Przegląd filmowy - Zlodziejka Ksiazek

sobota, 14 września 2013

Przegląd filmowy



Roman Holiday (pl. Rzymskie wakacje, 1953) - Nie oglądam czarno - białego kina. Mam takie tyły w nowszych tytułach, że rzadko kiedy wracam do tych sprzed lat. Dla Audrey Hepburn zrobiłam jednak wyjątek i nie żałuję. "Rzymskie wakacje" to komedia romantyczna sprzed lat, ale tak inna od tych które oglądamy teraz, że określenia jej tym gatunkiem wydaje się absurdalne. Audrey Hepburn i Gregory Peck przekazali widzom piękną historię. Ich gra aktorska jest lekka i niewymuszona, tak że nawet celowo przerysowane gesty wydają się naturalne. Widać, że współcześni scenarzyści inspirowali się tym obrazem, ale nie udało im się uzyskać tego samego rezultatu.   To naprawdę piękna i wyjątkowa historia, której zakończenie zaskakuje, bo wyrywa się ze schematu. Ja jestem oczarowana i doprawdy ogromnie żałuję, że teraz nie tworzy się już takich filmów! 10/10

Breakfast  at Tiffany's (pl. Śniadanie u Tiffany'ego, 1961) - Nie widziałam wcześniej klasyki z Audrey Hepburn w roli głównej i myślę, że dobrze zrobiłam czekając. Nie wiem czy wcześniej filmy z jej udziałem ujęły by mnie w podobny sposób. "Śniadanie u Tiffany'ego" to bowiem niespieszna fabuła, doskonałe postacie, które ujmują drobnymi gestami i pięknie pokazana historia rodzącego się uczucia. Jestem pod wrażeniem gry aktorskiej zwłaszcza tej Audrey Hepburn a końcowa scena w deszczu chyba na zawsze pozostanie już jako jedna z moich ulubionych. Powtórzę się, ale co tam - szkoda, że teraz nie robi się już takich filmów 10/10

Girl, interrupted (pl. Przerwana lekcja muzyki, 1999) - Nie czytałam książkowego pierwowzoru i nie wiem czy to zrobię. Sporo dobrego nasłuchałam się jednak na temat filmu na jego podstawie i teraz wiem, że nie były to słowa rzucane na wiatr. To mądry film. Film, który ukazuje spojrzenie na życie w zakładzie psychiatrycznym w tamtych czasach i który nie boi się ukazać prawdziwego szaleństwa. Winona Ryder spisała się doskonale w roli chorej, uzależnionej od przypadkowego seksu kobiety, która walczy z własnymi problemami, ale niknie w cieniu Angeliny Jolie. Nie znałam tej aktorki od tej strony i chylę czoła dla tego co zaprezentowała. "Przerwana lekcja muzyki" to po prostu kawał dobrego kina. 8/10




Julie&Julia (pl. Julie i Julia, 2009) - Uwielbiam Meryl Streep i to głównie dla niej obejrzałam ten film. Przy okazji, zachęciłam do tego jednak siostrę. Jak się jednak okazało, zupełnie inaczej odebrałyśmy ten obraz. Dla mnie było to wyjątkowe ciepłe i przyjemne kino. Meryl Streep jak zwykle stworzyła wyjątkowo charyzmatyczną postać, a choć swoim blaskiem i talentem przyćmiła urok Amy Adams i ta druga pani nie wypadła najgorzej. Daleko mi od stwierdzenia, że do filmy doskonały, bo rzeczywiście momentami wiało nudą a zakończenie nieco rozczarowuje, ale oceniłam całość na dobry. Kochana M. jednak wyjątkowo się wynudziła i kilkakrotnie pytała mnie o godzinę (choć dzielnie udawała, że nie ma wciąż dość). To nie jest film dla każdego, to nie jest też film na każdą okazję. Ale jeśli chcecie obejrzeć coś ciepłego i lekkiego, bez wyraźnie zaznaczonego wątku romansowego, ten tytuł będzie jak znalazł. 7/10

The Host (pl. Intruz, 2013) - Jeżeli chodzi o twórczość pani Meyer nie należę ani do jej zwolenniczek, ani też zaciekłych przeciwniczek. Uważam jednak, że jej nowsza powieść zasługuje na uwagę czytelnika. I to nie tylko dlatego, że jest lepsza od Zmierzchowej trylogii, ale dlatego że jest po prostu dobra. Zarys fabuły filmu przedstawia się tak samo jak w książce, ale scenarzyści zdecydowali się na wykluczenie kilku istotnych, znaczących postaci. Trochę szkoda bo moim zdaniem film sporo na tym traci. Nie byłam i wciąż nie jestem zadowolona z doboru obsady (A Wagabunda na końcu filmu to już dla mnie totalna porażka - naprawdę? Ona?). Choć obdarzeni niewątpliwym talentem, kłócą się z moim własnym wyobrażeniem postaci.  Jak widzicie większość moich zarzutów wiąże się z tym, że lekturę "Intruza" mam już za sobą  Nie jestem pewna, ale wydaje mi się, że odebrałabym film znacznie lepiej gdybym nie znała wcześniej pierwowzoru. Czy tylko ja mam takie wrażenie? 6/10

Crashpoint - 90 Minuten bis zum Absturz (pl. 90 minut do katastrofy, 2009) - Nie przepadam za kinem katastroficznym i pewnie nie obejrzałabym tego filmu gdyby nie mój tata, który z kolei często ogląda tego typu obrazy. Niemcy przodują chyba w ilości wyprodukowanych pozycji tego typu i powoli zaczyna im brakować pomysłów.  Fabuła nie wyróżnia się niczym szczególnym. Owszem, film jest niezły. Fabuła jest interesująca i angażuje odbiorców. Ale  rozwój wydarzeń w  pewnym momencie staje się aż nazbyt przewidywalny. Ot, do obejrzenia dla przyjemności dla miłośników gatunku. Ostrzegam jednak, że znawcy tematu mogą się zirytować, obraz zawiera ponoć sporo błędów technicznych/ 5/10

*Opisy fabuły (podlinkowane) i plakaty pochodzą ze strony filmweb.pl