sobota, 22 lutego 2014

Revenge (2011)


Kilkakrotnie już wam wspominałam, że książki nie są moją jedyną słabością. Że jest jeszcze jedna rzecz, która potrafi pochłonąć mnie do tego stopnia, że mogę zapomnieć o całym bożym świecie. I że są nią seriale. Kilkakrotnie zabierałam się do stworzenia cyklu postów, w którym będę się dzielić z Wami moimi przemyśleniami na temat konkretnych produkcji, do tej pory jednak zawsze wszystko kończyło się na dobrych chęciach. Co się zmieniło? Natrafiłam w końcu na tytuł, o którym prawdopodobnie nie każdy z Was miał jeszcze okazję słyszeć, a który, moim zdaniem, mógłby przypaść do gustu  szerszemu gronu odbiorców. Panie i Panowie przedstawiam Państwu amerykańską produkcję stacji ABC - Revenge.

Revenge opowiada historię młodej kobiety, która wprowadza się do nadmorskiego kurortu  - Emily Thorne. Hampton to stolica luksusu i wielkich pieniędzy, nieoficjalnie rządzona przez rodzinę Graysonów - Conrada i Victorię. Ich przyjaźń może wynieść na szczyty, nienawiść - sprowadzić człowieka na samo dno. Emily wydaje się jednak dobrze aklimatyzować w nowym otoczeniu i konsekwentnie zbliża się do grona największych elit. Tyle, że tak naprawdę nie jest ona tym za kogo się podaje. Przed laty ktoś niesłusznie oskarżył ojca Emily za terroryzm i teraz dziewczyna chce naprawić doznane krzywdy jedynym znanym sobie sposobem - mszcząc się. Kto jak kto, ale ona nie tak łatwo wybacza. Na dodatek ma nie tylko plan, ale i środki by go zrealizować. Tyle że nawet najlepiej zaplanowana zemsta może się nie udać, kiedy w grę wchodzą uczucia - zwłaszcza tak silne.

(c) tumblr
Zacznijmy od tego, że prawdopodobnie nigdy nie natrafiłabym na ten serial gdyby nie nuda w trakcie ferii i chęć robienia wszystkiego oprócz przygotowywania się do matury, Istnieje o wiele więcej znanych, powszechnie polecanych seriali, tyle że ja na ogół pozostaje długo sceptycznie nastawiona do tego wokół czego pojawia się zbyt dużo szumu. Przy pomocy niezawodnego wujka Google wybrałam się więc na poszukiwanie serialu, który a) nie znajduje się na każdej liście ulubionych seriali w przeciągu ostatniego roku i b) atmosferą przynajmniej w minimalnym stopniu przypomina PLL (które kocham, nawet wówczas, gdy co jakiś czas wbija mi nóż prosto w serce słabszymi epizodami). Według kilkunastu osób Revenge zalicza się do obu tych kategorii i choć oczywiście mogłabym się czepiac, właściwie z grubsza zgadzam się z tym stwierdzeniem.

Revenge jest  historią o zemście i zasiadając do owego serialu (zwłaszcza przez pierwsze odcinki) doprawdy ciężko będzie Wam o tym zapomnieć. Emily skrupulatnie realizuje plan swojej zemsty, a patrząc z jakim tempem pozbywa się kolejnych nazwisk ze swej listy (ale bez rozlewu krwi moi drodzy! co to, to nie! To nie jest w typie pani Thorne) początkowo obawiałam się jakim torem wszystko potoczy się dalej i czy cała fabuła nie skończy się zanim na dobre się zacznie. Ale potem odetchnęłam z ulgą. Akcja wciąż jest wartka i płynna, ale autorzy umiejętnie rozwinęli przy tym wątki poboczne opóźniając nieco dojście do punktu kulminacyjnego.

(c) tumblr
To opóźnienie głównej akcji  zostało zresztą potem przez niektórych mocno skrytykowane. Panna Thorne ma w sobie sporo nienawiści, to prawda, ale nawet ona nie ma tyle wrogów by starczyło ich na wszystkie te trzy sezony, które póki co ujrzały światło dzienne. A że scenarzyści nadal konsekwentnie starają się stawiać na akcję, w Hampton  dochodzi do sporej ilości dramatów i zatargów. Mnożą się wrogowie, a przyjaciół nie przybywa. To prawda, byc może rzeczywiście podobny natłok wydarzeń nie jest zbyt prawdopodobny, ale nie możemy zapominać o tym, że serial jest tylko i wyłącznie fikcją, a gdyby scenarzyści gwałtownie zwolnili tempo zarzucilibyśmy, że w serialu powiało nudą.

Skoro już i tak nawiązałam do PLL - ciekawie jest oglądać serial, w którym główne skrzypce odgrywają nie osoby prześladowane, ale sam prześladowca.  Zwłaszcza, że kroki, które podejmuje wypadają bardzo realistycznie (o ile weźmie się oczywiście pod uwagę gotówkę jaką posiada panna Thorne). O ile scenarzystom tego pierwszego programu zabraknie pomysłów jak uprzykrzyć życie głównym bohaterkom, z czystym sercem mogą zwrócić się o pomoc do panny Thorne.  Mam dziwne wrażenie, że ona posiada w sobie niewyczerpane źródło inspiracji.

(c) tumblr
Omówiliśmy akcję, intrygi i sam wątek zemsty, nie można jednak nie wspomnieć o tym jakie rozterki sercowe trapią główną bohaterkę i pozostałych mieszkańców kurortu. A czego jak czego, ale afer z uczuciem w tle naprawdę tam nie brakuje! Scenarzyści jasno pokazują jak wygląda życie uczuciowe bogaczy. Mało która para pozostaje na długo przy swoim boku, a jeżeli nawet - to jest to związek, z krótkimi (lub nieco dłuższymi przerwami). O ile nie jestem zwolenniczką trójkątów miłosnych na lamach książki, o tyle ten serialowy (trójkąt, a potem  w kolejnym sezonie nawet czworokąt) oglądam z prawdziwą przyjemnością.I wciąż nie mogę się zdecydować, który z przystojnych wielbicieli  panny Thorne według mnie powinien zostać u jej boku. (No dobra, to nie do końca prawda, wiem. Tyle, że czuję że scenarzyści nie do końca się ze mną zgadzają i wkrótce złamią mi serce.Aiden. Aiden. Aiden)

Co jeszcze działa na korzyść Revenge? Nie znam się na technicznych aspektach filmu, więc nie zapewnię wam szczegółowych informacji na ten temat.  Potrafię jednak docenić co innego - intrygujących bohaterów. Może nie są to zbyt różnorodne postacie bo gdyby tylko  trochę poszukać znalazłoby się sporo ich cech wspólnych, ale za to są zaskakujący i nieprzewidywalni. Nie przyzwyczajajcie się do tego co wiecie na temat bohaterów. Może się okazać, że wcale nie są tak krystalicznie czyści jakbyście to sobie wyobrażali, albo  wręcz na odwrót - że istnieją w nich jakieś pokłady dobroci.

(c) tumblr
Nie wątpię, że szybko zapałacie sympatią do głównej bohaterki (choćby dlatego, że po prostu nie chcecie widzieć w niej swojego wroga), że jeszcze szybciej dostrzeżecie jak bezwzględna potrafi byc Victoria, a już bez wątpienia, że z miejsca pokochacie Nolana. Nie zgodzę się, że Emily VanCamp (Emily Thorne) została źle dobrana do tej roli i że całą uwagę widza kradnie aktorka grająca panią Grayson. Nie wiem jak sprawdza się w innych produkcjach, ale po obejrzeniu pierwszego sezonu i połowy drugiego nie wyobrażam sobie kogoś innego na jej miejscu. Aktorka potrafi pokazać zdecydowanie i determinację Emily, a równocześnie odkrywa przed widzem, że panna Thorne gdzieś głęboko wciąż jest uczuciową, dobroduszną osobą, która marzy o tym by ktoś ją pokochał.

Już na sam koniec, chociaż wierzcie mi, mogłabym pisać jeszcze godzinami, dodam że ekipa doskonale dobrała  muzykę do serialu. Nie jest nachalna i dla kogoś kto nie chce jej usłyszeć może stać się  niedostrzegalna. Pomaga jednak oddać emocje towarzyszące bohaterom. (Zwłaszcza ta jedna melodia, która najczęściej występuje na końcu odcinka i której za nic w świecie nie mogę znaleźć.) A jeśli naprawdę nie docenicie pomysłu, fabuły czy gry aktorskiej to zwróćcie uwagę chociaż na teksty wypowiadane przez Emily na początku i końcu każdego odcinka. Ktoś naprawdę powinien to spisać.
 
(c) tumblr
 Jak z pewnością mieliście okazję zauważyć, ja serialem Revenge jestem zachwycona w stu procentach, tak samo zresztą jak i moja siostra. Wiem, że niektórzy uważają, że  poziom drugiego sezonu gwałtownie zmalał, ale ja tego nie dostrzegam (może dlatego, że skupiam się na tym jak bardzo Aiden i Emily pasują do siebie nawzajem). Jeżeli szukacie serialu w którym to nie miłość odgrywa pierwsze skrzypce (choć oczywiście się pojawia), lecz zemsta; jeżeli chcecie trochę popatrzeć na luksusowy świat; a czasami, jeżeli chcecie chwilkę popłakać, Revenge może przypaść wam do gustu niemal tak samo jak mi. Zasiadajcie przed ekranem laptopa a potem zdajcie relacje po obejrzeniu. Tylko uwaga, to uzależnia.



P.S. Wiem że to prawdopodobnie najdłuższa notka na blogu, zwłaszcza jeśli brać pod uwagę recenzje, ale czułam potrzebę by powiedzieć wszystko!

P.S. 2. Taaak, z obrazkami też starałam się pohamować, ale jakoś nie wyszło.

niedziela, 16 lutego 2014

Podsumowanie pierwszego maratonu książkowego


Zacznijmy od tego, że po raz kolejny utwierdziłam się w przekonaniu jak złośliwy potrafi byc czas. To wprost niewyobrażalne w jak różnym tempie może upływać ten sam odcinek czasu. Pamiętacie jak mówiłam ile udało mi się dokonać w pierwszym tygodniu ferii?  Cóż, kolejne siedem dni umknęło mi gdzieś między palcami. Zasnęłam w poniedziałek, a obudziłam się w niedzielę, jakkolwiek dziwnie by to nie brzmiało. Zanim podzielę się z Wami rezultatami z samego Maratonu Książkowego wspomnę tylko, że niestety nie udało mi się zrobić prezentacji maturalnej, ale przynajmniej przyczyniłam już jakieś kroki w tym temacie i skończyłam zaliczeniową prezentację z rosyjskiego. Trzeba się cieszyć z tego co mamy, a nie martwic tym co nie wyszło.

Maraton książkowy rozpoczęłam z przytupem. Fakt, że znajdowałam się akurat w jednym z punktów zwrotnych w powieści Gayle'a Formana tylko dodał mi skrzydeł. W tym pierwszym dniu przeczytałam 237 str., kończąc tym samym "Just one day", a więc pierwszą z trzech zaplanowanych na ten tydzień lektur. Byłam zachwycona i podekscytowana, a także pełna sił na kolejne dni. Drugiego dnia rozpoczęłam przygodę z "Z innej bajki". To nie było dokładnie to czego spodziewałam się po prozie pani Picoult i początkowo trudno było mi się przyzwyczaić do tej sytuacji, ale po kilkunastu stronach wszelkie obawy zniknęły. Dzień drugi zakończyłam z wynikiem 149 przeczytanych stron. I determinacją by następnego dnia skończyć kolejny tytuł. 

Fakt że zdążyłam przyzwyczaić się do nieco  innego stylu powieści i pokochać wykreowanych bohaterów, no i że naprawdę chciałam zobaczyć jak to się wszystko skończyło, sprawił, że trzeciego dnia zakończyłam lekturę "Z innej bajki", a na dodatek rozpoczęłam przygodę z "Ptaśkiem" - 191 str., ha! Tyle, ze "Ptasiek" nie był tym czego się spodziewałam i odczułam to naprawdę boleśnie. Rozumiem zamysł autora, ale momentami naprawdę musiałam zmuszać się do lektury. Czwartego dnia z trudem przeczytałam 129 str, a piątego jakoś przebolałam te ostatnie 119 str. Potrzebowałam czegoś lekkiego i pięknego. I  zabrałam się za "Hopeless".

Gdybym mogła najchętniej jednego dnia pochłonęłabym całą tą historię. Z drugiej strony jednak a)nie chciałam tak szybko żegnac się z bohaterami (zwłaszcza jednym bohaterem) b)musiałam wziąć się za naukę i to porządnie. Szóstego dnia wieczorem przeczytałam pierwsze 24 str., siódmego kolejne 31 str. a ostatniego następne 106. I muszę wam powiedziec, że widząc w jakim kierunku zmierza ta historia, dokonałam słusznego wyboru - zwłaszcza w okolicach Walentynek.

Koniec końców spełniłam wyznaczony sobie cel. Przeczytałam nie tylko trzy wybrane wcześniej książki, ale zaczęłam również czwartą. W dwóch z nich z miejsca się zakochałam, jedna wywołała we mnie mnóstwo ciepłych uczuć, a inna zmusiła mnie do chwili refleksji. To dobry wynik, nawet bardzo dobry. Dla wielbicieli liczb powiem tylko, że zamknął się on w 986 stronach I że w związku z tym nie mogę się już doczekać drugiego takiego maratonu.  Który, miejmy nadzieję, wkrótce się pojawi. (ale może już po mojej maturze, co?)

piątek, 7 lutego 2014

Pierwszy maraton książkowy


Pierwszy tydzień ferii upłynął mi w połowie na przesiadywaniu na kursie z języka polskiego, a w połowie na podróży tramwajem, którą umilała mi nauka WOS-u. Jak więc sami widzicie, było intensywnie i baaardzo maturalnie, a ja nie mogłabym byc chyba z siebie bardziej dumna. Wiem, że drugi tydzień będzie równie intensywny. Co prawda zakończyłam już kurs, ale pasowałoby się wziąć za przygotowanie prezentacji maturalnej z polskiego no i zaliczeniowej prezentacji z rosyjskiego. Mimo to nie byłabym sobą, gdybym opuściła takie wydarzenie jak to,  które zaproponowała Querida.

O co chodzi? Będziemy czytać! Czytać! Czytać! Czytać! I jeszcze raz czytać!  Żeby ten nowy rok rozpocząć nareszcie pełną parą! Oczywiście nie chodzi o to, żebyśmy się prześcigali kto z nas zdoła przeczytać najwięcej książek. żebyśmy połykali strony nie zważając na ich treść czy żebyśmy rezygnowali z wszelkich innych rozrywek.  Po prostu mamy się bawić, bawić czytaniem i spróbować przeczytać o jedną, dwie książki więcej na tydzień niż mamy w zwyczaju. 


Organizatorem i pomysłodawczyniom tego przefantastycznego wydarzenia jest nie kto inny tylko wspomniana już wyżej Querida.   Maraton książkowy rozpoczyna się jutro (tj. 8 lutego) i trwać będzie równiuteńki tydzień czyli dokładnie do 15 lutego. Przed rozpoczęciem powinnyście się zapisać w komentarzu pod tym postem, zadeklarować ile książek zamierzacie przeczytać i jakie będą to tytuły.  Już po zakończeniu, w osobnym poście, albo przy okazji podsumowania miesiąca powinniście stworzyć małą relacje i przedstawić innym swoje wyniki (no dobra, pochwalić się nimi)

Jako że ostatnio jestem realistką, stawiam sobie realne cele. Chciałabym przeczytać w trakcie tego maratonu co najmniej trzy tytuły. Z pewnością chciałabym skończyć "Just one day", przeczytać "Z innej bajki" autorstwa Jodi Picoult i jej córki, a także zapoznać się z "Ptaśkiem" co by zrobić coś do matury. Jeżeli uda mi się przeczytać coś jeszcze, będę bardzo szczęśliwa, ale nie chcę stawiać sobie nierealnych celów. 

Jako że postanowiłam ożywić nieco swój Twitter, to właśnie tam możecie spodziewać się codziennych relacji z tego jak mi idzie. Musicie mi jednak wybaczyć, póki co w ogóle go nie ogarniam ;)

sobota, 1 lutego 2014

Podsumowanie stycznia


Powiem szczerze, nie spodziewałam się, że rozpocznę rok 2014 z tak imponującymi statystykami. Byłam przygotowana na znacznie słabsze rezultaty, zwłaszcza biorąc pod uwagę fakt, że w styczniu przypadało zakończenie pierwszego semestru. Ku mojemu ogromnemu zaskoczeniu w ubiegłym miesiącu czytałam jednak sporo, i to nie tylko literatury typowo szkolnej - choć i taka się znalazła. Z całym przekonaniem mogę jednak teraz powiedzieć, że jestem z siebie dumna, o!

W dniu dzisiejszym zaczęłam ferie zimowe, po raz pierwszy w życiu nie przynoszą mi jednak one tyle satysfakcji. Matura potrafi dać człowiekowi naprawdę nieźle w kość. Kolejny tydzień spędzę na intensywnej powtórce z języka polskiego (ach! to wstawanie o 7! poczuję się prawie tak jakbym nieprzerwanie chodziła do szkoły) oraz nauce WOS-u i angielskiego. Nie ma lekko moi drodzy! Z  racji tego, że w styczniu również starałam się zabrać już za powtórkę, posty nie ukazywały się zbyt często. A jeśli już, nie były to recenzje. Zestawienia i zapowiedzi zajmują zdecydowanie mniej czasu niż pisanie recenzji dlatego podobna tendencja może się utrzymać do maja, wybaczcie moi drodzy.

Nie przedłużam już jednak i przedstawiam Wam moje imponujące osiągnięcia w styczniu!


Nigdy nie byłam osobą szczególnie zafascynowaną literaturą non-fiction, raczej negatywnie odnosiłam się też do licealnego kanonu lektur, muszę jednak oddać pani Hannie Krall sprawiedliwość -  "Zdążyć przed Panem Bogiem" to tytuł niemal równie piękny jak i przerażający. Nie prowadzę jakiegoś rankingu lektur, ale gdyby przyszło mi kiedyś coś takiego do głowy, ten konkretny utwór znalazłby się w pierwszej piątce. Hanna Krall stworzyła dzieło wyjątkowe, które powinien przeczytać każdy z nas. Achronologia wydarzeń; elementy, które na koniec układają się w jedną całość i ten piękny język, który ubiera tak pozornie banalne frazesy w myśli warte zapamiętania i przemyślenia. W mej prywatnej skali 4.5 na 5 gwiazdek.

Czytanie "The darkest minds" rozpoczęłam jeszcze w grudniu. Miałam ogromne oczekiwania odnośnie tego tytułu (a wszystko przez booktuberów - mówiłam Wam już jak wielki wpływ mają oni ostatnio na wybór czytanych prze mnie pozycji?), ale zostały one zaspokojone niemal w stu procentach. Postaram się opublikować pełną recenzję tego tytułu na początku lutego, ale już teraz mogę podzielić się  z wami moimi głównymi przemyśleniami. To nie jest lektura dla osób nieprzywykłych do czytania w języku angielskim. Bogata w opisy i słownictwo przewyższające poziom podstawowy (a może nawet i średni) może byc trudna do "przebrnięcia" zwłaszcza przez pierwsze kilkanaście stron. Ale potem? Potem dostrzeżecie, ze było warto. Cieszę się, ze wydawnictwo Otwarte zakupiło prawa autorskie do tej serii i liczę, że szybko wydadzą u nas ten tytuł. Cross my fingers! 5 na 5 gwiazdek.

Uwielbiam pióro Paulliny Simons i choć uważam, że ma ona swoje lepsze i gorsze momenty, "Jedenaście godzin" zdecydowanie można zaliczyć do tej pierwszej kategorii. Swoje wrażenia udało mi się już opisać w recenzji  dokąd was odsyłam, ale powiem tylko krótko - to zdecydowanie jeden z bardziej emocjonujących i trzymających w napięciu thrillerów jakie ostatnio czytałam. 4 na 5 gwiazdek

Mieliście kiedyś tak, ze wiedzieliście, że dana pozycja jest dobra, ale wam zupełnie nie przypadła ona do gustu? Ja zetknęłam się z czymś takim po raz pierwszy właśnie w trakcie lektury "Czarnej zimy" . Czułam, że to coś dobrego i wartego uwagi, ale zupełnie nie mogłam się wczuć w historię. Swoją bardzo subiektywną opinię już opublikowałam. Dla wielbicieli fantastyki - TAK!, TAK!, TAK! Dla mnie tylko 2 na 5 gwiazdek.

Jeżeli oglądacie, albo oglądaliście Downton Abbey, prawdopodobnie pokochacie "Ostatnie lato w Mayfair"  Wydaje mi się, że książka utrzymana jest w podobnym klimacie - arystokracja, która styka sie z człowiekiem nieco niższego stanu i musi pogodzić się z jego silną pozycją; zmiany zachodzące w hierarchii społeczeństwa no i wojna odciskająca piętno na ich życiu. Jeśli chodzi o tą pozycję, na pewno doczekacie się bardziej obszernej recenzji. 4 na 5 gwiazdek.

O ile Hanna Krall całkowicie mnie kupiła, o tyle "Inny świat" już niekoniecznie. Dostrzegam wartość merytoryczną tego tytułu. Sporo zmienił on w moim spojrzeniu na pewne aspekty życia, ale czytało mi sie go naprawdę ciężko. Pan Herling Grudziński przywołuje naprawdę sporo nazwisk i historii, które powinny zostać zapamiętane, ale w takim natężeniu zlewały mi się w jedną całość.  3na 5 gwiazdek.

Dawno nie czytałam żadnego tytułu zaliczającego się do kategorii middle grade i dlatego byłam naprawdę zaskoczona jak wielką radość sprawiła mi jego lektura. "Wonder" to ciepła, wzruszająca i przepełniona mądrością życiową książka, która z pewnością na długo zagości w moim serduchu. Na dodatek napisana naprawdę prostym językiem. Jeżeli szukacie tytułu na pierwsze zetknięcie z lekturą w języku angielskim, mogę wam go śmiało polecić. A jeśli wam również się spodoba, wy polecajcie go dalej. 5 na 5 gwiazdek.

Lektura "Wonder" sprawiła, że miałam ochotę na więcej tytułów poruszających jakiś trudny, współczesny problem. "Złodziejka mojej córki" przeleżała na mojej półce już jakiś czas i doszłam do wniosku, że teraz jest idealny moment na to by wreszcie się z nim zapoznać. To nie jest tytuł podobny do "Wonder". Stylem i klimatem przypomina jednak prozę Jodi Picoult, albo Diane Chamberlain - zwłaszcza drugiej z pań - a sami wiecie jak bardzo lubię tego typu powieści. Jeśli tylko mi się uda, postaram się opowiedzieć o niej nieco więcej, ale to naprawdę tytuł godny polecenia. 4,5 na 5 gwiazdek

Pozostając przy tematyce matka-dziecko zabrałam się za lekturę "Koszmarnego przebudzenia" i muszę przyznać że był to naprawdę dobry wybór. Rosalind Noonan tworzy naprawdę ciekawy i wciągający thriller, ale wplata w niego również inne ciekawe zagadnienia m.in. depresji poporodowej. Nie jest to może tytuł, który na długo zagości w mojej pamięci i którego lekturę wkrótce powtórzę, ale zdecydowanie zasłużył na 4 na gwiazdek.

Nie spodziewałam się, że uda mi sie skończyć kolejny tytuł, ale "Wojenna narzeczona" okazałą sie na tyle fascynującą lekturą, że zdołałam "dobić" do dziesiątki. swego czasu sporo naczytałam się o tej powieści na waszych blogach, ale później jakoś ten szum ucichł, a szkoda. Uwielbiam romantyczne opowieści rozgrywające się na tle II wojny światowej, a "Wojenna narzeczona" należy do jednych z lepszych powieści z tego gatunku. Gdyby nie udało mi się napisać nic więcej w przyszłości - polecam! 4,5 na 5 gwiazdek


To był dobry miesiąc. Nie tylko pod względem ilościowym, ale i jakościowym. Wydaje mi się, że nie uda mi się osiągnąć podobnej liczby w lutym, ale marzę o tym by utrzymać chociaż poziom wybieranych lektur.  Z tego miejsca gorąco zachęcam Was do obejrzenia pierwszego posta z cyklu Top Ten Friday i Czekam na polskie wydanie. No i wyczekujcie recenzji!