piątek, 2 października 2015

Tysiąc drzewek pomarańczowych, Kathryn Harrison


Prawdopodobnie zdążyliście już zauważyć, że należę do grona czytelników, których stosunkowo łatwo zadowolić. Nawet jeśli z biegiem lat stałam się nieco bardziej wybredna i nie każdy tytuł  jest w stanie mnie zachwycić, rzadko zdarza się bym  czuła się całkowicie rozczarowana lekturą. Rzadko, ale jednak się zdarza, zwłaszcza gdy miałam względem owej pozycji wysokie wymagania. Długo zwlekałam ze zrecenzowaniem "Tysiąca drzewek pomarańczowych" bo myślałam, że kiedy emocje opadną, zmieni się nieco moja opinia na temat owej lektury. Tyle że upływ czasu nic nie zmienił.

Francesca de Luarca jest córką upadłego hodowcy jedwabników.Błędnie podjęta decyzja seniora rodu wprowadziła rodzinę w spore kłopoty finansowe. By się jakoś utrzymać, matka Francescy podejmuje pracę jako mamka a jej "zdolności" szybko przyciągają uwagę ludzi z wyższych sfer,w tym również rodu królewskiego. Z samego szczytu można jednak szybko upaść w dół o czym przekonuje się zarówno oskarżona o czary Francesca jak i, urodzona tego samego dnia, królowa Hiszpanii Maria Louise de Bourbon, która, wbrew oczekiwaniom ludu, wciąż nie zapewniła państwo królewskiego potomka...

Historia wykreowana przez Kathryn Harrison miała naprawdę ogromny potencjał, zwłaszcza wątek młodej królowej Hiszpanii. Marie Louise de Bourbon stanowiła zdecydowanie najjaśniejszy punkt historii. Autorce udało się oddać samotność i ogromną tęsknotę bohaterki a także jej bezradność względem zaistniałej sytuacji - mimo że brak królewskiego potomka spowodowany był stanem fizycznym króla, wina zrzucana była na barki bohaterki. Niestety, Kathryn Harrison widocznie nie zdawała sobie sprawy z tego, który wątek stanowi mocniejszy punkt historii i większą uwagę poświęcała drugiej z bohaterek.

Tymczasem choć obietnica historii Francescy brzmiała doprawdy niezwykle intrygująco, w rzeczywistości prezentowała raczej przeciętny poziom. Przy przedstawianiu losów córki hodowcy jedwabiu , Kathryn Harrison zupełnie nie zawracała sobie głowy chronologią rozgrywających się wydarzeń, wprowadzając do opowieści niepotrzebne poczucie chaosu. Wszystko co najciekawsze i najważniejsze w życiu Francescy, dowiedzieliśmy się już na wstępie. Przewracajac kolejne karty powieści, zamiast ekscytacji, towarzyszy czytelnikowi poczucie znużenia i rosnącej irytacji względem głównej bohaterki.

Kathryn Harrison ma lekkie, barwne pióro, ale nie do końca potrafiła to wykorzystać w "Tysiącu drzewek pomarańczowych". Można było wycisnąć dużo więcej z owej opowieści i niestety widać to wyraźnie w trakcie lektury. Szkoda, że autorka nie pokusiła się na stworzenie barwnego, egzotycznego krajobrazu Hiszpanii. Szkoda, że namiętność, pasja i miłość zostają parę razy w powieści wspomniane, ale nigdy tak naprawdę nie czuć ich w owej historii. I wreszcie szkoda, że zabrakło paralelności wątków Francescy i Marie Louise de Bourbon co przecież sugerował opis.

"Tysiąc drzewek pomarańczowych" zapowiadało się na doskonała powieść osadzoną w historycznych realiach egzotycznej Hiszpanii. Kathryn Harrison, przynajmniej w moim mniemaniu, zmarnowała potencjał owej historii. Interesujący portret młodej królowej i jej samotne zmagania w obcym kraju okazały się jednak niewystarczającym filarem dla całej opowieści, tak samo zresztą jak i lekkie, plastyczne pióro autorki. Ponoć w Polsce mają się pojawić kolejne powieści autorki, ale ja  w tym momencie spasuje. To jednak nie moje klimaty i chociaż być może "Tysiąc drzewek pomarańczowych" zachwyci kogoś z Was, ze swojej strony - nie polecam.

"Tysiąc drzewek pomarańczowych", Kathryn Harrison; wydawnictwo Marginesy; Warszawa 2015 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Każdy Wasz komentarz witam z uśmiechem na ustach. Wszystkie niezmiennie stanowią dla mnie zresztą niewyczerpane źródło motywacji. Będę więc wdzięczna za każdy, nawet najmniejszy pozostawiony przez Was ślad i, w miarę możliwości, postaram się na niego odpowiedzieć.
Kala