stycznia 2015 - Zlodziejka Ksiazek

sobota, 31 stycznia 2015

Podsumowanie stycznia
stycznia 31, 20150 Comments

Jako że sesja rządzi się swoimi prawami styczeń nie był dla mnie miesiącem bogatym w lektury, które nie były równocześnie moimi notatkami tudzież podręcznikami. W moim przypadku stwierdzenie, że styczeń jest najlepszym czytelniczym miesiącem - bo chce się spełnić wszystkie wyzwania i ma się jeszcze tyle ambicji - zdecydowanie się nie sprawdza. I nawet nie chodzi o to, że przeczytałam 5 książek, bo w gruncie rzeczy to przecież naprawdę dobry wynik, ale o to, że między 11, a 25 stycznia nie czytałam nic (co nie było notatkami, ale to już chyba wiecie).

Cieszy mnie natomiast to, że wśród owej piątki znalazły się niemal same cudowne tytuły (chociaż szkoda, że nie przekłada się to na poziom recenzowanych pozycji, tutaj raczej średni poziom), a także (czego tutaj nie widzicie) że udało mi się wrócić do oglądania filmów i seriali, a nawet raz wybrać się do muzeum na wystawę obrazów Olgi Boznańskiej. Dzięki Waszym poleceniom zabrałam się za 1 sezon  Arrow, a w czasie trwania całego miesiąca nadrobiłam już wszystkie dostępne odcinki. I choć nie jest to najlepsza produkcja ever, zdecydowanie posiada w sobie coś uzależniającego (team Arrow jest cudowny, z Felicity na czele).

Sami widzicie - nawet jeśli Kala ma chwilowy zastój w czytelnictwie, nigdy całkowicie nie odpoczywa od kultury.

PRZECZYTANE:

Rozważna i romantyczna, Jane Austen ★★
Kruche więzi, Lisa Unger ★★½
Pięć małych świnek, Agatha Christie ★★
Ostatni list od kochanka, Jojo Moyes ★★
Lawendowy pokój, Nina George ★★

STATYSTYKI STYCZNIOWE:

Przeczytane: 5
Strony:  1 840
Ocena: 4,3
KSIĄŻKA MIESIĄCA:


STATYSTYKI ROCZNE:

Przeczytane: 5
Strony:  1 840
Ocena: 4,3

RECENZJE:


INNE POSTY:
Read more

piątek, 30 stycznia 2015

Styczniowe linki miesiąca
stycznia 30, 20150 Comments

Sesja porwała mnie w swoje szpony. Połknęła w całości, wolno przeżuwała, ale koniec końców wypluła i pozwoliła wrócić do świata żywych - zarówno tego wirtualnego jak i rzeczywistego. Dawno nie czułam się tak wspaniale chwytając do rąk książkę, co więcej jednak - dawno nie byłam jednak z siebie równie zadowolona. I choćby dla tego uczucia satysfakcji i radości warto było przetrwać te kilka wytężonych tygodni nauki. Zwłaszcza, że teraz mogę cieszyć się dodatkowo niemal czterema tygodniami wolnego. 

Niestety, z racji na ilość czasu jaką musiałam poświęcić nauce, nie udało mi się wcielić w życie planu  "3 notek w tygodniu" (ale spokojnie, co się odwlecze to nie uciecze). Na Złodziejce książek zawiało w pewnym momencie nudą - chociaż przyznanie się do tego przychodzi mi z trudem, możecie mi wierzyć.  W ramach rekompensaty postanowiłam jednak wreszcie ruszyć z cyklem linków miesiąca, który od pewnego czasu podglądam na Waszych blogach i którego ogromnie Wam zazdroszczę. Nie przedłużając, oto kilkanaście linków, które koniecznie powinny zwrócić Waszą  uwagę ;)

1) Nie polecę Wam dużo recenzji, bo chciałam zwrócić uwagę na nieco  inne artykuły, ale są trzy teksty, o których po prostu nie mogę nie wspomnieć.  Po pierwsze, Gagatek i jej tekst o "Maybe someday" - kilka miesięcy temu to mnie zachwyciła owa powieść i ogromnie cieszę się, że nie jestem w tym uczuciu osamotniona. Po drugie, jedna z pierwszych recenzji "Czerwonej królowej", która uświadomiła mi, że jednak chcę przeczytać ową książkę.  i po trzecie, recenzja "Innych zasad lata", która pokazała mi, że jednak nie wiem jakie hity zagranicznych booktuberów trafiają na nasze półki.

2) ...skoro mowa o booktuberach subiektywna piątka najlepszych. Jeśli sami nie mieliście jeszcze okazji wkroczyć do świata booktube'a, może znajdziecie jakąś inspiracje, na jakie kanały warto zwrócić uwagę.

3) Co prawda sama lata szkolne mam już za sobą, a na uczelni mało kto zwraca uwagę kto co robi na zajęciach, ale takie posty zawsze czyta się z przyjemnością i nostalgią. Poza tym, może ktoś z Was szuka sposobu na czytanie książek na lekcjach (swoją drogą, po wypróbowaniu dajcie znać jak sprawdza się w praktyce)

4) Większość z Was  już pewnie widziała ów blog, a jak nie blog to chociaż ten konkretny post, ale i tak czuję się zobowiązana przypomnieć Wam o nim. W końcu niecodziennie publikowana jest lista najważniejszych blogów książkowych (nawet jeśli całkowicie subiektywna).

5) Wychodząc na chwilę ze strefy blogów książkowych (i dając Wam czas na przyjrzenie się tym wyróżnionym powyżej) podrzucę Wam link do jednego z kilku blogów lifestyle-owych (chociaż mam wrażenie, że ostatnio ten przymiotnik nie kojarzy się najlepiej) jakie śledzę, a konkretnie do jednego posta - jak ruszyć z miejsca, a jeśli będziecie chcieć więcej - a coś czuję, że tak właśnie się stanie - dwa kolejne posty z owego cyklu - przestań być leniem! i przestań przejmować się zdaniem innych!

6) Wracając z powrotem do tego co my tygryski lubimy najbardziej (czyli książek), kolejny osławiony już tekst o klasykach i o tym, że nie warto się ich bać.

7) My wszyscy wiemy, że warto czytać i nie musimy szukać żadnych konkretnych powodów, ale jeśli wśród waszych znajomych jest ktoś kto nie zgadza się z owym stwierdzeniem - zawsze można mu podrzucić artykuł z aż 11 odpowiedziami dlaczego 

8) Spotkaliście się już kiedyś ze sformułowaniem, że w pewnym wieku książek młodzieżowych nie wypada nam czytać? Cóż, nie jesteście osamotnieni. Pyza Wędrowniczka krok po kroku udowodni Wam jak grubymi nićmi są szyte takowe opinie.

9) Opinii na temat tego czy warto czytać kilka książek jednocześnie  jest więcej niż mogłoby się pierwotnie wydawać. Niektórzy jednak nie mają co do tego żadnych wątpliwości i jeszcze są w stanie do tego przekonać innych - 7 powodami.

10) Czy zdarzyła się wam sytuacja, w której po skończonej lekturze nie mogliście znaleźć odpowiednich słów na opisanie swoich wrażeń?  Tak, nie jesteście sami. Okazuje się, że jest  20 słów, które powinny wzbogacić słownik mola książkowego. Co najmniej 20.

11) Okazuje się, że nie tylko My kochamy czytać. Bo co najmniej 11 bohaterów seriali telewizyjnych kocha książki niemal tak samo. (I to nic, że większości z nich nie znam, ważne, że wiem, że oni istnieją)

12) Mało kto lubi pracować, ale istnieją takie zawody, które mól książkowy by pokochał. I choć nie z każdym z nich się zgadzam, zdecydowanie znalazłabym wśród owej 9 coś dla siebie.

13) Zaczynamy ucztę dla wzroku. Dla rozbudzenia Waszego apetytu - różnorodne ilustracje ze świata Harry'ego Pottera cz. 1 i cz. 2 (dla wiecznie nienasyconych). Swoją drogą, zdecydowanie zatęskniłam za klimatem owego świata i jakikolwiek prequel przyjęłabym z niewysłowioną radością.

14) Obaliliśmy już wspólnie kilka mitów dotyczących bibliotek, a dziś przedstawię Wam dodatkowo 25 takich bibliotek, które przyprawią Was o szybsze bicie serca. O, w takim miejscu zdecydowanie mogłabym zamieszkać.

15) I na koniec nie tylko coś dla wzroku, ale i słuchu. Bo nie ma nic piękniejszego niż widok Collina O'Donoghue (zwłaszcza bez czarnej kredki). No chyba, że widok Collina O'Donoghue, który z taką czułością zajmuje się storczykami.



Read more

czwartek, 22 stycznia 2015

Zanim zasnę (Before  I go to sleep, 2014)
stycznia 22, 20150 Comments

Chociaż z reguły preferuje kolejność najpierw książka, potem film, zdarza mi się ową zasadę celowo i z premedytacją łamać, nierzadko całkowicie rezygnując już z lektury (co z pewnością niszczy moją nieposzlakowaną opinię mola książkowego). Siadając przed monitorem laptopa i włączając przycisk odtwarzania , również byłam świadoma faktu, że istnieje książkowy pierwowzór "Zanim zasnę" - ponoć dobry. Tylko, że ja miałam ochotę na film, nie na książkę. A sądząc po opiniach krążących w internecie, wpłynęło to raczej korzystnie na mój odbiór.

 Christine budzi się codziennie nie pamiętając kim jest i nie potrafiąc sobie przypomnieć wydarzeń z przeszłości. Wydaje jej się, że jest młodą dwudziestolatką z całym życiem przed sobą, podczas gdy jego połowa znajduje się  już za nią. będąca skutkiem wypadku amnezja, sprawia, ze Christine jest uzależniona od swojego męża. W tajemnicy przed Benem kobieta prowadzi jednak video pamiętnik by w przynajmniej taki sposób uporządkować otaczającą ją rzeczywistość. Jego treść odbiega jednak od tego co słyszy od swego współmałżonka. Christine postanawia odkryć prawdę o tym co naprawdę wydarzyło się w noc wypadku.

"Zanim zasnę" posiadał naprawdę spory potencjał. Po pierwsze, tematyka amnezji, którą można było rozwinąć w ciekawy sposób. Po drugie, głośne nazwiska, które przeważnie stoją za naprawdę przyzwoitymi (jeśli nawet nie dobrymi) filmami. Po trzecie wreszcie, porównanie do jednego z moich ukochanych filmów czyli "Incepcji" (swoją drogą, nie mam pojęcia skąd się ono wzięło). Każdy z tych powodów był jednak równocześnie przysłowiowym gwoździem do trumny dla tej produkcji. Bo człowiek siadał do seansu z wielkimi oczekiwaniami, a zostawał z przeciętnym filmem, który posiada w sobie tyle nieścisłości, że głowa mała.

Nie jestem wielkim kinomanem, który z pamięci rzuca nazwiskami reżyserów i zdobywców nagród i nie mam na swoim koncie setek obejrzanych thrillerów. Nie domyśliłam się więc zwrotu akcji- z powodu czego jest mi teraz trochę wstyd, bo ponoć była to oczywista oczywistość, cóż, jak widać nie dla wszystkich. Szkoda jednak, że w chwili, w której się on pojawia, napięci spada na łeb na szyję niszcząc całą zbudowaną do tej pory atmosferę (która, nomen omen, i tak do najlepszych nie należała).

To nie jest thriller z prawdziwego zdarzenia, a już na pewno nie jest to dobry thriller psychologiczny. Czy wina leży w scenariuszu czy w aktorach - nie wiem. Ale oglądając "Zanim zasnę" ma się wrażenie jakby ktoś zapomniał postawić przysłowiową kropkę nad "i". Dużo tutaj niepotrzebnej zapobiegliwości a sam temat amnezji zostaje potraktowany zaskakująco powierzchownie.  Koniec końców "Zanim zasnę" bliżej do melodramatu niż thrillera.

Szkoda, że mimo głośnych nazwisk, nie ma również czego chwalić w grze aktorskiej. Nie należę do zagorzałych przeciwniczek Nicole Kidman (bo wystarczy przywołać choćby "Pokusę" by wiedzieć, że potrafi wykreować dobrą, przekonującą postać), ale zdecydowanie nie pokazała się z najlepszej strony. Aktorka zachowuje sie jak automat - jej gestom, reakcjom, mimice... brak autentyczności i naturalności. Zmarnowany potencjał tkwi również w Colinie Firthie - i mówię to z ogromnym ubolewaniem. Wreszcie mógł wejść w jakąś nową rolę, pokazać sie z innej strony, ale w odpowiednim, kulminacyjnym momencie jakby się wycofuje - po raz kolejny zapobiegawcza ostrożność.

"Zanim zasnę" mógł być fantastycznym filmem - dokładnie tak jak to zapowiadano. Ktoś wyraźnie był jednak zbyt zapobiegawczy by tego dokonać. Z góry zasugerowano nam, że przez pierwszą połowę będziemy zarzucani kłamstwami. Film obdarto z tła psychologicznego. A napięcie zamiast rosnąć albo toczy się stale, albo - co gorsza - spada w dół. Wszystko to sprawia, że  "Zanim zasnę" jest filmem bardzo przeciętnym a i to w głównej mierze za sprawą elementu zaskoczenia. Jeśli więc ktoś domyślił się zakończenia, gorąco mu współczuję.


★★½

Read more

sobota, 17 stycznia 2015

W śnieżną noc - Maureen Johnson, John Green i Lauren Myracle
stycznia 17, 20150 Comments

Kiedy za oknem nie ma śniegu, świąteczne piosenki puszczone w radiu zamiast nastrajać - budzą jedynie irytacje i ogólnie ciężko jest poczuć magię świąt, trzeba się ratować jakoś inaczej. Jak to się mówi - każde chwyty dozwolone.   Oczywiście, szukając literackiego ratunku mogłam postawić na klasykę i zdecydować się na "Opowieść wigilijną". Ale szukałam czegoś nowego, a wy podsuwaliście mi "W śnieżną noc" z każdej możliwej strony.No iw końcu, razem z marchewką i lodami śmietankowymi (bo w trakcie takiej zimy-nie-zimy lody są wskazane), owa pozycja trafiła do biedronkowego koszyka, a dzień przed świętami szybko ściągnęłam ją z półki.

To nie są wymarzone święta dla żadnego z bohaterów opowiadań. Śnieżyca stulecia zaskakuje chyba wszystkich i odcina małe miasteczko Gracetown od reszty świata. Chcąc nie chcąc, Jubilatka musi zmierzyć się z kolejną kłodą jaką rzuca jej pod nogi los i pogodzić z faktem, że w tym roku święta spędzi nie z rodzicami, dziadkami, ani nawet swym idealnym chłopakiem, lecz rodzina przypadkowo spotkanego Stuarta. Tobian nareszcie może odetchnąć, teraz, gdy jego rodzice utknęli gdzieś na lotnisku i razem z przyjaciółmi przeżyć wspaniałą przygodę. A Addie - Addie chyba nareszcie powinna uporządkować sprawę z swoim chłopakiem, no i może przestać stawiać swoją osobę w centrum całego świata... To będą wyjątkowe święta dla całej trójki, ale i innych mieszkańców. W końcu do Gracetown niecodziennie trafia drużyna cheerleaderek czy mikro prosiaczek.

Za zbiorem tych trzech świątecznych opowiadań stałą ogromna kampania reklamowa na blogach i jeśli śledzicie choc kilka najpopularniejszych, nie wierzę, że nie obił się Wam o uszy owy tytuł. Zwłaszcza, że nazwisko Johna Greena wyraźnie zaświeciło jakąś zieloną lampkę w głowach księgarzy, "W śnieżna noc" atakowało nie tylko z internetu lecz również z półek większych księgarni/sklepów (empik, matras, czy wspomniana już Biedronka - wiecie o czym mówię, prawda?). Równie dobrze mogłabym więc sobie darować tą pseudo recenzję, ale wiecie, że ja lubię wtrącać we wszystko swoje trzy grosze. 

Ogólnie rzecz biorąc, zgodzę się, że to całkiem miła, przyjemna lektura - w sam raz na trzy kolejne świąteczne wieczory. Mimo że każde opowiadanie zostało napisane przez innego autora i nie wszystkie z nich podobały mi się w równym stopniu, nie widać jakiejś rażącej różnicy w stylu pisania czy głównej konwencji. Wszyscy autorzy piszą o problemach, które dotykają młodzieży, ale nie wnikają w nie zbyt głęboko by zachować lekką świąteczną atmosferę; wszyscy przedstawiają swoje historie z humorem, z punktu widzenia pierwszoosobowego narratora; i wszyscy fundują bohaterom dosyć przewidywalny happy end. 

Podoba mi się, że owy zbiór opowiadań, nie jest zbiorem tylko i wyłącznie z nazwy. Przez nawiązania do poprzednich historii widać, ze autorzy ze sobą współpracowali w trakcie pracy. Doceniam również ową lekką, świąteczną atmosferę - choć prawdę mówiąc bardziej jest to atmosfera zimowa niż typowo świąteczna. A jednak mimo wszystko po skończonej lekturze nie byłam... zachwycona, a nawet czułam się delikatnie, delikatnie rozczarowana.

Będąc zupełnie szczerą ze sobą samą i z Wami wszystkimi powinnam powiedzieć, ze sporo w tym "winy" Johna Greena. Twórczości Lauren Myracle nie znałam wcale, a Maureen Johnson - jak przez mgłę (cudowne, choć nieco już przeze mnie zapomniane - "13 małych, błękitnych kopert") i nie miałam względem tych pań żadnych konkretnych oczekiwań. Tymczasem to właśnie ich opowiadania przypadły mi do gustu bardziej, podczas gdy to autorstwa Zielonego z rzadka wzbudzało na mojej twarzy delikatny uśmiech, a częściej niestety nużyło.

"W śnieżna noc" jest dokładnie tym czym mówiliście - zbiorem lekkich, całkiem przyjemnych opowiadanek osadzonych w zimowym klimacie. Dużo w nim lukru, który w innym okresie byłby nie do zjedzenia, ale w grudniu, kiedy w tle grają kolędy, gładko przechodzi przez gardło i pozostawia jeszcze przyjemną słodycz w żołądku. W żadnym wypadku nie jest to jednak literatura wybitna i jeśli nie potrzebujecie żadnego świątecznego/zimowego wspomagacza, możecie śmiało darować sobie lekturę.


★★½

Read more

wtorek, 13 stycznia 2015

Zapowiedzi  styczniowe
stycznia 13, 20150 Comments


Mam wrażenie, że sesja mnie wessała, mimo że tak naprawdę jeszcze się nie zaczęła. Nie sprawia to jednak, że pozostaję ślepa na nadchodzące nowości. Wręcz przeciwnie, czuję potrzebę zakupu w celu poprawienia sobie humoru i dodania nieco motywacji. Wiecie jak to jest, człowiek zestresowany jest bardziej skłonny do wydania nawet ostatnich pieniędzy. Zamiast zakupów, postanowiłam jednak przedstawić wam ciekawsze zapowiedzi na styczeń (Hahaha! I tak coś kupię!). Szkoda, że przesunięto premierę niektórych tytułów (Misja 100!!!), ale co się odwlecze to nie uciecze - czy jakoś tak. 

13 STYCZNIA:


CICHO SZA - LISA SCOTTOLINE

Bestsellerowa autorka Lisa Scottoline napisała znakomitą powieść o miłości ojcowskiej i poświęceniach, do jakich jesteśmy zdolni, by chronić najbliższych.

Stosunki Jake'a Buckmana z szesnastoletnim synem, Ryanem, nie układają się najlepiej. Zaniepokojony ich wzajemnym brakiem kontaktu, Jake postanawia odebrać Ryana z podmiejskiego kina i spędzić z nim trochę czasu. Kiedy Ryan prosi, by ojciec pozwolił mu poprowadzić samochód na mało uczęszczanej drodze, Jake wyraża zgodę, widząc w tym szansę na zbliżenie się do syna. Jednak rodzinne zawieszenie broni gwałtownie zamienia się w koszmar. Dochodzi do tragedii, a Jake musi w ułamku sekundy podjąć decyzję, która pogrąży ojca i syna w poczuciu winy i wplącze w sieć kłamstw. Jake i Ryan zostają przytłoczeni ciężarem łączącej ich tajemnicy, która może doprowadzić całą rodzinę do zguby.

Czym jest rodzicielstwo? 
Na jak wiele możemy sobie pozwolić, by chronić tych, których kochamy?

Czytałam do tej pory tylko jedną jedyną powieść autorki - "Spójrz mi w oczy" i wywarła na mnie bardzo dobre wrażenie. Nie ukrywam również, że ufam tytułom wydanym w serii "Kobiety to czytają!". Z reguły są to nie tylko mocne nazwiska, ale i, najzwyczajniej w świecie, dobre historie. Może nie jest to mój priorytet (mam innego faworyta), ale z pewnością sięgnę po ten tytuł w niedalekiej przyszłości.

14 STYCZNIA:


DZIENNIK - ANNE FRANK

Jedną z najważniejszych książek XX wieku, tłumaczoną na kilkadziesiąt języków, wielokrotnie ekranizowaną, napisała trzynastoletnia dziewczynka.
II wojna światowa. Zwykłe mieszkanie w centrum Amsterdamu nagle staje się schronieniem, więzieniem i całym światem dla żydowskiej nastolatki Anne, jej rodziny i znajomych. Przez ponad dwa lata, w ciągłym strachu przed wykryciem, próbują oni normalnie żyć, łagodzić codzienne konflikty, doceniać małe radości.
Największą tajemnicą Anne jest zmyślona przyjaciółka Kitty, której opowiada o wszystkim, co dzieje się w kryjówce: przerażeniu, plotkach, kłótniach, pierwszej miłości. Sekretne listy do Kitty układają się w przejmujący dziennik dziecka, obdarzonego niezwykłym zmysłem obserwacji i dojrzałością.
Ostatni zapisek powstał 1 sierpnia 1944 roku - na trzy dni przed aresztowaniem i wywiezieniem do obozu koncentracyjnego wszystkich mieszkańców kryjówki.
Ojciec Anne, Otto H. Frank, przeżył wojnę i w 1963 roku założył fundację, która czuwa nad rozpowszechnianiem cudem ocalonego dziennika córki. W 2013 roku Fundacja im. Anne Frank rozpoczęła współpracę z UNICEF-em. Dzięki temu część dochodów ze sprzedaży niniejszej książki zostaje przekazana na cele walki o prawa dzieci na całym świecie.

Polowałam na ten tytuł od dawna (a na pewno od kilku miesięcy), ale był nie do zdobycia. Nakład wyczerpany, egzemplarzy w miejscowej bibliotece brak - sami rozumiecie, człowiekowi zostaje tylko się załamać. Kiedy więc dowiedziałam się o tym, że owy tytuł doczeka się ponownego wydania wiedziałam, że będzie to pierwsza książka jaką zakupię w styczniu. Mam nadzieję, że się nie zawiodę.


POWIEDZ WILKOM, ŻE JESTEM W DOMU - CAROL RIFKA BUNT

1987 r. Świat czternastoletniej June wywraca się do góry nogami, kiedy na nieznaną chorobę umiera najbliższa jej osoba, wujek Finn. Na pogrzebie dziewczynka dostrzega tajemniczego mężczyznę, a kilka dni później otrzymuje paczkę z rzeczami Finna i prośbą o spotkanie... 

Jeden z tych tytułów, za które zamierzałam się zabrać zanim dowiedziałam się o polskiej premierze. Nie czytany przez WSZYSTKICH, ale ceniony przez owe jednostki. Ostatnio ograniczyłam nieco literaturę Young Adult (I don't know why), ale po ten konkretny tytuł chętnie bym sięgnęła.

ZAC&MIA - A. J. BETTS

17-letni Zac jest chory na raka. W zasadzie mieszka w szpitalu i z pełnym rezygnacji optymizmem znosi wszystkie niewygody takiego życia. Coś się zmienia, gdy do pokoju obok wprowadza się Mia – zadziorna, wściekła na cały świat fanka Lady Gagi. Bardzo wiele ich dzieli – w prawdziwym świecie pewnie nigdy by się nie spotkali. Tu jednak obowiązują inne reguły, więc ich relacja, rozpoczęta stuknięciem w ścianę, staje się coraz silniejsza. Pobyt w szpitalu wymaga odwagi, ale żeby z niego wyjść, potrzeba jej jeszcze więcej.
Czy Zac i Mia spotkają się poza szpitalem – i już razem pozostaną?
Bardzo emocjonalna, pełna humoru, realna opowieść o relacji dwojga nastolatków w obliczu groźnej choroby.

Kolejny z tytułów, o których miałam już okazję co nieco posłuchać. Uwielbiam "Gwiazd naszych wina" (Zresztą, wiecie o tym), a ten tytuł wydaje się być do nich podobny. Żałuję tylko, że wydawnictwo nie zdecydowało się na oryginalną okładkę. Ta, cóż, jest nieco odrażająca.




PIERWSZY TELEFON Z NIEBA - MITCH ALBOM

Często miłość nadal łączy ludzi, mimo że życie ich rozdziela. Ile razy chcieliście złapać za telefon i zadzwonić do kogoś, za kim tęsknicie? Podzielić się radościami, smutkami i marzeniami? Ile razy wyrzucaliście sobie, że nie zdążyliście powiedzieć komuś, jak wiele dla was znaczy, że odkładaliście rozmowę na jutro, na kiedy indziej? Kochamy wciąż za mało i stale za późno, smucimy się, że nie można cofnąć czasu.
A gdyby tak… niemożliwe stało się możliwe? Co byś zrobił, gdyby obok Ciebie wydarzył się cud?

Nowa powieść Mitcha Alboma, autora Zaklinacza czasu, to książka o sprawach najważniejszych i najbardziej intymnych: o pragnieniu bliskości, tęsknocie za ukochaną osobą i o sile nadziei.

Jestem strasznie zainteresowana prozą pana Mitcha Alboma. I nie zmieni tego nawet nawiązanie do twórczości Paulo Coelho na okładce, za którym średnio przepadam.


WYSPA ŁEZ - JOANNA BATOR, ADAM GOLEC

Znikła bez śladu. Opowieść o mrocznej bliźniaczce.
Co robi Joanna Bator, którą prześladują słowa „znikła bez śladu”? 
Szuka po omacku. Czeka na znak. Na Sandrę Valentinę, która w 1989 roku znikła bez śladu i do dziś nie odnaleziono jej ciała. 
Pisarka i fotograf ruszają śladem zaginionej Sandry. Tam, gdzie kończy się jej trop, zaczyna się mroczna opowieść o miłości, samotności i pisaniu. O podróży na Sri Lankę, wyspie w kształcie łzy, bramie do świata Joanny Bator i jej bliźniaczki...
Zdjęcia Adama Golca ilustrują tę mroczną podróż na wyspę, gdzie ludzie i miejsca istnieją jednocześnie w rzeczywistości i w świecie czarnej magii.

Byłam zauroczona tym co dokonała Bator w "Piaskowej Górze" i dlatego mimo że sam opis "Wyspy łez" do mnie nie przemawia, jestem strasznie ciekawa efektu.


PIERWSZA NA LIŚCIE - MAGDALENA WITKIEWICZ


Historia przyjaźni, która po latach rodzi się na nowo, miłości, która wybucha gwałtownie i niespodziewanie…
Opowieść o trudnych wyborach, które mogą podarować komuś życie, o przebaczeniu i zrozumieniu oraz o wielkiej nadziei i sile kobiet. Czy najbliższej przyjaciółce potrafiłabyś wybaczyć wszystko? Mimo tego, że zabrała Tobie to, co kochałaś najbardziej? A gdyby jej wybór okazał się błędem? A gdyby jej dni były policzone? Ina myślała, że przeszłość zostawiła daleko za sobą. Teraz jej życie przebiegało tak, jak sobie tego życzyła. Czasem zapraszała do niego mężczyzn, ale tylko na chwilę. Patrycja w każdej chwili mogła wszystko stracić. Los postawił przed nią najtrudniejsze z zadań. Jak w ciągu kilku tygodni nauczyć ukochane córki jak żyć? Karola musiała wziąć sprawy w swoje ręce. Wyruszyła w podróż aby odnaleźć pierwszą na liście. Odnalazła. Ale wraz z nią wróciły bolesne wspomnienia. Mimo niezagojonych ran, dawnych zdrad, i upływającego czasu, przyjaźń powróciła. Powróciła z wielką mocą, która kruszy góry, sprawia, że niemożliwe staje się możliwe. 


Kolejny raz Magdalena Witkiewicz ukazała wielką siłę zwyczajnych kobiet.  Bo ona jest w nas, musimy ją tylko w sobie odkryć i wszystko stanie się możliwe.

Lubię prozę Magdaleny Witkiewicz, niemal w każdym wydaniu, a dodatkowo "Pierwsza na liście" zbiera niezwykle entuzjastyczne opinie. Jestem ciekawa czy podzieliłabym ową opinię.

28 STYCZNIA


MARA DYER. PRZEMIANA - MICHELLE HODKIN


Mara Dyer wierzyła, że może uciec od przeszłości. To nieprawda. Myślała, że jej problemy istnieją tylko w jej głowie. Nie tylko. Była pewna, że po wszystkim, co przeszli, jej ukochany nie będzie miał przed nią więcej tajemnic. Myliła się. Druga część fascynującej trylogii, w której prawda ciągle się zmienia, a wybory mogą okazać się zabójcze.

Wiecie, ze byłam zakochana w pierwszym tomie i zamierzałam zapoznać się z drugą częścią w oryginale, ale jakoś się nie złożyło. Na pewno sięgnę więc  po polskie tłumaczenie.


MÓJ PRZYJACIEL MROK - LISA UNGER

Pisarka Bethany Graves po trudnym rozwodzie przeprowadza się do Hollows, miasteczka w północno - wschodnich Stanach. Tu planuje napisać książkę i naprawić swoje relacje z nastoletnią córką, Willow. Gdy dziewczyna odkrywa w pobliskim lesie jamę przypominającą grób, obie kobiety wikłają się w śledztwo sięgające wydarzeń sprzed dwudziestu pięciu lat.

Wiem, że "Kruche więzi" nie wszystkim przypadły do gustu, ale ja byłam usatysfakcjonowana z lektury - o czym zresztą już wiecie. Dlatego też bardzo chętnie sięgnę po kolejną powieść autorki.



A Wy na jakie premiery czekacie w tym miesiącu?

Read more

niedziela, 11 stycznia 2015

Kruche więzi - Lisa Unger
stycznia 11, 20150 Comments

Chociaż lubię wyrabiać sobie własną opinię niemal na każdy temat, nie zaprzeczę, że przy doborze lektur często sugeruję się poleceniami (czy też wręcz przeciwnie!) innych czytelników. Prz takiej mnogości czytelniczych przysmaków, niemożliwe jest spróbowanie wszystkiego. W przypadku "Kruchych więzi" przystąpiłam niejako wbrew owej regule. Powieść Lisy Unger posiada zaskakująco nisko ocenę na portalu lubimyczytac.pl, postanowiłam im jednak nie wierzyć i zamiast tego zaufać własnej intuicji. Jak się okazało całkiem słusznie.

Charlene jest zmęczona życiem w niewielkim miasteczku Hollows -wiecznym kłótniom z matką, lubieżnym spojrzeniom ojczyma i brakiem perspektyw na przyszłość. Dziewczyna marzy o wielkiej karierze muzycznej i barwnym życiu w Nowym Jorku. Kiedy nagle bez uprzedzenia znika, wielu uważa, że Charlenie postanowiła po prostu zrealizować owe plany. Niektórzy mając w pamięci tragedię sprzed lat, nie zamierza jednak czekać z założonymi rękami. Śledztwo prowadzi detektyw Jones Cooper - mąż lokalnej psychoterapeutki i ojciec chłopaka Charlene. Niepozorna sprawa powoli, niezauważalnie zaczyna odkrywać inne, często stare tajemnice.

Lisa Unger prowadzi swoją powieść powoli, stopniowo ukazując swoim czytelnikom fragmenty wątku kryminalnego. Zaginięcie Charlene, pierwotnie stanowiące wiodący, trzonowy element "Kruchych więzi", z czasem wydaje się tworzyć jedynie tło dla całej historii. Lisa Unger wyraźnie podkreśla, że to nie intryga kryminalna stanowi najważniejszy element fabuły. Nie zmienia to jednak faktu, że gdzieś mniej więcej w połowie, akcja nabiera rozpędu i wciąga czytelnika w wir wydarzeń.

Ciekawym aspektem powieści jest wplecenie do fabuły wątku tragedii sprzed lat - a w rzeczywistości nawet dwóch. Jest to tym ciekawsze, że przywołane historie stanowią niejako dwie alternatywne możliwości losów zaginionej. Nacisk zostaje położony  zwłaszcza na jedną z nich. W pewnym momencie w trakcie lektury zaczynamy śledzić tak naprawdę  dwa wątki kryminalne . Owszem, rozwiązanie żadnego z nich nie jestem szczytem oryginalności i można je wcześniej z łatwością wydedukować. Nie da się jednak  zaprzeczyć, że całość wypada za to dość przekonująco.

Największym walorem "Kruchych więzi" pozostaje jednak niezaprzeczalnie ukazanie psychiki  bohaterów. Autorka od początku pozwala nam wejść do umysłu swoich postaci (zresztą, głównie przez to dochodzi do opóźnienia akcji), rozwijając przez to wątek tragedii sprzed lat. Obserwujemy jak poszczególne, niewielkie z pozoru zdarzenia mogą odcisnąć się na dalsze losy i postępowanie bohaterów, a nawet ich bliskich. Stosunkowo często pada również pytanie o to co czyni człowieka złym. I choć odpowiedź nie pada wprost, można ją odczytać między wierszami.

Miasteczko Hollows różni się od innych, niewielkich społeczności, w których każdy zna każdego i gdzie wszyscy mogą czuć się całkowicie bezpiecznie. Zagłębiając się w lekturze ciężko pozbyć się wrażenia, że utraciło ono gdzieś swoją bajkowość i wpuściło do środka zepsucie. Owa atmosfera pasuje jednak doskonale zarówno do gatunku jak i przewijającego się przez całą fabułę pytania.

"Kruche więzi" Lisy Unger zdecydowanie są lekturą, której warto poświęcić swoją uwagę. Mimo że intryga kryminalna rozwija się stopniowo i brak jej elementu zaskoczenia na koniec, autorka wciąż ma sporo do zaoferowania. Lisa Unger potrafi ukazać ludzką psychikę i zgrabnie połączyć wydarzenia teraźniejsze z tymi z przeszłości. Swoje pierwsze spotkanie z twórczością autorki zaliczam do udanych. I liczę na więcej.

★★½

Read more

środa, 7 stycznia 2015

Miłość oraz inne dysonanse - Janusz Leon Wiśniewski, Irada Wownenko
stycznia 07, 2015 4 Comments

Są takie powieści, które chowacie w zakamarkach pamięci, zanim tak naprawdę zgłębicie sie w ich lekturze. "Miłość oraz inne dysonanse" dryfowała w moim umyśle blisko dwa lata, bo od czasu Targów Książki w Krakowie w 2012 roku. Pamiętam tamtą okładkę - piękną, nieco melancholijną i niezwykle romantyczną - banery reklamowe na stanowisku wydawnictwa i dziesiątki kobiet czekających w kolejce po autograf pisarza. I pamiętałam o niej także później, a trakcie zakupów internetowych, ale koniec końców, sięgnęłam po nią dopiero wówczas gdy wygrzebałam ją na bibliotecznym regale. Czy warto było czekać? Powiem szczerze - nie wiem.

Struna to Polak z niemieckim paszportem. Zakochany w muzyce marzył o wielkiej karierze i jeszcze większej miłości. Niestety, rzeczywistość nie dosięgnęła owych marzeń. Efektem czego Struna skończył jako osamotniony rozwodnik w szpitalu psychiatrycznym. Anna to z kolei Rosjanka, pełna równie zawiedzionych marzeń, pozbawiona nadziei. Chciała zostać wielką aktorką i posiadać gromadkę dzieci - skończyła jako rozgoryczona kobieta zamknięta w nieszczęśliwym małżeństwie. Czy dwoje ludzi tak doświadczonych przez los może jeszcze odnaleźć w życiu szczęście?

Mam dziwne, nieprzyjemne uczucie, że zostałam oszukana. Oszukana nie tyle przez samych autorów, co wydawnictwo. Bo obiecali mi historię o wielkiej miłości i namiętności, podczas gdy "Miłość oraz inne dysonanse" spycha te rzeczy na dalszy tor i skupia się na innych aspektach - samotności, muzyce, poszukiwaniu spokoju. Biorąc pod uwagę ten fakt nie zaskoczę chyba nikogo mówiąc, że przez większość lektury brnęłam do przodu zdezorientowana, szukając obiecanych gruszek na wierzbie. Nie muszę też chyba dodawać, że czekać przyszło mi długo a i końcowe gruszki okazały się - cóż, co tu dużo mówić - takie jakieś zgniłe.

Nie mam wątpliwości co do tego, że pan Wiśniewski i pani Wownenko mieli aspiracje do stworzenia wielkiej miłosnej historii. Nie ujmuje również im talentu tyle że tym razem on nie wystarczył. Bo w pewnym momencie historia Struny i Anny się rozdziela a jej wtórne połączenie nie wypada zbyt przekonująco. I pan Wiśniewski i pani Wownenko mieli nieco za dużo do powiedzenia. Historia Struny byłaby piękniejsza bez Anny, a Anny - bez Struny. Po prostu.

Mimo że "Miłość oraz inne dysonanse" mnie nie zachwyciła nie mogę powiedzieć żebym żałowała czasu spędzonego nad lekturą. Tak jak już wspominałam gdzieś między wierszami, można w niej dostrzec talent autorów - zwłaszcza naszego rodaka. Pan Wiśniewski  potrafi przeniknąć do psychiki  człowieka. Stworzyć różnorodne, budzące sympatie portrety bohaterów  - zwłaszcza tych nieźle pokiereszowanych przez los. Trochę szkoda, ze losy takich ludzi jak Magda Schmidtowa, Joshua, Steve czy, moja ulubiona, Joanna, giną w natłoku nazwisk i opowieści. Bo "Miłość oraz inne dysonanse" warto poznać choćby dla nich.

To co stanowi atut powieści Wiśniewskiego i Wownenko, to również umiejętnie wpleciona do historii muzyka. Z racji zawodu głównego bohatera wiedziałam, że w takim czy innym stopniu będzie ona obecna w fabule, ale cieszę się, że autorzy nie ograniczyli się tylko do wymienienia znanych nazwisk. Dla miłośników muzyki klasycznej wyszukiwanie wspomnianych utworów może okazać się nie lada gratką i okazją do poznania nowych dźwięków.

"Miłość oraz inne dysonanse" wzbudziła we mnie sprzeczne uczucia. Z jednej strony jestem zła bo autorzy zmarnowali potencjał i naobiecywali swym czytelnikom gruszek na wierzbie; z drugiej - nie mogę przejść obojętnie obok zalet tej powieści. Koniec końców znalazłam w niej piękną historię miłosną! - choć nie z tej strony, z której tego oczekiwałam. Ja twórczości pana Wiśniewskiego nie skreślam, pewnie wkrótce zapoluję choćby na "S@motność w sieci". Wy musicie podjąć te decyzje sami.

★★

Read more

poniedziałek, 5 stycznia 2015

15 wyzwań na 2015 rok
stycznia 05, 2015 11 Comments

Nie jestem dobra z wywiązywania się wszelakiego rodzaju postanowień i wyzwań, ale mimo to i tak robię to co roku. Czerpię z tego jakąś dziwną satysfakcję i wątpię żebym miała z tego zrezygnować w najbliższym czasie. Nie chcę jednak podpierać się innymi, krążącymi w sieci wyzwaniami (zwłaszcza, że nie wszystkie kategorie mi tam pasują) i dlatego stworzyłam własne 15 wyzwań odnośnie lektur, które chciałabym przeczytać w roku 2015. Zobaczymy czy taka personalizacja przyczyni się do lepszych efektów na koniec roku.

1. Czytać więcej pozycji z własnej półki  - Zachomikowałam na swojej półce tak wiele cudownych tytułów, których nie miałam jeszcze okazji czytać, że jest mi niemal głupio  z tego powodu. Owszem, egzemplarze recenzenckie stanowią priorytet, ale nie chcę doprowadzić do tego, że będą one stanowiły moją jedyną lekturę. Dlatego też w 2015 chciałabym przeczytać  co najmniej 20 pozycji z własnych zbiorów. TBR jar jest już gotowy by pomóc mi w razie problemów decyzyjnych ;)

2. Wrócić do ulubionych tytułów - Jest tyle wspaniałych tytułów, o których często Wam wspominam, a które niemal zupełnie zatarły się już w mojej pamięci - Dom w Riverton, Jeździec miedziany, że nie wspomnę o tytułach z lat wcześniejszych. Dlatego też chciałabym w 2015 przeczytać ponownie chociaż 6 nowych tytułów.

3. Wrócić do lektur zaczętych, ale nieskończonych  - Nie ma wiele takich tytułów, ale kilka by się znalazło, a z doświadczenia wiem, że to co czasami zaczyna się kiepsko, kończy się znakomicie (Khaledzie Hosseini - tak patrzę w tym momencie na Ciebie). Z racji na to, że nie mam tutaj jednak tak dużego wyboru powiedzmy, że chciałabym skończyć choćby 2 tytuły.

4. Czytać książki sprzed 2010 roku -  Wiecie jak to jest, co roku wychodzi tyle nowych tytułów, że człowiek powoli zapomina o tym, że zamierzał "coś tam" przeczytać. Z racji tego, że ostatnio zaprzyjaźniliśmy się z biblioteką, myślę, że z tym wyzwaniem nie powinno być problemu (a i mój portfel trochę mi podziękuję). 10 tytułów nie powinno być problemem (zwłaszcza biorąc pod uwagę kilka innych wyzwań, które dla siebie stworzyłam).

5. Czytać książki w oryginale - Był taki okres, kiedy wydawało mi się, że zacznę czytać powieści TYLKO w języku angielskim, ale szybko z takiego pomysłu zrezygnowałam. Planuję jednak zainwestować w czytnik i wtedy na pewno zwiększę częstotliwość  lektur w języku obcym. Póki co jednak, żeby nie za bardzo się stresować - 4 tytuły, jeden na każdy kwartał.

6. Skończyć serie - Wy wiecie, że ja i kończenie serii nie idziemy ze sobą w parze. Bardzo często rozpoczynam kolejne tytuły, ale potem o nich zapominam. Z racji tego, że wiele takich serii posiada następne tomy, ale brak im finału - chciałabym skończyć w 2015  chociaż 3 (i najlepiej nie zaczynać przy tym 3 kolejnych, tak tylko mówię)

7. Czytać klasykę - Ostatnio, przy okazji recenzji "Domu na placu Waszyngtona", wspominałam Wam, że rzadko sięgam po klasyki, nie ukrywam jednak, że chciałabym to zmienić. Są pozycje, które po prostu powinno się znać. Nie mam raczej zaległości jeśli chodzi o tytuły, które należały do kanonu lektur szkolnych, ale jest jeszcze wiele innych tytułów, których nie znam. Dlatego minimum 4 (jedna na kwartał ;) )

8. Czytać literaturę non-fiction - Bardzo długo wydawało mi się, że nie jest to literatura dla mnie i unikałam ich jak ognia. W ubiegłym roku po raz pierwszy sięgnęłam jednak po biografie oraz wspomnienia i każdy z tych tytułów okazał się absolutnym strzałem w dziesiątkę. Na półce mam już kilka pozycji (choćby Dziewczyny wojenne czy, w zupełnie innym klimacie - Lekko stronniczy) ale myślę, że na tym nie poprzestanę.  4 tytuły powinny być łatwe do wykonania.

9. Poznawać twórczość polskich autorów - Bez konkretnych liczb czy nazwisk, po prostu chwiałabym wciąż i wciąż zapoznawać się z twórczością naszych rodzimych autorów i z dumą znajdować wśród nich osobiste perełki. Swoją drogą jeśli macie jakieś sprawdzone nazwiska - chętnie przyjrzę się im nieco bliżej.

10. Nie zamykać się jedynie na twórczość autorów polskich bądź anglojęzycznych - Był taki okres, kiedy czytałam niemal tylko i wyłącznie literaturę amerykańską. Nawet nie celowo - po prostu tak jakoś wychodziło. Zdaję sobie jednak sprawę, że ograniczając się tylko do twórczości anglojęzycznej i polskiej, omija mnie mnóstwo smakowitych kąsków

11. Czytać powieści na podstawie, których nakręcono filmy (najlepiej przed seansem) - Ostatnio często zdarza mi się oglądać filmy nakręcone na podstawie powieści, zanim zapoznam się z książkowym pierwowzorem. Chciałabym to jednak trochę zmienić - wrócić na "właściwe tory". Najpierw książka, potem film a na koniec może jakiś porównawczy post.

12.  Czytać powieści Agathy Christie - w roku 2014 rozpoczęłam swoją przygodę z niekwestionowaną królową kryminału. Przede mną wciąż jeszcze nieskończona liczba tytułów(i to nie tylko z serii o detektywie Herculesie Poirocie). Z racji na niewielkie objętości tych powieści, chciałabym przeczytać chociaż jedną pozycję w każdym miesiącu.

13. Czytać powieści Diane Chamberlain - uwielbiam powieści Diane Chamberlain i dobrze o tym wiecie. Uważam, że to najlepsza autorka obyczajówek poruszających trudne, społeczne tematy (zwłaszcza, że, póki co,  ani razu nie przyniosła mi ona zawodu). Póki co przeczytałam 5 jej tytułów a w 2015 chciałabym nadrobić wszelkie  zaległości (chociaż nie wiem co potem ze sobą pocznę)

14. Czytać powieści Stephena Kinga - może nie lubię się bać i filmowych horrorów unikam jak ognia, ale nie chciałabym kończyć swojej przygody z mistrzem grozy (zwłaszcza, że póki co wszystkie jego tytuły przypadły mi do gustu). Z racji na moje słabe nerwy zdecydowanie będę sobie jednak dawkować ową przyjemność - 1 tytuł na kwartał powinnam znieść.  

15. Czytać powieści Jodi Picoult - chociaż kilka innych autorek zdetronizowało Jodi Picoult z listy moich ulubionych autorek, wciąż darzę jej twórczość ogromnym sentymentem. Jak w każdym roku chciałabym więc znowu posmakować trochę jej pióra. Nawet mam w głowie kilka tytułów, które pójdą na pierwszy ogień.

Read more

niedziela, 4 stycznia 2015

Kwestja krwi - Marcin Wroński
stycznia 04, 20151 Comments

Nie tak dawno miałam okazję czytać artykuł o różnorodnych typach kryminałów, których wyznacznikiem był, w głównej mierze, kraj pochodzenia autora. Rozwodzono się nad specyfiką tych skandynawskich i amerykańskich a gdzieś między wierszami przypisano Polakom wzrastającą modę na kryminały retro, co zdziwiło mnie o tyle, że do tej pory nie zetknęłam się z nimi wcale. I oto proszę, kilka miesięcy później w moje ręce trafia najnowsza powieść Marcina Wrońskiego - autora czarnych kryminałów o komisarzu Maciejewskim utrzymanych - uwaga! uwaga! - w klimacie retro właśnie. Taki zbieg okoliczności.

Mamy rok 1926. Komisarz Zygmunt Maciejewski otrzymuje za zadanie zbadanie sprawy pewnej nastoletniej uczennicy zamojskiego gimnazjum. Młoda arystokratka od tygodni nie pojawia się w szkole a jedynym śladem jaki po sobie pozostawiła jest porzucona zakrwawiona rękawiczka. Tak naprawdę nikt nie spodziewa się jednak po Zydze rozwikłania owej tajemnicy - w końcu ważny jest jedynie porządek w papierach, pisemne zamknięcie sprawy rozwiązuje więc cały problem. Mimo to młody komisarz uparcie stara się znaleźć  rozwiązanie... Jest jednak również rok 1952. Zyga Maciejewski nie jest już komisarzem lecz trenerem ligi bokserskiej. Ktoś w Zamościu wyraźnie nie pała jednak do niego sympatią i stara się plotkami zszargać  jego opinię...

"Kwestja krwi" to już siódma część  cyklu o komisarzu Maciejewskim, czytelnicy, którzy, tak jak i ja, nie mieli jeszcze okazji poznać  Zygi, również śmiało mogą sięgnąć  po owy tytuł. Marcin Wroński cofa się niejako w czasie i przedstawia pierwszą w historii sprawę komisarza. W trakcie lektury nie będzie więc towarzyszyć  poczucie zagubienia. Jedyne co pozostanie niejasne to przyczyna, dla której w 1952 roku Zyga trudni się całkowicie odmiennym zajęciem - ale to w żaden sposób nie powinno wpłynąć  na Wasz odbiór lektury.

Sama intryga nie porywa może czytelnika. Marcin Wroński nie zasypuje nas dowodami i kolejnymi poszlakami. Przez znaczną część  powieści nie raczy nas nawet poinformować czy potencjalne zaginięcie, posiada jakieś odzwierciedlenie w rzeczywistości. A i później jednemu krokowi w przód, często towarzyszą dwa w tył. Autor posiada jednak w zanadrzu inne asy w rękawie, które ujawnia w odpowiednim momencie - tak że czytelnik mimo początkowych zgrzytów na poziomie intryg, śledzi lekturę z zainteresowaniem.

Tło społeczno-obyczajowe, które kreśli Wroński jest bowiem znakomite. Przy okazji śledzenia losó Zygi, poznajemy przedwojenny obraz Zamościa i prowincji. Obraz niezbyt piękny, ale prawdziwy z ówczesną rzeczywistością - wszechobecny bród i ubóstwo; czarny światek pełen sprzedajnych panienek i pogrążonych w smutku i beznadziei pijaków; brak zainteresowania polityką a jedynie własnym interesem. Z racji na to, kim jest główny bohater , przybliżona zostaje zwłaszcza postawa dawnego aparatu wymiaru sprawiedliwości.

Chociaż fabułą została poprowadzona dwutorowo, autor kładzie nacisk na wydarzenia z roku 1926. Początkowo obawiałam się nieco tego, że między obiema częściami nie ma wspólnych elementów, ale były to obawy bezpodstawne. Jak to się mówi - koniec końców wszystko układa się w spójną logiczną całość. A już przy finale panu Wrońskiemu udało się mnie nawet zaskoczyć - za wcześnie uśpiłam czujność.

"Kwestja krwi" to zdecydowanie pozycja dobra, choć  niepozbawiona wad. Marcin Wroński stosuje wypróbowaną już koncepcję dwutorowego poprowadzenia fabuły, dając tym samym swoim czytelnikom możliwość  poznania Zamościa przed- i powojennego. Największym walorem "Kwestji krwi" pozostaje jednak wyraźnie nakreślone tło społeczno-obyczajowe. I jeśli inne retro kryminały miałyby być  chociaż tak samo dobre jak ten Wrońskiego nie mam nic przeciwko temu by stały się one "modne". I by były naszą polską wizytówką kryminałów. 

★★½

Read more

piątek, 2 stycznia 2015

Podsumowanie roku 2014
stycznia 02, 2015 8 Comments

Rok 2014 był bardzo ważnym dla mnie okresem i, nie ma co dłużej tego ukrywać, trudnym. Trzeba było pożegnać znane, stare mury liceum,  zdać maturę, przystosować się do nowego statusu - STUDENTA a w między czasie nie pogubić się za bardzo w tym całym zamieszaniu i nie zgubić siebie.    Czy mi się to udało? Szczerze mówiąc - nie wiem. Jak chyba każdy człowiek patrząc z perspektywy czasu na pewne sytuacje - wiele rzeczy zrobiłam teraz nieco inaczej. Obyło się jednak bez tragedii i, koniec końców, nie mogę powiedzieć żebym była niezadowolona z tego co wydarzyło się w przeciągu tych 365 dni.

Mimo że, w związku z całym tym maturalnym zamieszaniem, opuściłam Was na kilka tygodni, udało mi się opublikować na Złodziejce Książek 67 tekstów - z czego nie wszystkie były tylko i wyłącznie recenzjami. Wreszcie udało mi się spiąć w sobie i stworzyć posty około książkowe   - poczytaliście trochę o tym czego nie wypada czytać, co myślę na temat bibliotek czy też wczesnoszkolnych lekturach. Mam nadzieję, że w 2015 uda mi się kontynuować owe wpisy i że wy również będziecie nimi zainteresowani. Zwłaszcza, że wraz z początkiem roku przyjdę do Was z kolejną partią świeżych pomysłów.

W 2014 roku wreszcie udało mi się nieco ożywić  Złodziejkowego facebooka. Przez długi, zdecydowanie zbyt długi, okres czasu świecił on pustkami, jednak teraz nareszcie na bieżąco informuje Was tam o powstawaniu nowych postów czy interesujących zapowiedziach/informacjach/promocjach. Nie jest to może jeszcze idealne rozwiązanie, ale powoli doprowadzam je do punktu, w którym chciałabym go widzieć. Tym bardziej cieszę się, że razem ze mną jest tam 189 innych moli książkowych i mam nadzieję, że będzie nas tam jeszcze więcej ;)

Nowy rok witam z nowym zapałem i kilkoma pomysłami na przyszłość. Jeśli nic nie pokrzyżuje moich planów, przygotujcie się na to, że rok 2015 będzie rokiem wzmożonej aktywności i cudownych, wartych uwagi buków. Tak jak już wspominałam, będę się starała by posty ukazywały się co najmniej trzy razy w tygodniu (prawdopodobnie we wtorki, czwartki i soboty) - a jeśli nie uda się w styczniu (SESJA!), nadrobimy to w lutym.  Powrócą comiesięczne stosy i zapowiedzi książkowe. Recenzje książek będą przeplatać się z tagami, rankingami i innymi opiniotwórczymi postami. A ponad to zamierzam zawitać do was z cyklem przeglądów kulturalnych (filmy, muzyka, seriale) albo po prostu recenzjami filmów i polecanymi linkami (które obserwuje u Was na blogach i których strasznie Was zazdroszczę).  Słowem- nie powinno być nudno.

Wypijmy lampkę szampana i pożegnajmy stary rok z należytymi honorami. A potem? Potem działajmy! I nie przyjmujmy tego co niesie 2015 z założonymi rękami.

Read more

czwartek, 1 stycznia 2015

Najlepsze książki 2014 roku
stycznia 01, 2015 20 Comments

Wybór najlepszych książek przeczytanych w danym roku nigdy nie jest prosty, ale chyba właśnie dlatego sprawia mi tyle radości. Spoglądanie wstecz na to z jak cudownymi lekturami zetknęłam się przez te 365 dni, niemal przywołuje uczucie towarzyszące mi po skończeniu niezwykle udanej pozycji. Wybierając jednak złotą 14, szukałam nie tylko tych najlepszych tytułów, ale i takich, które na dłużej zagościły w mojej pamięci.  Przy okazji - ciekawscy mogą zobaczyć jak owa lista prezentowała się w połowie roku  i które pozycje koniec końców nie znalazły się wśród najważniejszych pozycji 2014. 

Kolejność nie ma znaczenia


Nigdy, sięgając po owy tytuł, nie spodziewałam się, że tak ogromnie przypadnie mi do gustu; zwłaszcza, ze jeszcze do niedawna wcale nie sięgałam po pozycje z gatunku non-fiction. "Dziewczyny z powstania" absolutnie zdobyły jednak moje serce - wzruszając i zmuszając do refleksji. Nie wiem czy należycie do czytelników, którzy chętnie sięgają po wszelakiego rodzaju wspomnienia, ale nawet jeśli nie - tej konkretnej pozycji powinniście dać szanse. Mam dziwne wrażenie, że nie pożałujecie.


Od samego początku przeczuwałam, że w zestawieniu najlepszych lektur pojawią się tytuły z gatunku historical fiction i, jak niedługo się przekonacie, praktycznie zdominują wszelkie inne pozycje. Przez bardzo długi okres czasu najpiękniejszą opowieścią rozgrywającą się na tle II Wojny światowej był jednak dla mnie "Niewidzialny most". Tyle że, kiedy w grudniu zapoznałam się z pozycją Sarah McCoy, zostałam oczarowana. Po raz kolejny jakiś autor ukazuje nam owo wydarzenia z perspektywy zwykłych (cywilnych) Niemiec i po raz kolejny uświadamia swoim czytelnikom, że to nie naród definiuje człowieka, ale jego postępowanie. O tej konkretnej pozycji jeszcze z pewnością co nieco Wam powiem w najbliższym czasie.


Jestem ciekawa czy od lipcowego posta ktoś z Was zdążył już sięgnąć po ową pozycję, a jeśli tak - to czy oczarowała go ona w równym stopniu co mnie. Jestem zakochana w piórze Kate Morton i sposobie w jaki maluje ona przed swoim czytelnikiem rozmaite historie. Jeśli autorka nie wyda żadnej nowej pozycji z pewnością wreszcie powrócę do "Domu w Riverton" (Hmm.. chyba wspominałam już Wam o tej pozycji, czyż nie?)


Tylko nieliczni wiedzą jak niewiele brakowało bym rzuciła ową pozycję w kąt i nigdy jej nie skończyła. Mimo że o prozie Khaleda Hosseini nasłuchałam się sporo dobrego, wiele czasu upłynęło zanim zabrałam się za lekturę, a potem nie mniej -by zapałać do niej sympatią. Ale kiedy się to już stało, pokochałam ją całkowicie. Spróbujcie i nie poddawajcie się przy pierwszej nieudanej próbie. Bo to chyba najpiękniejsza opowieść o kobiecej przyjaźni. 


Jeśli nie słyszeliście o prozie Carlosa Ruiza Zafona, naprawdę nie mam pojęcia gdzie się ukrywaliście. To jeden z tych autorów, których kojarzą nawet "nieczytający". Mimo że "Cień wiatru" to chyba jego najsłynniejsze działo, ja osobiście bardzo długo kojarzyłam go głównie z uwielbianą prze mnie "Mariną". Szkoda, że zwlekałam tak długo by zrobić kolejny krok w tej znajomości. Bo Zafon w "Cieniu wiatru" wciąż czaruje i zachwyca obrazem Barcelony.


Tyle razy powielałam już swoją opinie o "Miniaturzystce", że niemal sama czuję się znudzona swoją paplaniną. Jednak to naprawdę wyjątkowa pozycja i wszelkie dobre słowa, które słyszycie na jej temat nie są wyssaną z palca opowieścią. Jessie Burton debiutuje w wielkim stylu i mam nadzieję, że nie jest to jej ostatnie słowo w świecie literatury. A jeśli nie mieliście się jeszcze okazję zetknąć z tą powieścią, koniecznie nadróbcie zaległości.


"Obca" nie jest ani najlepiej napisaną, ani opowiedzianą historią jaką miałam okazję czytać. Z pewnością znajdziecie wiele innych równie dobrych, albo nawet i lepszych opowieści niż ta Diana Gabaldon. Ma jednak w sobie to COŚ co przyciąga czytelnika na długie, długie godziny do lektury. Napisana z rozmachem,przedstawiającą żywych, dowcipnych bohaterów i posiadająca ciekawy pomysł na fabułę... Jeśli pokochaliście serial, z pewnością pokochacie i książkę (zwłaszcza, że są NIEZWYKLE podobne). Ja i pierwowzór i adaptację ogromnie  Wam polecam.


Uwielbiam pióro Katarzyny Zyskowskiej-Ignaciak i naprawdę żałuję, że w ubiegłym roku miałam okazję przeczytać tylko tą jedną pozycję jej pióra - poziom jaki sobą przedstawia w zupełności mi to jednak rekompensuje. Chociaż przepadam za poezją Baczyńskiego, nigdy nie byłam jakoś zafascynowana jego losami - starczyła mi wiedza zdobyta na lekcjach języka polskiego. Katarzynie Zyskowskiej-Ignaciak udało się to jednak zmienić. Mam ogromną nadzieję, że autorka stworzy jeszcze jakąś powieść osadzoną w przeszłości bo jak widać - doskonale się w nich odnajduje. 


Udało mi się Was nabrać? Myśleliście, ze nie będzie żadnej powieści autorstwa Diane Chamberlain? Nie? Właściwie mógłby być tu jakikolwiek inny tytuł tej autorki przeczytany prze mnie w 2014 roku (albo wszystkie - "Sekretne życie CeeCee Wilkes", "Szansa na życie", "Prawo matki" i "Zatoka o północy), ale zdecydowałam się na ten najlepszy z najlepszych, który niemal dorównał cudownej "Tajemnicy Noelle". Koniecznie sięgnijcie po prozę pani Chamberlain. Koniecznie.

Zaginiona dziewczyna

Powieść Gillian Flynn trafiła tutaj rzutem na taśmę - skończyłam ją bowiem ostatniego dnia 2014 roku. Nie zmienia to jednak faktu, że jest to wyjątkowy tytuł i zasługuje na to żeby wspomnieć o nim w tym zestawieniu. Jeśli szukacie mocnego thrillera, który może niekoniecznie zaskoczy Was rozwinięciem zagadki "kryminalnej", ale który zdecydowanie nie pozwoli Wam oderwać się od lektury  - znaleźliście tytuł idealny dla siebie. 


Przed lekturą naprawdę nasłuchałam się dużo dobrego na temat twórczości pani Kisiel, ale zdobycie "Dożywocia" graniczy z cudem i  musiałam poczekać na zdobycie jej najnowszego dzieła. Na całe szczęście jednak się nie zawiodłam. Marta Kisiel potrafi stworzyć fenomenalną historię - mocno osadzoną w współczesnych realiach, z niezwykłymi, niecodziennymi bohaterami i, co najważniejsza, przesiąkniętą do cna humorem. Na "Dożywocie" będę musiała zapolować w wojewódzkiej bibliotece, ale coś czuję, że będzie warto.


Nie wiem czy w chwili obecnej odebrałabym tą powieść tak samo. Nie mam pojęcia czy nadal by mnie zachwyciła i czy poruszyłaby moje serducho. Ale kiedy sięgnęłam po nią na początku roku tak właśnie się stało. I z upływem czasu wciąż uważam ją za najlepszą powieść z gatunku New Adult.  Swoją drogą, mam wrażenie, że "Hopeless" to również jeden z najgłośniejszych tytułów tego roku, zwłaszcza na blogosferze (nie wspominając o tym, że zdarzyło mi się ją zobaczyć nawet w spocie reklamowym w kinie).

Fangirl

Jeśli ktoś z Was ogląda zagranicznych booktuberów, z pewnością słyszał o tym tytule. Większość z nich rozpływała się nad talentem pisarskim Rainbow Rowell - jednak nie bez przyczyny. "Fangirl" to cudowna opowieść dla "młodych dorosłych"  -ludzi odrobinkę aspołecznych, zakochanych w świecie literackiej fikcji, którzy rozpoczynają w swoim życiu jakiś nowy etap. Nie mogę się doczekać polskich premier "Fangirl", "Eleanor&Park" czy "Landline" i wy również powinniście ich wypatrywać.

Cud chłopak

Na temat tego tytułu nie będę się długo rozwodzić, bo nie dawno o nim mówiłam, ale "Cud chłopak" to zdecydowanie moje odkrycie roku wśród pozycji dla nieco młodszych czytelników. Cieszę się, że wreszcie znalazł się autor (a raczej autorka) który udowodnił mi że można stworzyć powieść łączącą pokolenia - uroczą, wzruszającą i mądrą.

A jakie są Wasze odkrycia roku 2014?

Read more