poniedziałek, 29 lutego 2016

Podsumowanie lutego i marcowy TBR


Siedzę właśnie sama w domu wsłuchując się w kolejne utwory Studia Accantus, delektując się nieoczekiwanie dłuższym weekendem i uśmiechając się do siebie. Luty okazał się dla mnie zaskakująco pozytywnym miesiącem, zwłaszcza w kwestii blogowej. Z pewnością zauważyliście, że od pewnego czasu drobnej zmianie uległ wygląd postów. W lutym zdecydowałam się na założenie drugiego, książkowego konta na Instagramie, na którym chciałam się z Wami dzielić aktualnie czytanymi pozycjami. Nie spodziewałam się jednak, że spotka się on z tak pozytywnym przyjęciem. Wszystkie Wasze miłe słowa sprawiły że nie tylko chodziłam z wiecznie zarumienionymi polikami, ale także postanowiłam wykorzystać owe zdjęcia bezpośrednio na blogu, czyniąc go jeszcze bardziej "moim". Mam nadzieję, że póki co efekt końcowy się wam podoba ;)

Poza tym jak można się nie cieszyć, kiedy lwia część lutego pozostawała wolna od studenckich obowiązków i mogłam ja poświęcić w całości na przyjemności? Nie będę się Wam chwalić, że zdałam sesję w pierwszych terminach i to z zaskakująco wysokim wynikiem - chociaż zgaduję, ze właśnie to zrobiłam - ale widać to w ilości przeczytanych lektur. Trochę sobie poszalałam! Cieszę się tym bardziej, że póki co udaje mi się sukcesywnie wywiązywać z wybranych TBR-ów. W lutym nie przeczytałam tylko pozycji "Powód by oddychać" i to wyłącznie dlatego, że bardzo zależało mi na przeczytaniu "Marsjanina" i po prostu zabrakło mi dni. Oby tak dalej - Brawo ja!

PRZECZYTANE:

NAPISANE:

W lutym zaczęłam zasypywać Was recenzjami. Wiem, że nie powinno mnie to zadziwiać i zachwycać, w końcu Złodziejka książek to blog poświęcony książkom i moim opiniom o przeczytanych lekturach, ale nie pamiętam kiedy ostatnio tak regularnie udawało mi się spisywać własne odczucia jeśli nie dotyczyły one egzemplarzy recenzenckich. Niejednokrotnie czekałam tak długo, że potem zapominałam dokładnie to co chciałam wam przekazać i w konsekwencji nie wspominałam wam wcale o niektórych tytułach. Tymczasem w lutym pojawiło się aż sześć opinii, a kolejne są już gotowe do opublikowania. Wspominałam wam o fantastycznej powieści post apokaliptycznej "Stacja jedenaście"; nieco wtórnym zakończeniu trylogii Colleen Hoover czyli "Tej dziewczynie"; odrobinę chaotycznej, ale za to niezwykle różnorodnej pozycji fantastycznej "Przekraczając granice"; cudnym finale mojej ukochanej serii New Adult "Pięć sposobów na upadek"; chyba najpopularniejszym fanfiku ostatnich lat "After. Płomień pod moją skórą"; i jednej z książek angielskiej królowej gatunku chick lit czyli "Nocy poślubnej".

A to przecież nie wszystko co pojawiło się na Złodziejce Książek. Oczywiście zebrałam dla Was najciekawsze premiery lutego i najciekawsze linki miesiąca. Kolejny miesiąc z rzędu bezwstydnie chwaliłam się również moimi książkowymi zdobyczami. A z okazji walentynek zdradziłam Wam kilka moich ukochanych serialowych par. I posty z których jestem chyba najbardziej zadowolona. Po pierwsze, zainspirowana rozmową z moją kochaną panną M. zdradziłam Wam dlaczego czytam literaturę z gatunku Young Adult . A po drugie, zdradziłam wam moje niepopularne opinie na temat popularnych książek przy okazji utwierdzając w przekonaniu siebie i Was, że przecież nie wszyscy zawsze myślimy to samo.

TBR:


Mam bardzo ambitne plany na marzec i plany bardzo kobiece. Jak być może zdążyliście się zorientować zaplanowałam sobie pozycje, które wyszły spod pióra samych kobiet. Starałam się jednak zachować różnorodność gatunkową. Jeśli chodzi o pozycje New Adult, chciałabym skończyć swoją przygodę z serią After stąd "After. Bez siebie nie przetrwamy", a oprócz tego z biblioteki przyniosłam ze sobą "Idealną chemię" bo słyszałam o niej sporo dobrego. Krokiem ku kończeniu serii ma być również lektura "Mara Dyer. Zemsta" - trochę się obawiam, bo zetknęłam się raczej z negatywnymi opiniami, ale zobaczymy co z tego wyjdzie. Drugim przedstawicielem Young Adult jest natomiast "Król kruków" i w tym wypadku aż zacieram ręce na lekturę ;) A oprócz tego "Szklany zamek" i "Wszystko czego wam nie powiedziałam" nad którymi rozpływa się zagraniczny booktube i niezwykle obiecujący początek kolejnej serii kryminalnej polskiej autorki czyli "Motylek". 

A czym Wy zachwycaliście się w lutym? No i co zaplanowaliście sobie na marzec?

sobota, 27 lutego 2016

Lutowe linki miesiąca


Kiedy myślałam o tworzeniu lutowych linków miesiąca zastanawiałam się czy będę wam miała w ogóle coś ciekawego do przekazania. Gromadziłam inspirujące i interesujące wpisy na telefonie, ale nie przykładałam wagi do tego ile ich jest i wydawało mi się - naprawdę nie mam pojęcia dlaczego - że nie uzbierało się tego dużo. A tu proszę! Jak zwykle się pomyliłam i absolutnie Was nie doceniłam. Przepraszam! Obiecuję poprawę. Statystyki wskazują, że wciąż chętnie zaglądacie do styczniowej edycji, więc starałam się zamieścić jak najwięcej ciekawych artykułów żebyście mieli co poczytać do porannej kawy czy herbaty. I myślę, że udało mi się to całkiem dobrze - jak zwykle przeważają teksty inspirowane książkami, ale jest tez coś w tematyce bardziej lifestylowej. A zamiast tradycyjnej piosenki, gra! Tego jeszcze nie było.

Co do niedalekiej przyszłości - w poniedziałek ukaże się tradycyjnie podsumowanie i TBR (zaglądnijcie koniecznie bo luty był obfity w posty i może coś pominęliście). Marzec w dużej mierze będzie natomiast królestwem recenzji! W trakcie "ferii" udało mi się spisać odczucia odnośnie niemal wszystkich tytułów z jakimi zapoznałam się w tym roku i nie mogę się doczekać żeby się nimi z wami podzielić. A jeśli chcielibyście zobaczyć na blogu coś konkretnego - dajcie mi znać w komentarzu. Sama mam kilka pomysłów, ale jestem ciekawa co ucieszyłoby was najbardziej ;)

  • Na wszelakiego rodzaju listy tego typu trzeba trochę spoglądać z przymrużeniem oka, ale warto na nie zerknąć. Zwłaszcza, że dobór 16 książek, o których kłamiemy, że je przeczytaliśmy bywa momentami zaskakujący
  • Ciekawe czy w szkole czytaliście lektury, albo czy czytacie je nadal. A może zapoznajecie się tylko z opracowaniami? No bo po co nam w ogóle lektury szkolne?
  • Zawsze mi się wydawało, że na tle amerykańskiego rynku wydawniczego wypadamy dosyć słabo jeśli chodzi o wszelakiego rodzaju "retellingi", ale niezastąpionej Gosiarelli udało sie znaleźć kilka ciekawych pozycji inspirowanych baśniami.
  • Jestem zachwycona inicjatywą Costy i wydawnictwa Prószyńskiego chociaż nie wiem jak wypada ona w praktyce. Ale kawa i książka? To przecież nie może się nie udać! 
  • Dyskusja o książkowej blogosferze nadal się toczy, a tym razem swoje trzy grosze dodaje także Klaudia
  • Uwielbiam czytać wiele gatunków, ale kryminały i thrillery znajdują się w czołówce - zwłaszcza w niektórych  okresach roku. A jeśli i Wy za nimi przepadacie i lobie rozmawiać o książkach koniecznie dołączcie do Kryminalnego Klubu Książki zainicjowanego przez Karinę. Jestem pewna, że będziemy się zabójczo (hahahaha!) dobrze bawić.
  • Jeśli cały czas jesteście zainteresowani pytaniem jak czytać więcej  możecie zobaczyć co mają do powiedzenia redaktorzy portalu lubimyczytac.pl Nie znajduje się w nim może nic odkrywczego, ale sama stosuję się do owych złotych zasad i jak widać - działają bardzo dobrze. 
  • Wiecie, że wcale nie musimy czytać książki do końca? I że - hura! - nie mamy obowiązku pożyczać naszych ukochanych pozycji wszystkim znajomym? Czyli trochę o podstawowych prawach czytelnika 
  • Co prawda raczej nie dużo sobie poczytacie, ale przynajmniej możecie nacieszyć wzrok fotografiami absolutnie fantastycznych bibliotek z całego świata
  • Jestem trochę nudna i dla mnie książka to przede wszystkim treść, ale niektóre projekty książkowe  naprawdę zaskakują pomysłowością.
  • Na całe szczęście (?) w moim życiu nie zanosi się na razie na wyprowadzkę, ale post autorki bloga Style Digger jak zwykle jest niezwykle inspirujący i nie mogę wam go nie polecić. Czyli trochę o rzeczach, których mamy za dużo 
  • Jestem absolutnie uzależniona od Instagrama i dlatego chyba tak bardzo spodobał mi się pomysł Pauliny. No bo czy nie chcielibyście zobaczyć jak wyglądałyby profile Waszych ukochanych bohaterów?
  • Pasja jest czymś co powinien posiadać każdy z nas A jeśli nie przekonuje Was prawda zawarta w tym jednym zdaniu koniecznie przeczytajcie tekst Kreatywy 
  • Nie wiem czy należycie do filmowych maniaków, ale jeśli pozostajecie aktywni na facebooku czy innych social mediach z pewnością widzieliście chociaż jeden mem z udziałem Leonardo DiCaprio i Oscarem (albo raczej jego brakiem). A pod tym linkiem możecie nawet zagrać w grę, w której Leo próbuje złapać statuetkę

Mam nadzieję że znaleźliście coś dla siebie. A jeśli nie wspomniałam o jakimś artykule, który zachwycił was w tym miesiącu koniecznie podzielcie się ze mną linkiem w komentarzu. Chętnie sama odkryję coś nowego ;)

czwartek, 25 lutego 2016

Noc poślubna, Sophie Kinsella


Momentami odnoszę wrażenie, że Sophie Kinsella za granicą to taka niekwestionowana królowa gatunku chick lit - lekkiej literatury kobiecej, ze sporą dozą humoru. Nazwisko owej pani przewija mi się nieustannie przed oczami, nawet wówczas gdy stykam się z osobami, które zazwyczaj nie sięgają po pozycje tego typu. Co więcej, bardzo rzadko reakcja na ową twórczość jest negatywna. Chociaż wydawnictwo Sonia Draga ostatnio skrupulatnie wydaje powieści Sophie Kinselli, jej fenomen nie dotarł jeszcze chyba do nas, ale postanowiłam go wypróbować na sobie i dać wam znać czy warto zainteresować się tematem. 

Lottie nigdy nie radziła sobie z rozstaniami. Po pozornym spokoju, zawsze następował wielki wybuch - tatuaż, zmiana mieszkania, przystąpienie do sekty... Ale teraz, teraz jest znacznie gorzej. Lottie była pewna, że jej chłopak zamierza poprosić ją o rękę. Niestety, Richardowi chodziło jedynie o zagraniczny wyjazd i rozżalona dziewczyna postanawia zakończyć ich związek bez przyszłości. Pocieszenie znajduje u swojego byłego chłopaka - zranieni przez los, postanawiają podjąć ryzykowną decyzję. Ślub - teraz, zaraz, natychmiast. Fliss jest załamana. Nie wie jak powstrzymać nieuniknioną katastrofę, ale przykre doświadczenia z mężem - wciąż świeże w jej głowie - działają motywująco. Fliss nie zamierza dopuścić do tego by jej młodsza siostra zmarnowała sobie życie. Za wszelką cenę.

Zacznijmy od tego, że sam pomysł na fabułę jest po prostu absurdalny. Dwójka ludzi, która nie utrzymywała ze sobą kontaktu przez piętnaście lat, teraz jest przekonana o tym, że jest dla siebie stworzona. A skoro Lottie postanawia, że nie zamierza kolejny raz popełnić tego samego błędu i nie chce skonsumować (ponownie) związku przed ślubem, cóż - para decyduje się na małżeństwo. Wierzcie mi - wiem jak absurdalnie to brzmi i początkowo, po przeczytaniu kilku rozdziałów, miałam ogromną ochotę na to by odłożyć lekturę na bok i wyrzucić ją z pamięci. Ale parłam do przodu, w przekonaniu że tyle osób nie może się mylić. I wiecie co? Koniec końców wcale nie żałuję.

Owszem, to nie jest rozrywka  na niewiadomo jak wysokim poziomie. Oś fabularna brzmi absurdalnie, jedna z głównych bohaterek - Lottie podobno jest inteligentną, wykształconą kobietą, ale nawet nie wiecie jak łatwo w to zwątpić zagłębiając się w lekturę; no i nie ukrywajmy - zakończenie raczej nie niesie ze sobą zaskoczenia. Dodatkowo, mimo że historia zostaje przedstawiona naprzemiennie z punktu widzenia Fliss i Lottie - dwóch całkowicie rożnych postaci, ich głosy są momentami za bardzo do siebie zbliżone.

Ale jedno trzeba autorce oddać - bawiłam się znakomicie. Po tym krytycznym momencie, kiedy przestałam szukać gruszek na wierzbie, otrzymałam naprawdę zabawną komedie romantyczną w formie książki. Taką, która w żadnym wypadku nie zdarzyłaby się w prawdziwym świecie; wyśmiewa pewne zakorzenione w kulturze schematy; a w odpowiednim momencie powoduje takie ciepełko na serduchu. A coś karze mi przypuszczać, że właśnie na tym zależało autorce.

Mogłabym wytykać "Nocy poślubnej" wszystkie te wady, o których już wspomniałam a może nawet pokusić się o znalezienie jeszcze kilku. Ale nie będę tego robić. Powieść Sophie Kinselli sprawdziła się jako pocieszasz na czas egzaminów. To taka zabawna opowieść, która z pewnością sprawdziłaby się jako komedia romantyczna i która może pomóc odegnać czytelnikowi smutki i smuteczki dnia codziennego. Jeżeli poszukujecie podobnej lektury, możecie spróbować skosztować trochę brytyjskiego humoru. Ja do twórczości autorki jeszcze wrócę, zwłaszcza że, sugerując się ocenami, teraz powinno być tylko lepiej.

"Noc poślubna" Sophie Kinsella; wydawnictwo Sonia Draga; Katowice 2015 

wtorek, 23 lutego 2016

Czy zawsze uważasz to co inni?


Można by przypuszczać, że blogosfera to najbardziej tolerancyjny skrawek internetu. Kierując się trochę stereotypami, a trochę ślepą wiarą w ludzi, łatwo wysnuć wniosek, że człowiek oczytany to taki, który posiada własne zdanie na dany temat; który nie wstydzi się go przedstawić; i który równocześnie nie ma problemu z tym by zaakceptować fakt, że nie każdy tą jego opinie będzie podzielał. Wniosek, niestety, nie do końca prawdziwy. Smutna prawda przedstawia się w ten sposób, że każdy książkoholik jest po prostu człowiekiem. I to człowiekiem, który ceni sobie spokój i czasami woli trzymać buzię na kłódkę niż wychylać się przed szereg.

Złodziejka książek nie jest pionierem wśród książkowych blogów i może także dlatego udało mi się do tej pory uniknąć sytuacji, w której ktoś krytykowałby moją opinię na temat danej pozycji. Jestem jednak świadoma faktu, że do takich incydentów dochodzi. Każda bestsellerowa seria ma wąskie aczkolwiek aktywne grono fanatycznych wielbicieli, którzy niezbyt przychylnie reagują na słowa krytyki. Żeby nie narażać się na nieprzyjemne komentarze, czasami wolimy więc przemilczeć naszą niezbyt optymistyczną reakcję na daną pozycję. Sytuacja może się stać nieprzyjemna zwłaszcza wówczas gdy krytykujemy pozycje rodzimych autorów. Oczywiście to raczej wyjątki niż reguła, ale naprawdę zdarzają się pisarze nieradzący sobie z krytyką i odpowiadający na nią słowną agresją - natychmiastowymi zarzutami w stronę autora recenzji czy innego niepochlebnego tekstu. Anonimowe zarzuty można sobie jakoś wytłumaczyć - wiadomo, w internecie możemy natknąć się na naprawdę różnych ludzi - ale od pisarzy wymagamy już nieco wyższej kultury osobistej.

Zresztą, nie do końca jest tak, że swoją opinię ukrywamy tylko wówczas gdy w przeciwieństwie do tego co myślą inni jest ona negatywna. Nie. Zdarza się również niestety, że niechętnie przyznajemy się do sympatii względem pozycji powszechnie krytykowanych. No bo skoro tyle osób przedstawia "Zmierzch" jako tytuł,  na który nie warto nawet marnować swojego cennego czasu, to chyba z nami jest coś nie tak, ze czerpiemy z lektury wyłącznie przyjemność. Wierzcie mi, czasami pragnienie by nie wyróżniać się z tłumu jest tak głęboko zakorzenione, że skreślamy dany tytuł jeszcze przed rozpoczęciem lektury.

A żeby udowodnić sobie i wam, ze każdy z nas powinien otwarcie przyznawać się do tego jakie odczucia towarzysza mu względem danej pozycji, postanowiłam odpowiedzieć na pytania w ramach Unpopular Opinion Book Tag czyli Niepopularne opinie o popularnych książkach. I was równiez do tego zachęcam.

1. Popularna książka lub seria, której nie lubisz.

Odkąd po raz pierwszy raz natrafiłam na owy tag trochę się tego nazbierało. Zrobiłam się chyba trochę bardziej krytyczna. Nie będę jednak wskazywać żadnej konkretnej serii - jeśli do gustu nie przypada mi pierwszy tom po prostu nie sięgam po następny a zdaję sobie sprawę, że nie powinnam oceniać całego cyklu na podstawie jednego tomu. Istnieje jednak książka, którą absolutnie wszyscy za wyjątkiem mnie wydają się uwielbiać - Wszechświat kontra Alex Woods. Może nie tyle jej nie lubię, co po prostu nie wywarła na mnie zbyt dużego wrażenia i stosunkowo szybko wyrzuciłam ją z pamięci.

2. Popularna książka lub seria, której wszyscy nienawidzą, ale Ty kochasz.

Może nie wszyscy nienawidzą owe książki, bo mają pewien krąg wielbicieli, ale wśród czytelników przeważają negatywne opinie. Po pierwsze, "Eleonora&Park" - słodko-gorzka opowieść o pierwszej miłości, którą wspominam z ogromnym rozczuleniem. Po drugie, "Czerwona królowa". Dopóki internet nie został zalany przez opinie, że Victoria Aveyard za bardzo wzorowała się na powieściach swoich kolegów po fachu nawet nie zwróciłam na to uwagi. Naprawdę. I tak, to przypadek, ze obie powieści zostały wydane przez Moondrive.

3. Trójkąt miłosny, w którym główny bohater/bohaterka, według Ciebie, wybrała złą osobę LUB literacka para, której nie lubisz.

Nie wiem o co chodzi, w tym wypadku nie rozumiem sama siebie, ale pomimo całej mojej miłości do Harry'ego Pottera, nie przepadam za wyborami jakich dokonali główni bohaterowie. SPOILER Ginny i Harry absolutnie do siebie nie pasują, zresztą - podobnie jak Ron i Hermiona. Wiem, że złamałam teraz serca wielu z Was, ale nic na to nie poradzę. Kiedy czytałam Harry'ego Pottera nie zwracałam jeszcze uwagi na chemię między bohaterami, ale gdybym miała wskazać jakąś parę, która do siebie pasowała do wybrałabym albo Harry'ego i Hermionę, albo Hermionę i Draco (w tym drugim przypadku absolutnie wszystkiemu winne są fanfiki Dramione)

4. Popularny gatunek literacki, po który rzadko sięgasz.

Nie wiem czy to popularny gatunku bo w sumie rzadko na niego natrafiam, ale zdecydowanie science-fiction. A druga w kolejności byłaby high fantasy dla dorosłych. Kilka razy próbowałam się w to wciągnąć, bo idea kreowania nowych światów brzmi po prostu epicko, ale jakoś mi to nie wychodzi. Jeśli w ogóle zdarza mi się sięgnąć po fantastykę to albo jest to Young Adult albo urban fantasy.

5. Popularny bądź uwielbiany bohater, którego Ty nie lubisz.

Mogłabym tutaj powielić Alexa Woodsa, ale postanowiłam, że nie będę się powtarzać. Konie końców zdecydowałam się więc na obie połówki duetu Agnieszka i Smok z powieści Naomi Novik - "Wybrana". Nie jest to pozycja tak popularna w Polsce, ale za granicą nasłuchałam sie aż za dużo dobrego na ich temat. I jak tak na to teraz patrzę to właśnie uprzedzenie względem bohaterów przeszkadzało mi najbardziej w trakcie lektury.

6. Popularny autor, do którego nie jesteś przekonana.

Jeżeli chodzi o autorów zagranicznych absolutnie nie potrafię wgryźć się w twórczość Terry'ego Pratchetta - o którym w Polsce zrobiło się teraz jakby głośniej przez kolekcje Świata Dysku w twardych okładkach. Natomiast gdy mowa o naszych rodzimych autorach to ostatnimi czasu nie rozumiem fenomenu Katarzyny Michalak. Dawniej strasznie podobały mi się pozycje spod jej pióra, a ostatnie dwie które miałam okazje poznać wzbudziły jedynie mój niesmak i zażenowanie.

7. Popularny wątek/motyw, którego masz już dosyć.

Oczywiście jak chyba każdy inny bloger czy booktuber mogłabym wspomnieć o trójkącie miłosnym. Biorąc pod uwagę jak często autorzy korzystają z owego motywu nie ma chyba  szans na to by nie czuć się nim zmęczonym. Jest jednak coś co irytuje mnie jeszcze bardziej, mianowicie brak rodziny w literaturze Young Adult albo ich dysfunkcjonalność. Naprawdę pilnie potrzebujemy bohatera wychowującego się w szczęśliwej rodzinie.

8. Popularna seria, której nie chcesz przeczytać.

Nie skreślam serii na wstępie, ale istnieje kilka takich, których z pewnością nie będę już kontynuować. Pretty Little Lairs - przeczytałam trzy pierwsze tomy i mimo że mi się w miarę podobały nie zamierzam inwestować czasu w trzynaście kolejnych. Jutro - tym razem przeczytałam tylko pierwszy tom i absolutnie nic już niego nie pamiętam. Gone. Zniknęli - zapoznałam sie z dwoma pierwszymi tomami a potem straciłam serią zainteresowanie.

9. Mówi się, że „Książka jest zawsze lepsza od filmu”, ale który film lub serial, podobał Ci się bardziej niż książka?

Istnieje kilka filmowych bądź serialowych adaptacji książkowych, które uwielbiam, ale nie mogę ich tutaj uwzględnić bo nie znam pierwowzoru - jak choćby The 100 czy Pamiętnik. Co nie oznacza, ze nie mam odpowiedzi na owo pytanie. Jeśli chodzi o seriale zdecydowanie wolę w wersji wizualnej The vampire diaries czy Pretty Little Liars - zwłaszcza pierwsze sezony. Natomiast w przypadku filmu również posiadam dwa typy. Przede wszystkim Szkoła uczuć czyli film na podstawie książki Jesienna miłość ale także Love, Rosie. Jeżeli chodzi o drugi tytuł, absolutnie uwielbiam książkowy pierwowzór, ale filmowa alternatywa zakończenia po prostu bardziej przypada mi do gustu.

A jakie są Wasze niepopularne opinie o popularnych książkach?

niedziela, 21 lutego 2016

After. Płomień pod moją skórą, Anna Todd


Początkowo, kiedy blogi zalała fala negatywnych recenzji, nie zamierzałam wcale czytać serii After. Naprawdę. Bardzo długo tkwiłam w przeświadczeniu, że istnieje zbyt dużo dobrych pozycji by marnować czas na coś przeciętnego czy wręcz złego. A potem zrobiło mi się głupio. Wyznaję zasadę, że żadna książka nie jest tak naprawdę zła - po prostu czasem trafia w ręce nieodpowiedniego czytelnika, albo na zły moment. I uświadomiłam sobie, że nie powinnam wydawać krzywdzącego osądu na temat jakiejś książki tylko dlatego, że tak uważa spora część czytelników. Zwłaszcza, że jako dwudziestolatka zaczytująca się w gatunku New Adult idealne wpasowuję się w docelowy target owej serii. A potem, zachęcona przez w miarę pozytywną reakcje mojego mamutka, sięgnęłam po pierwszy tom.

Tessa jest młodą, ambitną dziewczyną z tendencją do nadmiernego planowania. Żyje pod presją wymagań jakie stawia przed nią matka, ale także ona sama - ma idealnego chłopaka, doskonałe stopnie i  nie ma zwyczaju uczęszczać na imprezy, zwłaszcza takie suto zakrapiane alkoholem. Teraz jednak Tessa staje jednak w obliczu całkiem nowego świata. Właśnie rozpoczyna studia, współlokatorka z akademika stanowi jej dokładne przeciwieństwo a znajomi Steph wydają się uosobieniem kłopotów - zwłaszcza jeden z nich. Hardin jest buntowniczy, agresywny i najzwyczajniej w świecie opryskliwy, ale coś sprawia, że Tessa nie potrafi trzymać się od niego z daleka.

Nie wiem czy czytaliście w swoim życiu jakieś opowiadania fanfiction, "Afrer. Płomień pod moją skórą" stanowi ich doskonałą reprezentację - co nie powinno być zaskoczeniem biorąc pod uwagę historię powstania After. Widać brak warsztatu Anny Todd i brak bardziej skonkretyzowanego pomysłu. I nie chodzi nawet o to, że "After. Płomień pod moją skórą" skupia się głównie na historii "związku" Hessy, ale o to, że autorka nie przemyślała trochę jak rozplanować akcję, efektem czego nieustannie obserwujemy jak Tessa i Hardin kłócą się i godzą, a małe problemy i pozornie nieistotne momenty pozornie zostają nadmuchane do rozmiarów wielkiego dramatu.

Brak konsekwencji widać też przy kreacji bohaterów, zwłaszcza Tessy. Z jednej strony Anna Todd stara się nam przedstawić ją jako miłą, spokojną i obowiązkową studentkę; z drugiej - jej zachowanie świadczy o czymś zupełnie innym. Owszem, Hardin został wykreowany na humorzastego dupka, który w głębokim poważaniu ma uczucia innych, ale jego portret jest przynajmniej spójny. Sięgając po "After. Płomień pod moją skórą" powinniście być też świadomi tego, że nie jest to pozycja dla młodszej młodzieży. Erotyka stanowi spory fragment powieści a język jakim posługują się bohaterowie jest dosyć wulgarny. 

Nie jest też jednak tak, że "After. Pod moją skórą" jest najgorszą lekturą jaką przeczytałam w swoim dotychczasowym życiu albo że żałuję czasu jaki mu poświęciłam. Pomijając wady, które tak chętnie wam wymieniłam i których być może jest jeszcze więcej, rozumiem że ta pozycja może się podobać bo sama przecież bawiłam się dobrze w trakcie lektury. "After. Płomień pod moją skórą" posiada bowiem także zalety typowego fanfika - czyta się go szybko i czytelnik angażuje się w lekturę. Ma to coś co sprawia, że mimo iż zdajemy sobie sprawę z wszelkich mankamentów, nie możemy odłożyć lektury na bok. Co więcej, po przeczytaniu ostatniego rozdziału mamy ochotę na to by czytać dalej. Słowem, to dobry fanfic - nie jestem tylko pewna czy sprawdza się w formie książki.

Nie będę was oszukiwać, że "After. Płomień pod moją skórą" to dobra powieść, którą musicie przeczytać. Myślę jednak, że sporo z was tak samo jak ja mogłoby czerpać w jakiś dziwny sposób przyjemność z lektury. Jeśli należycie do grona osób, które swego czasu zachwycały się fanfikami (albo samemu je pisały); które są świadome tego jak absurdalne potrafią być niektóre twisty fabularne; i którą nie przeszkadza wulgarność w czytanej pozycji - być może nie powinniście przekreślać After grubą linią. Powieść Anny Todd ma tak zbliżony charakter do fanfiction, że mimo wszystko nie potrafię jej nienawidzić i że na pewno sięgnę po kolejne tomy.

P.S. Ale trochę mnie okłamaliście - bo finalny twist nie jest tak spektakularny. Podobny pomysł zrealizowałam w moim autorskim fanfiku już lata temu :D

"After. Płomień pod moją skórą" Anna Todd ; wydawnictwo Między Słowami; Kraków 2015 ½

czwartek, 18 lutego 2016

Pięć sposobów na upadek, K. A. Tucker


Jeśli interesuje Was gatunek New Adult, prawdopodobnie obiło się Wam już o uszy nazwisko K. A. Tucker. "Dziesięć płytkich oddechów", powieść rozpoczynająca czterotomową serię, była jedną z pierwszych pozycji NA jaka ukazała się na naszym rynku wydawniczym. Trochę żałuję, że nie wspomniałam wam o niej w jakiejś osobnej recenzji, tak samo zresztą jak o kolejnych częściach - twórczość K. A. Tucker jest bowiem kwintesencją tego co lubię w owym gatunku. Po lekturze "Pięciu sposobów na upadek" postanowiłam jednak nie popełniać już tego samego błędu. I przekonać niezdecydowanych, że może warto dać autorce szansę.

Reese posiada tendencje do nieustannego popadania w tarapaty - drobne wykroczenia, udział w  nielegalnych wyścigach samochodowych a teraz jeszcze na dokładkę zniszczenie mienia swojego byłego męża. Nadszedł czas by nareszcie dorosnąć i zmienić coś w swoim życiu. Upojny wieczór w klubie, suto zaprawiany alkoholem ma być ostatnim wyskokiem przed Wielką przemianą. Ale nie wszystko idzie zgodnie z planem. Reese chce zapomnieć o nieszczęsnym wieczorze i Benie, tylko, że wcale nie będzie to takie proste. Ben - były futbolista i ochroniarz w klubie ze striptizem, okazuje się najlepszym przyjacielem jej przyrodniego brata i nowym pracownikiem rodzinnej kancelarii. I chociaż wszystko wskazuje na to, że powinni zachować między sobą dystans - przykre doświadczenia Reese, usposobienie Bena i surowe zakazy obowiązujące w firmie - nic nie mogą poradzić na to, że coś ich do siebie przyciąga.

To co po lekturze "Pięciu sposobów na upadek" pierwsze rzuciło mi się w oczy to fakt, że ostatnia część serii jest jakby "lżejsza" w odbiorze - zwłaszcza gdy porównać jej wydarzenia do dramatów z poprzedniego tomu. Owszem, K. A. Tucker utrzymuje pewien schemat pewien schemat charakterystyczny dla swoich powieści i pozycji z gatunku New Adult ogółem - każdy z bohaterów dźwiga bagaż ciężkich doświadczeń i sporo tu demonów przeszłości. Charakter dwójki głównych postaci - ich zamiłowanie do zabawy i, nawet jeśli tylko pozorna, lekkość ducha, sprawiają, że owe problemy nie przytłaczają czytelnika - są jedynie fragmentem budującym osobowość bohaterów, a nie ich głównym budulcem.

Fabuła kładzie nacisk przede wszystkim na wzajemne relacje Reese i Bena, ale w przypadku New Adult nie powinno to być chyba dla nikogo zaskoczeniem. To jednak ten przyjemny rodzaj romansu. K. a. Tucker idealnie oddaje chemię miedzy bohaterami - iskrzenie można dostrzec w błyskotliwych, momentami ironicznych wymianach zdań, ale także w rzadkich chwilach milczenia. Autorka nie wmawia nam przy tym, że od samego początku owo napięcie osiąga rangę wielkiej, dozgonnej miłości. Uczucie owej dwójki ulega ciągłej zmianie - istotnej, ale raczej powolnej. Odnoszę również wrażenie, że w porównaniu do niektórych NA, "Pięć sposobów na upadek" nie jest aż tak erotyczne. Owszem, występują tzw. "sceny łóżkowe" jak i wyraźne aluzje bohaterów, ale K. A. Tucker udaje się przy tym zachować umiar.

Miłym zaskoczeniem był również rozbudowany wątek rodzinny. Powieści z gatunku Young Adult czy też New Adult właśnie bardzo często pomijają ów aspekt w fabule, tymczasem K. A. Tucker w "Pięciu sposobach na upadek" poświęca mu sporo uwagi - i to zarówno w kontekście postaci Bena jak i Reese. Na przestrzeni całej historii autorka wplata również gdzieniegdzie wzmianki o postaciach z poprzechodzi tomów. Nie są to jednak znaczące informacje i zdecydowanie możecie zapoznawać się z powieściami w dowolnej kolejności, bez narażania się na znaczące spoilery. (Osobiście polecałabym tylko najpierw przeczytać "Dziesięć płytkich oddechów", bo postać Kacey najczęściej przewija się w innych tomach).

"Pięć sposobów na upadek" to pozycja, która dorównuje poziomem poprzednim tomom, a momentami nawet je przewyższa. K. A. Tucker posiada niespotykaną zdolność do tworzenia wciągających opowieści o miłości z ciekawie wykreowanymi bohaterami i intrygującymi wątkami pobocznymi. Jeśli należycie do wielbicieli gatunku, koniecznie powinniście się zapoznać z twórczością autorki; a jeśli dopiero zamierzacie zapoznać się z gatunkiem New Adult, K. A. Tucker będzie doskonałym początkiem. I tylko szkoda, ze to już koniec serii, zwłaszcza, ze znalazłoby się jeszcze kilka postaci, którym wartałoby się bliżej przyjrzeć. Mam nadzieję, ze Wydawnictwo Filia pocieszy mnie przynajmniej wiadomością wydania innych powieści spod pióra K. A. Tucker.

"Pięć sposobów na upadek" K. A Tucker; wydawnictwo Filia; Poznań 2016 ½

wtorek, 16 lutego 2016

Przekraczając granice, Oksana Pankiejewa


Wielokrotnie narzekaliśmy wspólnie na to, że polskie wydawnictwa posiadają skłonność do niekończenia serii, ale cuda się zdarzają. Po tym jak wydawnictwo Fabryka Słów zaprzestała publikowania Kronik Dziwnego Królestwa, pięć lat później Papierowy Księżyc postanowił dać im drugie życie. Kilka miesięcy temu doczekaliśmy się wznowienia pierwszego tomu, który swego czasu podbił serca czytelników a teraz na dniach planowana jest premiera kontynuacji - "Pierwszego dnia wiosny". Korzystając ze sposobności postanowiłam posmakować historii, która zaintrygowałą już drugiego wydawcę, ale niestety odrobinę się zawiodłam.

Ortan to nietypowe królestwo, w którym liberalny król obdarzony jest osobliwą klątwą i ani myśli znajdować sobie małżonki by obdarować lud długo wyczekiwanym dziedzicem; błazen Żak jest niebywałym kobieciarzem, którego humor wydaje się rozumieć jedynie sam władca; a królewski kuzyn - paladyn Elmar, bohater narodowy wplątany jest w związek z nimfą. Gdyby tego było mało, na dworze mieszka rownież nieletni mag - pół elf i bliski krewny króla, z tendencją do pakowania się w kłopoty. Tym razem jednak przesadził, przeciągając na druga stronę do królestwa niezbyt urodziwą dziewczynę. Olga, młoda studentka, która cudem uniknęła śmierci, wcale nie jest jednak zadowolona z przeniesienia do Ortonu i atakuje młodego maga. A to dopiero początek kłopotów.

Wbrew temu jakie mogliście odnieść wrażenie, Olga wcale nie stanowi głównej bohaterki powieści a jedynie jedną z kilku wiodących postaci. Oksana Pankiejewa przeskakuje między poszczególnymi bohaterami przeplatając ich teraźniejszość z przeszłością. A wszystko  to powoduje lekki chaos w fabule i trzeba naprawdę uważnie śledzić tekst żeby się nie pogubić. Owszem, doceniam różnorodność jaką funduje autorka swoim czytelnikom, ale niektóre fragmenty aż proszą się o to aby je uporządkować. Nie rozumiem np. dlaczego opowieść Żaka o jego początkach jako przesiedleńca musiała zostać poszatkowana na mniejsze części i dlaczego pozostają na nas zrzucane nagle, bez jakiegoś wprowadzenia.

To co zaskoczyło mnie jednak najbardziej w trakcie lektury to fakt, że "Przekraczjąc granice" ewidentnie  skierowane zostało do starszego czytelnika. I nie chodzi nawet  o to, że w tekście pojawiają się wulgaryzmy a wódka i wszelakiego rodzaju alkohol leje się tam strumieniami - no a przynajmniej nie tylko o to. Razi przede wszystkim brutalność pewnych opisów i sceny erotyczne albo takie o erotycznym wydźwięku - zwłaszcza, że niektóre jak ta z udziałem Żaka wydają się po prostu niesmaczne. 

Rozumiem co w "Przekraczając granice" może się podobać. Oksana Pankiejewa nie posiada może tak lekkiego i dowcipnego pióra jak Olga Gromyko do której nieustannie się ją porównuje, ale ten humor i tak się pojawia. Trudno rownież odmówić autorce kreatywności i oryginalności - zarówno w kontekście fabuły jak i portretów bohaterów. Nietuzinkowe, niezwykle charakterystyczne i dalekie od ideału postacie - z królem i Olgą na czele - zdecydowanie stanowią najsilniejszy punkt powieści. Nie zmieni to jednak faktu, że osobiście byłam zmęczona ową historią i że, koniec końców, byłam raczej rozczarowana.

Coś nie zaskoczyło. Jestem pewna, że "Przekraczając granice" to powieść, która zaczaruje wielu czytelników, co potwierdzają tylko liczne pozytywne opornie, ale ja tutaj spasuję. Oksana Pankiejewa miała ciekawy, oryginalny pomysł ale w moim odczuciu chciała dać swoim czytelnikom  trochę za dużo - za dużo bohaterów, za dużo wątków a przez to za dużo momentów dezorientacji. Jeśli nie przeraża was lekki chaos, mnogość wątków i zdecydowanie "dorosły" charakter powieści, możecie dać temu tytułowi szansę. Osobiście jednak tym razem nie będę niczego polecać.

"Przekraczając granice" Oksana Pankiejewa; wydawnictwo Papierowy Księżyc; Słupsk 2016 ½

niedziela, 14 lutego 2016

Serialowe OTP


Zeszłoroczne walentynki świętowaliśmy podwójnym rankingiem moich ulubionych  bohaterów literackich i serialowych. Było dużo przystojniaków spoglądających na nas z ekranu i jeszcze więcej słodzenia. Jeśli pamiętacie owo zestawienie, dzisiejsze raczej nie będzie dużym zaskoczeniem - w wielu wypadkach pojawią się ci sami panowie, tyle że w towarzystwie równie uroczych pań. Przygotowywanie go sprawiło mi jednak tyle frajdy, że nie mogłam się oprzeć owej możliwości, zwłaszcza że wszystko wskazuje na to, że i wy czerpiecie z nich sporo radości.


1. Captain Swan
Emma Swan & Captain Hook Once Upon A Times

Właściwie myślę, że nie muszę nic tutaj dodawać. Doskonale wiedzieliście że pojawi się tutaj Captain Swan bo moją miłością do tej pary dzielę się z wami nieustannie, a wszelkie zawirowania przeżywam z nadmierną wręcz ekspresją. Sęk w tym, że wątek Captain Swan do złudzenia przypomina historię z Disney'owskich bajek, których, mimo upływu lat, jestem wciąż ogromną wielbicielką.  Do tej pory moim ulubionym odcinkiem pozostaje 2h finał trzeciego sezonu, w którym owo wrażenie zostaje jeszcze wzmocnione. Jennifer Morrison i Colin O'Donoghue stanowią świetną parę na ekranie, która w równym stopniu potrafi rozbawić i wzruszyć. No i mam słabość do tego jednorękiego pirata z wiecznym "Bloody hell" na ustach <3 i tak, absolutnie nie mogę się doczekać sezonu 5B. I przeczuwam że będzie nieziemsko dobry.


2. Naley
Haley & Nathan One Tree Hill

Haley i Nathan są chyba jedyną parą, której dalsza historia jest równie wciągająca co początki. Jeśli oglądaliście OTH wiecie, że scenarzyści bardzo szybko zdecydowali się na połączenie owej dwójki (czego pierwotnie strasznie się obawiałam) a potem obsadzali ich w głównych rolach wielu dramatów. Ale w każdym momencie ich wzajemne uczucie było doskonale widoczne. I tak jak Brooke jest moją ukochaną postacią z OTH, tak Naley bez wątpienia jest ulubioną parą. Zwłaszcza w pierwszych czterech sezonach, choć i pózniej nie jest najgorzej - po prostu momentami zostają zepchnięci na boczny tor.


3. Bellarke
Clarke & Bellamy The 100

Scenarzyści lecą sobie w kulki. Z jednej strony karmią nas nadzieją, z drugiej potwierdzają że w najbliższym czasie nie ma miejsca na Bellarke. Ale jeśli oglądacie "The 100", jeśli dostrzegacie ich troskę o siebie nawzajem i nieustannie wypatrujecie paralelne sceny z ich udziałem - wiecie, że kibicowanie owej dwójce jest praktycznie nieuniknione. Jak w wielu przypadkach, tak i tutaj mam jednak ulubioną połówkę jabłka. Ach Bellamy! <3


4. Skyeward
Skye & Grant Ward Agents of S.H.I.E.L.D.

Z całego zestawienia, kibicowanie Skye i Wardowi jest chyba najbardziej bolesne. Podejrzewam, że nie wszyscy znają owe postacie, bo serial nie jest chyba szczególnie popularną produkcją, ale uwierzcie mi - tym lepiej dla waszej psychiki. Sytuacja, w której owa dwójka znajduje się obecnie raczej nie daje nadziei na przyszłość, ale wciąż nie tracę (złudnej) nadziei. Biorąc pod uwagę chemię i iskrzenie między aktorami wcielającymi się w postacie, nie mogę wprost uwierzyć, że scenarzyści chcą zaprzepaścić tak ogromny potencjał.


5. Delena 
Elena Gilbert & Damon Salvatore The Vampire Diaries

Delena była moim pierwszym prawdziwym OTP - parą, której kibicowałam od pierwszej wspólnej sceny i którą kochałam z całym ciężarem inwentarza. Sporo w tym było zasługi Damona Salvatore'a - nie ukrywajmy się, ale nie tylko. Między ową parą było tyle pasji i chemii, że nie sposób było tego przeoczyć. Tak jak i w wielu innych przypadkach, tak i tutaj najciekawsza okazała się droga owej dwójki do tego by być razem, ale i potem nie było najgorszej. W momentach, w których TVD osiągnęło dramatycznie niski poziom, to właśnie ich wspólne sceny utrzymywały mnie przed monitorem. Sentyment został do tej pory.

Honorable mention


Stydia
Lydia & Stiles Teen Wolf

Stiles jest jedną z najlepiej napisanych postaci - w Teen Wolfie, ale też serialach młodzieżowych ogółem. Uwielbiam jego poczucie humoru i podejście do życia, tak samo zresztą jak inteligencję i rozsądek Lydii - zwłaszcza od drugiego sezonu, w pierwszym jakoś działała mi na nerwy. I chyba dlatego tak przemawia do mnie idea Stydii, nie ujęłam jednak ich w pierwszej piątce bo nie jestem pewna czy najbardziej nie ujmuje mnie to, że nie są oni razem. Wiecie - wzajemna sympatia, szacunek i troska, ale bez deklaracji. No i czuje się trochę rozdarta bo lubię Malię u boku Stilesa i Parrisha u boku Lydii. Sami widzicie że ten pairing to skomplikowana historia.


Spoby
Spencer & Toby Pretty Little Liars

Sama jestem zdziwiona tym, że Spoby nie znalazło miejsca w pierwszej piątce - możecie mi wierzyć. Wszystkiemu winien jest jednak aktualnie emitowany sezon. Nie zdradzając niczego, podoba mi się na jakim etapie życia znajduje się obecnie zarówno Spencer jak i Toby i trochę nie wyobrażam sobie ich ponownie razem. Co nie zmienia faktu, że przez prawie 6 sezonów Spoby była moją ukochaną parą z PLL - taką nie nadmiernie wyidealizowaną (jak czasami postrzegałam Hannę i Caleba), no i zdecydowanie nie tak toksyczną jak w przypadku Arii i Ezry. Poza tym nie ukrywam, że obie połówki owego duetu były moimi ulubionymi postaciami z serialu i jakoś tak naturalnie przerzuciłam ową sympatię na kibicowaniebich związkowi.


Olicity
Felicity & Oliver Arrow

Moja sympatia do tego serialu przypomina trochę sinusoidę. Był czasem, kiedy wprost szalałam na jego punkcie, potem bardzo mnie rozczarował, a teraz niby jest znowu trochę lepiej, ale wciąż nie mogę się w niego wciągnąć i mam spore tyły. Nie mogę jednak nie wspomnieć o Olicity bo początek ich historii jest chyba moim ulubionym fragmentem całej produkcji. Uwielbiałam słowne potyczki między ową dwójką, przejęzyczenia Felicity i ich wzajemną sympatię, która w bardzo płynny, naturalny sposób przeistoczyła się w coś więcej.


Brulian
Brooke & Julian One Tree Hill

Jak być może pamiętacie oglądnęłam dopiero 6 sezonów OTH i właśnie dlatego Brulian nie dostało się do głównej piątki. Postać Brooke zdecydowanie jest moją ukochaną bohaterką serialu i bardzo długo czekałam na to by znalazł się ktoś kto nada się na jej drugą połowę. Nie zachwycał mnie ani Lucas (zresztą, jego postać zalicza się do grona tych za którymi nieszczególnie przepadam) ani Chase, najbliżej był chyba Mouth, ale zdecydowanie preferowałam by ich związek nie wyszedł poza sferę przyjaźni. Tymczasem Julian jest takim doskonałym brakującym akcentem.


Sizzy
Isabelle & Simon Shadowhunters

Strasznie oszukuję z tą parą bo a) tak naprawdę w serialu nie mieliśmy jeszcze do czynienia z jakimiś znaczącymi scenami z udziałem tej dwójki i b) nie dokończyłam rownież czytania serii stanowiącego inspiracje dla owej produkcji. Ale to mój ranking więc pozwalam sobie na takie oszustwo. Zwłaszcza, że Simon zdecydowanie jest moim numerem uno w serialu. Wiele można zarzucić "Shadowhunters", ale na chwilę obecną to mój ulubiony guilty pleasure - właśnie ze względu na świetnie zagrane postacie Simona i Aleca. Jeżeli zaś chodzi o Sizzy - uwielbiam samą ideę owego związku. A w "shipowaniu" jakiejś fikcyjnej pary zazwyczaj najprzyjemniejsze jest oglądanie ich początków - wiecie, dostrzeganiu tych pierwszych spojrzeń, uśmiechów, słownych potyczek...

A jakie są wasze ukochane serialowe pary?

piątek, 12 lutego 2016

Ta dziewczyna, Colleen Hoover


Jeśli jesteście tutaj ze mną już dłuższą chwilę z pewnością wiecie, że przepadam za twórczością Colleen Hoover i raczej z uwagą śledzę premiery jej kolejnych pozycji. Przeczytałam i pokochałam "Hopeless" oraz "Maybe someday" a także dwa pierwsze tomy serii "Pułapka uczuć". Pozostawałam jednak sceptyczna jeśli chodzi o najnowszy tytuł jaki ukazał się na naszym polskim rynku wydawniczym - "Tą dziewczynę" właśnie. Historia Layken i Willa otrzymała już satysfakcjonujące zakończenie i nie widziałam potrzeby by dodawać coś więcej. Właściwie sięgnęłam po ową pozycję tylko i wyłącznie dlatego, że postanowiłam sobie kończyć rozpoczęte serie , no i że do tej pory Colleen Hoover jeszcze mnie przecież nie zawiodła. Tyle, że koniec końców okazało się, że  moje obawy nie były do końca bezpodstawne. 

Uwaga! W opisie fabuły (akapicie poniżej) mogą pojawić się małe spoilery dotyczące finału drugiego tomu - "Nieprzekraczalna granica"!

Will i Layken doczekali się swojego szczęśliwego zakończenia. Po licznych nieporozumieniach, przeciwnościach losowych i dramatycznych chwilach, para nareszcie może odetchnąć i trochę się sobą nacieszyć. Zwłaszcza teraz, gdy jako świeżo upieczeni małżonkowie znajdują się daleko od trosk i obowiązków, na swoim wymarzonym "weekendzie miodowym". Wspólna podróż staje się jednak pretekstem do tego by spojrzeć jeszcze raz za siebie. Mimo początkowych oporów, na prośbę Lake, Will zgadza się opowiedzieć jak wyglądały początki ich związku z jego perspektywy. 

Przedstawienie tej samej historii z perspektywy męskiego bohatera nie jest niczym nowym. Autorzy, zwłaszcza ci z nurtu New Adult, coraz częściej decydują się na podobne rozwiązanie. Zresztą, nawet Colleen Hoover oparła na owym pomyśle duologię "Hopeless". Sama nie zetknęłam się z tym rozwiązaniem bezpośrednio (bo obawiałam się, ze otrzymam jedynie odgrzewanego kotleta), nie jestem więc w stanie wam powiedzieć czy kiedykolwiek ono wypaliło. To co mogę wam jednak zdradzić to to że w przypadku "Tej dziewczyny" wyraźnie coś nie gra.

"Ta dziewczyna" jest po prostu historia niesamowicie wtórną. Perspektywa Willa nie wnosi wiele do ogólnego obrazu - za wyjątkiem jednego czy dwóch slamów i tyleż samo "zaskakujących" informacji. co gorsza, Colleen Hoover nie zdecydowała się na ponowne opowiedzenie całej historii a jedynie wybranych, ponoć najważniejszych, fragmentów. Czytelnikowi ciężko jest więc na nowo całkowicie wczuć się w ową opowieść, zwłaszcza na gruncie emocjonalnym. Co nie ułatwia fakt, że co chwilę, na początku każdego rozdziału, jest nam przypominane w jakim punkcie obecnie znajduje się owy związek.

Sceny z miodowego weekendu stanowią zresztą najsłabszy punkt owej historii. O ile doceniam pomysł na to by Will opowiadał ową historię na prośbę Lake, o tyle zupełnie nie rozumiem po co nieustannie powracać do teraźniejszości owej pary. Reakcje Layken na historie Willa są niestety strasznie wtórne , a niekiedy po prostu infantylne. A czarę goryczy przelewają kolejne małe dramaty sztucznie nadmuchiwane do sporych rozmiarów. Owszem, epilog bardzo przypał mi do gustu a całość czytało się stosunkowo łatwo i przyjemnie, ale to jednak trochę za mało by w pełni usatysfakcjonować czytelnika.

W przypadku lektury "Tej dziewczyny" trudno pozbyć się wrażenia, że ostatni tom trylogii był, cóż, absolutnie zbędny. Colleen Hoover chciała sprawić przyjemność wielbicielom owej serii, ale chyba nie przemyślała wszystkiego do końca. "Ta dziewczyna" nie składa się z samych wad, ale przemawia przeze mnie spore rozczarowanie. W moim odczuciu historia Layken i Willa powinna się zakończyć na "Nieprzekraczalnej granicy" a jeśli Colleen Hoover naprawdę chciała coś dodać - mogła zamknąć wszystkie najmocniejsze punkty "Tej dziewczyny" w nowelce. Wtedy i wilk byłby syty i owca cała.



"Ta dziewczyna", Colleen Hoover; wydawnictwo WAB; Warszawa 2016  

poniedziałek, 8 lutego 2016

Stos styczniowy


Wiecie jak to jest, kiedy człowiek się stresuje - jest bardziej podatny na zakupy i nie ważne czy te książkowe czy inne, po prostu łatwiej wydaje mu się pieniędze, bo żyje w ułudzie, że dzięki temu poczuje się odrobinę lepiej. Być może niektórzy z Was, Ci którzy zaobserwowali nowy profil na instagramie (@kala_reads), w styczniu również uległam takiej słabości i pozwoliłam sobie na trochę zbyt duże zakupy. Ale wiecie - nic się nie zmarnuje. Niektóre z tych tytułów już przeczytałam, inne "się czytają", a pozostałe zostaną skonsumowane niedługo. Zapraszam Was do podziwiania!


Zakupowy misz masz! "Ta dziewczyna" została upolowana na stronie Empiku za połowę ceny okładkowej. Jak widzicie jest obecnie czytana - nie przeze mnie tylko mamutka, bo ja lekturę mam już za sobą. "Korona w mroku" i "Pięć sposobów na upadek" to fragment mojego zamówienia z księgarni internetowej nieprzeczytane.pl. Jak sami wiecie w tym roku kontynuuje i kończę porozpoczynane serie ;) No a "Inne zasady lata" to zakup za jedyne niecałe 12 zł na księgarni Aurelus. Sami rozumiecie że nie mogłam pozostać obojętna na tego typu promocję.


"Żniwa zła" i "Skazana" to kolejny fragment paczki o której wam wspominałam. Uwielbiam Cormorana Strike'a! A na powieść Hanny Kent polowałam już od bardzo dawna. "Zaginięcie" przywędrowało do mnie z Biedronki. Leżał sobie jeden, porzucony egzemplarz a ja nie mogłam go jakoś zostawić zwłaszcza, że "Kasacja" ogromnie mi się spodobała. No a "Linia serc" to finalny egzemplarz od wydawnictwa Otwartego dla mnie i mamutka za udział w akcji #czytamyrazem, o której już tyle wam wspominałam, że pewnie macie mnie serdecznie dość.


Chyba moja ulubiona część! Ostatni zakup z internetowego zamówienia i tak naprawdę powód przez który do niego doszło - "Marsjanin". Po tylu pozytywach sama chciałam zapoznać się z tą pozycją, ale wymarzyłam sobie egzemplarz niefilmowy a wówczas był praktycznie nie do zdobycia. "Amerykaana" to zakup petarda - tyle polowałam na ten tytuł, ale odstraszała mnie cena a tymczasem Matras zorganizował na ten tytuł świetną promocję. Stacjonarnie możecie go zakupić za 19,90 zł, a za pośrednictwem sklepu internetowego (czyli tak jak zrobiłam to ja) - nawet za 14,90 zł. Aż żal było nie brać. No a "Czas żniw" i "Pisane szkarłatem" to już wynik moich polowań. Jak zobaczyłam, że nigdzie nie można ich już dostać spanikowałam i wybrałam się na poszukiwania stacjonarnie. Dobrze że w Krakowie jest kilka malo uczęszczanych Empików - znalazłam tam oba tytuły i w ekstazie pognałam do kasy nie przejmując się nawet tym że płacę za nie cenę okładkową!

A co do was dotarło w styczniu?

niedziela, 7 lutego 2016

Dlaczego czytam literaturę YA?



To pytanie, niesformułowane wprost, ale oczywiste do odszyfrowania między wierszami, zawisło w powietrzu w trakcie jednego z naszych wieczornych posiedzeń z Panną M. - gdy schowane pod kołdrą i wykremowane od stóp do głów dyskutujemy o sprawach rangi największych światowych problemów. Pytanie nie do końca bezpodstawne, biorąc pod uwagę, że bądź co bądź jestem już studentem Wydziału Prawa i Administracji (chociaż na kierunku Prawa własności intelektualnej i nowych mediów, co po półtora roku nauki wciąż tak samo mnie bawi) i teoretycznie można by przypuszczać, że zagłębiam się jedynie w opasłe "wartościowe" lektury, najlepiej takie z gatunku non-fiction żeby dodatkowo wzbogacić swoją wiedzę na jakiś temat.

Nie będę ukrywać, że i po taką lekturę zdarza mi się sięgać i że lubię się tym chwalić. Jestem tylko człowiekiem i roztaczanie przed innymi wizji siebie jako ambitnego, wymagającego i wyrafinowanego czytelnika sprawia mi niejako przyjemność. Równicześnie jednak wiem, że potrzebuję od czasu do czasu siegnąć po jakiś tytuł YA właśnie. Kilkakrotnie wydawało mi się, że ten etap czytelniczego życia mam już za sobą , ale koniec końców zawsze do niego powracałam zaintrygowana takim czy innym tytułem i wsiąkałam w niego na nowo. Dlaczego?

Mój czytelniczy gust wielokrotnie ulegał modyfikacji - często nieadekwatnej do wieku i okresu życia w jakim się wówczas znajdowałam. Będąc trzynasto- może czternastolatką unikałam młodzieżówek jak ognia, albo skanowałam ich zawartość jedynie kątem oka, nie poświęcając im należytej uwagi. To był moment, w którym byłam dużo bardziej zaintrygowana tym co podczytuje mój mamutek niż tym co byłoby adekwatne dla mnie samej. Zaczytywałam się wiec w romansach Nory Roberts czy też Danielle Steel, albo podkradałam jej romanse historyczne - te wydawane przez Amber były szczególnie pociągające ze względu na suknie na okładce (a jeśli czytaliście chociaż kilka, wiecie jak były nie odpowiednie dla ówczesnej mnie).

Okres mojego zainteresowania literaturą młodzieżową może nie tyle został opóźniony co zdecydowanie przesunął się w czasie. I chociaż wcześniej było kilka innych pozycji, ostatecznie rozpoczęła go lektura "Zmierzchu" Strphanie Meyer - co nie jest chyba aż takim zaskoczeniem, odnoszę wrażenie że stanowił on kluczowy (znamienny) tytuł dla wielu Książkoholików. YA pisane jest z myślą o specyficznym gronie odbiorców i to widać w trakcie lektury, po prostu nie potrafię wam wytłumaczyć dlaczego. Nawet gdy autor porusza temat trudny i bolesny , całość czyta się lekko i szybko. No i niema tak dużo dłużyzn, bo w końcu młody człowiek szybko się nudzi i trzeba się trochę natrudzić żeby utrzymać jego zainteresowanie i chęć do dalszej lektury.

Young Adult angażuje czytelnika. Autorzy stosują rożne triki i fortele by uzyskać oczekiwany rezultat, ale zazwyczaj im się to udaje. Tworzą bohatera automatycznie budzącego sympatię i/albo szacunek; kreują portret męskiego ideału, do którego potem potajemnie wzdychamy; albo wrzucają czytelnika w sam środek miłosnego dramatu a ten biedny sam nie wiedząc kiedy kończy lekturę ostatniego tomu bo chciał się po prostu przekonać czy bohater X zdobył w końcu serce bohaterki Y czy na horyzoncie pojawił sie tajemniczy Z. Możecie zarzucać literaturze YA co chcecie - monotematyczność, infantylność, schematyczność, brak jakiegokolwiek morału - ale to właśnie te pozycje sprawdzają się idealnie na książkowego kaca czy jako rozrywka po ciężkim dniu/tygodniu. 

Trudno sie zresztą nie zainteresować gatunkiem, jeśli się ogłada zagraniczny booktube. Najpopularniejsi z booktuberów promują właśnie zwłaszcza literaturę YA. Biedny człowiek nasłucha się ochów i achów na temat poszczególnych tytułów i potem, w trakcie przegladania zapowiedzi, to właśnie one najbardziej do niego przemawiają. Bo coś już na ich temat słyszał , ktoś już je wychwalał  więc istnieje mniejsze prawdopodobieństwo zawodu. Zauważcie jak ogromny wpływ na nasz rynek ma zagraniczny booktube - wystarczyło by większa grupa wypowiedziała się niekorzystnie na temat cenionych wsród czytelników polskiej blogosfery serii jak "Dobrani" czy "Chemiczny ogród" i wydawnictwo jakoś straciło nimi zainteresowanie.

Nie mogłabym czytać tylko i wyłącznie literatury YA. Tak jak już przyznałam lubię od czasu do czasu odegrać rolę czytelniczego snoba i nie zamierzam  się tego wypierać. Poza tym wiem, że wiele bym wówczas straciła - "Jeździec miedziany", "Światło, którego nie widać" czy chociaż "Fioletowy hibiskus". Ale na chwilę obecną nie chciałabym się też pozbawiać przyjemności jaką daje literatura YA. A biorąc pod uwagę moje wewnętrzne dziecko wątpię by nastąpiło to również w najbliższym czasie. Bo mogę i chcę dalej to robić. 

czwartek, 4 lutego 2016

Stacja Jedenaście, Emily St. John Mandel


Zaskakujące jest to jak wiele dobrego nasłuchałam się na temat owej pozycji, pozostając absolutnie nieświadoma faktu o czym tak naprawdę opowiada i jak wysokie miałam względem niej oczekiwania, nie doprecyzując tak naprawdę wcale na co liczę. "Stacja Jedenaście" od bardzo dawna figurowała na mojej niekończącej się liście powieści, których polskiej premiery oczekuję i kiedy wydawnictwo Papierowy Księżyc podało konkretną datę, zaczęłam zacierać ręce z niecierpliwości. I chociaż nawet teraz, po skończonej lekturze, nie jestem w stanie wam powiedzieć czy właśnie tego się spodziewałam, mogę z pewnością przyznać, że "Stacja Jedenaście" zasługuje na to by o niej mówiono - i to w samych superlatywach.

Kiedy rozpoczyna się spektakl "Króla Leara", nikt nie spodziewa się tego co wkrótce nastąpi. W trakcie przedstawienia znany aktor - Arthur Leander upada na scenę i, mimo szybkiej reakcji jednego z widzów - Jeevana byłego paparazzi, który obecnie szkoli się na ratownika medycznego, już z niej nie wstaje. Umiera na zawał. Widownia, młodziutka aktorka Kirsten i Jeevan rozchodzą się - każdy w swoją stronę. Tej samej nocy do miasta dociera epidemia gruzińskiej grypy. Piętnaście lat pózniej świat nadal odczuwa konsekwencje straszliwego wirusa. Zdziesiątkowani przez chorobę ludzie starają się odnaleźć w nowej rzeczywistości. Technologia odeszła w zapomnienie, granice przestały istnieć i wszędzie szerzy się chaos. A niewielka trupa teatralna podróżuje między "miastami" wystawiając szekspirowskie dramaty.

Starałam się wam w jakimś stopniu przybliżyć fabułę "Stacji Jedenaście", ale tak naprawdę jest to bardzo trudne. Powieść Emily St. John Mandel nie posiada jednej wyraźniej osi fabularnej ani nawet konkretnej liczby głównych bohaterów. Autorka przeplata ze sobą wydarzenia sprzed, w trakcie i po epidemii, ukazując je z rożnych perspektyw i nie troszcząc się nawet o zachowanie odpowiedniej chronologi. Co dziwniejsze jednak, o ile tylko czytelnik uważnie śledzi kolejne elementy układanki w końcowym punkcie jest w stanie ułożyć z nich spójną, logiczną całość.

"Stacja Jedenaście" nie jest typową powieścią postapokaliptyczną , w której czytelnik zachwyca się szybko płynącą akcją i nagłymi zwrotami. Nie skupia się rownież na szczegółowym przedstawieniu świata po epidemii - choc pewne jego obrazy o tak poznajemy śledząc wędrówkę trupy teatralnej. Walory twórczości Emily St. John Mandel tkwią w czymś innym. Autorka kładzie bacik na zmiany jakie zaszły w wewnątrz ludzi na skutek przeżytych doświadczeń. Pisze o próbie racjonalnego wytłumaczenia epidemii, o konieczności przesunięcia granicy akceptowalnych zachowań i wreszcie o potrzebie odnalezienia nowego celu.

Świat, który kreuje Emily St. John Mandel  przeraża - nawet jeśli nie zostaje przedstawiony w najdrobniejszych szczegółach i pewne kwestie pozostają ukryte w formie milczącego stwierdzenia faktu (gdzieś między wierszami). I chociaż niewątpliwie Emily St. John Mandel czerpie z powieści postapokaliptycznych i dystopijnych, jest to pozycja która równie dobrze może podbić serca wielbicieli literatury pięknej - czy to ze względu na to niespieszne tempo, czy niezaprzeczalne walory moralne, czy wreszcie piękny, plastyczny język jakim posługuje się autorka.

"Stacja Jedenaście" to powieść, która nie zachwyci każdego czytelnika, co zresztą potwierdzają pewne rozczarowane głosy wsród polskich i zagranicznych czytelników. Równocześnie jednak jest to tego rodzaju pozycja, która posiada spory potencjał by zatrzasnąć czyimś czytelniczym światem i po prostu zachwycać. Jeśli przekonuje was pięknie spisana historia o wizji ludzkości po wybuchu epidemii, koniecznie dajcie powieści Emily St. John Mandel szansę. Ja jestem nią absolutnie zauroczona i nie miałabym nic przeciwko gdyby trwała jeszcze dłużej.

"Stacja Jedenaście", Emily St. John Mandel; wydawnictwo Papierowy Księżyc; Słupsk 2015  

wtorek, 2 lutego 2016

Zapowiedzi lutowe


Już przy okazji zapowiedzi styczniowych wspominałam wam o gradzie interesujących premier, który spadnie na nas w lutym i absolutnie się co do tego nie pomyliłam. Luty i październik są chyba miesiącami, w których wydawnictwa ze zdwojoną siłą starają się przyciągnąć uwagę czytelników. Wybrałam dla Was 28 tytułów które w jakiś sposób przyciągnęły moją uwagę, ale tak naprawdę jest ich sporo więcej. Niektóre natomiast zaginęły w dziwnych okolicznościach. Mogłabym przysiąc że na wydawniczym snapie, wydawnictwo Akurat informowało o premierze powieści Katie McGarry (17 lutego), a tymczasem w żaden sposób nie mogłam znaleźć potwierdzenia dla tej informacji czy choćby okładki. 


W ramionach gwiazd jest chyba najbardziej wyczekiwanym przeze mnie tytułem. Z racji na wcześniejsze wypowiedzi wydawnictwa oczekiwałam premiery jeszcze w 2015 i wprost nie mogłam się jej doczekać. Magonia przyciąga mnie, jak wielu innych czytelników, głównie ze względu na okładkę. Ale i sama fabuła przedstawia się obiecująco. Panika nkdshfui była dla mnie oczywistym wyborem po uwielbiam zarówno serię "Delirium" jak i powieść "7 razy dziś". A Szklany miecz znalazł się tu dlatego że w przeciwieństwie do wielu czytelników ja zostałam oczarowana "Czerwoną królową". Kamień i sól i Obsesja to z kolei kontynuacje serii, których nie znam, ale o których sporo dobrego słyszałam.Życie i śmierć nie interesuje mnie aż tak bardzo, ale do "Zmierzchu" mam ogromny sentyment. Wiedźma z lustra z pewnością wpadnie w moje ręce jeśli spodobają mi się poprzednie tomy - "Król kruków" już czeka na Półce. A  Amber i  Układ


Wiele dobrego słyszałam na temat Abbi Glines stąd moje zainteresowanie Oddychaj mną i Jesteś za daleko.Chociaż powiem wam szczerze że już pogubiłam się w tych tomach ;) O Sześć serc jest strasznie głośno na fanpage'u Ona czyta. Nie byłam zainteresowana tą pozycją, ale teraz powoli się to zmienia ;) Nie znam poprzedniej powieści Tamary Webber ale słyszałam mnóstwo pozytywów i jestem ciekawa czy Tak słodko... powtórzy ten sukces. Linia serc już za mną i wiecie że jestem nią zauroczona.  Tylko ty to już kolejna pozycja Gabrieli Gargaś a ja nadal nie znam jej twórczości -wstyd.  Wersja nas samych przyciągnęła mnie na lotnisku w Londynie i wówczas prawie sie na nią skupiłam. Chcę cię usłyszeć to kolejna pozycja Diane Chamberlain więc automatycznie ląduje na liście do przeczytania. O Wszystko czego wam nie powiedziałam słyszałam tyle dobrego na zagranicznym booktube ze wprost nie mogę sie doczekać lektury. A powieść Rzymski poranek to kolejna fikcja historyczna z II wojną światową w tle więc wiecie że mam na nią ochotę. 


Mały przyjaciel i  Klaśnięcie jednej dłoni ciekawią mnie dlatego że znam już twórczość tych autorów i wiem że może zachwycić. Z kolei Muskając aksamit wręcz na odwrót - bo wciąż nie wiem jak pisze Sarah Waters! Ross Poldark  z sympatii do serialu. No a pozostałe pozycje - Gra pozorów , Poszukiwanie , Dziewczyna z rewolwerem i  Nocny film to już tytuły które zapamiętam na wypadek głodu kryminalnego. Ale nie ukrywam że z owej czwórki tylko ostatnia pozycja to mój must have.

A na jakie pozycje wy czekacie w lutym?