niedziela, 5 lipca 2015

Czytnikowa hipokryzja


Bardzo długo przyjmowałam pozycję anty-czytnikową. Mimo niewątpliwych zalet, o których trąbili wszyscy szczęśliwi posiadacze Kundelka- Kindelka, miałam klapki na oczach i uparcie obstawałam przy swoim. Rzucałam argumentami jak z rękawa - że nic nie zastąpi zapachu książki, możliwości jej "obmacania" czy nawet odstawienia na półkę po skończonej lekturze. I wciąż tak uważam, naprawdę. Ale po dwumiesięcznym użytkowaniu własnego Kundelka-Kindelka muszę również przyznać rację zwolennikom czytników. Chociaż tradycyjna forma książki nadal pozostaje moim absolutnym ulubieńcem (i póki co nic nie wskazuje na to by miało to ulec zmianie) zaczynam dostrzegać coraz więcej zalet czytnika - zwłaszcza jeśli, ktoś tak jak i ja, używa go przede wszystkim do czytania książek anglojęzycznych.

O wszystko obwiniam tak naprawdę twittera. Gdyby nie on jeszcze długo nie przyszłoby mi do głowy by zainteresować się tematem i "zachorować" na punkcie posiadania własnego czytanika. Nawet wtedy nie byłam jednak jeszcze w 100% przekonana i jako racjonalny, dorosły człowiek postanowiłam postawić sobie warunek - jeśli do moich urodzin owo pragnienie nie minie dopiero wówczas mogę się zdecydować na zakup (a w praktyce raczej na wybór prezentu, ale chyba wiecie o co mi chodzi) Od maja zdążyliśmy się już trochę zakumulować - w pieknym, niebieskim futerale wcale nie wypomina mi hipokryzji (w końcu tylko krowa nie zmienia zdania). No i posiada całkiem sporo innych zalet.

 OPŁACALNOŚĆ

Książkoholizm nie jest tanim uzależnieniem. Nie ma co ukrywać, że ceny polskich książek nie należą do najniższych, nawet przy promocji -30% jaką oferują zazwyczaj dyskonty książkowe. Kupując nowe pozycje mogę się jednak wytłumaczyć sama przed sobą, że korzystam z nich nie tylko ja, ale również mój mamutek. Przy okazji książek anglojęzycznych ta wymówka nie miała racji bytu. Owszem, zdarzało mi się zamawiać książki na bookdepository, ale bardzo szybko z tego zrezygnowałam. 40 złotych za lekturę na raz, w porywach do dwóch to jednak trochę dużo, zwłaszcza, ze zdarzyło mi się już pokochać jakąś pozycję do tego stopnia, że po polskiej premierze kupowałam drugi egzemplarz - wiecie, żeby mamutek też mógł przeczytać i się zachwycić. Jeśli podobna sytuacja przydarzy mi się w przypadku ebooka nie będę na siebie aż tak zła.

CENA

Wiadomo, ze czasami lepiej zapłacić te kilka złotych więcej dla ciekawej historii i przyjemniejszego doznania czytelniczego, ale ceny amerykańskich ebooków różnią się diametralnie od tych okładkowych. Przede wszystkim, Amazon posiada ogromną pulę darmowych ebooków wzbogacanych codziennie o nowe tytuły. Wiadomo, że trzeba czasami nieźle się obszukać żeby znaleźć coś dla siebie, ale i tak warto - o! choćby jedna z ostatnich nowości wydawnictwa Amber "Forever&always" "kosztowała" mnie porażąjącą kwotę 0,00$ Po drugie, Amazon codziennie obejmuje inne tytuły znacznymi obniżkami cenowymi. Mimo że na swoim czytniku posiadam już paręnaście tytułów (w tym parę naprawdę znanych nazwisk i pozycji) za żadną nie zapłaciłam więcej niż 3$  #takaoszczędna

DOSTĘPNOŚĆ

Wiadomo, że jeśli nie ma się czytnika, nie oznacza to, ze nie ma się dostępu do książek. Przy zakupie polskich pozycji możemy do wyboru do koloru przebierać w ofertach księgarni zarówno stacjonarnych jak i internetowych. Dla wielbicieli powieści anglojęzycznych prawdziwym skarbcem jest z kolei wspomniany powyżej bookdepository. Czytnik posiada jednak nad wszystkimi tymi możliwościami niewątpliwą przewagę. Bez względu na to gdzie się znajdujecie i która jest godzina, przy zakupie jednego kliknięcia możecie zakupić dowolny tytuł z bogatej oferty i po upływie kilku sekund cieszyć się lekturą. Opcja przydatna zwłaszcza w sytuacjach gdy tom serii zakończył się cliffhangerem a wy nie macie pod ręką kolejnej części - zrozumiecie jak to przeżyjecie.

KOMFORT PODRÓŻOWANIA

Przy codziennych podróżach na uczelnię a teraz do pracy w jedną i drugą stronę, a czasami nawet i częściej, człowiek przyzwyczaja się nawet do tego by czytać mimo choroby lokomocyjnej. Oczywiście można tachać w torebce książkę (co sama często wciąż robię jeśli nie mogę się doczekać dalszego ciągu wydarzeń jakiejś historii) ma to jednak dużo wad. Po pierwsze, ze względu na pokaźne gabaryty czy też sposób wydania nie każda pozycja nada się by zabrać ją ze sobą do torby (i czasami nawet nie chodzi o to, że jest ciężka tylko po prostu naprawdę nie macie już wolnego miejsca). Po drugie, książki w torebce niestety bardzo się niszczą - czy to jeśli chodzi o pozaginane rogi czy to pobrudzenie wszelakiego rodzaju duperelami. Przy czytnikach wszelkie te problemy zostają zniwelowane. Na dodatek Kundelek chowa jeszcze inne asy w rękawie - regulowanie jasności ekranu pozwala wam na lekturę nawet wówczas gdy razi Was słońce czy też wręcz przeciwnie - w pomieszczeniu robi się trochę za ciemno.

KILKA TYTUŁÓW POD RĘKĄ

O tym, ze czytnik pozwala nam na zabranie na wakacje jednej walizki mniej chyba nie muszę wspominać. Funkcja podręcznej, podróżnej biblioteczki jest tak powszechnie znana i wspominana, że nie czuję potrzeby aby to powtarzać. Ale wbrew pozorom posiadane kilku/kilkunastu tytułów pod ręką sprawdza się nie tylko w przypadku w obliczu dłuższych wyjazdów, ale także na co dzień. Jeśli czytany tytuł nie przypadnie Wam do gustu, możecie płynnie przejść do kolejnej pozycji. tak samo jeśli w sytuacji gdy nieoczekiwanie spędzicie dodatkowe kilkanaście minut na przystanku/w korku/czekając na znajomego i skończycie lekturę szybciej niż przewidywaliście #sprawdzoneinfo (no bo chyba nie jesteście aż tak zapobiegawczy żeby na co dzień nosić w torbie co najmniej dwóch książek)

A jak to jest u Was? Pozostajecie wierni tradycyjnej formie książki czy daliście się już uwieść czytnikowym zaletom?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Każdy Wasz komentarz witam z uśmiechem na ustach. Wszystkie niezmiennie stanowią dla mnie zresztą niewyczerpane źródło motywacji. Będę więc wdzięczna za każdy, nawet najmniejszy pozostawiony przez Was ślad i, w miarę możliwości, postaram się na niego odpowiedzieć.
Kala