środa, 7 stycznia 2015

Miłość oraz inne dysonanse - Janusz Leon Wiśniewski, Irada Wownenko


Są takie powieści, które chowacie w zakamarkach pamięci, zanim tak naprawdę zgłębicie sie w ich lekturze. "Miłość oraz inne dysonanse" dryfowała w moim umyśle blisko dwa lata, bo od czasu Targów Książki w Krakowie w 2012 roku. Pamiętam tamtą okładkę - piękną, nieco melancholijną i niezwykle romantyczną - banery reklamowe na stanowisku wydawnictwa i dziesiątki kobiet czekających w kolejce po autograf pisarza. I pamiętałam o niej także później, a trakcie zakupów internetowych, ale koniec końców, sięgnęłam po nią dopiero wówczas gdy wygrzebałam ją na bibliotecznym regale. Czy warto było czekać? Powiem szczerze - nie wiem.

Struna to Polak z niemieckim paszportem. Zakochany w muzyce marzył o wielkiej karierze i jeszcze większej miłości. Niestety, rzeczywistość nie dosięgnęła owych marzeń. Efektem czego Struna skończył jako osamotniony rozwodnik w szpitalu psychiatrycznym. Anna to z kolei Rosjanka, pełna równie zawiedzionych marzeń, pozbawiona nadziei. Chciała zostać wielką aktorką i posiadać gromadkę dzieci - skończyła jako rozgoryczona kobieta zamknięta w nieszczęśliwym małżeństwie. Czy dwoje ludzi tak doświadczonych przez los może jeszcze odnaleźć w życiu szczęście?

Mam dziwne, nieprzyjemne uczucie, że zostałam oszukana. Oszukana nie tyle przez samych autorów, co wydawnictwo. Bo obiecali mi historię o wielkiej miłości i namiętności, podczas gdy "Miłość oraz inne dysonanse" spycha te rzeczy na dalszy tor i skupia się na innych aspektach - samotności, muzyce, poszukiwaniu spokoju. Biorąc pod uwagę ten fakt nie zaskoczę chyba nikogo mówiąc, że przez większość lektury brnęłam do przodu zdezorientowana, szukając obiecanych gruszek na wierzbie. Nie muszę też chyba dodawać, że czekać przyszło mi długo a i końcowe gruszki okazały się - cóż, co tu dużo mówić - takie jakieś zgniłe.

Nie mam wątpliwości co do tego, że pan Wiśniewski i pani Wownenko mieli aspiracje do stworzenia wielkiej miłosnej historii. Nie ujmuje również im talentu tyle że tym razem on nie wystarczył. Bo w pewnym momencie historia Struny i Anny się rozdziela a jej wtórne połączenie nie wypada zbyt przekonująco. I pan Wiśniewski i pani Wownenko mieli nieco za dużo do powiedzenia. Historia Struny byłaby piękniejsza bez Anny, a Anny - bez Struny. Po prostu.

Mimo że "Miłość oraz inne dysonanse" mnie nie zachwyciła nie mogę powiedzieć żebym żałowała czasu spędzonego nad lekturą. Tak jak już wspominałam gdzieś między wierszami, można w niej dostrzec talent autorów - zwłaszcza naszego rodaka. Pan Wiśniewski  potrafi przeniknąć do psychiki  człowieka. Stworzyć różnorodne, budzące sympatie portrety bohaterów  - zwłaszcza tych nieźle pokiereszowanych przez los. Trochę szkoda, ze losy takich ludzi jak Magda Schmidtowa, Joshua, Steve czy, moja ulubiona, Joanna, giną w natłoku nazwisk i opowieści. Bo "Miłość oraz inne dysonanse" warto poznać choćby dla nich.

To co stanowi atut powieści Wiśniewskiego i Wownenko, to również umiejętnie wpleciona do historii muzyka. Z racji zawodu głównego bohatera wiedziałam, że w takim czy innym stopniu będzie ona obecna w fabule, ale cieszę się, że autorzy nie ograniczyli się tylko do wymienienia znanych nazwisk. Dla miłośników muzyki klasycznej wyszukiwanie wspomnianych utworów może okazać się nie lada gratką i okazją do poznania nowych dźwięków.

"Miłość oraz inne dysonanse" wzbudziła we mnie sprzeczne uczucia. Z jednej strony jestem zła bo autorzy zmarnowali potencjał i naobiecywali swym czytelnikom gruszek na wierzbie; z drugiej - nie mogę przejść obojętnie obok zalet tej powieści. Koniec końców znalazłam w niej piękną historię miłosną! - choć nie z tej strony, z której tego oczekiwałam. Ja twórczości pana Wiśniewskiego nie skreślam, pewnie wkrótce zapoluję choćby na "S@motność w sieci". Wy musicie podjąć te decyzje sami.

★★

4 komentarze:

  1. Nie miałam jeszcze przyjemności przeczytać żadnej książki napisanej przez pana Wiśniewskiego, zawsze coś mnie powstrzymywało, w każdym razie po przeczytaniu recenzji wydaje mi się, że lepiej zacząć od innej pozycji tego autora, żeby się od razu nie zniechęcić :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Janusz L. Wiśniewski to mój ulubiony polski pisarz. "S@motność w sieci", nie ukrywam, to była Jego najlepsza ksiązka do tej pory, ale kocham wszystko, co wyda, mniej lub bardziej. Może to z uwielbienia do jego znajomości kobiecej duszy, talentu pisarskiego, zgrabnych metafor, odzwierciedlania rzeczywistości taką jaka jest? Polecam Go i ciągle czekam na więcej:) Oby Ci się spodobała reszta twórczości:)

    OdpowiedzUsuń
  3. Ja nie czytałam, ale moja mama tak. Jest fanką Wiśniewskiego i ta też jej się bardzo podobała. ;)

    OdpowiedzUsuń
  4. To dobrze świadczy o książce, że wywołuje tak skrajnie różne odczucia. Może to znak, że warto ją poznać :)

    OdpowiedzUsuń

Każdy Wasz komentarz witam z uśmiechem na ustach. Wszystkie niezmiennie stanowią dla mnie zresztą niewyczerpane źródło motywacji. Będę więc wdzięczna za każdy, nawet najmniejszy pozostawiony przez Was ślad i, w miarę możliwości, postaram się na niego odpowiedzieć.
Kala