Podsumowanie pierwszego maratonu książkowego - Zlodziejka Ksiazek

niedziela, 16 lutego 2014

Podsumowanie pierwszego maratonu książkowego


Zacznijmy od tego, że po raz kolejny utwierdziłam się w przekonaniu jak złośliwy potrafi byc czas. To wprost niewyobrażalne w jak różnym tempie może upływać ten sam odcinek czasu. Pamiętacie jak mówiłam ile udało mi się dokonać w pierwszym tygodniu ferii?  Cóż, kolejne siedem dni umknęło mi gdzieś między palcami. Zasnęłam w poniedziałek, a obudziłam się w niedzielę, jakkolwiek dziwnie by to nie brzmiało. Zanim podzielę się z Wami rezultatami z samego Maratonu Książkowego wspomnę tylko, że niestety nie udało mi się zrobić prezentacji maturalnej, ale przynajmniej przyczyniłam już jakieś kroki w tym temacie i skończyłam zaliczeniową prezentację z rosyjskiego. Trzeba się cieszyć z tego co mamy, a nie martwic tym co nie wyszło.

Maraton książkowy rozpoczęłam z przytupem. Fakt, że znajdowałam się akurat w jednym z punktów zwrotnych w powieści Gayle'a Formana tylko dodał mi skrzydeł. W tym pierwszym dniu przeczytałam 237 str., kończąc tym samym "Just one day", a więc pierwszą z trzech zaplanowanych na ten tydzień lektur. Byłam zachwycona i podekscytowana, a także pełna sił na kolejne dni. Drugiego dnia rozpoczęłam przygodę z "Z innej bajki". To nie było dokładnie to czego spodziewałam się po prozie pani Picoult i początkowo trudno było mi się przyzwyczaić do tej sytuacji, ale po kilkunastu stronach wszelkie obawy zniknęły. Dzień drugi zakończyłam z wynikiem 149 przeczytanych stron. I determinacją by następnego dnia skończyć kolejny tytuł. 

Fakt że zdążyłam przyzwyczaić się do nieco  innego stylu powieści i pokochać wykreowanych bohaterów, no i że naprawdę chciałam zobaczyć jak to się wszystko skończyło, sprawił, że trzeciego dnia zakończyłam lekturę "Z innej bajki", a na dodatek rozpoczęłam przygodę z "Ptaśkiem" - 191 str., ha! Tyle, ze "Ptasiek" nie był tym czego się spodziewałam i odczułam to naprawdę boleśnie. Rozumiem zamysł autora, ale momentami naprawdę musiałam zmuszać się do lektury. Czwartego dnia z trudem przeczytałam 129 str, a piątego jakoś przebolałam te ostatnie 119 str. Potrzebowałam czegoś lekkiego i pięknego. I  zabrałam się za "Hopeless".

Gdybym mogła najchętniej jednego dnia pochłonęłabym całą tą historię. Z drugiej strony jednak a)nie chciałam tak szybko żegnac się z bohaterami (zwłaszcza jednym bohaterem) b)musiałam wziąć się za naukę i to porządnie. Szóstego dnia wieczorem przeczytałam pierwsze 24 str., siódmego kolejne 31 str. a ostatniego następne 106. I muszę wam powiedziec, że widząc w jakim kierunku zmierza ta historia, dokonałam słusznego wyboru - zwłaszcza w okolicach Walentynek.

Koniec końców spełniłam wyznaczony sobie cel. Przeczytałam nie tylko trzy wybrane wcześniej książki, ale zaczęłam również czwartą. W dwóch z nich z miejsca się zakochałam, jedna wywołała we mnie mnóstwo ciepłych uczuć, a inna zmusiła mnie do chwili refleksji. To dobry wynik, nawet bardzo dobry. Dla wielbicieli liczb powiem tylko, że zamknął się on w 986 stronach I że w związku z tym nie mogę się już doczekać drugiego takiego maratonu.  Który, miejmy nadzieję, wkrótce się pojawi. (ale może już po mojej maturze, co?)