listopada 2016 - Zlodziejka Ksiazek

środa, 30 listopada 2016

Panika, Lauren Oliver
listopada 30, 20160 Comments

Jestem zaskoczona tym ile zajęło mi sięgnięcie po „Panikę”. Lauren Oliver stanowi jedną z moich ukochanych autorek literatury Young Adult - najpierw podbiła moje serducho trylogią „Delirium”, potem także „7 razy dziś” - a na wydanie kolejnej powieści oczekiwałam z niecierpliwością od opublikowania jej zagranicznej zapowiedzi. Myślałam, że będę jedną z pierwszych osób jaka rzuci się na  „Panikę” a tymczasem zwlekałam z lekturą prawie pół roku i tak naprawdę zmotywowała mnie dopiero sierpniowa (już trzecia!) edycja maratonu czytelniczego #7ReadUp. 

Tak naprawdę nikt do końca nie jest pewien jak powstała Panika. Najprawdopodobniej, jak większość rozrywek w niewielkim miasteczku Carp, miała stanowić lekarstwo na nudę i szansę najlepszy start. Rozgrywka organizowana w wakacje stała się osobliwą tradycją a do rywalizacji dopuszczała jedynie absolwentów ostatniego roku. Tym razem pula nagród za zwycięstwo Paniki osiągnęła rekordową wysokość, ale nie tylko pieniądze przyciągają do gry uczestników. Heather chce sobie coś udowodnić po tym jak przyłapała na zdradzie swojego chłopaka; Dodge do Paniki w ramach zemsty. 

Wydaje mi się, że twórczość Lauren Oliver podchodzi pod wąską kategorię powieści, które albo niezmiennie darzy się sympatią, albo się je nienawidzi - choć może to trochę za mocne słowo. Zasiadałam do „Paniki” pełna obaw po zapoznaniu się z wieloma negatywnymi opiniami na jej temat a tymczasem znowu zostałam mile zaskoczona. I utwierdziłam się tylko w przekonaniu, że pióro Lauren Oliver po prostu mi odpowiada. Owszem, znalazłam kilka drobnych mankamentów, ale ogółem po prostu doskonale się przy „Panice” bawiłam. 

Lauren Oliver tworzy prostą historię o nastolatkach, w której nie unika wszystkich schematów, ale urozmaica fabułę wątkiem gry między bohaterami - Paniką. Przyznaję, miałam wątpliwości odnośnie tego jak autorka go poprowadzi - że przez zbyt dużą ilość bohaterów wystąpi zbyt duży chaos; albo że poszczególne zadania będą zbyt abstrakcyjne - czy też wręcz przeciwnie - za proste w kontekście śmiertelnie niebezpiecznej rozgrywki - ale niepotrzebnie. Wątek Paniki dynamizuje całą fabułę i stanowi zdecydowanie mocny aspekt historii (i to nawet biorąc pod uwagę fakt, że niektóre “zaskakujące fakty”, łatwo wyśledzić wcześniej). 

Co ważniejsze dla mnie - ów wątek rywalizacji nie jest jedynym punktem popychającym fabułę do przodu. Lauren Oliver wplata w ową historię jeszcze dwa duże wątki - problemów rodzinnych Heather i wciąż rozgoryczonego przeszłością Dodge’a. Może niepotrzebny był już wątek miłosny - i to podwójny - ale od dawna stanowi on chyba niestety nieodłączny element powieści YA. Pomimo że akcja rozgrywa się w stosunkowo krótkim czasie i tak dostrzegamy przemianę w bohaterach - co zawsze jest mile widziane. A dodatkowo Lauren Oliver znowu ujmuje lekkim, elastycznym piórem. 

„Panika” jest czymś nowym i ujmująco świeżym na tle typowych powieści Young Adult. Lauren Oliver umiejętnie łączy nastoletnie dramaty z zaskakującą rozgrywką o wysokim ryzyku i równie wysokiej nagrodzie. I chociaż ja jestem ogromnie zadowolona z lektury, ostrzegam że jeśli nie przepadacie za sposobem w jaki Lauren Oliver prowadzi swoje opowieści, „Panika” też raczej nie przypadnie Wam do gustu. 

Panika” Lauren Oliver; wydawnictwo Moondrive; Kraków 2016 ★★★★
Read more

wtorek, 29 listopada 2016

Kaznodzieja, Camilla Läckberg
listopada 29, 20160 Comments

Po lekturze pierwszego tomu serii o Fjällbace obiecałam sobie i Wam, że powrócę do twórczości Camilli Läckberg. Nie przypuszczałam natomiast, że zabierze mi to aż tak dużo czasu. Niestety, urocza starsza pani, która z uśmiechem na ustach zaspoilowała mi w księgarni zakończenie „Kaznodziei” wpłynęła na moje czytelnicze życie bardziej niż zapewne przypuszczała. Nawet wówczas gdy promocja na Targach Książki w Warszawie zmotywowała mnie w końcu do zakupu drugiego tomu, musiałam znaleźć jeszcze więcej pokładów energii by zasiąść nad lekturą. A koniec końców i tak się rozczarowałam. 

Gorące lato w Fjällbace zostaje zakłócone strasznym odkryciem niesfornego chłopca. W Wąwozie Królewskim zostaje znalezione pokiereszowane ciało młodej kobiety. Co gorsze, w tym samym miejscu policja odkrywa jeszcze dwa, stare szkielety. Wszystko wskazuje na to, że sprawa wiąże się z zaginięciem dwójki kobiet sprzed przeszło dwudziestu lat. Mimo urlopu i faktu, że razem z Eriką oczekują narodzin dziecka, Patrik zmuszony jest do powrotu do pracy. Szkoda tylko, że posiadają niewiele wskazówek a kolejne tajemnice tylko się namnażają. 

Nie czuję się osobą adekwatną do oceny intrygi kryminalnej, skoro z góry byłam świadoma zakończenia. Wydaje mi się jednak, że nie wszystko zagrało tak jak powinno. Owszem, początkowo Camilla Läckberg umiejętnie buduje napięcie i dorzuca kolejne tajemnice niemal w takim samym tempie jak jakieś wskazówki.  Niestety, ostateczny “twist fabularny” (nad którym nie będę się rozwodzić ze względu na spoilery) wypada niesamowicie sztucznie i wydawał się za bardzo naciągany, jakby wprowadzony na siłę. Autorka wprowadziła też niepotrzebny chaos niektórymi wątkami. Rozumiem, że „Kaznodzieja” jest elementem serii, ale wrzucanie czytelnika w sam środek jakiegoś wątku - bez początku czy zakończenia - nie wydaje się racjonalnym pomysłem. 

Tym co zawiodło mnie szczególnie było jednak tło obyczajowe. Pomijam fakt, że kilkakrotnie sprawdziłam czy  „Kaznodzieja” stanowi drugi tom serii, bo absolutnie nie rozumiałam jak to się stało, że z poprzedniego punktu Erika i Patrik są na etapie prawie rodziców. Chodzi po prostu o to, że wątek owej pary był zwyczajnie nudny. Erika i Patrik prowadzili w kółko jedną i tą samą rozmowę a na dodatek co chwile zmagali się z problemem niechcianych gości i tego jak się ich jakoś kulturalnie pozbyć. Zresztą, nie są to jedyne postacie, które wiecznie odtwarzają jeden i ten sam scenariusz - podobna sytuacja dotyczyła choćby starszego policjanta, który ma wieczne wyrzuty sumienia, że za mało angażuje się w pracę, ale nic z tym nie robi. 

Nie wiem co się stało. Nie wiem dlaczego dialogi nagle wydawały mi się sztuczne albo dlaczego nie dopilnowano dostatecznie korekty. Nie rozumiem tego zwłaszcza dlatego że widać w tej historii potencjał. Nie da się ukryć, że „Kaznodzieję” czyta się szybko i lekko, i że, z zupełnie niezrozumiałych powodów, czytelnik jednak chce wiedzieć co słychać u znanych bohaterów. Doceniam też fragmenty przedstawione z perspektywy ofiar, które budowały atmosferę napięcia i lęku. Tylko że to wciąż za mało. 

„Kaznodzieja” pozostawiła mnie rozdartą jeśli chodzi o moje odczucia. Z jednej strony nie da się ukryć, że czułam się rozczarowana. Z drugiej zastanawiam się czy gdyby nie spoilery nie odebrałabym tej powieści inaczej. Nie odradzam wam tego tytułu także dlatego że wiem jak wielu sympatyków posiada i być może i Wam przypadnie do gustu. Mam na półce jeszcze tom trzeci więc z pewnością się z nim zapoznam a potem - zobaczymy. Czy według Was poziom serii się podnosi?

Kaznodzieja” Camilla Läckberg; wydawnictwo Czarna Owca; Warszawa 2012 ★★½
Read more

niedziela, 27 listopada 2016

Zdążyć przed zmrokiem, Tana French
listopada 27, 20160 Comments

Gdybym miała dopasować gatunek literacki do konkretnej pory roku, przynajmniej w jednym przypadku nie miałabym absolutnie żadnych wątpliwości. kryminały i thrillery w nierozerwalny sposób łączą się dla mnie z jesienią Owszem, sięgam po nie także w pozostałej części roku, ale to właśnie jesienią  dominują one wśród moich lektur.  Z twórczością Tany French nie miałam jednak styczności, chociaż nazwisko tej irlandzkiej autorki obiło mi się kilkakrotnie o uszy, zwłaszcza w ostatnim czasie. „Zdążyć przed zmrokiem” tak pozytywnie wyróżniło się na tle swojego gatunku, że zdecydowanie zamierzam przyjrzeć się jej powieściom bliżej. 
  
W miasteczku Knocknaree dochodzi do zaginięcia trójki dwunastolatków - Jamie, Adama i Petera. Dzieci bawiły się w okolicznym lesie, a potem ślad po nich zaginął. kilka godzin później zostaje odnaleziony Adam, ale chłopak nie pamięta niczego co się wydarzyło. Dwadzieścia lat później na wykopaliskach archeologicznych niedaleko miasteczka zostają znalezione zwłoki dwunastoletniej Katy Davis. Śledztwo prowadzi Cassie Maddox i Rob Ryan - ocalały nastolatek, który ukrywa informacje o swojej przeszłości przed wszystkimi z wyjątkiem swojej partnerki. Policja zastanawia się czy obie zbrodnie nie są ze sobą powiązane, ale tak naprawdę kolejne pytania tylko się mnożą…

„Zdążyć przed zmrokiem” różni się od innych powieści kryminalnych, ale to co świadczy o jej oryginalności, dla niektórych równocześnie może stanowić największe mankamenty debiutu irlandzkiej autorki. Tana French przedstawia nam tak naprawdę dwie zbrodnie, przy czym jej uwaga zostaje wyraźnie skupiona wokół Katy Davis, i umiejętnie je ze sobą przeplata, pobudzając wątpliwość czytelnika. atmosferę niepewności autorka potęguję zresztą doborem narracji - cała historia zostaje nam przedstawiona z perspektywy Roba, przy czym ma ona momentami charakter niemal bezpośredniej relacji bohatera opowiadanej czytelnikowi , a narrator wprost przyznaje nam o swojej skłonności do kłamstw. 

Tana French przedkłada przedstawienie prawdziwego charakteru śledztwa ponad szybką, pędzącą akcję przepełnioną ciągłymi zwrotami. Droga ku znalezieniu odpowiedzi na nurtujące czytelnika pytania jest stosunkowo długa. Odnajdywanie kolejnych tropów, łączenie poszczególnych elementów, typowanie podejrzanych, wszystko to wymaga czasu. Tana French nie obiera za bohaterów kolejnych geniuszy na miarę Sherlocka Holmesa czy Herculesa Poirota, zdarza im się przez dłuższy moment błądzić we mgle i powracać do poprzednio odrzuconych tropów. Do tego stopnia, że w pewnym momencie czytelnik zaczyna odczuwać taką samą frustrację jak bohaterowie. I właśnie to spodobało mi się w prozie Tany French najbardziej.

Czytałam sporo kryminałów czy też innych powieści skupionych wokół jakiejś zbrodni, ale to właśnie Tana French pozwoliła swoim czytelnikom na to by poczuć się choć na chwilę jak prowadzący śledztwo. Autorce udaje się oddać chwilową euforię w momencie gdy obierze się obiecujący trop,wściekłość gdy okaże się on kolejnym ślepym tropem i frustrację spowodowaną własną bezsilnością. „Zdążyć przed zmrokiem” przedstawia nam ciekawy obraz tego jak prowadzenie śledztwa wpływa na życie prywatne śledczych i ich relacje ze znajomymi, nawet tak bliskimi jak partner. Ta o prawda, że “wbicie się” w ową historię zajmuje trochę czasu, ale dalsza część historii jest tego warta.

„Zdążyć przed zmrokiem” to niezwykle obiecujący debiut, który nawet na tle innych kryminałów posiada coś oryginalnego. Tana French nie tworzy historii, która wciąga od pierwszej strony - ma tendencje do obszernych opisów i przykładania wagi do szczegółów, ale jej powieść i tak fascynuje - specyficzną atmosferą i oddaniem realiów pracy śledczych. Chociaż taki sposób narracji i emocje jakie ów historia wzbudza w czytelniku nie przypadną do gustu każdemu, osobiście powieść autorki w pozytywny sposób mnie zaskoczyła. I jestem gotowa na więcej 

Za możliwość lektury dziękuję wydawnictwu Albatros


Zdążyć przed zmrokiem” Tana French; wydawnictwo Albatros; Warszawa 2016 ★★★★
Read more

sobota, 26 listopada 2016

Inne zasady lata, Benjamin Alire Sàenz
listopada 26, 20160 Comments

Przez długi okres czasu żyłam w nieświadomości, że ów książka została wydana u nas w Polsce. Przyglądałam się zachwytom zagranicznego booktube’a nad cudownie wydaną powieścią o równie ujmującym tytule - „Aristotle and Dante discover The secrets of the Universe” - i zastanawiałam się, kiedy ktoś z polskich wydawców pójdzie po rozum do głowy i umożliwi nam lekturę. Potem natrafiłam na lekturę „Innych zasad lata” na jednym z blogów (bodajże Krakowskim czytaniu) i dopiero po chwili zorientowałam się dlaczego nazwisko autora brzmi tak znajomo. Naprawdę nie wiem jak to się stało, że tak piękna powieść przeszła u nas bez echa. 

Ari jest całkiem zwyczajnym nastoletnim chłopcem - odrobinę samotnym i skrywającym w sobie spore pokłady gniewu i agresji. Wychowany w El Paso jako najmłodsze dziecko w rodzinie, Ari nie może przestać myśleć o swoim bracie, który przebywa w więzieniu i o którym nie rozmawia się w domu na głos. Zresztą, nie jest to jedyny temat, o którym nie wspomina się w rodzinie Ariego. Pewnego letniego dnia w trakcie nauki pływania Ari zostaje zaczepiony przez Dantego. Pomimo różnic jakie ich dzielą - Dante jest raczej delikatnym miłośnikiem sztuki - między dwójką chłopców o niecodziennych imionach zaczyna się rodzić więź przyjaźni. 

Żyłam w przekonaniu, że powieści młodzieżowe opowiadające o codziennym życiu bohaterów to nie do końca mój gatunek, ale ostatnio uświadczam się w myśli, że przedtem nie trafiłam po prostu na właściwe pozycje. „Inne zasady lata” absolutnie mnie bowiem w sobie rozkochały i pozostawiły z uczuciem przyjemnego ciepła gdzieś w środku. Co dziwniejsze, powieść Benjamina Alire Sáenza nie charakteryzuje bogata w akcje fabuła. Sama historia jest raczej powolna i przypomina zwykłe, codzienne życie, w którym dochodzi do jakiś małych, ale z perspektywy bohaterów ważnych wydarzeń. 

Tylko że to właśnie ów prostota fabularna oczarowuje czytelnika. Ona i niezwykle dla niej adekwatny prosty “głos” Ariego. Benjamin Alire Sáenz nie używa kwiecistego, przesadnie rozbudowanego języka, ale w krótkich, “oszczędnych” zdaniach i dialogach wymienianych między bohaterami zamyka więcej treści niż jego koledzy po fachu. Jestem niemal zaskoczona tym, że arogancja Ariego i skłonność do filozofowania zarówno jego jak i Dantego nie wzbudziła mojej irytacji a zamiast tego tylko umocniła moją sympatię względem bohaterów. 

Benjamin Alire Sáenz w tej niepozornej krótkiej powieści porusza ponadto wiele trudnych tematów - tematów z którymi utożsamia się wiele ludzi młodych a tym starszym być może pozwoli coś zrozumieć. Nie każdy z nas w wieku nastu lat spotyka miłość swojego życia, ale chyba wszyscy odczuwaliśmy to co Ari i Dante - samotność, poczucie niezrozumienia, strach przed tym że zawiedziemy naszych bliskich i rozpaczliwa potrzeba poznania własnej tożsamości a czasami po prostu złość spowodowana wszystkim i niczym konkretnym zarazem. 

„Inne zasady lata” to cudowna opowieść o dojrzewaniu, tożsamości, tolerancji i niesamowitej przyjaźni. Powieść Benjamina Alire Sáenza poruszyła mnie w sposób w jaki już dawno nie trafiła do mnie historia dla młodzieży i w pewnym sensie żałuję że mam ją już za sobą. Zdecydowanie potrzeba nam więcej takich historii. A jeśli nie czytaliście „Innych zasad lata” koniecznie to nadróbcie bez względu na wiek - myślę, że historia Ariego i Dante na każdym etapie życia może poruszyć i czegoś nas naruszyć. 

Inne zasady lata” Benjamin Alire Sàenz; wydawnictwo Rodzinne; Bielsko-Biała 2013 ★★★★★
Read more

czwartek, 24 listopada 2016

Nieznajomy, Harlan Coben
listopada 24, 20160 Comments

Literacki głód dobrego thrillera zaczął mi doskwierać w tym roku jakoś wyjątkowo wcześnie. Niby było ciepło i słońce mocno dawało mi się we znaki a ja już czułam jesień całą sobą i wymarzyłam sobie właśnie taką lekturę z dreszczykiem. Początkowo nawinęło mi się sporo pozycji z “dziewczyną” w tytule, kilka dobrze zapowiadających się debiutów i wychwalane nazwiska, ale jakoś nic mnie nie przekonało. Coben miał być moim wyjściem  awaryjnym - gwarantem że w końcu dostanę to co sobie zażyczyłam. Tylko, że nie do końca tak się stało. „Nieznajomy” to dobry thriller, ale ma sporo mankamentów, których nie spodziewałam się po autorze. 

Adam Price ma dobrą pracę w kancelarii prawniczej, kochającą żonę i dwójkę uzdolnionych synów, ale wystarczy chwila by mężczyzna zaczął wątpić czy jego życie jest rzeczywiście tak idealne jak to wygląda. Podczas spotkania rodziców dzieci grających w lacrosse, Adam zostaje zaczepiony przez nieznajomą parę. Mężczyzna twierdzi, że żona Adama - Corinne oszukała go kilka lat temu twierdząc że jest w ciąży i że może to potwierdzić dowodami. Adam jest zszokowany, ale zaczyna wierzyć w słowa Nieznajomego a pewność zyskuje podczas konfrontacji z żoną. Wkrótce, zanim małżeństwo zdąży przedyskutować ową sprawę, Corinne znika wysyłając najpierw SMS-a do męża. Nieznajomy tymczasem trafia do kolejnej osoby…

„Nieznajomy” to kolejna powieść Harlana Cobena, która w pewien sposób zahacza o tematykę niebezpieczeństw czających się w sieci. Cyberprzestępstwo nie jest jednak głównym motywem powieści. Autor snuje swoją historię tak naprawdę wokół dwóch motywów. Pierwszy z nich dotyczy sprawy Corinne i jej tajemnicy; drugi - działalności Nieznajomego. Przeplatają się one w ciekawy sposób i wzajemnie uzupełniają; a Harlan Coben doskonale radzi sobie z budowaniem napięcia i budzeniem wątpliwości w oczach czytelnika. Pod tym względem autor zdecydowanie pokazuje się ze swojej  mocniejszej strony. 

Do niedawna byłam przekonana, że każdy thriller czyta się szybko i lekko, ale doświadczenie pokazało mi co innego. Tym bardziej doceniam więc styl Harlana Cobena i jego umiejętność do tego by “popychać” czytelnika do dalszej lektury. Nawet w momentach, w których powątpiewałam w prawdopodobieństwo  zaprezentowanych na kartach powieści wydarzeń, nie pomyślałam o tym by odłożyć ją na bok (czego brakowało mi bardzo choćby w pozycji „Prawda o dziewczynie”). Niestety, pomimo mojej sympatii do autora, nie wszystko zagrało tak jak powinno. 

Nie rozumiem tendencji autora do pochylania się ze szczegółami nad wątkami, które nie stanowią znaczenia dla całokształtu powieści. Być może Harlan Coben chciał po prostu opóźnić tym sposobem nieco akcje, ale dla mnie opisy podziału drużyny do lacrosse, wyborów miss kulturystyki czy sprawy prowadzonej przez kancelarię prawniczą Adama wydawały się po prostu zbędne. Niestety, do gustu nie przypadł mi też finalny twist jaki zaserwował autor - nie było wskazówek sugerujących takie rozwiązanie i wydawał się on wymuszony. 

„Nieznajomy” to dobry thriller. Harlan Coben łączy wątki w taki sposób, że nieustannie utrzymuje on zainteresowanie czytelnika. Po prostu nie jest to najlepsza powieść w dorobku autora i chyba spodziewałam się po nim czegoś więcej. Tymczasem zbytnia szczegółowość i wymuszony zwrot fabuły zepsuły nieco moje pozytywne wrażenia. Ale i tak warto sięgnąć po „Nieznajomego”. Nawet przeciętna powieść Cobena jest lepsza od wielu powieści tego gatunku.

Nieznajomy” Harlan Coben; wydawnictwo Albatros; Warszawa 2016 ★★★½
Read more

środa, 23 listopada 2016

Jakie książki kupować na prezent?
listopada 23, 20160 Comments

Znamy się już na tyle długo, że doskonale poznaliście już moje zdanie na ten temat - uważam, że nie ma lepszego prezentu niż książka, a z drugiej strony - wybór tej odpowiedniej jest prawdziwą sztuką. Czy uważam się ekspertem w tym temacie? Zdecydowanie nie. W prawdziwym, poza blogowym życiu nie otacza mnie zbyt dużo ludzi, którzy cenią sobie słowo pisane na równi ze mną i kupowanie dla nich książek byłoby z mojej strony raczej kiepskim pomysłem. Ale swego czasu miałam przyjemność pracować w księgarni i doradzanie pozycji zupełnie obcym mi osobom było dla mnie czymś na porządku dziennym. 

Dzisiaj nie będziemy rozmawiać o kupowaniu książek dla bliskich i znajomych, których znacie wystarczająco długo by orientować się chociaż w gatunku jaki preferują (o tym następnym razem). Nie. Porozmawiamy za to o tym po jaki tytuł sięgnąć jeśli absolutnie nie wiecie nic na temat obdarowywanej osoby. I zanim zarzucicie mi, że takie sytuacje nie miały miejsca - pomyślcie o ślubach, na których państwo młodzi (których widujecie raz na ruski rok albo rzadziej) zażyczyli sobie książek zamiast kwiatów; urodzinach nowego współpracownika; czy pierwszej gwiazdki u teściów. Istnieje kilka względnie bezpiecznych pomysłów na tego typu prezent książkowy. Może nie wpiszecie się idealnie w gusta obdarowywanej osoby, ale przynajmniej unikniecie przykrego faux pas. 

Pozycje - nie powieści (albumy, listy, biografie)

Jeśli nie wiecie po jaki gatunek sięga osoba, którą chcecie obdarować książkowym prezentem najbezpieczniej zrezygnować z zakupu powieści. Literatura niebeletrystyczna, mimo że nie posiada zbyt szerokiego grona zwolenników, z reguły a) jest dużo ładniej wydana od innych pozycji i może pełnić również funkcje dekoracyjne i b) zazwyczaj okazuje się też przydatna w najmniej spodziewanym momencie. Przy optymistycznym scenariuszu, gdy przynajmniej znacie pobieżnie zainteresowania obdarowywanej osoby, najlepiej zdecydować się na jakiś album związany z daną pasją, biografie czy też inną pozycję związaną z daną dziedziną. Przy tym bardziej ekstremalnym również nie ma się szczególnie czym przejmować. Współcześnie wydawnictwa sprostają nawet i takim sytuacjom. O! Choćby SQN ma w swojej ofercie kilka propozycji - „Listy niezapomniane”, „Humans of New York. Ludzie Nowego Jorku”; a żeby nie promować tylko jednego wydawcy - zawsze możecie sięgnąć po zbiór jakiś aforyzmów.  

Klasyka literatury

W sytuacji gdy koniecznie chcecie zakupić jakąś powieść, ale, again, nie znacie dokładnie gustu osoby, najbezpieczniejszym wyborem wydaje się jeden z wielu klasyków literatury. Owszem, nawet niektórzy miłośnicy słowa pisanego stronią od tego typu pozycji, ale są tytuły, które po prostu trzeba znać i warto mieć je w swojej biblioteczce. W kwestii pięknych wydań pozostajemy daleko w tyle za rynkiem anglojęzycznym (i jeśli osoba, którą obdarowujecie zna ten język w dobrym stopniu warto rozważyć zakup zagranicznego wydania), ale i tak możecie znaleźć perełki w tym temacie. By nie pozostać gołosłowną - seria Angielskie ogrody od wydawnictwa Świat książki, ostatnio opublikowane zbiorowe wydanie dzieł Jane Austen, klasyka od MG czy Znaku. W tym zakresie macie też spore pole do popisu jeśli chodzi o klasykę literatury dziecięcej - Buchmann, Nasza Księgarnia a ostatnio nawet Greg. 

Nowości literatury pięknej

Kiedy pracowałam w księgarni, osoby które poszukiwały pomysłów na prezent często stawiały na nowe i popularne pozycje z literatury pięknej. Nie jest to może pomysł, który sama szczególnie popierałam, ale faktem jest, że ostatnio tego rodzaje tytuły wydawane są ze szczególną dbałością a  poza tym mają dodatkową zaletę - postawione w widocznym miejscu na półce sprawiają, że oczach potencjalnych gości wydajemy się bardziej oczytani. Trudno podać tu konkretną powieść bo jednak ciągle wydawane są nowe pozycje, ale chodzi mi o tytuły rangi „Wszystko co lśni”, „Małego życia” czy „Szczygła”. (Wskazówka: pytajcie księgarzy o laureatów prestiżowych nagród literackich. Pulitzer, Man Booker Prize, Nobel czy choćby Nike). 

Wasza ulubiona powieść

Zdecydowanie najbardziej personalnym prezentem wydaje mi się jednak podarowanie jakiejś osobie swojej ulubionej powieści. Owszem, ryzykujecie że posiada ona zupełnie odmienny gust, ale z drugiej strony ten podarunek ma też inne znaczenie - mówicie drugiej osobie coś o sobie i dajecie jej się poznać. Jeżeli sami macie kilka ulubionych powieści, wybierzcie coś o bardziej uniwersalnym wydźwięku. Szansę na to, że np. powieść New Adult spodoba się Waszemu szefowi są raczej niewielkie (nie wspominając o tym, że potem sytuacja między Wami mogłaby być nieco niezręczna), ale już „Cień wiatru” czy „Złodziejka książek” ma znacznie bardziej uniwersalny wydźwięk. 

Ciekawa jestem czy musieliście już kiedyś kupić książkę osobie o której niewiele wiecie, a jeśli tak - czy skorzystaliście z któregoś z moich sposób. A może macie własne?
Read more

poniedziałek, 21 listopada 2016

Przez ciemność, Alexandra Bracken
listopada 21, 20160 Comments

Nie wiem czy przyglądając się podsumowaniom zauważyliście ów fakt, ale rzadko zdarza mi się sięgać po nowelki stanowiące dodatek do serii. A mówiąc rzadko tak naprawdę mam na myśli nigdy. Korzystając jednak ze sposobności, że „Przez ciemność” znajdowało się w mojej lokalnej bibliotece dokładnie w tym samym czasie, gdy wypożyczyłam resztę serii, postanowiłam jednak się przełamać i spróbować lekturę. I chociaż nadal nie uważam, że podobne nowelki są niezbędnym elementem serii, przyznaję, że zostałam pozytywnie zaskoczona.

„Przez ciemność” zawiera trzy nowelki osadzone w świecie kreowanym przez Alexandre Bracken i skupiające się wokół bohaterów drugoplanowych serii.  „W sidłach losu” opowiada o Gabie - młodym mężczyźnie, który marzy o tym by rozpocząć nowe życie i wyrwać się z rodzinnego miasteczka a uzyskać niezbędne pieniądze decyduje się podjąć próbę zostania łowcą nagród; „Zapłoną iskry” przybliżają rzeczywistość obozowego życia z perspektywy byłej przyjaciółki Ruby - Sam, w momencie gdy do Thurmond przewiezieni zostają Czerwoni; a „Pomimo mroku” skupia się na wydarzeniach na wyzwoleniu obozów i losach Mii, która jako jedna z wielu dzieci zostaje odesłana do Ośrodka “Nieodebranych”.

Alexandra Bracken zdecydowanie dobrze czuje się w krótkiej formie jaką są nowelki i z łatwością można to dostrzec w trakcie lektury. Owszem, korzysta z rzeczywistości wykreowanej na potrzeby serii, ale poszczególne historie stanowią fascynujące opowieści już same w sobie. Z ciekawie poprowadzoną fabułą i satysfakcjonującym, mniej lub bardziej rozdzierającym serie, zakończeniem. Nawet w takiej krótkiej formie udaje jej się także ukazać fascynujące relacje między bohaterami - przy czym moim absolutnym faworytem bezapelacyjnie pozostaje pierwsze opowiadanie.

Nowelki dają Alexandrze Bracken niepowtarzalną szansę na poszerzenie perspektywy. Narracja pierwszoplanowa trylogii narzuca na autorkę pewne ograniczenia, które tutaj znikają. „W sidłach losu” daje nam możliwość zaobserwowania zaistniałej sytuacji oczami osoby dorosłej - jej zmieniające się nastawienie do dzieci i przerażenie już nie ich umiejętnościami, ale  życiem jakie muszą wieść. Z kolei „Zapłoną iskry” przybliżają sytuacje obozów “rehabilitacyjnych” i efekty przerażającego programu z udziałem Czerwonych. „Pomimo mroku” nie niesie może z sobą podobnych wartości, ale daje szansę na pożegnanie ukochanych bohaterów, które w tej konkretnej historii odgrywają pewną rolę.

Zbiór nowelek nie jest konieczny do zrozumienia wydarzeń z “głównej” fabuły, ale niesie ze sobą kilka ciekawych smaczków, o których Wam wspominałam i ciekawie łączy się z właściwą historią - bohaterowie napomykają o pewnych poruszonych w nowelkach kwestiach, ale pozostawiają je bez odpowiedzi. Najkorzystniej i najciekawiej byłoby przeplatać poszczególne tomy nowelkami („Mroczne umysły” -> „W sidłach losu” -> „Nigdy nie gasną” -> „Zapłoną iskry” -> „Po zmierzchu” -> „Pomimo mroku”). Ale można też sięgnąć po cały zbiór po przeczytaniu wszystkich trzech części.

„Przez ciemność” to naprawdę dobry dodatek do serii, zwłaszcza dla kogoś komu spodobała się trylogia „Mroczne umysły”. Poszczególne historie są dobre napisane i, mimo niewielkiego formatu, wzbudzają morze emocji a ponad to nie są bezcelowe dla właściwej fabuły. Osobiście nie żałuję lektury i wam też polecam zapoznanie się ze zbiorem opowiadań - w szczególności zwróćcie uwagę na pierwszą nowelkę (z niewiadomych przyczyn jest to mój absolutny faworyt).

"Przez ciemność" Alexandra Bracken; wydawnictwo Moondrive; Kraków 2015 
Read more

sobota, 19 listopada 2016

Powód by oddychać, Rebecca Donovan
listopada 19, 20160 Comments

Seria „Oddechy” znajdowała się na mojej (niekończącej się) liście książek do przeczytania od długiego czasu. Prawdopodobnie nawet przed polską premierą pierwszego tomu. Nie przemawiała do mnie jednak na tyle bym natychmiast zdecydowała się na zakup i gdyby nie fakt, że otrzymałam „Powód by oddychać” jako prezent Mikołajkowy (tak! zeszłoroczny!), być może jeszcze długo nie sięgnęłabym po ów tytuł. Czy coś bym straciła? Nie jestem do końca przekonana. Być może oczekiwałam od Rebecci Donovan trochę zbyt dużo, ale mam raczej mieszane uczucia odnośnie pierwszego tomu.

Po śmierci ojca, matka nie jest dłużej w stanie sprawować należytej opieki nad Emmą. Dziewczyna trafia do domu wuja i jego rodziny - żony i dwójki ich dzieci, ale wcale nie znajduje tam poczucia bezpieczeństwa czy ciepła. Ciotka Carol znęca się nad nią fizycznie i psychicznie, a wuj albo nie dostrzega tego co rozgrywa się pod jego dachem, albo po prostu na to nie reaguje. Emma angażuje się we wszelakiego rodzaju zajęcia pozaszkolne i odlicza dni, w którym będzie mogła opuścić dom wujostwa. A żeby jej sekret pozostał bezpieczny, pozwala się do siebie zbliżyć tylko Sarze. Kiedy w szkole pojawia się nowy chłopak, Evan, wbrew własnym postanowieniom Emma dopuszcza go coraz bliżej do swojego życia.

Wbrew temu co mogłoby się wydawać mój problem z pozycją „Powód by oddychać” wcale nie wiąże się z wykorzystywaniem przez autorkę licznych schematów. Po pierwsze, jak już niejednokrotnie wspominałam, przy gatunku New Adult mam trochę wyższy poziom tolerancji w tym zakresie. Po drugie, udowodniono mi, że takie historie mogą zostać dobrze napisane i sprawić mnóstwo radości. Rebecca Donovan poszła może na łatwiznę sięgając po motyw “nowego chłopaka”, ale urozmaiciła swoją opowieść. Co ciekawe, ujęła mnie głównie tym, że sporo uwagi poświęciła na przedstawienie życia szkolnego. Nie wiedzieć czemu autorzy często pomijają ów aspekt życia swoich bohaterów. Rebecca Donovan uczyniła z niego największy atut owej historii.

Przez większość czasu nie miałam też problemu z wątkiem miłosnym. Owszem, pojawia się kilka scen, w których ów wątek trąci trochę banałem i wydaje się przerysowany, ale w ogólnym rozrachunku wypada on naprawdę na plus. Rebecca Donovan pokazuje w swojej powieści miłość jako uczucie, które przynosi człowiekowi siłę i wolę walki. A dodatkowo udowadnia, że osoba, którą naprawdę darzymy uczuciem powinna nie tylko stanowić obiekt pociągu fizycznego ale także materiał na doskonałego przyjaciela - kogoś kogo możemy w pełni zaufać.

Co więc nie zagrało? O dziwo to co mogło być największym walorem powieści. Podziwiam Rebeccę Donovan za to, że poruszyła problematykę przemocy domowej, ale nie sposób w jaki zdecydowała się go zobrazować a dokładniej - nie reakcje pewnych osób. Jestem w stanie zrozumieć dlaczego autorka w ten sposób przedstawia stanowisko Emmy - że chciała odzwierciedlić zachowanie prawdziwych ofiar przemocy i ich strach przed tym co się stanie gdy prawda o ich sytuacji wyjdzie na jaw. Ale nie akceptuje stanowiska Sary - przyjaciółki Em. Reakcją na to, że ktoś kogo znamy jest ofiarą przemocy domowej nigdy nie powinna być obojętność. I nie dam się przekonać, że kroki podjęte przez Sarę są czymś więcej.

„Powód by oddychać” to historia, która wywołała we mnie sprzeczne emocje. Widzę co dostrzegają w tej opowieści jej zwolennicy. Rebecca Donovan rzeczywiście pisze w taki sposób, że porusza w czytelniku pewną wrażliwą strunę i wywołuje mnóstwo emocji. A dodatkowo w ciekawy sposób udaje jej się ukazać uczucie między Emmą a Evanem. Szkoda tylko, że sposób w jaki zobrazowała przemoc domową tak daleko odbiega od tego co chciałam zobaczyć. Z pewnością sięgnę po drugi tom - zwłaszcza po takim zakończeniu. A i Wam nie odradzam lektury serii - w tym konkretnym gatunku jest jednak kilka dużo lepszych pozycji. 

"Powód by oddychać" Rebecca Donovan; wydawnictwo Feeria Young; Łódź 2014 
Read more

czwartek, 17 listopada 2016

Tańczący trumniarz, Jeffery Deaver
listopada 17, 20160 Comments

Byłam zaskoczona tym jak szybko wróciłam do twórczości Jeffery’ego Deavera, zwłaszcza biorąc pod uwagę fakt, że „Kolekcjoner kości” wcale nie zachwycił mnie w takim stopniu jak tego oczekiwałam. Zamawiając pozycje do wypożyczenia w lokalnej bibliotece jakoś tak mimowolnie natrafiłam kursorem myszy na drugi tom serii o Lincolnie Rhymie. A potem równie przypadkowo po niego sięgnęłam - ot! był jedynym thrillerem jaki miałam pod ręką a to właśnie pozycje tego typu sprawdzają się najlepiej gdy popadam w czytelniczy marazm. W sumie to dobrze, że czasami tak wiele zależy od przypadku. 

Wszystko wskazuje na to, że Percy, Ed i Brit znaleźli się w niewłaściwym miejscu i czasie, i zobaczyli coś czego nie powinni. Teraz jedno z nich nie żyje a pozostała dwójka stała się celem płatnego zabójcy - Tańczącego Trumniarza nazwanego tak przez wzgląd na charakterystyczny tatuaż na jego ramieniu. Za 45h ocalała dwójka ma być kluczowymi świadkami w procesie i utrzymanie ich przy życiu jest teraz priorytetem. Ekipa, która odpowiada za złapanie zabójcy jest dowodzona przez Lincolna Rhyme. Sparaliżowany mężczyzna, który od pewnego czasu pomaga policji, jako jedyny wydaje się dorównywać Trumniarzowi sprytem. Poza tym - kierują nim też osobiste pobudki. 

Już na wstępie mogę zdradzić Wam to, że „Tańczący trumniarz” przypadł mi do gustu bardziej niż pierwszy tom serii - nawet jeśli nie potrafię sprecyzować dlaczego. Thriller Deavera jest nie tylko bogaty w akcje, ale też brutalny i krwawy. W przeciwieństwie do „Kolekcjonera kości” nie zawiera jednak aż tak ohydnych i aż nazbyt graficznych scen. To wciąż nie lektura dla czytelnika o słabszych nerwach czy żołądku, ale autor znacznie ograniczył owe momenty i nie skupił się aż tak na detalach. 

Szczegółowość po raz kolejny towarzyszy jednak przedstawienie pracy techników (chciwy w trakcie badania śladów z miejsca zbrodni) czy pilotów (ze względu na profesję ofiar). Jeffery Deaver zachował przy tym jednak odpowiednie granice - ów detale mogą być dodatkowym atutem dla zainteresowanych tematem czytelników a równocześnie nie jest ich na tyle dużo by mogły zanudzić pozostałe grono. W zamian za to autor chętniej przedstawia pracę w terenie i, co najciekawsze, wplata w historię perspektywę zabójcy. 

Historia przedstawiona w powieści nie wymaga znajomości poprzedniego tomu. Co ważniejsze, nie spoiluje też rozwiązania tamtej intrygi. Fabularne twisty, co po raz kolejny udowadnia autor, stanowią jedne z najsilniejszych zalet jego powieści. Trochę żałuje, że „Tańczący trumniarz” nie skupił się bardziej na relacji Lincolna i Thoma, rzucił za to nowe światło na więzi łączące innych bohaterów. A samo zakończenie sugeruje, że kolejne tomy mogą nawet poszerzyć wątek obyczajowy. 

„Tańczàcy trumniarz” to zdecydowanie thriller napisany na poziomie. Z ciekawą intrygą, umiejętnie poprowadzoną akcją i mocnym (zaskakującym!) zakończeniem. Jeśli nie przeszkadzają wam nieco brutalne sceny, myślę że powinniście sięgnąć po powieść Jeffery’ego Deavera. Nawet jeśli kierunek jaki obiera relacja Amelii i Lincolna nie do końca mnie przekonuje, z niecierpliwością zamówię kolejny, tym razem trzeci tom serii. A jeśli z każdym kolejnym następnym moja opinia o twórczości autora będzie się poprawiać, myślę że zaprzyjaźnimy się na znacznie dłużej. 

"Tańczący trumniarz" Jeffery Deaver; wydawnictwo Prószyński i S-ka; Warszawa 2010 
Read more

środa, 16 listopada 2016

Zaginiony, C. L. Taylor
listopada 16, 20160 Comments

Rok 2016 jest dla mnie okresem poszukiwania ciekawych, zaskakujących thrillerów - o czym zresztą wspominałam Wam już kilkakrotnie przy okazji różnych recenzji. Efekty bywają różne, ale nie tracę zapału i przy przeglądaniu comiesięcznych zapowiedzi szczególną uwagę poświęcam właśnie pozycjom z tego gatunku.  „Zaginiony” od razu rzucił mi się w oczy - pomimo że kilkakrotnie zetknęłam się już z podobną problematyką czyli zaginięciem dziecka z perspektywy matki - i ponownie miałam nosa!

Od zaginięcia Billy’ego minęło pół roku. Piętnastolatek wyszedł z domu i od tamtego czasu ślad po nim zaginął. Opinia publiczna wykazuje coraz mniej zainteresowania sprawą, ale rodzina nie poddaje się w poszukiwaniach. Kolejny apel do mediów przybiera nieoczekiwany kierunek. Nierozważne zachowanie starszego z braci wywołuje spekulacje wśród społeczeństwa a na jaw wychodzą kolejne rodzinne tajemnice. Tymczasem Claire, matka Billy’ego zaczyna cierpieć na dziwne zaniki pamięci. Odzyskuje świadomość z dala od domu nie mając pojęcia jak dotarła w dane miejsce i z dziwną skłonnością do agresji…

C. L. Taylor porusza problematykę znaną gatunkowi - zaginięcie dziecka, z punktu widzenia zrozpaczonej matki - ale rzuca na ów motyw owoc odmienne światło. Przede wszystkim nie jesteśmy świadkami wszystkich wydarzeń - zostajemy wrzuceni w sam środek rodzinnego dramatu, kiedy tragedia odcisnęła już piętno na jego uczestnikach. C. L. Taylor z niezwykłą empatią nakreśla różne reakcje na rodzinny dramat - poczynając od zaprzeczenia, przez wzmożone działanie aż po obwinianie samego siebie o zaistniałą sytuację. 

Przez wrzucenie swoich czytelników w sam środek wydarzeń, C. L. Taylor unika zbędnych dłużyzn. Szybkiej lekturze sprzyja także fakt, że autorka stawia dialogi ponad długie opisy i nieustannie intryguje rozwikłaniem zagadki zaginięcia Billy’ego. Powieść C. L. Taylor skupia się na psychice bohaterów a powracające zaniki pamięci narratorki sprawiają, że czytelnik zaczyna kwestionować przywoływane przez nią fakty i relacje, dopatrując się wszędzie teorii spiskowych. 

W powieści przeplatają się fragmenty rozmów Billy’ego z bliżej nieznaną nam osobą. To właśnie one sugerują co mogło wydarzyć się w związku z zaginięciem chłopca. Przyznaję jednak, że sama dałam się autorce omotać i nie przewidziałam zakończenia. Miłym dodatkiem do lektury, już nie związaną bezpośrednio z fabułą, jest krótki wywiad z autorką zamieszczony na końcu powieści. C. L. Taylor opowiada w nim o tym co zainspirowało ją do stworzenia historii Billy’ego i dzieli się radami z potencjalnymi przyszłymi autorami. 

„Zaginiony” to wciągający thriller, który nakłada nową perspektywę na znany czytelnikom motyw. C. L. Taylor posługuje się prostym, lekkim językiem a w połączeniu z ciekawie rozplanowaną fabułą i psychologicznym tłem sprzyja szybkiej, angażującej lekturze na długi jesienny wieczór. Dla wyjadaczy gatunku nie będzie to może nic nowego, ale jeśli szukacie poprawnego, ciekawego thrillera, „Zaginiony” spisze się w tej roli. 

Za egzemplarz dziękuję wydawnictwu Burda

Zaginiony” C. L. Taylor; wydawnictwo Burda; Warszawa 2016 ★★★★
Read more

niedziela, 13 listopada 2016

Przekonaj mnie, że to ty, Anna Karpińska
listopada 13, 20160 Comments

Gdyby nie #7ReadUp organizowany w drugiej połowie sierpnia, nie wiem jak długo zwlekałabym z lekturą „Przekonaj mnie, że to ty”. Powieść Anny Karpińskiej była jedną z tych pozycji, która trafiła do mnie niejako przez przypadek i która nie przekonała mnie swoim opisem na tyle bym natychmiast rzuciła się do lektury. W rzeczywistości brzmiała trochę jak wiele innych powieści obyczajowych, z którymi miałam już styczność i na pewien okres odczuwałam zmęczenie materiałem. Czy miałam rację? I tak, i nie, bo jednak „Przekonaj mnie, że to ty” niesie ze sobą coś nowego. 

Edyta właśnie zdała maturę, ale wcale nie zamierza rozpocząć studiów, mimo nacisków ze strony matki. Póki co pragnie wyjechać z rodzinnego miasta i przeprowadzić się do słonecznej Hiszpanii. Kiedy nieoczekiwanie umiera jej ojciec a matka popada w depresje, Edyta rezygnuje ze swoich planów i decyduje się pomóc w prowadzeniu rodzinnego pensjonatu w Krynicy Morskiej. Przeszło dwa lata później obie - matka i córka - wciąż znajdują się w tym samym punkcie. Ich relacje nie przedstawiają się najlepiej i zarówno Edyta jak i Urszula nie są szczęśliwe. I właśnie wtedy ich życie rusza do przodu, tego samego weekendu za sprawą pewnych gości w pensjonacie. 

Anna Karpińska przeplata w swojej powieści losy wielu bohaterów, ale najdokładniej przyglądamy się życiu Edyty i Urszuli. Ich perspektywy wzajemnie się ze sobą przeplatają i umożliwiają autorce przybliżenie problematyki bliskiej dwóm pokoleniom kobiet. Zdecydowanie jest to też jeden z mocniejszych punktów powieści. Podczas gdy wątek kobiety po przejściach, która zaczyna swoje życie na nowo wielokrotnie przewijał się już w powieściach obyczajowych, ten poświęcony Edycie i jej rozterkom na temat przyszłości, o dziwo!, wydaje się dosyć świeży i nowy. Trochę szkoda, że nie zostało mu poświęcone trochę więcej uwagi i że koniec końców wyraźnie przebija się tu perspektywa charakterystyczna dla dojrzalszego pokolenia (studia są najważniejsze!), ale doceniam wkład autorki. 

„Przekonaj mnie, że to ty” to taka historia, którą zdecydowanie poleciłabym ro czytania nieco dojrzalszej kobiecie np. mojemu mamutkowi jako lekturę plażową albo taką która przywoła letni klimat w trakcie jesiennej chandry. Anna Karpińska uchwyciła klimat słonecznej Hiszpanii (chociaż chciałoby się jeszcze więcej!). No i zawarła przesłanie, które osobiście do mnie jeszcze nie do końca przemawia - w każdym wieku mamy prawo i szansę na to by znaleźć nasz własny przepis na szczęście. Ale trudno pozbyć mi się wrażenia, że mogło być lepiej. 

W samej fabule występuje pewien chaos. Przeplatane perspektywy wprowadzają pewien zamęt w chronologii - często wracamy do wydarzeń już przedstawionych przez drugą z bohaterek. Ponad to mam wrażenie, że autorka miała za dużo pomysłów i niepotrzebnie chciała je zamknąć w jednej powieści - w konsekwencji mamy aż za dużo wątków pobocznych. Nie do końca rozumiem też koncepcji ostatniego rozdziału sugerującego raczej drugi tom a z drugiej strony zamieszczenia epilogu, który ostatecznie zamyka fabułę. 

Mimo wszystko „Przekonaj mnie, że to ty” to taka lekka, odprężająca lektura w sam raz na wolne popołudnie. I chociaż upieram się, że to raczej powieść dla dojrzalszej czytelniczki, nie żałuję lektury. Jeśli potrzebujecie takiego przerywnika i “motywatora” że jeszcze będzie lepiej, być może powieść Anny Karpińskiej  przypadnie Wam do gustu. Ja zdecydowanie podsunę ją mamutkowi. 

Za lekturę dziękuję wydawnictwu Prószyński i S-ka

Przekonaj mnie, że to ty” Anna Karpińska; wydawnictwo Prószyński i S-Ka; Warszawa 2016 ★★★
Read more

sobota, 12 listopada 2016

Szeptucha, Katarzyna Berenika Miszczuk
listopada 12, 20160 Comments

Wydaje mi się, że wspominałam już o tym mimochodem nie raz i nie dwa, ale ja i moja mama jesteśmy jedynymi domownikami, którzy połykają co miesiąc kilka jeśli nawet nie kilkanaście tytułów. Nasze gusta nie pokrywają się w stu procentach, ale często zdarza mi się podsuwać jej jakąś pozycję z przekonaniem, że może jej się spodobać, albo wręcz przeciwnie - odradzić jej lekturę. Z „Szeptuchą” było inaczej. Tym razem to mój mamutek zabrał się za czytanie a potem podsunął mi książkę pod nos. Przyznaję - nie byłam do tej pozycji pozytywnie nastawiona bo opis nie do końca mnie przekonywał a pierwsze kilkanaście stron szło mi jakoś tak opornie. Ale koniec końców zostałam mile zaskoczona. 

Mieszko I wcale nie przyjął chrztu - Polską nadal rządzą królowie a społeczeństwo nie przestało wierzyć w słowiańskich bogów i wszelakiego rodzaju upiry - wąpierzy, rusałki i inne nadnaturalne stworzenia. Gosia, a właściwie Gosława, patrzy na świat w inny sposób. Przyroda ją przeraża a ludowe wierzenia uważa za zabobony. Po ukończeniu studiów medycznych, zanim zostanie “prawdziwym lekarzem” musi jednak odbyć roczne praktyki u boku szeptuchy. Chcąc nie chcąc Gosia przyjeżdża do rodzinnej wsi swojej matki położonej blisko Kielc. Nieoczekiwanie dziewczyna znajduje się w centrum dziwnych wydarzeń - wydarzeń które zmuszają ją do przyjęcia nieco odmiennej perspektywy niż dawniej. 

Z twórczością Katarzyny Bereniki Miszczuk miałam do tej pory styczność tylko raz - w trakcie lektury powieści „Ja, diablica” i muszę przyznać, że dostrzegam pomiędzy nimi wiele punktów wspólnych (pomijając znaczne różnice fabularne oczywiście). Przede wszystkim, autorka zdecydowanie stawia na oryginalność pewnych wątków a nawet znane motywy - jak choćby wampiry - kreuje zgodnie z własnymi upodobaniami i potrzebami. Świat „Szeptuchy” pełen jest słowiańskich wierzeń a towarzysząca mu atmosfera - stworzona czy to przez dawnych bogów czy postacie takie jak Szeptucha - jest niezwykle klimatyczna i niespotykana. 

Katarzyna Berenika Miszczuk troszczy się o to by czytelnik nie narzekał na nudę - powieść przeładowana jest słowiańskimi kreaturami i akcją. Tym co mnie jednak uwiodło jest humor, którym „Szeptucha” tryska z każdej strony. Gosia została wykreowana na postać niemal komiczną i choć miejscami wydaje się aż nazbyt przerysowana, trudno nie zapałać do niej sympatią. Przy tym wszystkim co oferuje autorka wątek miłosny z udziałem tajemniczego i niezwykle przystojnego Mieszka wydaje się niemal zbędny. 

Właściwie mogłabym zarzucić „Szeptusze” tylko dwie rzeczy. Po pierwsze, fakt, że momentami miałam dziwne wrażenie, że autorka starała się za bardzo i niepotrzebnie wykorzystała aż tyle pomysłów. Być może się czepiam, ale pewne wątki niemal prosiły się o lepsze wprowadzenie i zakończenie a nie ciągle rozpoczynanie nowych. Po drugie, nie do końca wiem kto był targetem tej opowieści. Z jednej strony wyraźnie pojawiają się wątki 18+, z drugiej - historie czyta się jak powieść YA i za sprawą głównej bohaterki i języka jakim jest napisana. 

„Szeptucha” to lekka, dowcipna lektura, przy której spędzicie miło dzień albo dwa. Katarzyna Berenika Miszczuk po raz kolejny, z wykorzystaniem kilku sprawdzonych motywów, stworzyła coś oryginalnego i ciekawego, wręcz kipiącego słowiańskością. Owszem, nie jest to pozycja bez wad, ale nie psują one mojego pozytywnego wrażenia. Jeżeli przypadła Wam do gustu poprzednia seria autorki, polubicie także „Szeptuchę”, a jeśli jeszcze nie znacie jej twórczości - warto to zmienić. 

Szeptucha” Katarzyna Berenika Miszczuk; wydawnictwo WAB; Warszawa 2016 ★★★½
Read more

piątek, 11 listopada 2016

Rekomendacje: Polscy autorzy
listopada 11, 20160 Comments

Nie wiem jak wygląda integracja wśród uczniów liceum na dzień dzisiejszy, ale za moich czasów - wcale nie tak odległych! - było to krępujące siedzenie w kółku i zabawy grupowe. Pamiętam też, że jedna z nich polegała na tym, że mieliśmy się dowiedzieć jak najwięcej o dobranej nam przypadkowo parze, a następnie przekazać te informacje na forum klasy. Pytanie o ulubionego autora, albo chociaż gatunek literacki było jednym z tych najczęściej powtarzanych, zwłaszcza że byliśmy w końcu wszyscy zdeklarowanymi humanistami i sama go nie uniknęłam. Pamiętam też swoją odpowiedź - i wcale nie dlatego że była jakoś szczególnie oryginalna, po prostu wiem, ze na chwilę obecną nie brzmiałaby ona z pewnością w ten sam sposób. Powiedziałam wówczas, że czytam tak naprawdę wszystko oprócz twórczości polskich autorów, co w gruncie rzeczy nie odbiegało od prawdy i co przeraża mnie chyba jeszcze bardziej.

Piszę o tym nie dlatego, że uważam, ze jest się czym chwalić, ale dlatego, że zdaję sobie sprawę, że niechęć czy też obawa przed twórczością polskich autorów jest dosyć często spotykana wśród blogerów; że sama przez to przechodziłam; i że naprawdę wystarczy natrafić na odpowiedniego autora by się przełamać. Oczywiście to jaki autor przekona Was do polskiej literatury zależy w dużej mierze od Waszych gustów czytelniczych. Jeśli nie przepadacie za literaturą piękną, raczej nie docenicie Olgi Tokarczuk; podobnie ma się sytuacja z kryminałami i Katarzyną Bondą; czy sagami rodzinnymi i Małgorzatą Gutowską Adamczyk. Wybrałam jednak pięć nazwisk, które zmotywowały mnie samą bym szukała dalej i próbowała coraz to nowszych pozycji. Może w Waszym przypadku będzie podobnie ;)

Remigiusz Mróz

Nieoficjalny król polskiej blogosfery książkowej/bookstagramowiczów/booktuberów. Wydaje mi się, że sukces Remigiusza Mroza leży w tym, że tworzy on niesamowicie różnorodne pozycje - od powieści historycznych, przez sensacje, aż po thrillery prawnicze - i naprawdę ciężko o sytuacje, w której nie znaleźlibyście czegoś dla siebie. Przeczytałam pięć powieści autora i porozpoczynałam chyba wszystkie możliwe serie jakie napisał, ale najbardziej polecam Wam tytuł, od którego sama zaczęłam przygodę z Mrozem -„Kasację”. Czy naprawdę jest to najlepsza powieść autora? Nie mnie oceniać, ale jest to tytuł o niesamowicie wyrazistych bohaterach, wartkiej akcji i sporej dozie humoru i nawet nie zorientujecie się, kiedy zamknięcie książkę po skończonej lekturze.

Olga Rudnicka

Jeśli można mówić o czymś takim jak kryminał w wersji light, to pani Olga Rudnicka radzi sobie z nim doskonale. Jej historie skupiają się wokół intrygi kryminalnej, ale serce czytelnika podbijają przede wszystkim za sprawą niepowtarzalnego humoru, który bije z każdej strony i rozwesela nawet podczas jesiennej chandry. Żeby być w pełni szczerą, nie wszystkie powieści autorki przypadły mi do gustu (mowa tu zwłaszcza o jej początkowych tytułach), ale ciężko wyobrazić mi sobie czytelnika, który nie pokochałby „Natalii 5”. Różnorodne bohaterki, szczypta miłości i mnóstwo humoru - darzę tą historią ogromnym sentymentem (a mimo to nadal nie sięgnęłam po drugi tom, wstyd!). 

Katarzyna Zyskowska Ignaciak

Parafrazując Forresta Gumpa, powieści Katarzyny Zyskowskiej Ignaciak są trochę jak pudełko czekoladek i sięgając po nie trudno przewidzieć na co tym razem trafimy. Podnoszącą na duchu powieść o odnajdywaniu szczęścia; emocjonalną opowieść o miłości i samotności; a może coś ze szczyptą humoru. Trudno się historiami Pani Katarzyny znudzić i trudno nie dać się im uwieść, a szczególnie polecam Wam zwłaszcza „Ty jesteś moje imię…”. Ja mam akurat słabość do historii osadzonych na tle II wojny światowej, ale przecież nie tylko o to chodzi. Zbeletryzowana opowieść o miłości Kamila Krzysztofa Baczyńskiego i Basi jest tak przepełniona emocjami, uczuciami i smutkiem, że po prostu nie sposób przejść obok niej obojętnie. 

Magdalena Witkiewicz

Trochę głupio wspominać mi o pani Magdalenie Witkiewicz, bo wiem że sama mam ogromne braki w jej twórczości, ale to fakt, że właśnie jej powieści uwiodły mnie te kilka lat temu. Pani Magda ma rzadki talent - równie dobrze sprawdza się w konwencji refleksyjnych, pełnych wzruszeń opowieści i takich, które wywołują łzy, ale radości czy nadmiaru śmiechu ;) Owszem, to literatura bardziej “babska”, bo obraca się wokół tematów bliższych kobietom, ale przecież w niczym jej to nie ujmuje. Myślę, że z opisu każdy znajdzie w jej twórczości coś dla siebie, ale szczególną uwagę zwróćcie na historie, którą stworzyła w duecie z Nataszą Sochą - „Awarię małżeńską”. Naprawdę dawno nic mnie tak nie rozbawiło jak ta pozycja. 

Agnieszka Olejnik

Twórczość Agnieszki Olejnik również nie daje się zamknąć w jednej szufladzie. Pisze powieści poruszające tematy bliższe ludziom młody; kryminały z nutką humoru; historie, którym bliżej już do thrillera; a także bardziej typowe obyczajówki (choć tych jeszcze osobiście nie posmakowałam). I jakimś cudem za każdym razem mnie zachwyca swoim lekkim piórem i przenikliwością. Absolutnym numerem jeden pozostaje dla mnie jej powieść „Zabłądziłam” - za niesamowitą dojrzałość i zrozumienie problematyki i za emocje zamknięte na kolejnych kartach. Zresztą, jest to też idealny tytuł by powoli odsunąć się od młodzieżówek i poszerzyć własne czytelnicze horyzonty. 

Ciekawa jestem po której stronie barykady stoicie. Czy dacie szansę któremuś ze wspomnianych wyżej autorów? I czy Wy możecie mi podrzucić jakieś nowe nazwiska?
Read more

czwartek, 10 listopada 2016

Awaria małżeńska, Natasza Socha i Magdalena Witkiewicz
listopada 10, 20160 Comments

Emocjonalny wydźwięk powieści jest dla mnie niesamowicie ważny w trakcie lektury i dlatego bardzo często zdarza mi się sięgać po pozycje, które wzruszają i chwytają czytelnika za serce. Po tym jak moje serce książkoholika zostało jednak ostatnio kilkakrotnie roztrzaskane, potrzebowałam lekkiej zmiany klimatu - czegoś co dla odmiany wywoła uśmiech na twarzy. Po raz kolejny zasugerowałam się więc a) własnymi przeczuciami, b) Waszymi pochwalnymi opiniami i c) biedronkową promocją i sięgnęłam po dzieło duetu znanych polskich autorek literatury kobiecej. I zdecydowanie się nie zawiodłam. 

Wszystko zaczyna się stosunkowo niewinnie - od pewnego kota i wrażliwego kierowcy autobusu; kończy się natomiast małà katastrofą - śmiercią wyżej wspomnianego zwierzaka i pobytem w szpitalu Eweliny i Justyny. Kobiety, do tej pory całkowicie sobie obce, łączy teraz wspólny los. Połamane i otumanione lekami zostają uziemione w szpitalu a stery w ich domach są zmuszeni przejąć ich małżonkowie. Sebastian i Mateusz skupieni do tej pory na na pracy i własnych pasjach teraz muszą przejąć opiekę nad dziećmi i innymi codziennymi obowiązkami. A wbrew pozorom nie jest to nic łatwego. 

„Awaria małżeńska” to taka opowieść, która z przymrużeniem oka traktuje o rzeczach ważnych i wartych choćby wspomnienia. Przepełniona komizmem sytuacyjnym tylko z pozoru wyśmiewa męską postawę i gloryfikuje pozycje kobiety w domu. W rzeczywistości „Awaria małżeńska” jest takim pstryczkiem w nos ze strony autorek w kierunku nas - kobiet. Historia dwójki małżeństw przypomina nam o tym jak ważne jest by w natłoku obowiązków nie zapomnieć o rodzinie; i o tym że jeżeli mamy jakieś oczekiwania względem partnera, może warto wyrazić je wprost. 

Zdecydowanie największym atutem powieści jest jej humor. Fabuła, bardzo silnie osadzona we współczesnej rzeczywistości (na co wskazują choćby częste nawiązania do kultury), przepełniona jest dowcipnymi zdarzeniami, które być może niektórzy z czytelników znają z autopsji. Pewne kwestie zostają nieco przerysowane, ale z miejsca dostrzegamy, że jest to zabieg celowy. Tak żebyśmy mieli możliwość utożsamienia się z bohaterami a równocześnie żeby nasze codzienne błędy nie zostały znowu niezauważone. 

Trochę obawiałam się tego, że skoro mamy do czynienia z duetem pisarek, poziom powieści będzie nierówny, ale były to bezpodstawne obawy. Nie wiem jak wyglądał podział pracy między autorkami a to dlatego że jest to niezauważalne w trakcie lektury. Całość charakteryzuje się lekkim i dowcipnym stylem i taką samą atmosferą. Jedyne co mogłabym zarzucić to fakt, że dwukrotnie dopatrzyłam się malutkiego chochlika - zostały pomylone imiona głównych bohaterów (raz pań, raz panów). Ludzką rzeczą jest jednak popełniać błędy i chociaż uważam że ktoś powinien to wyłapać, całość zrekompensowała mi ten drobny mankament. 

„Awaria małżeńska” to takie idealne książkowe remedium na gorszy dzień i wszelkiego rodzaju smutki czy smuteczki. Mimo że jest to historia napisana ze sporą dozą humoru, traktuje o rzeczach i nam czytelnikom bliskich. Pani Magdalena Witkiewicz po raz kolejny mnie nie zawiodła a pani Natasza Socha zachęciła do tego by przyjrzeć się jej twórczości bliżej. Jeśli też cierpicie na Syndrom Złamanego Serca Czytelnika, gorąco polecam Wam lekturę „Awarii małżeńskiej” - u mnie podziałała znakomicie. 

Awaria małżeńska” Natasza Socha i Magdalena Witkiewicz; wydawnictwo Filia; Poznań 2016 ★★★★
Read more

środa, 9 listopada 2016

Okularnik, Katarzyna Bonda
listopada 09, 20160 Comments

Nie ukrywałam tego, że po szumie jaki został zbudowany wokół Katarzyny Bondy, „Pochłaniacz” stanowił dla mnie raczej rozczarowanie. Wypowiedziałam się na ten temat zarówno w poście podsumowującym rok 2015, jak i bezpośrednio w recenzji pierwszego tomu tetralogii o Saszy Załuskiej. Sięgając po „Okularnika” miałam więc całkowicie inne oczekiwania i nastawienie. I szczerze mówiąc teraz sama nie wiem czy drugi tom serii jest lepszy od swojego poprzednika czy na mój pozytywny odbiór wpłynęło moje zrewidowane podejście. 

Sasza Załuska, utalentowana u ceniona profilerka, poważnie rozważa powrót do służby policyjnej. Aby dołączyć do ekipy Ducha musi przejść tylko ostateczny egzamin. Sasza chce jednak najpierw ostatecznie zamknąć swoje sprawy prywatne. By uzyskać odpowiedzi na nurtujące ją pytania udaje się do podlaskiej Hajnówki i ląduje w samym centrum zbrodni. Do lokalnej policji trafiają kolejne niezidentyfikowane czaszki a w trakcie tradycyjnego białoruskiego wesela dochodzi do uprowadzenia panny młodej. Niepowiązane z pozoru sprawy wydają się mieć jeden wspólny mianownik - starego mercedesa Okularnika a tajemnice skrywane przez mieszkańców, sięgają jeszcze II wojny światowej. 

„Okularnik” to niezwykle rozbudowana historia - na co wskazuje już sam gabaryt ów powieści - i zwolennicy lekkiej, szybko poprowadzonej akcji raczej się w niej nie odnajdą. Katarzyna Bonda potwierdza swoją tendencje do tworzenia rozbudowanych portretów psychologicznych bohaterów - nawet tych epizodycznych - i łączeniu aktualnych wydarzeń z tymi z przeszłości, ale w „Okularniku” wydaje się mieć to znacznie mocniejsze podstawy. Większość informacji jakie Katarzyna Bonda zdradza na przestrzeni fabuły ma jakieś znaczenie jeśli chodzi o finał. 

Pomijając jednak intrygę kryminalną, „Okularnik” w doskonały sposób nakreśla tło społeczne a w przypadku podlaskiej Hajnówki pozostaje sporo kwestii do poruszenia. Katarzyna Bonda pokazuje rozłam społeczeństwa na rodowitych Polaków i Białorusinów a także pewną zaściankowość mieszkańców. Co ciekawe, autorka nakreśla konflikt o podłożu narodowościowym zarówno w przeszłości jak i naszych czasach. Działania współczesnych aktywistów nie są może kluczowe dla fabuły, ale stanowią jej intrygujące dopełnienie. 

Oprócz głównej zbrodni, Katarzyna Bonda nawiązuje do pojedynczych wątków rozpoczętych w „Pochłaniaczu” i, co istotne, nadal nie znajdują one finału w „Okularniku”. Brak znajomości pierwszego tomu nie powinien przeszkadzać w tym by czerpać przyjemność z lektury. Ale autorka coraz wyraźniej zaznacza, że całą tetralogię łączy coś więcej niż tylko postać Saszy Załuskiej - a tytuł czwartego tomu sugeruje, że podąży dalej tym tropem. 

„Okularnik” to napisany na wysokim poziomie kryminał, który zyskuje w oczach czytelnika zwłaszcza dzięki rozbudowanemu i intrygującymi tłu społecznemu. Nadal uważam, że twórczość Katarzyny Bondy nie jest dla każdego i mam trochę wątpliwości czy tytuł “królowej polskiego kryminału” nie pojawił się trochę na wyrost. Ale warto dać autorce szansę i przekonać się o tym samemu. Ja swoje drugie podejście zdecydowanie zaliczyłabym do udanych. 

Okularnik” Katarzyna Bonda; wydawnictwo Muza; Warszawa  2015 ★★★★
Read more

poniedziałek, 7 listopada 2016

Muza, Jessie Burton
listopada 07, 20160 Comments

Czekanie na nową powieść autora, który zaskarbił już sympatię czytelnika bywa stresujące. Owszem, jest to okres przepełniony ekscytacją na kolejne spotkanie z jego twórczością, ale z drugiej strony trudno zapanować nad zdenerwowaniem czy dany tytuł spełni wszystkie oczekiwania. Nowa powieść autorstwa Jessie Burton, czyli „Muza” właśnie, nie była w tej kwestii wyjątkiem. Pomimo obaw zabrałam się jednak za lekturę jeszcze tego samego dnia, w którym otrzymałam od wydawnictwa tajemniczą paczkę. 

Odelle Bastien, czarnoskóra imigrantka z Trynidadu, poszukuje w Londynie lepszego życia. Jest utalentowaną i ambitną pisarką, ale w ksenofobicznym mieście ciężko jej znaleźć wymarzone zajęcie. W końcu zostaje zatrudniona jako stenotypistka a na skutek zbiegu okoliczności trafia na niesamowity obraz, który prawdopodobnie wyszedł spod pędzla młodego hiszpańskiego artysty z lat 30 XX wieku. Dzieło to wiąże się z niesamowitą historią rodziny Schlossów - Harolda, Żyda z Wiednia będącego marszandem sztuki, jego pięknej żony Sary i utalentowanej córki Oliwii. 

Jessie Burton po raz kolejny zachwyca - pomimo że „Muza” jest zaledwie drugą powieścią w jej dorobku, przebija w niej niesamowita dojrzałość i talent angielskiej autorki i aż strach pomyśleć o tym jak dalej potoczy się jej literacka kariera. Pisarka z niezwykłą precyzją nakreśla realia ówczesnych czasów - zarówno Londynu w latach 60 XX wieku (skupiając się zwłaszcza na ksenofobii społeczeństwa i trudnościach jakie piętrzyły się przed czarnoskórymi obywatelami), jak i Hiszpanii w latach 30 XX wieku (wplatając tym samym do historii wątek hiszpańskiej wojny domowej). 

„Muza” porusza niezwykle szeroki wachlarz tematów, ale w trakcie lektury nawet przez moment nie towarzyszyło mi poczucie przesytu a każdy z nich wydawał się rozwinięty w satysfakcjonujący sposób. Pomijając problematykę związaną z czasem w jakim rozgrywały się wydarzenia, Jessie Burton poświęca sporo uwagi sztuce i jej tworzeniu. Oba wątki przybliżają nam postacie wielkich artystek - Odelle, która zajmowała się słowem pisanym i Oliwię, która przenosiła swoje uczucia na płótno - i autorce udało się przemknąć w fabule związane z ich twórczością problemy - kwestie samodoskonalenia, poczucia zadowolenia z własnych dzieł czy poszukiwania inspiracji do ich tworzenia. 

Jessie Burton dojrzała jako autorka. Widać to w jej warsztacie i lekkości z jaką opowiada ów historię; w konstrukcji powieści i naturalności z jaką poszczególne wątki łączą się ze sobą; a także w kreacji bohaterów i przestawienie łączących ich relacji. W tym ostatnim zakresie pozytywnie wyróżnia się zwłaszcza wątek rodziny Schlossów. Jessie Burton udaje się doskonale oddać skomplikowane relacje łączące poszczególnych członków rodziny a także ich zaskakującą bliskość z rodzeństwem Robles. 

„Muza” to zachwycająca powieść, która potwierdza ogromny talent literacki Jessie Burton. Wielowymiarowa historia o byciu artystą, poszukiwaniu szczęścia i nieodwzajemnionych uczuciach angażuje czytelnika niemal od pierwszej strony i doprawdy trudno odłożyć ją na bok. Czy jest to opowieść lepsza od „Miniaturzystki”? Nie wiem. Osobiście postawiłabym je na równi pod względem fabularnym, ale widać, że Jessie Burton udoskonaliła swój warsztat. Zdecydowanie powinniście sięgnąć po „Muzę”. Polecam, polecam, polecam. 

Za lekturę dziękuję wydawnictwu Literackiemu

Muza” Jessie Burton; wydawnictwo Literackie; Kraków 2016 ★★★★★

Read more

sobota, 5 listopada 2016

Zapowiedzi listopadowe
listopada 05, 20160 Comments

Należę do tego wąskiego grona osób, które jeszcze nie czują magii świąt. Wiem że wielu z Was słucha już Michaela Bubble i dekoruje pokoje z okazji zbliżających się świąt, ale osobiście uważam, że to ciut za wcześnie. Boże Narodzenie i okres świąteczny to grudzień a nie listopad. Zamiast „Jingle bells” nadal puszczam playlistę Sleeping at last (zwłaszcza, że właśnie wypuścili nowy album na Spotify <3) chętnie zamówiłabym jeszcze pumpkin spice latte; i nawet nie pomyślałam jeszcze o kupowaniu prezentów świątecznych. A kolejną oznaką na to, że mamy jeszcze trochę czasu do świąt są kolejne świeżynki wydawnicze. 


Ostatnio przeżywam mały kryzys jeśli chodzi o gatunek NA, ale November 9  i tak pozostaje jedną z najbardziej wyczekiwanych przeze mnie premier. // O Zagubionej miłości nie wiem zbyt wiele, ale zawsze przypatruje się dłużej nowym pozycjom z pogranicza NA (nawet przy chwilowym kryzysie) //Dręczyciel rzucił mi się w oczy już na zagranicznym booktubie. Poczekam raczej na recenzje recenzentów, ale czuję się zaintrygowana. // Ogromnie rozpaczam, że wydawnictwo nie pozostawiło oryginalnej okładki dla Co mnie zmieniło na zawsze, ale cóż poradzić. Jestem ciekawa jak autorka poradziła sobie z tak trudnym tematem. // Nie czytałam żadnej pozycji Gayle Forman w języku polskim, ale w pewnym sensie nadal jestem nimi zainteresowana. Tymczasem Zostaw mnie to debiut autorki dla dorosłych. // Nie czytałam pozostałych opowiadań od Filii, ale tym razem kupili mnie już samym tytułem - Księgarenka przy ulicy Wiśniowej. Czy to może być złe?

Przy premierze każdej pozycji Jennifer L. Armentrout przypominam sobie, że chciałam poznać jej twórczość, a Oblivion nie jest wyjątkiem. // Uwielbiam pierwszy tom serii więc i po Przebudzenie króla sięgnę na pewno. Zwłaszcza, że posiada absolutnie cudowną oprawę.// Pierwszy tom mnie zaintrygował, ale na Noc kupały czeka zwłaszcza moja mama. // Miałam już kilka podejść do Amerykańskich bogów, ale przed premierą serialu chciałabym im jeszcze dać szansę. No i oprawa jest cudna! // Piąta pora roku to dla mnie absolutna tajemnica, ale w ostatnim czasie czuję jakiś pociąg do fantastyki. // Po raz kolejny, żałuje że Mroczna materia nie posiada oryginalnej okładki, ale słyszałam tyle dobrego na temat treści, że nawet to mnie nie zniechęca. 


Twórczość Tany French zaczęła mnie intrygować po premierze jej najnowszej powieści dlatego z tym większym zadowoleniem przypatruję się premierze wznowienia powieści Zdążyć przed zmrokiem  // Przyglądam się premierom Czarnej serii od jakiegoś czasu i większość ich powieści budzi moje zainteresowanie a Dziewczyna w lodzie nie jest wyjątkiem. // Nadal poluję na pierwszą powieść autorki i nawet nie byłam świadoma, że wydała ona jakiś kryminał/thriller czyli Dotyk właśnie. // Kolejne wznowienie czyli Morderstwa i woń migdałów. Moje uczucia względem twórczości Läckberg nie są szczególnie pozytywne, ale coś mnie w tym intryguje. // Dom czwarty  przypomina mi że mam ogromne tyły z serią! // Po Oldze Rudnickiej i Alku Rogozińskim czuje że potrzebuje więcej kryminałów z humorem, a Francuski piesek  chyba tym właśnie jest. 

Świt, który nie nadejdzie czyli nowy Mróz - jak się nie ekscytować!!! // Po lekturze opowiadania autorstwa Joanny Opiat Bojarskiej mam ochotę na więcej - może właśnie na Niebezpieczną grę. // Na półce czeka na mnie inna pozycja autora, ale i Echo intryguje. //Burza. Czarci pomiot  - bo nawet jeśli nie czytałam żadnego innego tytułu, “Projekt Szekspir” mnie intryguje. // Muza  jest cudowna. Ja już o tym wiem. // Maus  intryguje mnie chyba najbardziej z powieści graficznych. Myślałam że doczekał się juz polskiego wydania ale widać się myliłam. 

A Wy na co czekacie najbardziej?
Read more

piątek, 4 listopada 2016

Głowa pełna duchów, Paul Tremblay
listopada 04, 20160 Comments

Czasami dobrze jest sięgnąć po powieść, o której nie posiadacie zbyt wiele informacji na temat fabuły. I nie chodzi mi nawet o element zaskoczenia w trakcie lektury. Gdybym wiedziała o czym tak naprawdę opowiada „Głowa pełna duchów” prawdopodobnie wcale nie sięgnęłabym po ów tytuł. Chociaż powieść Paula Tremblay’a określa się jako thriller, już sam opis, nie wspominając nawet o właściwej fabule, przywołuje raczej na myśl horror. A jak być może pamiętacie, nie do końca jest to moja para kaloszy. 

Rodzina Barrettów należy do całkiem zwyczajnych przedstawicieli klasy średniej z tą różnicą, że po utracie przez ojca posady, ciężar obowiązku utrzymania rodziny spadł na matkę. Pozorny spokój zostaje zakłócony chorobą starszej z dwóch córek. Czternastoletnia Marjorie zaczyna przejawiać symptomy schizofrenii. Lekarze nie potrafią pomóc dziewczynce, miejscowy ksiądz wydaje się z kolei przekonany, że została ona opętana przez demonami zaleca przeprowadzenie egzorcyzmu. W międzyczasie rodzina Barrettów staje się gwiazdami reality show „Opętanie”. Świadkami obłędu Marjorie są już nie tylko jej bliscy, ale także wpuszczona do domu ekipa telewizyjna. 

„Głowa pełna duchów” to powieść, której klimatem znacznie bliżej do horroru niż thrillera (chociaż nie mogę nazwać samej siebie specjalistką w tym gatunku). Niektóre sceny budzą autentyczny strach a niekiedy wręcz obrzydzenie a wrażenie to Paul Tremblay tylko jeszcze potęguje obierając za narratorkę ośmioletnią dziewczynkę, której spojrzenie na świat przepełnione jest niewinnością i pewną nieświadomością. Zresztą, poprzez blogowe wpisy stanowiące omówienie „Opętania” poprzedzające każdą część powieści, autor przywołuje kilkanaście znanych horrorów. 

Paul Tremblay w idealny sposób konstruuje historię i tak naprawdę nic nie wydaje się w niej przypadkowe. Wstępna scena, w której poznajemy dwudziestotrzyletnią Merry pomaga mu w zbudowaniu atmosfery napięcia i niepokoju - bo od samego początku jesteśmy świadomi, że historia Barrettów nie ma szczęśliwego zakończenia. Wspomniane wyżej wpisy blogowe wytracają krytykom z rąk broń w postaci zarzutu wykorzystania schematów - bo autor sam zwraca uwagę na podobieństwa niektórych scen z klasyką horroru. 

Co więcej, Paul Tremblay doskonale nakreśla także w swojej powieści dramat rodziny. Autor przybliża nam wpływ jaki choroba Marjorie wywiera na psychikę poszczególnych członków rodziny a szczególną wagę przykłada do więzi jaka łączy dziewczynkę z młodszą siostrą. Trudno nie dostrzec bliskości między siostrami, która powoli przeradza się w relacje toksyczną a wręcz wyniszczającą i co stawia samo zakończenie w jeszcze bardziej przerażającym świetle. 

„Głowa pełna duchów” nie jest powieścią po jaką sięgam na co dzień. Pewne sceny wydały mi się aż nazbyt przerażające i odrażające i utrudniało nie to niekiedy lekturę. Ale mimo to nie mogę nie dostrzec zalet ów tytułu - talentu Paula Tremblay’a do zbudowania odpowiedniego klimatu, precyzji przy rozplanowaniu fabuły i uchwycenia niezwykle przekonującej a przez to jeszcze bardziej przerażającej siostrzanej relacji. Nie widzę samej siebie żebym jeszcze raz zasiadła do lektury, ale jestem wdzięczna za to, że miałam okazję się z nią zapoznać - a i Was do tego zachęcam. 

Za lekturę dziękuję wydawnictwu Papierowy Księżyc

Głowa pełna duchów” Paul Tremblay; wydawnictwo Papierowy księżyc;  Słupsk 2016 ★★★★
Read more

czwartek, 3 listopada 2016

Koralina, Neil Gaiman
listopada 03, 20160 Comments

Neil Gaiman jest tego rodzaju autorem, w którego twórczości bardzo chciałam się zakochać, ale jakoś nie wiedziałam jak do tego doprowadzić. Po lekturze „Oceanu na końcu drogi” byłam przekonana, że obrałam dobry kierunek, ale potem kilkakrotnie, bez powodzenia sięgałam po „Amerykańskich bogów” i nasz “literacki romans” zakończył się zanim tak naprawdę się zaczął. Pewnie długo jeszcze zwlekałabym z tym by powrócić do jego twórczości, gdyby nie impuls jaki poczułam w trakcie oglądania pierwszej edycji „Gry o Booktube” i fakt, że „Koralina” idealnie wpasowała się w kilka wyzwań wakacyjnego #7ReadUp. Ale dobrze się stało, że w końcu sięgnęłam po ową pozycje. 

Koralina jest specyficznym dzieckiem - o oryginalnym poczuciu stylu i duszy badacza; ruchliwa i łaknąca uwagi otoczenia. W trakcie pewnego deszczowego popołudnia odkrywa, że jedne z czternastu drzwi w jej domu są zamknięte na klucz i niedostępne. Za nimi znajduje się jedynie ceglany mur - do czasu. Kiedy to Koralina otwiera drzwi przedostaje się do innego domu, który na pierwszy rzut oka niczym nie różni się od jej własnego. Mieszkają w nim nawet podobni sąsiedzi i jej rodzice tyle, że z guzikami zamiast oczu. Wkrótce Koralina odkrywa jednak przerażającą prawdę o domie zza drzwi. 

„Koralina” jest historią napisaną z myślą o dzieciach i momentami widać to w trakcie lektury. I nie chodzi nawet o prosty język, za jego pośrednictwem Neilowi Gaimanowi udaje się uchwycić kilka niesamowicie mądrych i trafnych spostrzeżeń, ale o samą postać Koraliny i to co sobą uosabia. Jej buńczuczność, ciekawość świata i pragnienie by w pewnych sytuacjach to jej potrzeby znajdowały się na pierwszym miejscu - Koralina myśli w taki sposób jak niemal każde dziecko w jej wieku. 

Nie wyobrażam sobie jak przerażająca dla dziecka może być „Koralina”. Po pierwsze, Neil Gaiman niezwykle sugestywnie buduje fabułę w swojej powieści i bazuje na lęku, który w pewnym momencie odczuwał chyba każdy z nas - że przyjdzie moment, w którym będziemy zdani tylko na siebie, bez rodziców. Po drugie, autorowi udało się wydobyć strach nawet ze mnie - osoby, która już jakiś czas temu osiągnęła pełnoletność nie wspominając nawet ile minęło od okresu gdy przekroczyła po raz pierwszy próg “nastu” lat. 

Neil Gaiman wie po prostu jak budować atmosferę w swoich powieściach. „Koralina” jest mroczna i momentami przerażająca a przy tym ma w sobie coś magicznego - baśniowy klimat, który autor wyczarował już w „Oceanie na końcu drogi”. Dodatkowo „Koralina” zachwyca bohaterami - nie wspominając już po raz kolejny o odważnej, nieustraszonej tytułowej postaci, wystarczy zerknąć na Kota. A wszystko to dodatkowo zwieńczone morałem - jak każda dobra powieść dla dzieci. 

Koralina” Neil Gaimna; wydawnictwo Mag; Warszawa 2009 ★★★★
Read more

wtorek, 1 listopada 2016

Światło między oceanami, M. L. Stedman
listopada 01, 20160 Comments

Zdarza się to niestety stosunkowo rzadko, ale czasami po prostu wiem czy dana pozycja przypadnie mi do gustu jeszcze na długo przed tym nim zasiądę do lektury. Tak było też w przypadku ostatnio wznowionej powieści M. L. Stedman - „Światło między oceanami”. Od momentu, w którym usłyszałam o ów tytule po raz pierwszy, czułam, że są to klimaty, w których odnajduje się najlepiej. A zwiastun ekranizacji tylko mnie w tym przeświadczeniu utwierdził. I bez fałszywej skromności mogę powiedzieć, że się nie pomyliłam. 

Tom Sherbourne- nieco tajemniczy inżynier z Sydney, który niechętnie opowiada o swojej przeszłości - poszukuje cichego i spokojnego miejsca do życia. Z dala od ludzi i zgiełku próbuje uporać się ze wspomnieniami z Wielkiej Wojny. Obejmuje posadę latarnika na niezamieszkałej wysepce Janus Rock a wkrótce dołącza tam do niego świeżo poślubiona małżonka Isabelle. Szczęście młodej pary szybko zostaje wystawione na próbę - Isabelle kilkakrotnie traci dziecko i popada w depresje. Przybicie na brzeg Janus Rock łodzi z martwym mężczyzną i zdrową dziewczynką wydaje się być ich małym cudem. Wbrew zasadom i sumieniu, Tom nie informuje o tym zdarzeniu swoich zwierzchników. 

„Światło między oceanami” to niezwykle emocjonalna opowieść o moralnych dylematach zwykłych ludzi i o tym że czasami nawet doby człowiek może podjąć złą decyzje. M. L. Stedman od początku zaznacza problematykę powieści poprzez prolog a następnie zabiera nas w krótką podróż w przeszłość - do momentu gdy Tom przybywa do Janus Rock. Autorka daje nam poznać swoich bohaterów - przekonać się bezpośrednio o tym jakimi ludźmi byli Tom i Isabelle przed podjęciem feralnej decyzji, jakimi kierowali się pobudkami i co zaważyło na ich decyzji. 

M. L. Stedman nie ocenia swoich bohaterów. Owszem, w pewnym momencie stanowisko autorki przebija się w powieści, ale nie zostaje ono narzucone czytelnikom. Wręcz przeciwnie - poznajemy perspektywy bohaterów o odmiennych poglądach (Isabelle i Toma, ale także ludzi, którzy na skutek podjętej przez bohaterów decyzji sporo wycierpieli). Pewne wątki poruszone przez M. L. Stedman nie wypadają równie przekonywująco co ten główny - początkowo jest raczej trudno uwierzyć w wielką miłość Isabelle i Toma i o jego sile przekonywujemy się dopiero z czasem - ale w ogólnym rozrachunku debiut M. L. Stedman budzi ciepłe, pozytywne odczucia. 

Autorka doskonale radzi sobie z tym by kreować postacie, które budzą emocje. Zwłaszcza Tom  staje w centrum zainteresowania czytelnika jako, może nie do końca oczywisty, wzór moralnego zachowania. Miłym dodatkiem, swoistą wisienką na torcie, jest przybliżenie pracy latarnika i osadzenie fabuły na niesamowicie klimatycznej, osamotnionej wysepce/niewielkim miasteczku (z nutką egzotyki spowodowanej australijskiej przyrody). M. L. Stedman udało się też mnie zaskoczyć. Nie przewidziałam kierunku jaki obrała autorka mniej więcej w połowie. Ale jest to miłe zaskoczenie. 

„Światło między ocenami” to klimatyczna opowieść o miłości - tej małżeńskiej i rodzicielskiej i o tym co człowiek jest w stanie dla niej zrobić. M. L. Stedman zmusza do refleksji - nad zachowaniem bohaterów i nad tym jak zachowalibyśmy się na ich miejscu. I nawet jeśli nie unika drobnych wad, koniec końców pozostawia bardzo dobre wrażenie. Jeśli przepadacie za opowieściami, które traktują o ludzkiej moralności i nie ograniczają jej do czarno-białych barw, sięgnijcie po debiut M. L. Stedman. 

Za egzemplarz dziękuję wydawnictwu Albatros

Światło między oceanami” M. L. Stedman; wydawnictwo Albatros; Warszawa 2016 ★★★★
Read more