce. Na swoje usprawiedliwienie mam tylko to, że to Panna M. mnie namówiła. // "Cześć, co słychać?" zakupiłam dla siebie i mamutka na targach bo stęskniłyśmy się za twórczością autorki. // A "Szczęśliwy dom" zgarnęłam za darmo na stoisku wydawnictwa Filia w trakcie Targów. 


"Przeżyć" interesowało mnie od dawna i kiedy wypatrzyłam na targach promocję -50% na stanowisku Czarna Owca nie mogłam się pohamować. // "Trawers" i "Przewieszenie" rownież zakupiłam na Targach u Filii w celu skompletowania całej trylogii. To kiedy sięgnę po owe tomy to już inna kwestia. // Po "Księżniczce z lodu" strasznie zwlekałam z zapoznaniem się z kolejnymi tomami, ale promocja -50% o której wam wspomniałam zrobiła swoje. Wzięłam z góry dwa tomy - i "Kaznodzieję" (mimo że starsza pani zaspoilowała mi rok temu ten tom, kiedy pracowałam w księgarni) i "Kamieniarza". // "Demelza" i "Ross Poldark" to ostatnie łupy targowe i te od Czarnej Owcy. Zakupione przez moją mamę, która chciała wziąć tylko jeden tom, ale jak pani zasugerowała jej dwójkę, nawet się nie wahała (Widzicie po kim ja to mam!).


Perełka wsród perełek. Przeczytałam "Szre śniegi Syberii" w zeszłym roku, ale posiadałam tylko egzemplarz biblioteczny a kiedy zapragnęłam zakupić sobie własny okazało się, że ów książka została wyprzedana. A Panna M. ją znalazła i mi kupiła. Na urodziny. W prezencie. Tak, wiem że mam najlepszą siostrę na świecie. // "Księgę Diny" kupiłam impulsywnie podczas weekendu we Wrocławiu, w Księgarni Autorskiej. Jest śliczna. // Niemal tak samo śliczna jak "Historia pszczół" zakupiona w tym samym miejscu z tym że przez Pannę M. dla mnie ;* // I mój ostatni prezent urodzinowy - londyńska powieść czyli "Wersja nas samych". Upatrzyłam sobie ten tytuł na lotnisku w Londynie i nie mogłam wyjsć z podziwu że ukazałsię u nas. A teraz mam go u siebie na półce.  

A co wzbogaciło Wasze biblioteczki?

poniedziałek, 6 czerwca 2016

Dom służących, Kathleen Grissom


"Dom służących" nie porusza tematyki szczególnie bliskiej moim zainteresowaniom, ale na przestrzeni ostatnich dwóch lat kilkakrotnie sięgałam po powieści o zbliżonej problematyce. Co więcej, były to pozycje, którym udało się w jakiś sposób podbić moje serducho i zmienić moje spojrzenie na pewne kwestie. Nie nastawiałam się na to, że debiut Kathleen Grissom wywrze na mnie podobne wrażenie, ale pozytywne opinie innych czytelników nieco podwyższyły moje oczekiwania. I kiedy wydawnictwo Papierowy Księżyc wznowiło ową pozycje, szybko zabrałam się za lekturę. 

Siedmioletnia dziewczynka zostaje osierocona w trakcie rejsu z Irlandii. Jej brat zostaje najęty do pracy, a Lavinia - która po traumatycznych przeżyciach traci pamięć - zabrana przez kapitana do swojego domu. Na plantacji tytoniu trafia pod opiekę Belle, nieślubnej córki właściciela, gdzie ma przyuczyć się do roli służącej. Osamotniona i przerażona dziewczynka szybko przywiązuje się do tamtejszej rodziny niewolników. Mimo że różni ich od siebie kolor skory, Lavinia odnajduje wsród nich poczucie bliskości i bezpieczeństwa. W domu właścicieli dochodzi jednak do tragedii, która odciska piętno także na białej służącej. 

Debiut kanadyjskiej autorki broni się przede wszystkim świetnym pomysłem na fabułę. Owszem, zetknęliśmy się juz wcześniej z problematyką przywiązania "białego dziecka" do "czarnych służących", ale Kathleen Grissom ugryzła ów temat od nieco innej strony. Przedstawiając historię niemal całego życia Lavinii, nie tylko opowiada o ciężkiej, wręcz dramatycznej sytuacji czarnych niewolników, niejednokrotnie ukazując ją z brutalną szczerością. Ale w równie dużym stopniu przykłada wagę do problemu ze zrozumieniem własnej tożsamości, z którym zmaga się Lavinia - wychowana przez służących a potem wrzucona do całkowicie odmiennego świata. 

Cała historia zyskuje na tym, że zostaje opowiedziana naprzemiennie z perspektywy Lavinii i Belle. Przez dużą część powieści Lavinia wciąż jest jeszcze dzieckiem, z niewinnością spoglądającym na świat. Kiedy poznajemy historię jej oczami, wiele rzeczy nie zostaje powiedzianych wprost - niektóre z nich zostają wyprostowane przez perspektywę Belle, inne pozostają niedopowiedziane do samego końca. Mimo że niezwykle doceniam ów zabieg i że to głownie dzięki niemu opowieść wydaje się bardziej dramatyczna, trudno mi zignorować fakt, że rownocześnie uwydatnia on pewne braki w warsztacie Kathleen Grissom. Głosy Lavinii z samego początku historii i tej z jej końca, a nawet Belle, momentami za bardzo się do siebie zbliżają. 

Tym co popsuło mój ogólny odbiór powieści, nie był jednak warsztat autorki - wszelkie niedociągnięcia zrzuciłam na fakt, że jest to jej debiutancka powieść i że w przyszłości z pewnością zostanie to doszlifowane. Zgodzę się jednak z zasłyszana opinią, że samo zakończenie odbiega poziomem od reszty historii. Owszem, zgrabnie łączy się ono ze sceną rozpoczynającą powieść i nawiązuje do wątku poruszonego w trakcie lektury, ale to trochę za mało. Podczas gdy cała powieść ma lekkie, niespieszne tempo, samo zakończenie następuje przerażająco szybko, mimo że wiele się w nim dzieje. 

"Dom służących" to kolejna powieść, która pochyla się nad tematem trudnej sytuacji czarnych niewolników. Kathleen Grissom z wyczuciem opowiada  także o rozdarciu człowieka między przywiązaniem a powinnością i ogromnej samotności. Nie brak tej historii scen dramatycznych i przepełnionych smutkiem; brutalnością i ogromnym cierpieniem, ale też i szczęśliwych. I nawet jeśli w warsztacie autorki można dostrzec pewne niedociągnięcia a samo zakończenie zaburza odrobinę dobre wrażenie, nie mam watpliwości że jest to pozycja której warto poświęcić chwile uwagi. 

"Dom służących" Kathleen Grissom; wydawnictwo Papierowy Księżyc ; Słupsk  2013 ★★½