sobota, 29 listopada 2014

Rykoszet - Sandra Brown


Lubię kryminały i powieści sensacyjne. Może nie jestem jakimś znawcą gatunku, ale mam swoją małą, zaufaną listę autorów, którą z roku na rok sukcesywnie staram się powiększać. Metodą prób i błędów szukam nowych nazwisk, którym uda się zaspokoić jesienny apetyt kryminalnego głodomora. Nie zawsze są to poszukiwania owocne, ale zdarzają się i te o "szczęśliwym zakończeniu". Nazwisko Sandry Brown nie było mi zupełnie obce, choć - prawdę powiedziawszy - kojarzyła mi się z nieco innym typem literatury i gdyby nie wznowienie "Rykoszetu", pewnie jeszcze długo nie sięgnęłabym po jej twórczość. A szkoda, bo to naprawdę całkiem dobry, trzymający w napięciu kryminał. 

Związek sędziego okręgowego - Cata Lairda i jego młodej małżonki - Elise zawsze wzbudzał spore zainteresowanie. Kobieta nie wywodzi się z bogatej rodziny a jej "poprzednie" życie owiane jest tajemniczą atmosferą skandalu. Choć Elise i Cato wyglądają na szczęśliwych, według większości plotkarzy to małżeństwo zawarte tylko i wyłącznie ze względu na majętność sędziego. Plotki ostatnio co prawda nieco ucichły, ale nie długo mogą wybuchnąć na nowo bo oto w środku nocy w domu sędziego dochodzi do strzelaniny. Według zeznań Lairda i jego żony ofiarą został przypadkowy włamywacz a sama Elise działała w obronie koniecznej. Tyle, że dla detektywa Duncana Hatchera i jego partnerki DeeDee Brown sprawa nie jest wcale tak oczywista. Zeznania Elise są dosyć mętne a jej dziwne zachowanie i zagadkowa wiadomość budzą coraz więcej wątpliwości. Duncan nie tylko będzie musiał rozwikłać ową sprawię lecz również zrobić wszystko by obronić się przed dziwnym pociągiem jaki odczuwa względem podejrzanej.

To nie jest powieść, w której autorka wita was z pustymi rękami  a wszystkie odpowiedzi serwuje dopiero na deser. Sandra Brown stosunkowo szybko podsuwa nam pod nos możliwą alternatywę wydarzeń. Rzuca jednak jedynie samą sugestię niepopartą żadnymi dowodami i to w gestii czytelnika pozostawia decyzję komu powinien zaufać. Tyle że w brew pozorom ta decyzja wcale nie jest prosta. W obu przedstawionych możliwościach jest bowiem sporo niedomówień i nieścisłości, a autorka zamiast je rozwiewać, jedynie je mnoży.

Podoba mi się konsekwencja z jaką Sandra Brown buduje sylwetki swoich bohaterów. Owszem, skupia się raczej na głównych postaciach, których nie ma dużo, ale i tak zachwyca ich niejednoznacznością. Z jednej strony autorka ukazuje ich jako ludzi o silnym kręgosłupie moralnym - ludzi z zasadami, wiernym swoim racjom;  z drugiej  pokazuje, że nawet oni mogą się ugiąć, gdy w grę wchodzą silne emocje. Z reguły nie są to bohaterowie, które z miejsca budzą sympatię czytelników, ale za to wzbudzają respekt i szacunek (no, przynajmniej do chwili, gdy pokazują swoją prawdziwą twarz). 

Być może niektórych z was niepokoi to jaką rolę w fabule odgrywa wątek miłosny - bo pewnie po opisie zdążyliście się już zorientować, że on występuje. Uspokajam was jednak, że - przynajmniej w moim odczuciu - nie przyćmił on całości. Przez większą część powieści jako taki związek uczuciowy pozostaje w kwestii czysto hipotetycznej i wprowadza do fabuły ciekawy wątek rozdarcia między poczuciem obowiązku, a faktycznymi uczuciami. Poza tym, nie ma co ukrywać, że sporym gronem czytelników twórczości Sandry Brown są kobiety i to kobiety oczekujące jakiegoś wątku "romantycznego". Zapotrzebowanie na kryminały z drobnymi elementami romansu więc jest, a autorka w przypadku "Rykoszetu" po prostu go zaspokoiła, zachowując przy tym odpowiednie proporcje. 

Sandra Brown ma lekkie, wprawne pióro i umiejętność utrzymywania zainteresowania czytelników. "Rykoszet" to dobry kryminał, który nie wyróżnia się może zbyt wyszukanym rozwiązaniem, ale który i tak może niejednokrotnie zaskoczyć. Pani Brown zyskuje w oczach czytelnika za ciekawe, niejednoznacznie nakreślone portrety bohaterów, ale także za umiejętne wplecenie wątku miłosnego, który nie przysłania najistotniejszych elementów fabuły. Ja z lektury "Rykoszetu" jestem usatysfakcjonowana i z pewnością sięgnę również po inne tytuły autorki. A was zachęcam do lektury - kryminały są zdecydowanie najlepsze na długie, jesienne wieczory. 

 ★★

czwartek, 20 listopada 2014

Krawcowa z Madrytu - María Dueñas


Niejednokrotnie przyznawałam się już do tego, ze wprost uwielbiam zagłębiać się w powieściach osadzonych w przeszłości, zwłaszcza takich, gdzie tłem dla rozgrywających się wydarzeń są czasy  II wojny światowej. Sięgając po owe pozycje mam z góry skonkretyzowane oczekiwania, mimo to rzadko odczuwam po skończonej lekturze rozczarowanie. "Krawcowa z Madrytu" nie była tutaj wyjątkiem - mimo że spodziewałam się czegoś całkowicie innego, zetknięcie z debiutancką powieścią  Marí Dueñas uważam za niezwykle udane. Aż chciałoby się powiedzieć - więcej takich powieści. 

Sira jest młodą, może odrobinę naiwną kobietą, która łatwo ulega emocjom. Kiedy, z wzajemnością, zakochuje się w kierowniku sklepu - Ramiro Arribasie, gotowa jest na wszystko by rozpocząć z nim nowe życie - łącznie z porzuceniem obecnego partnera i wystawieniem na ciężką próbę swoich kontaktów z matką Szczęście kochanków nie trwa jednak długo. Nad Hiszpanią wisi widmo wojny domowej i pełna obaw Sira razem ze swym partnerem postanawiają przenieść się do Maroka. To właśnie tam zamierzają wykorzystać niespodziewany majątek kobiety i rozkręcić własny biznes. Ramiro nie jest jednak tym, na kogo wyglądał, w najtrudniejszym momencie porzuca Sirę - samą w obcym kraju, bez pieniędzy, za to z mnóstwem długów. Nie widząc innego wyjścia kobieta stawia wszystko na jedną kartę. Przy pomocy nowych przyjaciół  otwiera własny salon krawiecki, który nieoczekiwanie podbija serca najbardziej wpływowych ludzi w Maroku. 

Marí Dueñas udało się mnie zaskoczyć. Sięgając po "Krawcową z Madrytu" spodziewałam się opowieści o miłości rozgrywającej  się na tle burzliwych czasów wojny i niebezpiecznych akcji szpiegowskich  Tymczasem autorka stosunkowo mało miejsca poświęca na wątek uczuciowych rozterek. Miłość, a raczej pierwszy wielki zawód miłosny, został potraktowany jako punkt wyjścia do opowiedzenia fascynujących losów Siry i początek zachodzącej w dziewczynie przemiany. Historia Siry to zdecydowanie jeden z mocniejszych punktów całej fabuły - Marí Dueñas udało się oddać determinację i siłę głównej bohaterki; pokazać że czasami to wystarcza by odnieść spektakularny sukces. 

Choć powieści z tego okresu zwykle skupiają się na przedstawieniu losów państw europejskich, ewentualnie - Ameryki Północnej, María Dueñas większość swej historii osadza w Maroku. Dzięki plastycznym opisom i doskonale oddanej atmosferze, stosunkowo łatwo wyobrazić sobie ówczesne realia. Uwagę zwraca zwłaszcza ogromna przepaść  między dzielnicą biednych mieszkańców a pełną przepychu i bogactwa elitą, zwłaszcza, ze postać Siry wydaje się być spoiwem łączącym te światy. 

Spodziewałam się tego, że lektura "Krawcowej z Madrytu" wzbogaci moją wiedzę o ówczesnych czasach - zwłaszcza gdy chodzi o wojnę domową w Hiszpanii. María Dueñas wplotła do swej opowieści nie tylko historyczne fakty, ale i postacie. Większość bohaterów, z którymi zetkniecie  się w trakcie lektury inspirowana była faktycznymi osobami, które czytelnicy bardziej zaznajomieni z ówczesną historią  być może rozpoznają jeszcze w trakcie lektury. 

"Krawcowa z Madrytu" to opowieść, która fascynuje i wzbudza zainteresowanie czytelnika niezmiennie od pierwszej do ostatniej strony, nawet mimo pokaźnej objętości. Historia niezwykle klimatyczna, doskonale przedstawiająca trudną sytuację polityczną państw, ale i siłę ludzkiej determinacji. To tego rodzaju tytuł, który powinien trafić do gustu szerokiego grona odbiorców - nawet tych odrobinę bardziej wymagających - i dlatego cieszę się, że Świat Książki zdecydował się na jego wznowienie. O ile powieści przedstawiają sobą taki poziom jak "Krawcowa z Madrytu",  warto o nich przypominać.

 ★★

piątek, 14 listopada 2014

Prawdziwa historia Ireny Sendlerowej - Anna Mieszkowska


Choć gatunek biografii, i literatury non-fiction ogółem, nie jest mi bliski, wiedziałam, że "Prawdziwa historia Ireny Sendlerowej" jest jednym z tych tytułów, które będę musiała poznać. Tematyka II Wojny Światowej, zwłaszcza dotycząca Polski , byłą jednym z niewielu tematów, które potrafiły wzbudzić moje zainteresowanie na lekcjach historii.  A i sama postać pani Ireny Sendlerowej, głównie za sprawą filmu, wydawała mi się niezwykle ciekawa. I choć nie dostałam tego czego się spodziewałam, nie mogłabym powiedzieć, że jestem niezadowolona z lektury. Wręcz przeciwnie. 

"Prawdziwa historia Ireny Sendlerowej" nie stanowi biografii jej osoby, a przynajmniej nie jej całość. Książka Anny Mieszkowskiej stanowi raczej zbiór wspomnień pani Ireny Sendlerowej, w które luźno wplecione zostały fakty z jej życia. Bo choć to Anna Mieszkowska  jest autorką owej pozycji, musicie wiedzieć, że w znacznym stopniu oddaje ona głos swoim bohaterom. Przytacza ich słowa, rzadko wtrącając zbędne komentarze i przez to sprawia, że czytelnik czuje się jakby zamiast czytać - był świadkiem jakiejś rozmowy.

Autorka podzieliła całość na nierówne części, z których zdecydowana większość dotyczy czasów II Wojny Światowej. Opowiada o korzeniach Ireny Sendlerowej, o studiach i jej działalności w trakcie wojny, a także o tym jak potoczyło się jej życie po roku '45. Jako że "Prawdziwa historia Ireny Sendlerowej" stanowi wznowienie innej książki Anny Mieszkowskiej, ciekawym dodatkiem jest również rozdział o życiu pani Sendlerowej już po pierwotnym wydaniu.

Choć sięgając po "Prawdziwą historię Ireny Sendlerowej" spodziewałam się zagłębienia jedynie jej losów, chyba najbardziej ujęły mnie wspomnienia o innych ludziach - zarówno te wplecione gdzieś w książkę, jak i te umieszczone na samym końcu, w dodatku "dokumenty". Irena Sendlerowa przywołuje sylwetki ludzi całkiem zwykłych i nobilituje ich w  naszych oczach. Sprawia, że nie tylko ona jedna jest osobą, która pamięta o ich czynach.

Anna Mieszkowska skrupulatnie udziela wszelkich tłumaczeń w przypisach. Przytacza dodatkowe informacje, odsyła do innych pozycji czy przybliża sylwetki osób by nie były one dla nas jedynie imieniem i nazwiskiem. Owa skrupulatnością przejawia się zresztą również w inny sposób - Anna Mieszkowska nie tylko zamieszcza bibliografię dzieł, z których korzystała w trakcie pracy nad książka czy spis szkół noszących nazwisko Ireny Sendlerowej , ale także pokaźnych rozmiarów indeks osób, które przewijają się w biografii, wraz z adnotacją , w którym dokładnie miejscu się pojawiają.

Książka Anny Mieszkowskiej to jednak nie tylko pozycja bogata w informacje. "Prawdziwa historia Ireny Sendlerowej" została również wzbogacona o liczne fotografie czy skany. W trakcie lektury nieustannie będziecie natykać się na rozmaite  "dodatki wizualne". Poczynając od fotografii pochodzących z prywatnych zbiorów, przez skany z archiwalnych numerów gazet (i to nie tylko tych polskich) a na prywatnych notatkach kończąc. To właśnie one czynią lekturę jeszcze bardziej interesującą i po prostu bogatszą. 

"Prawdziwa historia Ireny Sendlerowej" to pozycja, z którą warto się zapoznać. Jak wskazuje notatka samej pani Sendlerowej, jest to książka nie tylko ku jej pamięci, ale również wszelkim jej współpracownikom. Anna Mieszkowska w subtelny sposób przywołuje życie "Matki dzieci Holocaustu", pozostając jednak pewne aspekty owiane tajemnicą. Bogata w fakty, ale i wszelakiego rodzaju dokumenty pozycja stanowić będzie   doskonałą lekturę dla miłośników historii i tych ludzi, którzy po prostu nie chcą zapomnieć. 

★★


poniedziałek, 10 listopada 2014

Cisza, nuda i gruba warstwa kurzu


Swego czasu żywiła dziwną urazę do bibliotek. Po latach buszowania między półkami, poczułam dziwną obiekcję do owej instytucji i pożegnałam się z nią na długi okres czasu. Wolałam kolekcjonować każdy tytuł na własnej półce (nawet gdy były to "tylko" lektury). Wraz ze zbliżającą się maturą i przymusowymi wędrówkami do biblioteki, moje uczucia zaczęły się jednak ponownie zmieniać.  A kiedy nadeszły wakacje, prawdziwa, czytelnicza rozpusta, przeprosiłyśmy się z biblioteką na dobre. W nowym miejscu, z nowym księgozbiorem i czystą kartą - nie tylko w przenośnym znaczeniu.

Zaczęłam się jednak ostatnio zastanawiać co spowodowało owe odsunięcie się od bibliotek i ze zdziwieniem odkryłam, że sporą rolę odegrały tutaj budowane przez lata stereotypy. I postanowiłam je obalić (albo podtrzymać - zgodnie z prawdą) - raz a porządnie.

1. Przymus ciszy

Podejrzewam, że ten mit ma swoje korzenie w szkolnych czytelniach. Mimo że lata podstawówki mam już dawno za sobą, doskonale pamiętam białe kartki  wywieszone na co drugim regale "Zachowaj ciszę" czy bardziej skonkretyzowane - "Zakaz rozmów" Tymczasem prawda wygląda nieco inaczej. Owszem, raczej trudno oczekiwać, że w tle  będą rozbrzmiewały radiowe przeboje i wciąż istnieją miejsca, gdzie każdy szmer wydaje się nie na miejscu (odwiedźcie bibliotekę wojewódzką w okresie przedmaturalnym i zrozumiecie o co mi chodzi), ale to tylko połowa obrazu.

W bibliotekach można rozmawiać, a czasami jest to wręcz wskazane. Coraz częściej możecie znaleźć sekcję z wygodnymi fotelami (albo chociaż plastikowymi krzesłami czy kolorowym dywanikiem) gdzie odbywają się spotkania miłośników książek czy choćby głośne czytanie dzieciom. No i są też tzw. bibliotekarze z powołaniem, którzy krążą między półkami szukając zabłąkanych duszyczek , gotowi w każdej chwili polecić im swoje ulubione tytuły czy też autorów.

2. Nuda i monotematyczność

Nuda może i nie byłaby w przypadku bibliotek tak ogromnym minusem z punktu widzenia przeciętnego czytelnika - w końcu wybiera się tam po to by  wypożyczyć książkę a nie spędzić najbardziej interesujące chwile swego życia. Mimo to i tak często to słowo towarzyszy skojarzeniom o bibliotece. Zdecydowanie ma ono jednak niewiele wspólnego z rzeczywistością. Owszem, w mojej bibliotece nie organizuje się zajęć fitness - o czym wspomina pewien artykuł i w co nadal  ciężko mi uwierzyć - ale i tak dzieje się dużo.

Po pierwsze, wspomniane już prze mnie spotkania klubu książek czy też wspieranie akcji "Polska czyta dzieciom". Po drugie, zapraszanie do bibliotek mniej lub bardziej znanych nazwisk związanych ze światem literatury (niestety, "zwyczaj" wciąż jeszcze niepraktykowany w każdej bibliotece).. Po trzecie, wydarzenia niezwiązane z literaturą np. kursy obsługi komputerów dla seniorów (i nie tylko) czy też wystawy obrazów,  zdjęć czy innych form artystycznych.

3. Burkliwa pani w okularach

O! Mogłabym pochylić się na dłuższą chwilę nad złożonością owego zagadnienia. W trakcie wizyt w bibliotece nie raz natrafiałam na osoby, które zdecydowanie powinny poszukać innego powołania (w pamięci mam zwłaszcza jedną z nich), ich liczba ginie jednak na tle tych pozytywnych spotkań. Szczególną sympatią darzę panią bibliotekarkę z czasów podstawówki, ale nie tylko. Istnieją takie panie (a i na pana  można czasem trafić), które z uśmiechem na ustach pomogą w poszukiwaniu upragnionego tytułu a od siebie dorzucą ciekawe, nowe pozycje.

4. Brak nowości

I tu niestety nie pozostaje mi nic innego jak tylko załamać z rezygnacją ręce. Bo, czy tego chcę czy nie, nie mogę kłócić się z faktami. Niestety, mało które biblioteki stać na to by zakupić nowe pozycje, wprost z list bestselerów. Bo książki są drogie a środki przeznaczone na  ten cel niewielkie. Na całe szczęście zdarzają się jednak ludzie, którzy porzucanymi na półkach tytułami dzielą sie z innymi. Sama kilka razy zawitałam do pań z książkami, po które z pewnością bym już nie sięgnęła albo które zdublowały się na mojej półce.

Poza tym trzeba docenić fakt posiadania starszych tytułów. Niejednokrotnie biblioteki  są jedyną szansą na to by zapoznać się z jakąś pozycją. Zresztą, nie trzeba szukać długo - spróbujcie znaleźć gdzieś serię "Obca" Diany Gabaldon, "Dożywocie" Marty Kisiel, "Dziennik" Anne Frank czy nawet pierwsze powieści Gai Grzegorzewskiej. Może i możliwe, ale z pewnością nie tanie ani łatwe.

5. Kolejki

Problem, który pojawia się natychmiast gdy chodzi o popularny tytuł. Znalezienie go na półkach graniczy z cudem bo albo a) ktoś jeszcze go nie oddał, albo b) właśnie został wypożyczony przez kolejną osobę. Na całe szczęście problem ten został choć odrobinę zminimalizowany przez funkcję rezerwacji. Owszem, wciąż istnieją kolejki po dany tytuł, ale przynajmniej istnieje gwarancję, ze uda się go wam przeczytać i zostaniecie powiadomieni o jego obecności w konkretnej filii. A to już duży krok naprzód w porównaniu do tego co było.


Stereotypy o bibliotece nie wzięły się z niczego. W każdym z nich tkwi, albo przynajmniej kiedyś tkwiło, ziarnko prawdy. Faktem jest jednak również i to, że jak każde instytucje tak i biblioteki zmieniają się z upływem lat.  Niejednokrotnie na lepsze. Jeśli zraziliście się ich obrazem w dzieciństwie czy też później, może nadszedł czas by sprawdzić czy wciąż jest on  zgodny z rzeczywistością. A nóż przez ten okres nabrał nowych kolorów i zdoła Was teraz zachwycić.

sobota, 8 listopada 2014

I wtedy to się stało - Linda Green


Jeśli ktoś z Was lubi zaczytywać się w ciekawych, niebanalnych obyczajówkach i stara się być na bieżąco z nowymi ofertami wydawniczymi, z pewnością obiła mu się o uszy nazwa serii - Leniwa niedziela. Tytuły wydawane w jej ramach przez Świat Książki zbierają z reguły dobre opinie i wydają się wyróżniać spośród innych pozycji gatunku.  Gdy nadarzyła się okazja do przeczytania jednej z owych powieści, nie wahałam się długo. Zwłaszcza gdy okazało się, że "I wtedy to się stało" porównane zostało do uwielbianych przeze mnie tytułów - "Jednego dnia" i "P.S. kocham Cię". Czy jednak powieści Lindy Green udało się sprostać tak wysokim oczekiwaniom?

Mel i Adam to małżeństwo idealne. Stanowią parę od dwudziestu lat, a wydają się nie widzieć poza sobą świata. Nie w każdej kwestii pozostają jednak ze sobą zgodni. Adam chciałby ogłosić swoje szczęście całemu światu - urządzić huczną imprezę z okazji ich dziesiątej rocznicy ślubu. Mel pozostaje znacznie ostrożniejsza - uważa, że takie afiszowanie się jest zbędne i obawia się, że w ten sposób kusiliby tylko niepotrzebnie los. I choć wydaje się to absurdalne, i Adam ani myśli rezygnować ze swych planów, być może tkwi w tym ziarnko prawdy. W przeddzień imprezy, Adam ulega tragicznemu wypadkowi a szczęście, które było udziałem całej rodziny, znika razem z nim. 

Linda Green gra na emocjach swoich czytelników. Rozpoczyna swoją powieść powoli, niemalbleniwie, przedstawiając nam idealną, momentami wręcz nierealną, rodzinę Mel i Adama. Pozwala byśmy poczuli się zazdrośni o życie jakie prowadzą a także na to byśmy, nie jako wbrew temu uczuciu, zapałali do nich sympatią. A potem, bez żadnego ostrzeżenia, zrzuca na nas ową "bombę". Dzięki temu stosunkowo  łatwo jest wczuć się w sytuację Mel. Łatwo poczuć jej niedowierzanie, dezorientacje i potrzebę wyparcia całego zdarzenia. Bo choć ta historia bezpośrednio nas nie dotyka, emocje Mel są naszymi emocjami.

"I wtedy to się stało" jest powieścią głównie o miłości, ale miłości dojrzałej i opartej na trwałych fundamentach. Linda Green  nie pokazuje nam pierwszych wspólnych chwil - beztroskich i zaślepiających (a przynajmniej nie na samym początku!), skupia się za to na tym co zazwyczaj zwykłe romanse skrywają za zasłoną milczenia. Nie wiem jednak czy porównanie historii Mel i Adama do bestsellerowych opowieści o miłości jest słuszne. Owszem, ich losy również naznaczone zostają tragedią, ale nieco inną- wymuszającą podjęcie trudnych, często niemal niemożliwych decyzji. 

Linda Green nie mówi jednak tylko i wyłącznie o miłości. Centralnym punktem fabuł jest tragiczny wypadek Adama i jego konsekwencje. Linda Green pokazuje swoim czytelnikom czym jest poświęcenie i determinacja. Za pośrednictwem postaci Mel wskazuje zachowanie godne głębokiego szacunku, ale równocześnie nie potępia innych, alternatywnych decyzji. Wręcz przeciwnie, mówi o nich głośno, czasami uznając je za konieczność. Gdzieś w tle Linda Green znajduje również miejsce na to by pokazać do czego zdolna jest kochająca matka i jak trudno czasami budować szczęście na kłamstwach czy też niedopowiedzeniach.

To piękna i mądra powieść - a o tym jak bardzo przekonacie się czytając posłowie. Linda Green opiera swoją powieść na dogłębnych badaniach, luźno inspirując się prawdziwą historią. Jej powieść daje nadzieję, ale jest to nadzieja prawdopodobna z medycznego punktu widzenia, nawet jeśli o nieco słodko-gorzkim posmaku. Ogromnie przypadł mi również do gustu zabieg zastosowany przez autorkę - furtka, którą zostawia swoim czytelnikom. Koniec końców sami zdecydujecie jak zinterpretować pewne fakty. A jakie? Cóż, nie zdradzę.

"I wtedy co się stało" nie jest powieścią lekką, łatwą i przyjemną. To historia, która poza wartością czysto rozrywkową, wnosi coś więcej w życie czytelników, zmusza ich do chociaż krótkiej refleksji.Linda Green pięknie pisze o miłości i ulotności chwil. Podejmuje momentami temat trudny, ale unika niepotrzebnego patosu. Ja historię Mel i Adama zapamiętam na długo - nie tylko jako piękną opowieść, ale i pewną życiową lekcję. Zapamiętajcie ten tytuł - jeśli nie teraz, być może przyjdzie na niego czas w niedalekiej przyszłości.  

★★½

czwartek, 6 listopada 2014

Stos pażdziernikowy


Trzymałam się dzielnie niemal cały październik. Nie kupowałam nowych książek i nie zamawiałam prawie żadnych nowych tytułów od wydawnictw, świadoma, że zbliżają się Targi. A Targi to, jak powszechnie wiadomo, dużo pokus. W tym roku nieustannie towarzyszyły mi zresztą na nich pewne kusicielki - które zamiast mnie hamować, pokazywały kolejne kuszące tytuły. Efekty owego szaleństwa możecie podziwiać poniżej.

Z racji tego,że pozycji jest niepokojąco wręcz dużo podzieliłam je na trzy mniejsze stosy - efekty moich szalonych zakupów,pozycje, które udało mi się upolować w trakcie wymiany książkowej oraz egzemplarze recenzenckie.  Z tego samego powodu [niepokojącej ilości] przechodzę również już do ich prezentacji żeby nie przedłużać tego posta na siłę.

Nomen Omen chodził za mną od dawna. Choć tak naprawdę nie chodzi o ten konkretny tytuł, ale zapoznanie się z twórczością Marty Kisiel.  Jadąc na targi wiedziałam już, że będę polować na tą pozycję i już ostrzę sobie pazurki na myśl o lekturze.Zakupiona na stanowisku Grupy Wydawniczej Foksal ze zniżką -25%

Jak co roku szykowałam się na zakupy na stanowisku  Prószyńskiego (promocja -30%) i choć nie znalazłam wymarzonych tytułów (polowałam na "Miasto lodu" i "Dobrego ojca") i tak jestem mega szczęśliwa. Zarówno Kłamstwa jak i Jak oddech to takie trochę pewniaki bo twórczość obu autorek znam i sobie cenię. 

Wydawnictwo Filia miało jednak zdecydowanie najlepszą ofertę (zwłaszcza dla blogerów).Nie dość, że wszystkie tytuły były przecenione na 30 zł to jeszcze obowiązywała promocja 3 za 2.  Jedno małe kłamstwo to taki trochę kredyt zaufania, bo nie czytałam pierwszego tomu, ale jestem dobrej myśli. Na krawędzi nigdy oraz Drogie Maleństwo zostały zakupione ze względu na Wasze pozytywne opinie. 

Wieczna wiosna jest moim jedynym, ale jakże udanym zakupem na stanowisku wydawnictwa Nasza Księgarnia. Uwielbiam twórczość Katarzyny Zyskowskiej Ignaciak i powoli kompletuje sobie wszystkie jej powieści (swoją drogą,  w lecie czeka nas kolejne spotkanie z serią "Upalne lato..", kto się cieszy?), a o tym konkretnym tytule słyszałam naprawdę sporo pochwalnych opinii.

Razem z Panną M. zafundowałyśmy sobie Lekko stronniczych - jeszcze więcej (bo uwielbiamy kanał chłopaków na Youtubie!) i przy okazji zagarnęłam Dziewczyny z powstania.Panna M. miała już chyba dość tego, że przy każdej wizycie w empiku pokazuje jej owy tytuł i mówię, że bardzo chciałabym go przeczytać, no i kazała mi go kupić. Ale było warto! Zwłaszcza przy promocji -30%

Długo zastanawiałam się, który tytuł z bogatej oferty wydawnictwa Otwartego sobie zafundować, ale w końcu zdecydowałam się na Wybacz mi, Leonardzie. Polubiłam prozę Quicka po "Poradniku pozytywnego myślenia", a ten konkretny tytuł zdobywał raczej same pozytywne opinie, także myślę, że się nie zawiodę.

Moja marka jest z kolei zakupem Panny M.,znalezionym przeze mnie na stanowisku Grupy Wydawniczej Foksal i empiku,z rabatem -25%. Panna M. studiuje zarządzanie i myśli nad własną firmą także zdecydowanie są to jej klimaty, a i ja chętnie zagłębie się w tej pozycji. 


Prawdziwą historię Ireny Sendlerowej otrzymałam od wydawnictwa Marginesy i niezmiernie się z tego powodu cieszę. Jestem już po lekturze i niezmiernie przypadła mi do gustu, tak samo zresztą jak i Pannie M. Poza tym, w trakcie Targów udało mi się spotkać z autorką i poprosić ją o autograf. Tyle korzyści! Recenzji możecie spodziewać się na początku przyszłego tygodnia ;)

Ponad wszelką wątpliwość,Na spokojnych wodach oraz Rajskie ptaki to z kolei egzemplarze od Czarnej Owcy. Nie miałam okazji zapoznać się jeszcze z wszystkimi, ale ogromnie cieszę się z tego powodu, bo teraz chodzą za mną kryminały wszelakiego rodzaju. Będzie jak znalazł.


Ostatni stos to moje zdobycze wymianowe.  Nie będę ich opisywać bo raczej wszystko jest widoczne, a póki co niewiele mam na ich temat do powiedzenia. Kilka tytułów jest zebranych z myślą o moim Mamutku, ale i tak niezmiernie się cieszę. Zwłaszcza z Zaklętych w czasie, bo oglądałam film i strasznie mi się podobał.

Czytaliście coś z powyższych pozycji i możecie mi polecić, albo wręcz przeciwnie - odradzić? 

wtorek, 4 listopada 2014

Miniaturzystka - Jessie Burton


Powieści osadzone w przeszłości, nawet jeśli niepowiązane ściśle z jakimś ważnym wydarzeniem historycznym, posiadają swój własny, niepowtarzalny klimat. Jest coś fascynującego w tej dawnej atmosferze - długich sukni i szarmanckich dżentelmenów; i tak naprawdę czasami prócz wyraźnego nakreślenia owej  rzeczywistości, [powieści] nie potrzeba już dużo więcej by zachwycić miłośników gatunku. Jessie Burton, autorka "Miniaturzystki", oferuje jednak swoim czytelnikom znacznie więcej. Ciekawy koncept, zrealizowany z pełnym sukcesem, zdecydowanie wyróżnia powieść autorki na tle innych tytułów.   

Osiemnastoletnia Petronella Oortman, świeżo poślubiona małżonka amsterdamskiego kupca, zjawia się pewnego październikowego dnia przed drzwiami do swojego nowego domu. Wbrew swym oczekiwaniom, nie zostaje jednak powitana przez małżonka. Johannes Brandt odbywa właśnie jedną  ze swych zawodowych  podróży, a jedyną osobą, która oczekuje Nelli jest jego stanowcza i raczej chłodna siostra Marin. Jednak nawet i po powrocie małżonka, relacje między nimi pozostają dziwnie oziębłe i formalne. Przyuczona do roli żony Nella jest zdezorientowana tym, że została odsunięta na dalszy tor. Mimo swej pozycji, to Marin sprawuje piecze nad domem i to jej rozkazów wysłuchują służący - Cornelia i ciemnoskóry Otto. Niejaką pociechą dla kobiety nieoczekiwanie staje się ślubny podarunek od Johannesa - miniaturowa replika rezydencji. Nella zatrudnia miniaturzystę - rzemieślnika, który zapełni "domek" meblami. Tyle, że ten nie trzyma się otrzymywanych zamówień. Zaskoczona Nella odkrywa, że miniaturowe figury ostrzegają przed nieuchronnymi wydarzeniami z przyszłości. Wydarzeniami, które zmuszą Petronellę do całkowitego zrewidowania jej poglądów.

"Miniaturzystka" to powieść, która zwraca uwagę głównie dzięki ciekawemu pomysłowi na fabułę, ale, koniec końców, to nie on stanowi jej największą zaletę. Jessie Burton zachwyca swoją skrupulatnością w stosunku do szczegółów i wiernością względem faktów historycznych. Autorka stara się wiernie odwzorować atmosferę miasta, wystroje wnętrz, ubiory czy nazwy kupieckich spółek akcyjnych. Co ciekawsze jednak, przy tworzeniu swej historii, Jessie Burton opiera się na faktycznych postaciach. Bo w XVII-wiecznym Amsterdamie naprawdę żyła Petronella Oortman - żona kupca Johannesa Brandta i właścicielka niezwykłego domku (znajdującego się obecnie w Rejksmuseum)

Fanatycy historii z pewnością będą zachwyceni faktem, że Jessie Burton wzbogaciła swoją powieść o słowniczek, a także dwa ciekawe aneksy - porównanie zarobków  pod koniec XVII wieku w Amsterdamie i przykładowe wydatki domowe zamożnego Amsterdamczyka w tamtym okresie. Owszem, nie wpływa to w żaden sposób na jakoś owego tytułu, ale stanowi taki dodatkowy "smaczek" dla czytelnika. No i oczywiście po raz kolejny podkreśla skrupulatne przygotowanie autorki.

Jeżeli zaś chodzi o samą fabułę, osią całej opowieści stanowi wątek tajemniczej miniaturzystki, ale w tle rozgrywa się wiele innych, fascynujących historii. Przede wszystkim, obserwujemy przemianę jaka zachodzi w głównej bohaterce. Petronella, doświadczona przez ciężkie doświadczenia, zmienia się z wystraszonej "pensjonarki", w potrafiącą zawalczyć o swoje racje kobietę. Jeżeli jednak szukacie w "Miniaturzystce" porywającego romansu, możecie z góry nastawić się na rozczarowanie. Jessie Burton nie zapomina o miłości, ale ukazuje ją niejako zgodnie z ówczesnymi realiami. Mówi o małżeństwach z rozsądku, o poszukiwaniu uczucia u ludzi niższego stanu - bez perspektyw i o tym jakie te źle ulokowane uczucia mogą mieć niekiedy tragiczne konsekwencje.

Jessie Burton posługuje się w swojej powieści raczej prostym językiem. Zdania są z reguły krótkie i pozbawione zbędnych "upiększeń". A sama historia przedstawiona zostaje w czasie teraźniejszym. Tyle, że owa prostota wcale nie sprawia, że "Miniaturzystka" traci na wartości. Wręcz przeciwnie, dzięki niej całość czyta się szybko, niepostrzeżenie przewracając kolejne strony - aż do finału.

"Miniaturzystka" Jessie Burton to tytuł, który powinien zwrócić uwagę każdego wielbiciela gatunku, a także tych osób, które po prostu lubią powieści o niebanalnej fabule. Autorka kreśli przejmujący, żywy obraz ówczesnych realiów; mówi o tym jak ciężko wówczas było odnaleźć szczęście i jak ogromny wpływ na mentalność ludzką miała religia. A całość czyni jeszcze bardziej interesującą przez wplecenie wątku tajemniczej miniaturzystki. Dawno nie miałam okazji czytać czegoś podobnego. Pozostaje mi żywić nadzieje, że kolejne powieści Jessie Burton dosięgną tak wysoko postawionej poprzeczce. Was zachęcam do lektury "Miniaturzystki" - mam dziwne przeczucie, że się nie zawiedziecie.

★★

PREMIERA: 6 LISTOPADA

sobota, 1 listopada 2014

Podsumowanie października


Październik nie jest moim ulubionym miesiącem (w przeciwieństwie do niektórych nie posiada w sobie nic nadzwyczajnego, a gdyby tego było mało - wiąże się z rozpoczęciem roku akademickiego) w tym roku jestem mu jednak w stanie wybaczyć dużo - TARGI, wiecie o co mi chodzi, prawda? Poza tym, po raz pierwszy od początku roku, miesiąc ten nie uciekł mi gdzieś między palcami. Wręcz przeciwnie, wydawało mi się jakby trwał i trwał, pokonując kolejne dni w nieco leniwej atmosferze. I dobrze mi z tym. 

PRZECZYTANE:

I wtedy to się stało, Linda Green ★★½
Rodzinka do zwrotu, Claire LaZebnik ★★
Swobodna, S. C. Stephens ★★½
Gosposia prawie do wszystkiego, Monika Szwaja ★★½
Prawdziwa historia Ireny Sendlerowej, Anna Mieszkowska ★★
Obca, Diana Gabaldon ★★
Uwięziona w bursztynie, Diana Gabaldon ★★
Ponad wszelką wątpliwość, Malin Persson Giolito ★★½
Dziewczyny z powstania, Anna Herbich ★★
Zabójstwo Rogera Ackroyda, Agatha Christie ★★
Podróżniczka, Diana Gabaldon ★★
Krawcowa z Madrytu, Maria Duenas ★★

STATYSTYKI PAŹDZIERNIKOWE:

Przeczytane: 13
Strony: 6 654
Ocena: 3,78

KSIĄŻKA MIESIĄCA:




STATYSTYKI ROCZNE:

Przeczytane: 106
Strony: 40 320
Ocena: 3,88
RECENZJE:



POSTY:



W PRAWDZIWYM ŻYCIU:
  • Wraz z dniem 1 października rozpoczęłam studia na Uniwersytecie Jagiellońskim. .Nauki póki
    co nie ma jeszcze za dużo, ale moje pierwsza odczucia są w miarę pozytywne. Najważniejsze, że trafiłam na sympatycznych ludzi i (co jeszcze ważniejsze!) profesorów!
  • Wpadłam w obsesję. Jeżeli śledzicie mój profil na instagramie albo uważnie przypatrzyliście się liście przeczytanych książek być może wiecie o co mi chodzi. Seria "Obca" zawładnęła moim serduchem i nie mogę się doczekac 4 kwietnia i nowych odcinków!
  • W moich głośnikach nieustannie przeplatały się trzy piosenki - Homeless - Maria Mena;I was made for loving you - Maria Mena ; oraz stosunkowo nowe odkrycie Everything has changed - Taylor Swift ft. Ed Sheeran
  • Co prawda mogliście poczytac na ten temat w dwóch specjalnych postach, ale i tak muszę to dodać - wydarzeniem miesiąca były Targi Książki!