Kwestja krwi - Marcin Wroński - Zlodziejka Ksiazek

niedziela, 4 stycznia 2015

Kwestja krwi - Marcin Wroński


Nie tak dawno miałam okazję czytać artykuł o różnorodnych typach kryminałów, których wyznacznikiem był, w głównej mierze, kraj pochodzenia autora. Rozwodzono się nad specyfiką tych skandynawskich i amerykańskich a gdzieś między wierszami przypisano Polakom wzrastającą modę na kryminały retro, co zdziwiło mnie o tyle, że do tej pory nie zetknęłam się z nimi wcale. I oto proszę, kilka miesięcy później w moje ręce trafia najnowsza powieść Marcina Wrońskiego - autora czarnych kryminałów o komisarzu Maciejewskim utrzymanych - uwaga! uwaga! - w klimacie retro właśnie. Taki zbieg okoliczności.

Mamy rok 1926. Komisarz Zygmunt Maciejewski otrzymuje za zadanie zbadanie sprawy pewnej nastoletniej uczennicy zamojskiego gimnazjum. Młoda arystokratka od tygodni nie pojawia się w szkole a jedynym śladem jaki po sobie pozostawiła jest porzucona zakrwawiona rękawiczka. Tak naprawdę nikt nie spodziewa się jednak po Zydze rozwikłania owej tajemnicy - w końcu ważny jest jedynie porządek w papierach, pisemne zamknięcie sprawy rozwiązuje więc cały problem. Mimo to młody komisarz uparcie stara się znaleźć  rozwiązanie... Jest jednak również rok 1952. Zyga Maciejewski nie jest już komisarzem lecz trenerem ligi bokserskiej. Ktoś w Zamościu wyraźnie nie pała jednak do niego sympatią i stara się plotkami zszargać  jego opinię...

"Kwestja krwi" to już siódma część  cyklu o komisarzu Maciejewskim, czytelnicy, którzy, tak jak i ja, nie mieli jeszcze okazji poznać  Zygi, również śmiało mogą sięgnąć  po owy tytuł. Marcin Wroński cofa się niejako w czasie i przedstawia pierwszą w historii sprawę komisarza. W trakcie lektury nie będzie więc towarzyszyć  poczucie zagubienia. Jedyne co pozostanie niejasne to przyczyna, dla której w 1952 roku Zyga trudni się całkowicie odmiennym zajęciem - ale to w żaden sposób nie powinno wpłynąć  na Wasz odbiór lektury.

Sama intryga nie porywa może czytelnika. Marcin Wroński nie zasypuje nas dowodami i kolejnymi poszlakami. Przez znaczną część  powieści nie raczy nas nawet poinformować czy potencjalne zaginięcie, posiada jakieś odzwierciedlenie w rzeczywistości. A i później jednemu krokowi w przód, często towarzyszą dwa w tył. Autor posiada jednak w zanadrzu inne asy w rękawie, które ujawnia w odpowiednim momencie - tak że czytelnik mimo początkowych zgrzytów na poziomie intryg, śledzi lekturę z zainteresowaniem.

Tło społeczno-obyczajowe, które kreśli Wroński jest bowiem znakomite. Przy okazji śledzenia losó Zygi, poznajemy przedwojenny obraz Zamościa i prowincji. Obraz niezbyt piękny, ale prawdziwy z ówczesną rzeczywistością - wszechobecny bród i ubóstwo; czarny światek pełen sprzedajnych panienek i pogrążonych w smutku i beznadziei pijaków; brak zainteresowania polityką a jedynie własnym interesem. Z racji na to, kim jest główny bohater , przybliżona zostaje zwłaszcza postawa dawnego aparatu wymiaru sprawiedliwości.

Chociaż fabułą została poprowadzona dwutorowo, autor kładzie nacisk na wydarzenia z roku 1926. Początkowo obawiałam się nieco tego, że między obiema częściami nie ma wspólnych elementów, ale były to obawy bezpodstawne. Jak to się mówi - koniec końców wszystko układa się w spójną logiczną całość. A już przy finale panu Wrońskiemu udało się mnie nawet zaskoczyć - za wcześnie uśpiłam czujność.

"Kwestja krwi" to zdecydowanie pozycja dobra, choć  niepozbawiona wad. Marcin Wroński stosuje wypróbowaną już koncepcję dwutorowego poprowadzenia fabuły, dając tym samym swoim czytelnikom możliwość  poznania Zamościa przed- i powojennego. Największym walorem "Kwestji krwi" pozostaje jednak wyraźnie nakreślone tło społeczno-obyczajowe. I jeśli inne retro kryminały miałyby być  chociaż tak samo dobre jak ten Wrońskiego nie mam nic przeciwko temu by stały się one "modne". I by były naszą polską wizytówką kryminałów. 

★★½