Subiektywny przegląd lektur - Zlodziejka Ksiazek

piątek, 22 sierpnia 2014

Subiektywny przegląd lektur

(c) tumblr.com

Spójrzmy prawdzie w oczy, spora część naszego społeczeństwa rzadko sięga po jakąkolwiek lekturę o czym z zaskakującą radością i częstotliwością przypominają nam różnorodne statystyki. Choć nam, molom książkowym, trudno się z tym pogodzić, większość nad książki przekłada krótkie maratony filmowe, spacer po galerii handlowej czy choćby lekturę czasopism wszelakiej maści. Niechęć do literatury rozpoczyna się jednak stosunkowo wcześnie, bo już w szkolnych latach. Urodziliśmy się z temperamentem godnym romantyków, a co za tym idzie - buntowanie się mamy gdzieś tam we krwi. Więc się buntujemy, z braku laku, przeciwko szkolnemu kanonowi lektur.

Jako, że w kwietniu tego roku zakończyłam już swoją edukację (a co za tym idzie trochę tych lektur zdążyłam już przeczytać) a na dodatek wielkimi krokami zbliża się kolejny rok szkolny, doszłam do wniosku, że to idealny moment na krótki przegląd lektur szkolnych - od podstawówki aż do liceum. Nie jestem może zwolenniczką wszystkich tytułów, ale jak sami będziecie mieli okazję się przekonać, wiele z nich wspominam z sympatią. Może więc nie taki diabeł jak go wszyscy malują? 

czarna owieczka plastusiowy pamiętnik zaczarowana zagroda kajtkowe przygody
Czarna owieczka jest pierwszym tytułem, który pamiętam - choć może to nieco za mocne słowo, biorąc pod uwagę fakt, że nie mam zielonego pojęcia o czym opowiada (ale będę zgadywać, że mowa o jakiejś czarnej owieczce, zgadłam?).To co pamiętam jednak doskonale, to fakt, że Czarna owieczka była jedną z tych lektur, które czytało się wspólnie w klasie, na głos. A jako, że niestety nie w każdym domu czyta się dzieciom do snu czy też dla czystej rozrywki, uważam, że to doskonały pomysł. I że choćby dlatego warto go utrzymać w kanonie.
  
Jako siedmioletni szkrab, który jeszcze średnio rwał się do samodzielnego czytania, byłam absolutnie PRZE-RA-ŻO-NA objętością Plastusiowego pamiętnika ale koniec końców pani Kownacka absolutnie mnie zauroczyła. Przygody stworka z plasteliny są urocze, zabawne i, jak chyba każda literatura dziecięca, niosą w sobie kilka uniwersalnych prawd, a już na pewno pomagają się dzieciakom oswoić ze szkolnym życiem. Poza tym, no proszę Was - kto nie kocha Plastusia? (Tak, marzyłam o tym, żeby posiadać własnego plastelinowego stworka. Tak, nie miałam wystarczającego talentu żeby go stworzyć xP)

Jeżeli chcecie wiedzieć jak nazywa się pierwszy tytuł, którego Kala szczerze nienawidziła - oto i on - Zaczarowana zagroda. Jak  na typowego buntownika przystało, nie kryłam się z tym, że uważam tą lekturę za nudną i bezsensowną. Moją nienawiść potęgował fakt, że w trakcie omawiana Zaczarowanej zagrody "zaliczyłam" pierwszego bz-a - wierzcie lub nie, ale moje siedmioletnie/ośmioletnie wówczas serduszko prymuski naprawdę krwawiło. Teraz, po latach (Boże, jak gdybym była własną babcią!) rozumiem już, że ta lektura wnosi ze sobą wiele ciekawych informacji. Ale i tak uparcie trzymam się faktu, że nie jest to tytuł dla pierwszaków. Starsi uczniowie - gdzieś trzecia klasa - zdecydowanie lepiej skorzystaliby z tej wiedzy.

Kajtkowych przygód nie pamiętam. Naprawdę. Nic a nic poza faktem, że opowiadały o bocianie  - wiem, to było nadzwyczaj odkrywcze. Wydaje mi się jednak, że kiedyś - te naście lat temu -  bardzo mi się one podobały. Uznajmy więc, że to dobra lektura i przejdźmy dalej.

karolcia anaruk dzieci pana astronoma dzieci z bullerbyn przygody
Karolcia to był hit drugiej klasy podstawówki, zdecydowanie. I fakt, że dzielę z główną bohaterką imię, nie ma z tym najmniejszego związku. Co prawda mogą się znaleźć tacy co to powiedzą, że to tytuł zbyt dziewczęcy, ale nie mogę się z tym zgodzić. Karolcia ma w sobie wszystko to czego oczekują ośmiolatkowie - fantastycznych bohaterów, sporą dawkę przygód, ociupinkę magii, no i szczęśliwe zakończenie. Ale o ile dobrze pamiętam druga część nie przypadła mi do gustu aż tak bardzo, dziwne

Cóż ja Wam mogę powiedzieć. Ja, jako dziecko, chyba po prostu nie przepadałam za tym "północnym klimatem". Tak jak i Zaczarowana zagroda, tak i Anaruk chłopiec z Grenlandii zawiera sporo ciekawych informacji, ale za mało akcji. Małą Karolinka o szczerbatym uśmiechu nie była usatysfakcjonowana. I wątpię czy to by się zmieniło.  Ale zadanie już zrobiłam. Widocznie rodzice, nauczeni doświadczeniem, bardziej mnie wówczas pilnowali.

Ja zostałam wychowana na takich krótkich, rymowanych historyjkach (czy ktoś jeszcze pamięta 365 bajek na dobranoc? Nie?) nie dziwi mnie więc to, że pokochałam Dzieci pana Astronoma. Zresztą nie byłam w tym uczuciu osamotniona. Sporo dzieciaków grało potem po lekturze w słoneczko (i nie, wtedy ta gra nie wywoływała jakiś dziwnych skojarzeń). A książka, która inspiruje do zabawy, ale i nauki powinna zostać zapamiętana i zachowana.

Jeżeli jest lektura, którą kochało niemal każde dziecko to chyba właśnie Dzieci z Bullerbyn. Bo pani Lindrgen wykorzystała wszystkie składniki potrzebne do stworzenia idealnej powieści dla małolatów - dużo, dużo przyjaźni, okraszonej szczyptą humoru i masą przygód. Jedna z czołówek moich ulubionych lektur. Zarówno kiedyś jak i obecnie.


kubuś puchatek o psie oto jest kasia
Zrobiłam to co zrobił każdy małoletni buntownik, postać misia o małym  rozumku poznałam za sprawą animowanego filmu, a nie książki. Nawet to nie zmniejszyło jednak mojej miłości  do powieści A. A. Milne. Przymusowa lektura szkolna stała się dla mnie zresztą inspiracją do przeczytania Chatki Puchatka, także sami rozumiecie - to jest wielka sprawa. Kubuś Puchatek ma w sobie tyle ciepła, mądrości i radości -słowem jest przesłodzony niczym uwielbiany przez misia miodek- że nie wyobrażam sobie by jakikolwiek szkrab mógł pominąć tą lekturę. Ale ja czytałabym ją na głos, w klasie (i pokazywała piękne, kolorowe obrazki - moje wydania takich nie miały!)

Mój ojczulek uważa, że jestem "psią matką" - wiecie, taką co to najchętniej przygarnęła by wszystkie psiaki i zagłaskała je na śmierć. A biorąc to pod uwagę chyba nie trudno się domyślić, że O psie, który jeździł koleją złamało moje  małe serducho. Ale i tak jest to FANTASTYCZNA historia. I nie znam nikogo - NIKOGUSIEŃKO - kto by się nie wzruszył przy lekturze i jej nie pokochał (no chyba, że z góry założył, ze jej nie przeczyta).

Nie pokochałam Oto jest Kasi tak mocno jak Karolci, Dzieci z Bullerbyn czy choćby Kubusia Puchatka, ale to właśnie ten tytuł broniłabym nogami i rękami gdyby ktoś chciał go wyrzucić z kanonu (bo jeszcze tego nie zrobili, prawda?). Powieść Jaworczakowej porusza niezwykle ważne tematy! Zwłaszcza dla tych dzieci, które posiadają młodsze rodzeństwo. No i  czytanie jej w trzeciej klasie też wydaje mi się w sam raz - nie za wcześnie by zrozumieć, ale i nie za późno by naprawić głupie nawyki.

*
Sami widzicie, że nie byłam w podstawówce zbyt wymagającą małolatą. Łatwo było mnie zachwycić, oczarować i pchnąć do dalszej lektury. Tak naprawdę znielubiłam (ZNIENAWIDZIŁAM!) tylko dwa tytuły, ale z perspektywy czasu nie wydają mi się one złym wyborem dla dzieciaków. To jednak po prostu kwestia gustu. Ministerstwo ma moją pochwałę (ale proszę nie cieszyć się przedwcześnie). Nie ukrywam jednak, że sama dorzuciłabym parę tytułów - baśnie Andersena, więcej, znacznie więcej Astrid Lindrgen, fenomenalnego i przezabawnego Mikołajka, no i jeszcze mą ukochaną Pchłę Szachrajkę. Od przybytku głowa nie boli, a podstawówka (zwłaszcza te trzy pierwsze lata) to doskonały okres by wszczepić maluchom miłość do książek.

ciąg dalszy nastąpi