czwartek, 29 października 2015

Literacki tydzień w Krakowie


Wielu z Was wspominało już o swoich targowych doświadczeniach i w pewnym momencie zaczęłam się zastanawiać czy warto dorzucać jeszcze swoje trzy grosze, zwłaszcza, że to raczej takie marne trzy grosze nieokraszone żadnymi zdjęciami czy wielkimi, odkrywczymi myślami. Magia owych relacji polega jednak na tym, ze każda z nich, nie ważne jak jest ich dużo, wygląda tak naprawdę inaczej, bo też i każdemu towarzyszą inne emocje. Nie ukrywam również, że tegoroczne targi były dla mnie w pewnym sensie wyjątkowe i przełomowe - do tej pory odwiedzając targi skupiałam się głównie na książkowych zakupach i zbieraniu autografów od ulubionych autorów, omijając wszelkie panele dyskusyjne i spotkania autorskie organizowane w salach czy salonikach literackich. Tegoroczne Warszawskie Targi Książki, o których haniebnie nie wspomniałam ani słowem ze względu na letnią sesję, uświadomiły mi jak wiele tracę nie uczęszczając na ów Spotkania z autorami. Po raz pierwszy, mimo że to moje piąte krakowskie targi książki, przeglądałam więc towarzyszący im program pod nieco innym kontem. I dokonałam doskonałego wyboru. Jednak od początku.

Mimo że jestem Krakowianką od urodzenia po raz pierwszy zdecydowałam się również rozpocząć swój literacki tydzień nieco wcześniej i przyjrzeć się bliżej   programowi towarzyszącemu Conrad Festival.  Nie ukrywam, że liczyłam na spotkanie z tegoroczną noblistką Swietłaną Aleksijewicz - zgubiła mnie jednak zmiana decyzji organizatorów. Po ogłoszeniu laureatów nagrody, wprowadzono wejściówki a my - razem z Panną M. trochę za późno  wyłapałyśmy ową informację. We wtorek, rozemocjonowane i pełne oczekiwań byłyśmy jednak już całkowicie przygotowane na spotkanie z panią Olgą Tokarczuk.

Festiwal Conrada w Krakowie, Spotkanie z Olgą Tokarczuk, Fot. Tomasz Wiech

W Pałacu pod Baranami byłyśmy jakieś półgodziny wcześniej i nie miałyśmy jakiś wielkich problemów ze znalezieniem miejsca - niestety nie w pierwszej sali, tylko w drugiej, gdzie nie było mowy żeby coś zobaczyć, ale gdzie w rekompensacie nie było za to nie wiadomo jakich tłumów a i nagłośnienie było świetne. Nie czytałam "Ksiąg Jakubowych", do których w dużej mierze nawiązywał prowadzący jak i sama autorka, ale zupełnie nie przeszkadzało mi to czerpać radości w przysłuchiwaniu się rozmowie. Pani Olga Tokarczuk ma wiele do powiedzenia i potrafi zaciekawić słuchacza (a także zachęcić opornych do zapoznania się   z jej twórczością ;) ). Mój jedyny zarzut skierowany byłby tylko do prowadzącego - za mało interakcji z autorką, za dużo długich pytań które nijak nie nawiązywały do jej poprzednich odpowiedzi i sprawiały wrażenie przygotowanych zawczasu i drobne faux pas na zakończenie. 

Festiwal Conrada w Krakowie, Spotkanie z Hanną Krall, Mariuszem Szczygłem i Wojciechem Tochmanem, Fot. Tomasz Wiech

Czwartkowe spotkanie w ramach festiwalu z Hanną Krall, Mariuszem Szczygłem i Wojciechem Tochmanem oceniłabym jednak już na szóstkę w plusem,mimo że akurat wtedy widać było wady takiej lokalizacji. Podobnie jak we wtorek byłyśmy na miejscu jakieś pół godziny przed czasem z tym że tym razem nie znalazłyśmy już żadnej wolnej przestrzeni do siedzenia i spędziłyśmy półtorej godziny stojąc w dusznym pomieszczeniu otoczone przez masę ludzi (co było irytujące zwłaszcza wówczas gdy ktoś przeciskał się do wyjścia). Tyle, że trio autorów tak świetnie ze sobą współgrało, ze naprawdę nie trudno było nie zawracać sobie tym głowy. Nie jestem znawcą ani w dziedzinie reportażu, ani twórczości któregoś z autorów w szczególności, ale nie żałuje ani chwili poświęconej na owe spotkanie. Mariusz Szczygieł jest doskonałym konferansjerem - było zabawnie, ale nie do przesady z racji na poruszane tematy i po prostu bardzo... naturalnie. Aż chciałoby sie żeby takie chwile potrwały nieco dłużej.

Wejście do hali expo; Zdjęcie z oficjalnie strony Targów targi.krakow.pl

W piątek w godzinach późno popołudniowych zawitałyśmy w końcu na Targi Książki. Nie wiem jak wcześniej, ale około 16 nie było już tłumów ludzi. Sprawnie zeszła zarówno rejestracja blogerska jak i zakup biletu (w przypadku Panny M.).  Nie nastawiałyśmy się tego dnia na żadne konkretne spotkania, więc po prostu pochodziłyśmy trochę po stanowiskach, przyglądając się ich ofertom. Jak co roku chyba promocje nie porażały (w podobnych cenach z łatwością można nabyć tytuły w internetowych dyskontach), ale magia targów robi swoje. Po krótkich dyskusjach przy kawie wybrałyśmy się na szalone zakupy a potem obładowane do granic możliwości pełne entuzjazmu poszłyśmy do wyjścia. 

Wiem, że sporo osób narzekało na to, że nie na każdym stanowisku można było płacić kartą - dla mnie to nawet plus, bo korzystając z gotówki łatwiej zachować kontrolę  nad wydatkami; że były spore kolejki do szatni - z której w tym roku w ogóle nie skorzystałam i nawet nie zorientowałam się że jest darmowa ;); czy że niefortunnie ustawiono stanowiska - z czym akurat się zgodzę, a co przeszkadzało zwłaszcza w sobotę w "godzinach szczytu". Mnie osobiście irytował trochę fakt, że nie wszystkie wydawnictwa informowały widocznie o przewidzianych rabatach - owszem, można było uzyskać takową informację od osób tam pracujących, ale czasami kiedy otaczały ich tłumy ludzi mogło to nieco odstraszyć od zakupów.

 Panel dyskusyjny wydawnictwa Od deski do deski; Zdjęcie z oficjalnie strony Targów targi.krakow.pl

Jako, że osobiście nie mieszkam w centrum Krakowa, maratonowe przeszkody komunikacyjne nie budziły we mnie aż tak ogromnego sprzeciwu - chociaż zgadzam się, ze organizowanie dwóch dużych imprez w tym samym czasie było zupełnie nieprzemyślanym krokiem. Dotarłyśmy na miejsce tuż przed 10 i nie miałyśmy najmniejszych problemów z wejściem do środka - chociaż, ponownie, gdyby nie wejściówka i karnet musiałybyśmy trochę sobie postać, na zewnątrz już formowała się kolejka.  W sobotę nastawiałyśmy się już stricte na spotkania. Chciałyśmy się z Panna M. wybrać na panel dyskusyjny dotyczący literatury kobiecej z udziałem m. in. Niny George, ale z racji tego, że kolidował on z innymi punktami naszego programu, musiałyśmy trochę skorygować nasze plany.  

Sobotę rozpoczęłyśmy od cudownego panelu poświęconego polskim kryminałom z udziałem Gaji Grzegorzewskiej, Katarzyny Puzyńskiej i Ryszarda Ćwirleja. Niefortunny dobór godziny, dziesiąta rano, można było łatwo dostrzec spoglądając na widownie - mimo że kryminał jest teraz jednym z najpopularniejszych gatunków, pozostało sporo wolnych miejsc siedzących. A szkoda bo samo spotkanie przebiegło w naprawdę przyjemnej atmosferze. Widać było sympatię między autorami a także obeznanie prowadzącej w temacie. Zresztą, równie pozytywne odczucia towarzysza mi w przypadku kolejnego panelu organizowanego przez wydawnictwo Od deski do deski z udziałem Janusza Leona Wiśniewskiego, Huberta Klimko Dobrzanieckiego i Łukasza Orbitowskiego, a prowadzonego przez Tomasza Sekielskiego. Od jakiegoś czasu byłam zainteresowana pozycjami, które proponuje wydawnictwo, ale dopiero spotkanie dało mi kopa do działania (efektem czego opuściłam targi bogatsza o jedną z ich pozycji).

Spotkanie z Niną George, Kathryn Taylor i Sofią Caspari; Zdjęcie z oficjalnego fanpage'a targów

Ukoronowaniem trzeciego dnia targów było dla mnie spotkanie z Niną George. Tak jak już wspominałam, niestety nie udało nam się dotrzeć na panel z autorkami, nie mogłyśmy sobie jednak odpuścić podpisywania przez nie książek.  Z boku wyglądało to trochę niefortunnie - wydawnictwo chyba nie przewidziało, że większość ludzi skupi się wokół  Niny George, a Sofia Caspari i Kathryn Taylor większość czasu spędzą siedząc i uśmiechając się do czytelniczek. Samo spotkanie z autorką wspominam jednak z wielką sympatią. Nina Geroge jest niezwykle sympatyczną i otwartą osobą, która dla każdego miała miłe słowo i ciepły uśmiech. 

Wymiana książek; Zdjęcie z oficjalnego fanpage'a targów

Ostatni dzień targów był dla mnie synonimem wymiany książek - trzeciej w moim życiu. Nieco zdziwiła mnie ogromna kolejka na pół godziny przed wymianą, ale nie zamierzałyśmy się z Panną M. poddawać. Zdaje sobie sprawę z tego, że  sporo osób upolowało cudne pozycje, ale osobiście byłam odrobinę rozczarowana rezultatami. Na salę nie weszłyśmy jako pierwsze (ale też nieostatnie ;)  i większość pozycji była już poprzebierana - zostało sporo "Zmierzchów", "Domów nad rozlewiskiem" i pozycji, których zupełnie nie kojarzyłam. Owszem, panie dzielnie dokładały kolejne pozycje, ale trzeba się było sporo naszukać żeby upolować perełki ("Fioletowy hibiskus" - jak ktoś mógł porzucić taką książkę?).

Mimo kilku niedogodności, to był cudny książkowy tydzień i naprawdę żałuje, że dobiegł końca. Za rok z pewnością zdecyduję się na uczestnictwo w podobnych spotkaniach z autorami i nie odpuszczę kolejnego Conrad Festivalu - zwłaszcza, że organizatorzy obiecali lepszą lokalizacje dla takiego tłumu osób ;) Swoimi zdobyczami postaram się z Wami podzielić na początku listopada - bo stosu dawno nie było, a książek przybywa ;) Tymczasem żegnam się z Wami wciąż w iście książkowym nastroju.  I proszę mnie dłużej nie okłamywać, że ludzie nie czytają

¹Zdjęcie pochodzi ze strony krakow.pl

sobota, 24 października 2015

Ścieżki północy, Richard Flanagan


Ogłoszenie tegorocznego zwycięzcy Man Booker Prize stało się punktem zapalnym dla dyskusji - co tak naprawdę daje autorowi owa nagroda i czy rzeczywiście świadczy ona o jakości danego tytułu. I choć osobiście nie obrałam żadnego stanowiska w sprawie, postawione przez blogerów i vlogerów pytania kołatały mi w głowie niemal non stop w trakcie lektury "Ścieżek północy",  za które Richard Flanagan otrzymał wyżej wspomniane wyróżnienie w roku poprzednim . Nafdal jestem daleka od tego by generalizować , ale jedno jest pewne - "Ścieżki północy" zasłużyły na nagrodę.

Dorriego Evans to znany chirurg i australijski bohater narodowy; oddany ojciec i mąż, ze słabością do płci pięknej; człowiek, który mimo pozycji i odnoszonych sukcesów nie potrafi odnaleźć się w swoim życiu. Tak naprawdę Dorriego ścigany jest przez demony z przeszłości - piekło obozu jenieckiego w Japonii, gdzie żołnierze zmuszani byli do niewolniczej pracy nad Koleją Śmierci w Birmie; i Amy, żona jego wuja,  z która połączył go romans io której wciąż, mimo upływu lat, nie jest w stanie zapomnieć...

"Ścieżki północy" to powieść, którą trudno streścić w kilku zdaniach i którą bardzo ciężko zaszufladkować w jednym, konkretnym gatunku. Zdecydowanie nie jest to jednak historia, która podbije serce każdego czytelnika - nawet ja, mimo że z łatwością mogłam wyliczyć co czyni prozę Richarda Flanagana "absolutnie piękną powieścią", miewałam momenty, w których musiałam się zmuszać do dalszej lektury, i to nie tylko ze względu na trudną tematykę.

Richard Flangan przedstawia na kartach swojej powieści historię miłości - takiej, która nadaje życiu sens i motywuje do dalszej walki; i takiej, która pozostaje w człowieku na zawsze - ale nie do końca jest ona jej motywem przewodnim. "Ścieżki północy" to przede wszystkim obraz ludzkiego cierpienia i samotności w czasie wojny, ale także po jej zakończeniu, kiedy teoretycznie wszystko powinno trafić z powrotem na właściwe tory. Richard Flanagan jest przy tym bardzo dosadny w słowach - sceny z obozu jenieckiego, ukazanego zarówno z perspektywy australijskich jeńców jak i ich oprawców, są niezwykle realistyczne i brutalne. Sporo osób wspomina o wzruszeniu towarzyszącym w trakcie lektury, ale to nie jedyne emocje jakie wywołuje autor - gdzieś obok jest jeszcze wstręt, niesmak i niezrozumienie.

Co ciekaw, Richard Flanagan pozostaje raczej oszczędny w słowach i formie. Piękno języka "Ścieżek północy" polega na jego surowości i dosadności. Pewnym utrudnieniem w lekturze pozostaje jednak sposób przedstawienia historii. Richard Flanagan bawi się chronologią - mimo że z czasem jesteśmy w stanie poukładać odpowiednio wydarzenia z okresu dzieciństwa, przedwojennych, obozowych i tych mających miejsce już po wojnie, poznajemy je w pozornie przypadkowej kolejności.Richard Flanagan ujawnia kolejne aspekty powoli, pewne kwestie pozostawiając w sferze domysłów. W przeciwieństwie do innych autorów, stosujących podobny zabieg, nie powtarza żadnych wydarzeń dwukrotnie - czytelnik musi poradzić sobie sam z ułożeniem owej układanki.

"Ścieżki północy" to powieść, do której trzeba w pewnym sensie dojrzeć. By może nie nadaje się do lekkiego, niezobowiązującego czytania, ale skosztowana w odpowiednim momencie rzeczywiście stanowi wyborną lekturę. Richard Flanagan stworzył historię ważną i zapadającą w pamięci czytelnika - monumentalną opowieść o ludzkim cierpieniu , koszmarze wojny i niesamowitej sile prawdziwej miłości. Nie mogę polecić jej każdemu bez wyjątku, bo to nie tego rodzaju pozycja , ale warto dać kiedyś Richardowi Flanaganowi szansę Swojej nagrody nie otrzymał bowiem bez powodu.

"Ścieżki północy", Richard Flanagan; wydawnictwo Literackie; Kraków 2015 

poniedziałek, 12 października 2015

Prawo panny Murphy, Rhys Bowen


Kryminały retro kojarzą mi się przede wszystkim z twórczością królowej gatunku - Agathy Christie, zwłaszcza z tą jej częścią, gdzie mózgiem śledztwa jest niezastąpiony Hercule Poirot. I chociaż uwielbiam, wszystkie te pozycje, postanowiłam tym razem zaryzykować  i w odpowiedzi na głód retro kryminałów spróbować czegoś nowego. Czegoś co swego czasu wzbudziło raczej pozytywne opinie wśród czytelników; i czegoś o czym ponownie przypomniała mi pewna przemiła starsza pani w księgarni -  mianowicie "Prawa panny Murphy" autorstwa Rhys Bowen.

Molly Murphy nigdy nie należała do grona łagodnych, grzecznych panienek, ale tym razem gorący temperament może ją naprawdę sporo kosztować. Kiedy broniąc swojej czci Molly zabija panicza, musi ratować się ucieczką. Zwrot okoliczności sprawia, że dziewczyna - pod przybranym nazwiskiem - trafia na statek Majestic do Nowego Świata. Nie dane jest jej jednak długo cieszyć się wolnością. N a Ellis Island dochodzi do morderstwa jednego z pasażerów, a kobieta, za którą uchodzi Molly jest jedną z podejrzanych.By ratować samą siebie i swojego pierwszego przyjaciela na obcej ziemi przed odesłaniem do Irlandii, dziewczyna podejmuje własne śledztwo w sprawie. 

Moje skromne doświadczenie z kryminałami retro przyzwyczaiły mnie do postaci leciwych detektywów płci męskiej (wyjątek stanowi chyba tylko panna Murple - chociaż i tam mamy do czynienia z niezwykle doświadczoną, wiekową bohaterką), tymczasem Molly dalece odbiega od ich sylwetek. To ten typ charakteru, który budzi sympatię w czytelniku a na który niestety nie natrafiamy często, zwłaszcza gdy mowa o damskich postaciach. Molly ujmuje swoim temperamentem i niezależnością (niezwykła zwłaszcza jak na tamte czasy), przede wszystkim jednak tym, że nie traci głowy w obliczu przeciwności losu. 

"Prawo panny Murphy" to taka idealna pozycja podróżna i nie chodzi mi wcale o to w jaki sposób zdecydowano się na wydanie owego tytułu. Rhys Bowen po prostu dobrze rozplanowała fabułę, niezmiennie utrzymując zainteresowanie czytelnika. Chociaż brak nagłych zwrotów akcji a i samo zakończenie, przy uważnym śledzeniu poszlak, nie jest niemożliwe do przewidzenia, całość czyta się lekko i szybko. Rhys Bowen nie poświęca dużej uwagi kreacji postaci - poza główną bohaterką - skupiając się na przedstawieniu intrygi kryminalnej i delikatnym zarysowaniu wątku romantycznego (czego efekty pewnie dostrzeżemy w kolejnych częściach).

Trudno jednak nie dostrzec jak wiele punktów fabuły wynika tutaj z przypadku - nieoczekiwanych splotów okoliczności. Rhys Bowen przydzieliła trochę za dużą rolę przypadkowi w tej historii - poczynając od szansy na rejs statkiem. I choć niewątpliwie nie pozbawia to całkowicie radości płynącej z lektury, psuje nieco dobre wrażenie i podważa realistyczność owej historii. Na całe szczęście to jednak mój najpoważniejszy i tak naprawdę jedyny zarzut względem twórczości Rhys Bowen  i skrycie liczę na to, że w drugim tomie wypadnie na tej płaszczyźnie nieco lepiej.

"Prawo panny Murphy" to kryminał, który klimatem odbiega od współczesnych pozycji. Brak tu zwrotów akcji i szaleńczego tempa a zamiast tego otrzymujemy klasyczny retro kryminał. Ale nie ma w tym nic złego, zwłaszcza gdy intryga kryminalna przedstawia zadowalający poziom a główna bohaterka szturmem zdobywa serce czytelnika. Jesień to wprost idealny czas na lekturę kryminałów, ale jeśli nie przepadacie za ostatnim trendem pozycji skandynawskich i nie macie akurat ochoty na twórczość klasyków gatunku, spróbujcie z Molly Murphy. Ja z pewnością skosztuję kolejnej części. 

"Prawo panny Murphy", Rhys Bowen ; wydawnictwo Noir Sur Blanc; Kraków 2013 ½


czwartek, 8 października 2015

Liebster blog award


Bardzo dawno nie było na blogu żadnego TAG-u, a już z pewnością nie takiego, który nie dotyczyłby w pełni książek. Chyba nie jest nam ze sobą po drodze - zazwyczaj gdy ktoś mnie nominuje, nigdzie tego nie zapisuję a potem najzwyczajniej w świecie gdzieś mi to umyka. Człowiek się starzeje, takie rzeczy trzeba mu wybaczać. Kiedy jednak Jula z bloga readingmypassion nominowała mnie do Liebster Blog Award (za co zresztą bardzo jej dziękuję) postanowiłam odpowiedzieć na zadane przez nią pytania i przy okazji zdradzić Wam o sobie coś nowego (choć chyba nic z tego nie wyszło, za dużo już wiecie). Nie będę wymieniała kolejnych blogerów, ale gdyby ktoś miał ochotę dołączyć do zabawy - zapraszam!

1. Twoja ulubiona książka
Metafora z matką i ulubionym dzieckiem byłaby tutaj jak najbardziej na miejscu. Przy takiej ilości tytułów nie ma opcji by wyróżnić jedną, jedyną historię; zwłaszcza że z roku na rok do grona ulubieńców trafia ich coraz więcej. Już łatwiej byłoby wytypować top autorów. Z wartości sentymentalnym, w razie konieczności wymieniłabym  chyba "Złodziejkę książek"

2. Ulubione miejsce do czytania
Z racji na to, że nie lubię marnować czasu (i nie lubię się nudzić) czytam w przeróżnych miejscach - na uczelni, w komunikacji miejskiej,w kolejce do lekarza czy czekając na znajomych. Nie będę jednak chyba zbyt oryginalna przyznając się, że najwygodniej czyta mi się w domu, we własnym łóżku, najlepiej z kubkiem czegoś ciepłego do popijania w trakcie lektury.

3. Wolisz kupować książki czy wypożyczać je z biblioteki
Był taki etap w moim życiu, kiedy w ogóle nie korzystałam z zasobów biblioteki publicznej - tak naprawdę bez żadnego konkretnego powodu. Teraz odwiedzam pobliskie filie co najmniej raz w miesiącu i zawsze wychodzę obładowana. Ale książkowy zakupoholizm nie minął. Lubię gromadzić stosy pozycji, zapełniać nimi półki a potem celebrować moment wybierania kolejnego tytułu do przeczytania. Takie małe nieszkodliwe dziwactwo.  

4. Ulubiony czarny charakter
Lubię (bardzo!) Warnera z "Dotyku Julii", ale to taki trochę nietypowy czarny charakter i chyba nie do końca o to chodziło. W takim razie lubię nienawidzić Sami-Wiecie-Kogo (z "Harry'ego Pottera" of course). Naprawdę chciałabym wymyślić kogoś bardziej oryginalnego, ale zazwyczaj staje po dobrej stronie mocy - zbyt dużo uwagi poświęcam bohaterom pozytywnym, a tych "złych" z góry skazuję na porażkę.

5. Film czy książka? Dlaczego?
Książka. A powód jest niezwykle oczywisty - bo bardzo rzadko oglądam jakiekolwiek produkcje filmowe, zwłaszcza w ostatnich latach.Wiecie, że preferuje seriale. Poza tym książki są bardziej namacalne. Kiedy powraca się do nich myślami, można powspominać nie tylko samą historię, ale też sposób w jaki do nas trafiła i okoliczności towarzyszące samej lekturze.

6. Gdzie lubisz spędzać czas? Dlaczego?
Widzicie, ja jestem człowiekiem bardzo skrytym, nieśmiałym i może odrobinę antyspołecznym. Najlepiej czuję się we własnym towarzystwie albo wąskim gronie bliskich znajomych, przyjaciół, rodziny. Lubię spędzać czas w swoich czterech ścianach i tylko co jakiś czas wychylać z nich nos by zachłysnąć się bliskością innych. Albo dla kontrastu spędzać czas na świeżym powietrzu, na spacerach, najlepiej poznając nowe miejsca - choć niezbyt zatłoczone. Sprzeczność goni sprzeczność.

7. Twoje 3 ulubione seriale/filmy
Jako, że przyznałam się, ze preferuje seriale, to nad nimi właśnie będę się rozwodzić, przy czym topowa 3 jest tutaj bardzo płynna i zależy tak naprawdę od poziomu aktualnego sezonu. Na chwilę obecną pierwsze tytuły jakie przychodzą mi do głowy to  Marvel's Agents of SHIELD, Once Upon A Time i The 100 (ale już za tydzień może być inaczej xP)

8. Ulubiona lektura szkolna
Tak naprawdę niewiele jest lektur, które zupełnie mi się nie podobały. A gdyby nie przymus czytania, prawdopodobnie moje uczucia byłyby jeszcze bardziej pozytywne. Moim numerem jeden pozostaje jednak "Opium w rosole" - i nie chodzi nawet o poziom jakie reprezentuje, ale o to, że zaznajomił mnie z twórczością Małgorzaty Musierowicz. A ta autorka odegrała sporą rolę w kształtowaniu mojego gustu literackiego.

9. Ulubiony aktor/aktorka
Nie ma nikogo takiego.  Jest kilka nazwisk, które cenię - za ich grę, ale sympatią obdarzam tak naprawdę tylko odtwórców ulubionych serialowych postaci. A jedna rola w serialu to z kolei chyba trochę za mało by uznać kogoś za swojego "ulubieńca".

10. Jak spędzasz czas poza czytaniem?
Cóż za nudny ze mnie człowiek! W wolnym czasie gdy nie czytam albo nałogowo oglądam seriale albo spędzam czas ze znajomymi/rodziną. Żeby jednak ubarwić chociaż trochę ową wypowiedź i zdradzić Wam odrobinę więcej, zdradzę Wam co najchętniej robimy na naszych babskich sabatach - śpiewamy najbardziej wstydliwe, "obciachowe" piosenki na karaoke - od Justina Biebera, przez oklepane weselne hity aż po przeboje disco polo.

11. Kawa czy herbata?
I to, i to. W domowym zaciszu przeważnie wygrywa kubek smacznej, smakowej herbaty np. takiej z Biedronki o smaku jeżynowym. Natomiast na mieście zdecydowanie wybieram kawę - zwłaszcza gdy może być to Starbucksowy przebój Pumpkin spice latte.

wtorek, 6 października 2015

Światło, którego nie widać, Anthony Doerr


Są takie książki, na które napotykacie się przypadkowe, bez żadnych skonkretyzowanych oczekiwań i te, których oczekujecie jeszcze na długo przed faktyczna premierą. Problem z tymi drugimi polega na tym, że czasami stawia się im zbyt wysoko poprzeczkę, którą każda kolejna pozytywna opinia wynosi jeszcze o stopień w górę, aż w końcu staje się niemal niemożliwa do przeskoczenia. "Światło, którego nie widać" było właśnie taką oczekiwaną z niecierpliwością powieścią i kiedy w końcu znalazła się w moich rękach, byłam sparaliżowana ze strachu, że jednak mi się nie spodoba. I nawet teraz nie mogę wyjść z podziwu, że Anthony Doerr spełnił wszystkie moje oczekiwania.

Marie-Laure mieszka w Paryżu, wychowywana jedynie przez ojca - uzdolnionego twórcę sejfów i klucznika w muzeum. Kiedy w wieku sześciu lat traci wzrok, dziewczynka na nowo uczy się żyć. Odtąd poznaje otaczający ją świat głównie dzięki miniaturze okolicy stworzonej przez ojca i książkom przygodowym. Walter jest z kolei wrażliwym, wychowywanym w domu dziecka Niemcem, który obawia się, ze podzieli los swojego ojca - przysypanego w trakcie pracy w kopalni. Kiedy znajduje stary odbiornik radiowy, jego życie ulega zmianie. Walter staje się specjalistą od naprawy radioodbiorników a jego niezwykłe umiejętności i bystry umysł zapewniają mu miejsce w Wermachcie. Mijają jednak lata i rzeczywistość owej dwójki zostaje naznaczona przez wojnę. Wojnę, która zmusza ich do podejmowania niemożliwych wyborów.

Ciężko jest tak naprawdę opowiedzieć o "Świetle, którego nie widać" i uchwycić w słowa to co w tej historii najpiękniejsze i najbardziej wyjątkowe. Zwłaszcza, ze sama fabuła nie odbiega dalece osadzonych na tle wydarzeń z II wojny światowej. Ale bez wątpienia w prozie Anthony'ego Doerra jest coś wyjątkowego; coś co dojrzewa w czytelniku nawet po skończonej lekturze i coś co sprawia, że wszystkie te wyróżnienia, którymi ów tytuł został nagrodzony wydają się znajdować jak najbardziej na swoim miejscu.

"Światło, którego nie widać" to historia przedstawiona dwutorowo - z jednej strony poznajemy losy naszych bohaterów krok po kroku od roku 1934, kiedy byli jeszcze dziećmi; z drugiej co pewien czas autor wplata wydarzenia z okresu współczesnego postaciom a dokładniej dnia 7 sierpnia 1944 (i dni  kolejnych) jak się potem okazuje kluczowego dla życia owej dwójki. Mimo że to opowieść silnie osadzona w czasach II wojny światowej, Anthony Doerr nie skupia się raczej na ukazaniu walki; nie opisuje też historii miłosnej czego nie wiedzieć czemu się spodziewałam; ani nie opowiada dziejów pewnego szlachetnego, drogocennego kamienia - nawet jeśli stanowi on ważny element fabuły. "Światło, którego nie widać" to historia o tym, kim mogą się stać dzieci wrzucone w trybiki wojny.

Dzięki temu, że Anthony Doerr rozciąga w czasie fabułę, mamy okazję dokładniej przyjrzeć się zachodzącej w bohaterach przemianie. Ale chociaż to Marie-Laure jest postacią budzącą sympatię i szacunek czytelnika - czy to za determinację by się nie poddawać mimo swojej niepełnosprawności; czy przez miłość do literatury czy dzięki swojemu zaangażowaniu w walkę i rozpaczliwej woli przetrwania - to właśnie Walter stanowi najbardziej kompleksową osobowość owej historii. Anthony Doerr ukazuje Waltera niezwykle realistycznie, nie starając się go wyidealizować  czy choćby w pewien sposób tłumaczyć. Chociaż to też już było - przedstawienie wydarzeń wojennych z punktu widzenia Niemca, na dodatek aktywnego w walce - nie było to równie pełne emocji.

"Światło, którego nie widać" to pozycja o której dużo się teraz mówi, na dodatek w większości wypadków w samych superlatywach i być może niektórzy przez to wstrzymują się z lekturą. Ale niektóre historie powinny być czytane i omawiane, a powieść Anthony'ego Doerra właśnie do nich należy. To pięknie napisana opowieść, która uświadamia czytelnikowi ogrom wojennego cierpienia - smutek za utraconymi życiami, ale także za tym co mogłoby się wydarzyć gdyby nie II wojna światowa. Opowieść, którą być może nie wszyscy pokochają, ale którą w pewnym momencie życia po prostu powinno się poznać. 

"Światło, którego nie widać", Anthony Doerr; wydawnictwo Czarna Owca; Warszawa 2015 

niedziela, 4 października 2015

Zapowiedzi październikowe


Październik to miesiąc Targów Książek w Krakowie i przeglądając zapowiedzi trudno o tym zapomnieć. Wiem, że bardzo często powtarzam Was jak wiele ciekawych tytułów czeka na nas w bieżącym miesiącu, ale tym razem naprawdę ciężko się z tym spierać.  Mój spontaniczny i raczej nieplanowany odwyk zakupowy (od TK w Warszawie) z pewnością dobiegnie końca biorąc pod uwagę mnogość intrygujących tytułów października i "zaległości" z poprzednich miesięcy.  Jako że pozycji tym razem jest więcej niż zwykle pozwoliłam sobie na drobną zmianę w sposobie przedstawienia książek - jeśli poczujecie się zaintrygowani okładką i będziecie chcieli poznać więcej szczegółów, poszczególne tytuły zostaną podlinkowane do księgarni internetowych czy strony datapremiery.pl


W październikowych zapowiedziach z pewnością dostrzeżecie pewien trend - mojej nieznajomości poprzednich części i traktowaniu premier najnowszych pozycji jako przypomnienie by wreszcie się za nie zabrać. Sytuacja taka ma miejsce choćby w przypadku "Opposition" - do którego ogromnie zachęcają mnie Wasze recenzje czy "Srebrnych cieni" - przy czym w tym wypadku posiadam przynajmniej pierwszy tom na półce. "Magnus Chase i bogowie z Asgardu"to takie małe przypomnienie, że wciąż nie znam twórczości Ricka Riordana. "Aplikacją" zainteresowała mnie głównie recenzja Marthy Oakiss. Jeśli chodzi o "Po drugiej stronie kartki" - w tym przypadku czytałam poprzedni tom, "Z innej bajki", i mimo że dla mnie nie była to Picoult na równie wysokim poziomie co zwykle, wspominam lekturę z sympatią. Pozostałe trzy pozycje - "Wszystkie jasne miejsca", "Trzynaście powodów" oraz "Byłam tu" - to raczej typowe obyczajówki młodzieżowe, ale zbierają bardzo wysokie noty wśród zagranicznych booktuberów więc może warto im się przyjrzeć bliżej.


Premiera "Bohatera wieków" uświadomiła mi, że wciąż nie znam twórczości Brandona Sandersona, mimo, że przecież nie mogłam się wprost doczekać wznowienia "Z mgły zrodzonego". Podomnie ma się zresztą sytuacja w przypadku "Płonącej burzy" - choć tutaj Wasze recenzje nieco ostudziły mój zapał. "Front burzowy" to tak naprawdę nie nowość tylko wznowienie w związku z premierą najnowszych przygód Dresdena, ale, z oczywistych przyczyn, dla mnie stanowi bardziej interesujący kąsek. Po lekturze "Nomen omen", "Dożywocie" to mój absolutny must have i cieszę się, ze Uroboros zdecydował się na nowe wydanie po pozycja osiągała horrendalne kwoty na allegro.  "O pewnej dziewczynce i jej podróży wokół krainy czarów na okręcie własnoręcznie wykonanym"  i "Zapytaj księżyc" to bardzo miłe niespodzianki - nasłuchałam się na ich temat mnóstwa dobrych rzeczy a nie zdawałam sobie sprawy z polskiej premiery. "Bądź chic!"  i "Elementarz stylu" to już uśmiech w kierunku Panny M. 


"Ocalenie Callie i Kaydena", "Pulse" i "Daj nam ostatnią szansę" to powrót moich myśli do gatunku New Adult - naczytałam się ostatnio sporo powieści kryminalnych i przydałoby mi się coś bardziej romantycznego a inne powieści autorek zbierają pozytywne opinie.  Zresztą, zapotrzebowanie romantycznych wrażeń widać też w przypadku powieści "Po prostu bądź" i "W poszukiwaniu szczęścia". Pozostałe pozycje - "Ścieżki północy", "Tajemna historia" i  "W imię dziecka" - to już głód całkiem innych wrażeń. Smakosza nie tylko pięknych historii, ale i równie smakowitego języka.Ząbki ostrzę sobie zwłaszcza na dzieło Donny Tartt, bo jak doskonale wiecie - jej "Szczygieł" całkowicie mnie oczarował.


"Opactwo świętego grzechu" nie jest ponoć tak dobre  jak inne pozycje autorki, ale proza Sue Monk Kidd bardzo mnie intryguje. Podobnie zresztą jak Jerzego Pilcha - "Bezpowrotnie utracona leworęczność". Zwłaszcza odkąd kilkakrotnie poleciły mi go koleżanki z pracy. "Dziewczyna z pociągu" to mój absolutny must have jeśli chodzi o thrillery. Jeżeli chodzi o "Paskudną historię" - słyszałam sporo dobrego na temat kryminałów Miniera i chciałaby je "przetestować" na sobie. Za piórem Janusza L. Wiśniewskiego nie przepadam, ale jestem zaintrygowana jak poradził sobie z napisaniem książki "na zlecenie"  i czy "I odpuść nam nasze winy..." powtórzy sukces "Innej duszy". Wiem, że wielu z Was jest podekscytowanych "Zaginięciem" i już sam ten fakt wzmaga mój apetyt na "Kasację".  "Zanim będzie za późno" to mój sentyment do serii Kobieca strona thrillera (czy ktoś mi powie gdzie jest coś z klubu "Kobiety to czytają"???) No a "Diabli nadali" to owoc mojej świeżej miłości do Olgi Rudnickiej i jej kryminałów z humorem.

A Wy na jakie pozycje czekacie najbardziej w październiku?

piątek, 2 października 2015

Tysiąc drzewek pomarańczowych, Kathryn Harrison


Prawdopodobnie zdążyliście już zauważyć, że należę do grona czytelników, których stosunkowo łatwo zadowolić. Nawet jeśli z biegiem lat stałam się nieco bardziej wybredna i nie każdy tytuł  jest w stanie mnie zachwycić, rzadko zdarza się bym  czuła się całkowicie rozczarowana lekturą. Rzadko, ale jednak się zdarza, zwłaszcza gdy miałam względem owej pozycji wysokie wymagania. Długo zwlekałam ze zrecenzowaniem "Tysiąca drzewek pomarańczowych" bo myślałam, że kiedy emocje opadną, zmieni się nieco moja opinia na temat owej lektury. Tyle że upływ czasu nic nie zmienił.

Francesca de Luarca jest córką upadłego hodowcy jedwabników.Błędnie podjęta decyzja seniora rodu wprowadziła rodzinę w spore kłopoty finansowe. By się jakoś utrzymać, matka Francescy podejmuje pracę jako mamka a jej "zdolności" szybko przyciągają uwagę ludzi z wyższych sfer,w tym również rodu królewskiego. Z samego szczytu można jednak szybko upaść w dół o czym przekonuje się zarówno oskarżona o czary Francesca jak i, urodzona tego samego dnia, królowa Hiszpanii Maria Louise de Bourbon, która, wbrew oczekiwaniom ludu, wciąż nie zapewniła państwo królewskiego potomka...

Historia wykreowana przez Kathryn Harrison miała naprawdę ogromny potencjał, zwłaszcza wątek młodej królowej Hiszpanii. Marie Louise de Bourbon stanowiła zdecydowanie najjaśniejszy punkt historii. Autorce udało się oddać samotność i ogromną tęsknotę bohaterki a także jej bezradność względem zaistniałej sytuacji - mimo że brak królewskiego potomka spowodowany był stanem fizycznym króla, wina zrzucana była na barki bohaterki. Niestety, Kathryn Harrison widocznie nie zdawała sobie sprawy z tego, który wątek stanowi mocniejszy punkt historii i większą uwagę poświęcała drugiej z bohaterek.

Tymczasem choć obietnica historii Francescy brzmiała doprawdy niezwykle intrygująco, w rzeczywistości prezentowała raczej przeciętny poziom. Przy przedstawianiu losów córki hodowcy jedwabiu , Kathryn Harrison zupełnie nie zawracała sobie głowy chronologią rozgrywających się wydarzeń, wprowadzając do opowieści niepotrzebne poczucie chaosu. Wszystko co najciekawsze i najważniejsze w życiu Francescy, dowiedzieliśmy się już na wstępie. Przewracajac kolejne karty powieści, zamiast ekscytacji, towarzyszy czytelnikowi poczucie znużenia i rosnącej irytacji względem głównej bohaterki.

Kathryn Harrison ma lekkie, barwne pióro, ale nie do końca potrafiła to wykorzystać w "Tysiącu drzewek pomarańczowych". Można było wycisnąć dużo więcej z owej opowieści i niestety widać to wyraźnie w trakcie lektury. Szkoda, że autorka nie pokusiła się na stworzenie barwnego, egzotycznego krajobrazu Hiszpanii. Szkoda, że namiętność, pasja i miłość zostają parę razy w powieści wspomniane, ale nigdy tak naprawdę nie czuć ich w owej historii. I wreszcie szkoda, że zabrakło paralelności wątków Francescy i Marie Louise de Bourbon co przecież sugerował opis.

"Tysiąc drzewek pomarańczowych" zapowiadało się na doskonała powieść osadzoną w historycznych realiach egzotycznej Hiszpanii. Kathryn Harrison, przynajmniej w moim mniemaniu, zmarnowała potencjał owej historii. Interesujący portret młodej królowej i jej samotne zmagania w obcym kraju okazały się jednak niewystarczającym filarem dla całej opowieści, tak samo zresztą jak i lekkie, plastyczne pióro autorki. Ponoć w Polsce mają się pojawić kolejne powieści autorki, ale ja  w tym momencie spasuje. To jednak nie moje klimaty i chociaż być może "Tysiąc drzewek pomarańczowych" zachwyci kogoś z Was, ze swojej strony - nie polecam.

"Tysiąc drzewek pomarańczowych", Kathryn Harrison; wydawnictwo Marginesy; Warszawa 2015