niedziela, 30 października 2011

Triumf. Bitwa pod Assaye, 1803 - Bernard Cornwell

TYTUŁ: Triumf. Bitwa pod Assaye, 1803 
TYTUŁ ORYGINAŁU: Sharpe's Triumph. Richard Sharpe and the Battle of Assaye, September 1803 
AUTOR: Bernard Cornwell
WYDAWNICTWO: Instytut wydawniczy Erica

Bernard Cornwell to znany angielski pisarz, autor thrillerów i powieści historycznych, który zamieszkuje na stałe w Stanach Zjednoczonych. W jego dorobku znajduje się wiele rozmaitych tytułów aczkolwiek największą sławą cieszy się "Trylogia Arturiańska" oraz osadzony w latach napoleońskich cykl o przygodach Richarda Sharpe'a, który doczekał się swojej ekranizacji. Ceniony za umiejętne łączenie rzetelnej wiedzy z fikcją literacką Cornwell jest uważany za jednego z najpopularniejszych i najbardziej poczytnych anglosaskich autorów powieści historycznych. Kunszt pisarza doceniła sama królowa Elżbieta II, odznaczając go Orderem Imperium Brytyjskiego.

Jest rok 1803. Cztery lata po bitwie o Seringapatam, Richard Sharpe wiedzie spokojne życie żołnierza Jej Królweskiej Mości. Pozorny spokój zostaje jednak zakłócony w chwili, gdy fort w Chasalgaon zostaje zaatakowany przez angielskiego renegata, który przeszedł na stronę Mahrattów. Sharpe'owi jako jedynemu udaje sie wyjść cało z dokonanej przez Dodda zbrodni. W akcie zemsty wraz z angielskim wojskiem wyrusza w pogoń za zdrajcą. Zmuszony do zapuszczenia się w głąb wrogiego terytorium, Sharpe stawia sobie za punkt honoru wymierzenie sprawiedliwości. Niestety, nawet we własnych szeregach nie może sie czuć w pełni bezpieczny. Śladem Richarda podąża bowiem jego zaprzysięgły wróg - Hakeswill gotowy posunąć się do najgorszych czynów byle tylko zniszczyć swego rywala.

W trakcie podróży serce Sharpe'a zostaje zdobyte przez europejską piękność - żonę francuskiego kapitana. Parze nie dane jest jednak zasmakowanie szczęścia. Pościg za zdrajcą doprowadza angielskie wojska do konfrontacji z siłami Mahrattów koło niewielkiej wioski Assaye. To właśnie tam rozegra się epicka bitwa, która zaważy na życiu tysięcy ludzi. Richard Sharpe po raz kolejny musi udowodnić ile jest wart. Cena jaką może ponieść za nawet najmniejszy błąd jest bowiem niezmiernie wysoka.

 Gatunek, który przedstawia historia Richarda Sharp'a nie należy do bliskich mojemu sercu. Muszę jednak przyznać, że od "Triumfu..." pana Cornwella, oczekiwałam naprawdę wiele. Zanim zdecydowałam sie na lekturę owej pozycji wiele słyszałam o twórczości angielskiego autora. I choć oczywiście w opiniach padały również słowa krytyki, w większości recenzenci wychwalali styl Cornwella. Patrząc na wszystko z perspektywy czasu wiem, że to właśnie tu tkwi mój błąd. Opierając sie jedynie na opiniach innych nie powinnam z góry stwierdzać, że twórczość autora przypadnie mi do gustu. 

Bernard Cornwell przedstawia nam świat, w którym prym wiodą żołnierze. Czytamy o ich dokonaniach, trudach w czasie walki, a także - choć w znacznie mniejszym stopniu - o ich życiu codziennym. "Rycerze" z którymi mamy do czynienia nijak mają się jednak do tych, których poznałam do tej pory. Rycerski etos  w obliczu opowiedzianej przez Cornwella historii, staje się po prostu śmieszny. Zagłębiając się w pozycji angielskiego autora miałam wrażenie, że jedyne co stanowi jakąkolwiek wartość dla bohaterów to pieniądze. Zarówno honor, Bóg jaki i ojczyzna wydają się być bowiem niczym w porównaniu do możliwości wzbogacenia się, a tym samym wizji dostatniego życia.

Być może należę do osób staromodnych. Być może podobnego rodzaju słowa brzmią niemal śmieszne, ale dokonany przez autora zabieg wywołał moje oburzenie. Nie jestem aż tak naiwna by uwierzyć, że każdym żołnierzem kieruje patriotyzm, naprawdę. Ale nie popadam również w skrajność z drugiej strony. Brakowało mi chociaż jednego bohatera, który wyróżniałby się pośród innych postaci wyjątkową moralnością. 
  
Zdecydowanie jednak zgadzam się, że Bernard Cornwell jest jednym z najlepszych autorów powieści historycznych. Ów fenom autora ujawniał się niemal w każdym słowie. Opisy przygotowań wojennych, drobnych walk, a także większych bitew były niezwykle realistyczne. Jak na moją wrażliwością niemal za realistyczne. Autor z zaskakującą lekkością oddał realia wojenne, czyniąc dla fanatyków historii prawdziwą ucztę czytelniczą.  

Sytuacja ma się gorzej patrząc na wątek romantyczny. Właściwie gdyby nie fakt, że wydawnictwo napomknęło o nim w opisie, miałabym spore problemy by go dostrzec. I choć pewnie dla sporego grona czytelników stanowić to będzie atut - bo po co wplatać do powieści historycznej wątek romantyczny? - ja czułam sie w pewien sposób oszukana przez autora. Liczyłam na niebanalną historię miłosną, która delikatnie będzie się co jakiś czas wysuwać na światło dzienne, a tymczasem otrzymałam jedynie niesatysfakcjonujący przedsmak czegoś co dopiero może się wydarzyć. 

Miałam spore trudności z odnalezieniem się w historii Richarda Sharpe'a. Drobne napomknięcia nie były w stanie w pełni oddać mi poprzednich losów bohatera. Być może to właśnie dlatego nie udało mi się z nim zżyć. Kiedy lektura dobiegła końca, bez żalu pożegnałam się z wszystkimi bohaterami. A zniesmaczenie zakończeniem książki dodatkowo sprawiło, że nie mam najmniejszej ochoty na ponowne spotkanie z nimi. 

Muszę z żalem przyznać, że nie podzielam entuzjazmu większości czytelników nad stylem pana Cornwella. Choć fabuła powieści w jakimś niewielkim stopniu mnie zainteresowała, nie czuję naglącej potrzeby by sięgnąć po inne pozycje autora. Nie potrafię stwierdzić czy "Triumf. Bitwa pod Assaye, 1803" w pełni zgadza się z historycznymi faktami jednakże wydaje mi się, iż fanatyków czasów napoleońskich owa historia powinna zachwycić. 

Ksiązkę miałam okazję przeczytać dzięki uprzejmości Instytutu wydawniczego Erica oraz portalu Sztukater

sobota, 29 października 2011

Romans z trupem w tle - Ewa Stec

TYTUŁ: Romans z trupem w tle 
AUTOR: Ewa Stec
WYDAWNICTWO: Otwarte


Ewa Stec to znana, polska autorka, która zadebiutowała w 2009 roku powieścią romantyczno-kryminalną "Romans z trudem w tle", spełniając równocześnie swoje najskrytsze marzenie. Na co dzień jest szczęśliwą żoną, matką dwójki nadaktywnych dzieci i właścicielką niesfornego psa. Uwielbia czerwone hiszpańskie wino, ludzi z poczuciem humoru, a także książki z happy endem. .

Agnieszka nie ma szczęścia w miłości o czym los nieustannie jej przypomina. Po serii nieudanych związków, wygląda jednak na to, że Aga wreszcie spotkała swoją 'drugą połówkę'. Przygotowania do ślubu idą pełną parą, kiedy dziewczyna przyłapuje narzeczonego in flagranti z pewną 'motylicą'. Aga jest rozgoryczona i załamana Wylewając smutki nad kieliszkiem martini, nie zdaje sobie nawet sprawy, że to dopiero początek serii koszmarnych zdarzeń. 

Życie Agnieszki Rusałki powoli zaczyna przypominać komedię kryminalną. Tajemniczy krasnal ogrodowy z powodzeniem mógłby odegrać rolę puszki Pandory. To właśnie on staje się bowiem główną przyczyną, dla której życiem Agnieszki interesuje się już nie tylko policja, ale również gangsterzy. Kłopoty w jakie wplątuje się dziewczyną są jednak niczym w porównaniu z tymi uczuciowymi. Bo naprawdę łatwo jest oddać serce Bondowi, ale o ile trudniej jest je później odzyskać...

"On najzwyczajniej w świecie zrozumiał. Zrozumiał. Boże, gdyby oni częściej rozumieli, to życie byloby bajką"

Powieści pani Ewy Stec podbijają serce czytelnika głównie dzięki humorowi. To właśnie on sprawia, że mimo drobnych niedociągnięć po twórczość polskiej autorki sięga spore grono czytelników. Po lekturze "Klubu Matek Swatek" wiedziałam już czego mogę oczekiwać i pod tym względem się nie zawiodłam. Tak jak w przypadku dwóch innych pozycji autorki tak i teraz otrzymałam ciekawą historię, w której wątek kryminalny stanowi idealne tło dla rozgrywających się wydarzeń. Jedyne co zarzuciłabym autorce to fakt, iż porównując debiutancką powieść z kolejnymi, nie dostrzegam znaczącej różnicy. Zupełnie jakby Ewa Stec doszła do pewnego poziomu i uznając go za zadowalający nie robiła już kroku do przodu.

Tak jak i w przypadku innych pozycji, tak i tu niewąpliwie atutem pozostają bohaterowie.  Pani Ewa Stec przejawia zadziwiający talent jeżeli chodzi o kreację wyrazistych i żywych postaci. Co więcej, jej talent przejawia się nie tylko odnośnie głównych bohaterów, ale także tych, które odgrywają drugie skrzypce w historii. Dla tych, którzy pokochali Klarę Widzącą mam również dobrą wiadomość. Postać znaną zapewne niektórym dzięki "Klubowi Matek Swatek" możemy również podziwiać w tej historii. 
„Czasami chyba lepiej, żeby marzenia pozostały tylko marzeniami, wtedy na zawsze pozostają piękne, nieskażone prozą życia. I nikt nam ich nie odbierze.” 

Zaskakującym torem podążył również wątek kryminalny. Nigdy nie przeszłoby mi przez myśl, że znaczącą rolę może odgrać krasnal. Ta niepozorna figurka stała się osiom wokół której rozgrywały się wszelakie wydarzenia. Również wątek romantyczny powinien zadowolić czytelnika. Choć niestety autorka nie uniknęła pewnej schematyczności - po raz kolejny mamy do czynnienia z dwoma bohaterami, którzy starają się o względy głównej postaci - byłam usatysfakcjonowana biegiem wydarzeń. Nie małą rolę odegrały w tym zresztą komenatrze alter ego Rusałki. To właśnie one sprawiły, że nawet najbardziej banalne zwroty nabierały odpowiedniego znaczenia i nie wzbudzały u czytelnika irytacji. 

Warto również napomknąć o okładce, którą przedstawia nam wydawnictwo. Rzadko zdarza się by była ona tak dobrze dobrana do fabuły historii.  Do gustu przypadło mi również zestawienie pastelowych kolorów z bardziej wyrazistymi barwami. Wszystko to sprawia, że na powieść pani Ewy Stec patrzy sie z niekłamaną przyjemnością.

Podsumowując, choć czytanie powieści pani Stec w małych odstępach czasowych może wywołać raczej negatywne odczucia, przy odpowiednim  dozowaniu staje sie prawdziwą przyjemnością. Rzadko zdarza się by polscy autorzy w tak fantastyczny sposób łączyli romans z kryminałem i sporą dozą humoru. "Romans z trupem w tle" idealnie nada się jako lektura na zimne i deszczowe wieczory. 


Za lekturę dziękuję wydawnictwu Otwarte

środa, 26 października 2011

Stosik 11/2011

Dawno, oj! bardzo dawno nie miałam takiego dnia by po prostu usiąść i nie robić absolutnie nic. Nauczyciele chyba zmówili się przeciwko nam i wszyscy - co do jednego - zawalają nas dodatkowymi pracami. Nie wspominając już o fakultetach z dziennikarstwa i kultury języka, które sprawiają, że całą dobę spędzam poza domem - ale i tak je uwielbiam, jedyne światłeko w  "mrocznych środach". Słowem - długi weekend witać będę z szeroko rozwartymi ramionami i uśmiechem od ucha do ucha. I absolutnie nikt - nawet panna M! - nie wyrzuci mnie wówczas spod kołdry. Pierwsze dwa dni przeznaczę na cudowne lenistwo z książką w dłoni, a kolejne na tułanie się po krakowskich cmentarzach. Od podręczników będę trzymać się na bezpieczną odległość, przyrzekam! 

Nie przedłużając jednak - przedstawiam kolejny stosik, który wciąż się mnoży (w przeciwieństwie do wolnego czasu)

1.  Romans z trupem w tle - Ewa Stec (od wyd. Otwarte)
2. Stroiciel ciszy - Wojciech Szyda ( od Sztukatera)
3. Triumf. Bitwa pod Assaye 1803 - Bernard Cronwell (j.w.)
4. Pani Shaladoru - Anne Bishop (j.w)
5. Dogonić rozwiane marzenia - Elizabeth Flock (od wyd. Mira)
6. Dotknąć prawdy - Antoinette van Heugten (j.w.)
7.  Obudzić szczęście - Susan Wiggs (j.w)
8. Marchewka z groszkiem - Agnieszka Woldańska-Płocińska (od Sztukatera) 

niedziela, 23 października 2011

Milczący zamek - Kate Morton

TYTUŁ: Milczący zamek
TYTUŁ ORYGINAŁU: The distant hours
AUTOR: Kate Morton
WYDAWNICTWO: Albatros

Kate Morton to australijska pisarka ciesząca się uznaniem również poza granicami swojego kraju.  Urodzona  jako najstarsza z trzech sióstr, wraz z rodziną przenosiła się wiele razy zanim zdecydowali się zamieszkać na Tamborine Mountain. To właśnie tam spędziła zresztą większość swojego dzieciństwa. Kate Morton od dziecka uwielbiała czytać, a do jej ulubionych autorek zalicza się m.in. Enid Blyton. Jej debiutancka powieść  - "Dom w Riverton" ukazała się w 2007 roku i zyskała sporą popularność  wśród czytelników. "Milczący zamek" to najnowsza książka australijskiej autorki.  

Gdyby nie pomyłka, być może prawda nigdy nie ujrzałaby światła dziennego. Człowiek z Błota  wciąż byłby jedynie legendarną postacią z książek dla dzieci. Milderhust stanowiłby tylko jeden z wielu popadających w ruinę  zamków. A Juniper Blythe stałaby się po prostu kolejną obłąkaną kobietą, której fikcja przesłania rzeczywistość. Tyle, że los chciał inaczej. Na skutek splotu zbiegów okoliczności do rąk matki młodej redaktorki - Edith Burchill trafia zaginiony przed laty list. Edith nie zna jego treści, zaskoczona siłą jego słów postanawia jednak poznać przeszłość swojej rodzicielki. Wkrótce dowiaduje się, że jej matka w trakcie wojny została ewakuowana z Londynu i półtora roku życia spędziła w zamku Milderhust - siedzibie sławnego pisarza, Raymonda Blythe'a, gdzie wciąż mieszkają trzy jego córki. Edith wyjeżdża do Milderhust by znaleźć odpowiedź na  nękające ją pytania. Powoli zagłębia się w historie, której zakończenie stało sie przyczyną nieszczęścia wielu ludzi. Najstarsza z córek Blythe'a -  Percy odsłania przed Edith wszystkie tajemnice zamku. 

Czasami stare mury posiadają zadziwiającą umiejętność otwierania ludziom wszystkich zmysłów na prawdę. Wystarczy tylko zamknąć oczy i wsłuchać się w ich głos, a one w zamian wynagrodzą cię najbardziej zaskakującymi i najpiękniejszymi historiami. Mury Milderhurst przenoszą swoich "gości" aż do 1939 roku. To właśnie wówczas rozpoczyna się opowieść o nieśmiertelnej miłości, która stała się przyczyną obłąkania. To właśnie wówczas Raymond Bltyhe przekonał się, że podjął najgorszą z możliwych decyzji powołując do życia Człowieka z Bagien. Stare mury opowiedzą Ci swoją historię. Nawet wówczas jeśli wolałbyś nigdy jej nie usłyszeć. Historię pełną bólu, poświęcenia, ale i najpiękniejszego na świecie rodzaju miłości - miłości, która łączy niewidzialną nicią rodzeństwo...

Kate Morton przejawia zadziwiający talent porywania czytelników do wykreowanego przez siebie świata, o czym miałam już przyjemność się przekonać w trakcie lektury "Domu w Riverton". Mimo iż ową pozycję czytałam już dawno, losy bohaterów długo jeszcze skrywały się w zakamarkach mojej pamięci. Kiedy więc otrzymałam możliwość zrecenzowania najnowszej pozycji pani Morton wprost nie posiadałam się ze szczęścia. Fascynująca, pełna napięcia fabuła, zawiłe wątki między bohaterami i teraźniejszość  powiązana z przeszłością cienkimi nićmi nierozwiązanych tajemnic były dokładnie tym czego potrzebowałam.

Bohaterowie wykreowani przez panią Kate Morton zaskarbili sobie moją sympatię przede wszystkim swoją różnorodnością. Nie sposób doszukać się w "Milczącym zamku" dwóch zbliżonych charakterów. Każda postać, która została stworzona przez Kate Morton jest inna i tak skomplikowana, że doprawdy trudno ją zaszufladkować pod kategorią "dobra" lub "zła". To właśnie owa nieprzewidywalność  sprawia, że książkę australijskiej autorki czyta się z zapartym tchem i wypiekami na twarzy. Losy bohaterów i ich starannie skrywane tajemnice pochłonęły mnie do tego stopnia, że nawet już po skończeniu lektury nie mogłam odżałować faktu, iż nie było mi dane przeczytać "Milczącego zamku" w całości, bez konieczności odkładania go na bok w chwilach gdy było to konieczne. 

Kate Morton zachwyciła mnie swoim pomysłem zróżnicowania narracji. Widać, że w przeciwieństwie do wielu swoich "kolegów po fachu", autorka czuje się dobrze zarówno w narracji pierwszo jak i trzecioosobowej. Atutem powieści pozostaje również fakt, że fabuła "Milczącego zamku" wbrew pozorom nie pędzi z zawrotną szybkością. Opowieść, którą nam przedstawia, snuje się powoli, z charakterystycznym dla autorki wdziękiem, łączy teraźniejszość z przeszłością. Wspomniane przeze mnie wyżej zróżnicowanie w narracji, pozwala nam dodatkowo poznać historię Milderhust z różnego punktu widzenia - Edith, Meredith, Juniper, Thomasa, Saffy czy choćby Percy. 

Muszę przyznać, ze jako pasjonatka tajemnic wszelakiego rodzaju wiele czasu spędziłam rozważając możliwe scenariusze. W swoich rozważaniach posunęłam się naprawdę daleko, posądzając o dokonanie zbrodni postaci doprawdy absurdalne. Nawet przez krótką chwilę nie przeszło mi jednak przez głowę prawidłowe rozwiązanie. Finał historii do ostatniego zdania pozostał dla mnie nierozwiązaną tajemnicą. 

"Milczący  zamek" miał naprawdę wysoko postawioną poprzeczkę, której, ku mojemu ogólnemu zaskoczeniu i radości, udało się jednak sprostać. Lektura najnowszej powieści Kate Morton stanowiła dla mnie czystą przyjemność i z pewnością jeszcze nie raz zanurzę się w fascynujący świat bohaterów, gdyż czuję się wręcz zawiedziona, że to już koniec. "Milczący zamek" powinien sprostać oczekiwania każdego książkoholika, nawet tego bardziej wymagającego, zawiera bowiem wszystko co najlepsze.



Egzmplarz otrzymałam od wyd. Albatros  za co niezmiernie dziękuję.

 

czwartek, 20 października 2011

Kuszące zło - Keri Arthur (premiera)

W świecie bez ograniczeń, nie ma nic bardziej uwodzicielskiego niż Kuszące zło…


Długo oczekiwana premierę 3 części bestsellerowej serii Zew nocy pt. Kuszące zło, australijskiej pisarki Keri Arthur już w księgarniach!

  

W świecie magii i pokus, nocą budzą się do życia piękni, przeklęci i pożądani.

Riley Jenson musi jednak działać na własną rękę. Jest niespotykanym połączeniem wampira i wilkołaka, pracującym dla organizacji, której głównym celem jest utrzymywanie porządku w świecie nadprzyrodzonych stworzeń. Ufając przełożonym i kochankom niewiele więcej niż swoim najgorszym wrogom, Riley gra według własnych zasad. Jej nową misją jest przeniknięcie do potężnie strzeżonego pałacu rozkoszy, którego właścicielem jest przestępca znany jako Deshon Starr - szaleniec od lat zajmujący się genetyką.

Gdy wokół Riley zaczynają kręcić się dwaj seksowni mężczyźni - opanowany i niesamowicie uwodzicielski wampir oraz gorący wilkołak - i zaczynają walczyć ze sobą o jej względy, Riley musi zachować zimną krew. Jeśli ocali świat przed Deshonem Starrem, ocali też samą siebie…



Ta paranormalna seria staje się coraz lepsza z każdą następną książką… ekscytująca przygoda, która daje wszystko co trzeba do znakomitej zabawy – seksownych zmiennokształtnych, gorących wampirów, dziki niekontrolowany sex i szczyptę prawdziwej miłości, która może okazać się wieczna.

FreshFiction.com



Keri Arthur zręcznie splata trzymającą w napięciu fabułę z upojnym

romansem w, nader przyjemnej, rzeczywistości Melbourne. Seksowne

wampiry, namiętne wilkołaki, nieposkromiony, śmiały i przyjemny sex

musi się wam spodobać. Błyskotliwa, seksowna i dobrze

zaplanowana historia. "Wschodzący księżyc" pozostawił mnie z marzeniem o

byciu wampirem… Kim Harrison.





Wymiary

125 x 195 mm

Liczba stron

430

Okładka

Miękka

ISBN

978-83-62329-39-7

Wydanie

pierwsze

Data wydania

20.10. 2011

Wydawca

Wydawnictwo ERICA

Przekład

Kinga Składanowska

niedziela, 16 października 2011

Stroiciel ciszy - Wojciech Szyda

TYTUŁ: Stroiciel ciszy 
AUTOR:Wojciech Szyda 
WYDAWNICTWO: Zysk - S-ka

Wojciech Szyda to polski autor fantastyki, łączący ze sobą problemy religijne z elementami science fiction. Ukończył prawo na poznańskim Uniwersytecie Adama Mickiewicza, a obecnie jest radcą prawnym w Poznaniu. Zadebiutował w 1997 roku  opowiadaniem "Psychonautka", opublikowanym w miesięczniku "Nowa Fantastyka". Wydał dotąd trzy książki; powieści "Hotel Wieczność" i "Miasto dusz" oraz zbiór opowiadań "Szlak cudów". Był również dwukrotnie nominowany do nagrody im. Janusza Zajdla. "Stroiciel ciszy" to najnowsza pozycja polskiego autora, wydana przez wydawnictwo Zysk i S-ka.



Czym tak naprawdę jest religia? Czy teraźniejszość może odgrywać rolę w przeszłości? Jaką rolę obecnie w naszym życiu odgrywa Bóg? Wojciech Szyda podejmuje się odpowiedzi na te i inne pytania w swojej najnowszej pozycji "Stoiciel ciszy". Ich treść nie jest jednak prosta i klarowna - wręcz przeciwnie, autor delikatnie porusza jedynie dane zagadnienie by pod koniec historii pozostawić nas z pustką głowią, która, według wszelkiego prawdopodobieństwa, miała  zmusić czytelnika do refleksji.

Antologię opowiadań polskiego autora rozpoczyna "Raport Łowców". Zawarta w nim historia tyczy się dwóch najistotniejszych wydarzeń w życiu Chrystusa - narodzin i śmierci, przedstawionych z punktu widzenia dwóch oprawców wysłanych z przyszłości, których zadaniem było zgładzenie "Potwora". Postać Chrystusa odgrywa istotną rolę jeszcze w dwóch innych historiach, mianowicie  - "Stroiciel ciszy" i "Jeden dzień". W tym pierwszym autor przenosi nas wprost w przestworza, gdzie w jednym z habitatów główny bohater John Caspar odnajduje klona Chrystusa. Pod przykrywką banalnej fabuły czytelnik ma za zadanie odnaleźć istotę natury Syna Bożego, co, wbrew pozorom, wcale nie jest takie proste. Druga historia przedstawia dzieje stworzenia świata osadzone we współczesności i rozgrywające się, jak nie trudno się domyślić, w trakcie jednej doby. Po raz wtóry przeżywamy więc wygnanie z raju, budowę wieży Babel, a także śmierć Chrystusa i zesłanie Ducha Świętego. Przez wielu opowiadanie to uznawane jest za najsłabsze wśród całej antologii, nie mogę się jednak zgodzić z tym stwierdzeniem. "Jeden dzień" nie należy może co prawda do najlepszych tekstów, ale w przeciwieństwie do kilku innych pozycji zawartych w "Stroicielu ciszy", odnalazłam w nim jakieś przesłanie.

Kolejne historię przedstawiają losy boskich wysłanników. W "Fałszerzu" mamy więc do czynienia z dziwnymi istotami, których zadaniem jest strzeżenie prawdziwości świata.  W "Planach na przyszłość" poznajemy nowy świat, w którym człowiek prowadzi więcej niż jedno życie i dzieli swój czas między swoje alternatywne postacie. A w "Drabinie i łańcuchu"  autor przedstawia nam historię tajemniczej zagadki śmierci mężczyzn, która staje się początkiem rozważań na temat czasu, zainspirowanej myślami św. Augustyna.

Nad wpływem religii na życie człowieka autor zastanawia się w opowiadaniu "Wieczne oblężenie". Przedstawia nam historię nieustającej wojny dwóch zwaśnionych narodów, której ostatnią fazą jest oblężenie jedynego ocalałego miasta. Po latach żmudnej walki, to właśnie ono staje się fundamentem nowej wiary. Nie wszyscy jednak spośród bohaterów poddali sie fanatyzmowi nowej religii. Autor przedstawia nam bowiem kronikarza jednej ze stron snującego domysły na temat końca oblężenia. To właśnie jego tragiczne losy stają sie podwaliną na której opieramy nasze wnioski. Istotę religii poznajemy również dzięki opowiadaniu  "Osobodante". Tym razem podwalinami nowej religii staje się odcięcie ludzkości od ich danych osobowych.

Zdecydowanie najlepszą częścią zbioru pozostają dla mnie opowieści, w której to ludzka psychika odegrała kluczową rolę - "Po'sen. Plaga cudów" oraz "Ciało i krew". Pierwsza z nich kreśli przed nami historię Wirusa - mężczyzny, który bez względu na wszelkie przeciwności zamierza odnaleźć zwłoki i mordercę swojej dziewczyny. Wraz z biegiem fabuły poznajemy jednak prawdziwą przyczynę drogi, którą kroczy. Zdecydowanie mocną stroną opowiadania stanowiło zaskakujące, pełne emocji zakończenie. Kolejna opowieść przedstawia nam losy rycerza szukającego świętego Graala. Jego losy stanowią przyczynę rozważeń na temat wiary i poświęcenia, Historia ta znacznie różni sie od pozostałych, przede wszystkim brakiem fantastycznych elementów, sprawia przy tym wrażenie jakby znalazła się w antologii na skutek przypadku, zwykłego zbiegu okoliczności.


Nie lubię zbiorów opowiadań. Wolę gdy powieść stanowi jedną, odrębną całość. Dlatego też z góry uprzedzam, że do lektury pozycji pana Szydy podeszłam niechętnie, z góry przeświadczona, że nie przypadnie mi ona do gustu. Być może to właśnie moje negatywne nastawienie przeszkodziło mi w odbiorze twórczości polskiego autora. Nie potrafiłam odnaleźć w niej sensu nad którym tak wiele osób sie zachwycało. Podejście do niektórych tematów religijnych wzbudzało moje oburzenie. A styl pisarza najzwyczajnie w świecie mnie irytował. W połowie byłam już zmęczona lekturą i musiałam odłożyć książkę na bok, a kiedy po raz kolejny sięgnęłam po ową pozycję nie potrafiłam się już skupić na treści.

 Ocena "Stroiciela ciszy" przychodzi mi więc z trudem. Gatunek literacki, którego przedstawicielem  jest pan Wojciech Szyda, zdecydowanie nie znajduje się wśród moich ulubionych. Lektura dłużyła mi się strasznie i w większości czasu stanowiła raczej przykry obowiązek niż przyjemność. Jednakże znalazło się kilka opowiadań, które mnie zainteresowały. Może nie na tyle by się nimi zachwycić, z czystym sumieniem mogłabym je jednak nazwać "dobrymi". Dlatego mimo iż z pewnością nie sięgnę już w najbliższym czasie po pozycję tego autora, nie zniechęcam was do lektury. Być może wy znajdziecie w niej sens, który mi gdzieś umknął. 

Za egzemplarz dziękuję wydawnictwu Zysk - S-ka oraz portalowi Sztukater 

piątek, 14 października 2011

Marchewka z groszkiem - Aleksandra Woldańska-Płocińska

TYTUŁ:Marchewka z groszkiem 
AUTOR: Aleksandra Woldańska-Płocińska
WYDAWNICTWO: Czerwony Konik

Aleksandra Woldańska-Płocińska studiuje projektowanie graficzne w ASP w Poznaniu. W wolnym czasie zajmuje się przede wszystkim projektowaniem ilustracji i plakatów. W 2007 roku udało jej się otrzymać licencjat za serię plakatów na temat dni świątecznych. Na dzień dzisiejszy współpracuje jako ilustrator m. in z Wysokimi Obcasami, Gagą i Exklusivem. "Marchewka z groszkiem" nie jest jej pierwszym spotkaniem z literaturą dziecięcą. Nakładem wydawnictwa Czerwony Konik ukazała się również bowiem poprzednia książka polskiej autorki - "Pierwsze urodziny prosiaczka".

Sielankowy spokój na jednej z grządek burzy nagłe pojawienie Potwora. Zaaferowane warzywa postanawiają zbadać zaistniałą sytuację, obawiając się wtargnięcia na ich terytorium Wegetarianina. Wszczęty alarm okazuje się jednak bezpodstawny - tajemniczy Potwór to w rzeczywistości Warzywa z Zamorskich Plantacji, które zagubiły się w trakcie transportu i, które teraz szukają schronienia. Zaaferowane Warzywa postanawiają pomóc swoim krewnym. W tym celu wyruszają na niebezpieczną wyprawę, prosto do niezagospodarowanych grządek. Muszą jednak uważać na zamieszkujących wkoło Wegetarianinów. Czy Lokalnym Warzywom uda się pomóc Zamorskim przyjaciołom? Kim tak naprawdę są tajemniczy przybysze? I czy naprawdę należy się obawiać Wegetarianina?

Najzdrowsze jest to co naturalne i pozbawione chemicznych substancji. Chyba każdy zgodzi sie z podobnym stwierdzeniem. Owa prawda była nam wpajana od najmłodszych lat, tak samo zresztą jak miłość, a przynajmniej tolerancja, warzyw i owoców. Rodzice, dziadkowie, wychowawcy przedszkoli - wszyscy oni, wbrew ogólnemu buntowi przeciw podobnemu zachowaniu - opierali naszą dietą głównie na jarzynach. Ileż było bajek, w których warzywa odgrywały kluczową rolę, ile szkolnych przedstawień! "Na straganie" Pana Brzechwy, Dzień Zdrowej Żywności... A wszystko po to by zachęcić malucha do konsumpcji warzyw i owoców - najlepiej tych prosto ze wsi, a nie ze sklepów, gdyż pozbawione są wszelakiego rodzaju chemicznych substancji. Nawet jeśli wyglądają mniej atrakcyjnie, bez apelacyjnie pozostają zdrowsze.

Po kilku latach buntu i uporczywego odmawianiu obiadu składającego się z marchewki z groszkiem, wpajana prawda wydaje się oczywistością, a wspomnienie własnego zachowanie staje sie po prostu śmieszne. Koło jest jednak błędne i kolejne pokolenie maluchów zachowuje się dokładnie tak samo. Właśnie po to powstają historię taka jak stworzona przez panią Agnieszkę Woldańską-Płocińską. Nie od dziś bowiem wiadomo, że prawda wykładana przez szersze grono ludzi, staje się dla nas łatwiejsza do zaakceptowania, zwłaszcza gdy słyszymy ją z ust  osób bliżej nie zainteresowanych sprawą. 

"Marchewka z  groszkiem" to błyskotliwa, pełna humoru opowieść, kierowana głównie do najmłodszych czytelników. Przede wszystkim mile zaskoczył mnie fakt, że ten pozornie nudny temat, został przedstawiony w tak intrygujący sposób. Maluch z pewnością nie będzie się nudził przy lekturze, zwłaszcza, że ogromnym atutem pozycji pozostają ciekawe ilustracje. Prawda płynąca z fabuły została przedstawiona w sposób łatwy do zrozumienia i niezwykle przejrzysty. Nie małe znaczenie odegrali przy tym zresztą bohaterowie.

Idealnym pomysłem było zestawienie naturalnych warzyw z ich chemicznymi odpowiednikami. Ale dodatkowe użycie wymyślnych, a równocześnie tak prostych imion, sprawiło, że lektura "Marchewki z groszkiem" staje sie czystą przyjemnością. Bo kto nie chciałby poznać losów Los Burakosa, Ogórrasa, Kala de Fiora Elpomidora?  Śledząc wolno płynącą fabułę dziecko samo wysuwa pewne wnioski. Podsunięte na początku lektury zalety chemicznych warzyw zacierają się w pamięci, gdy zostają nam przedstawione ich wady. 

"Wegetarianin - to osobnik, który nie jada mięsa, ale za to bez skrupołów pożera warzywa" 

Kolejną zaletą pozycji stanowią pojawiające się gdzie niegdzie definicje trudniejszych wyrażeń, przedstawione - a jakże by inaczej! - w sposób zabawny i  przystępny dla młodszego czytelnika. Jak widać ksiązeczka nie tylko niesie za sobą pewną prawdę, ale i poszerza słownictwo malucha. "Marchewka z groszkiem" to pozycja, która wzbudziła u mnie uśmiech na twarzy. Idealnie nada sie jako wspólna, rodzinna lektura.Zdecydowanie warto.

 Egzemplarz otrzymany dzięki wydawnictwu Czerwony Konik i portalowi Sztukater.

czwartek, 13 października 2011

Zabójcza promocja Woblinka

Z przyjemnością informuję o wyjątkowej promocji cenowej wszystkich e-booków Wydawnictwa Czarna Owca dostępnych w katalogu Woblinka! Za jedyne 9,90 zł przez tydzień (10-16 października) można zakupić bestsellerowe kryminały Stiega Larssona, Lizy Marklund, Leifa GW Perssona i wielu innych poczytnych autorów – tylko na Woblinku http://woblink.com/publisherBooks/22482?genre=451&query=&page=1&limit=10&view=list Oferta obowiązuje tylko przez tydzień (do 16 października włącznie). Warto skorzystać z niepowtarzalnej okazji!  

środa, 12 października 2011

Jutro. Nie ma już żadnych zasad - John Marsden

TYTUŁ: Jutro. Ne ma już żadnych zasad 
TYTUŁ ORYGINAŁU: Tomorrow. When the war begann 
AUTOR: John Marsden
WYDAWNICTWO: Znak

John Marsden to australijski autor, którego karierę pisarską zapoczątkowała próba zachęcenie uczniów prestiżowej szkoły do lektury. Jego debiut literacki "So much to tell you" powstał w zaledwie trzy tygodnie i niemal natychmiast trafił na listy bestsellerów. Po pierwszym odniesionym sukcesie John Marsden przez kilka lat próbował łączyć karierę pisarską z pracą pedagoga. Wkrótce jednak zrezygnował z pracy w szkole, ale nie z młodzieżą. Ten australijski autor jest organizatorem warsztatów pisarskich, w których udział biorą młodzi ludzie z różnych stron świata. Ich sukces zainspirował pisarza do założenia w 2006 roku szkoły, gdzie pełni funkcję zarówno dyrektora jak i nauczyciela. "Jutro. Nie ma już żadnych zasad" to pierwsza część bestsellerowego cyklu, który doczekał się już swojej ekranizacji.
 
Ellie wraz z szóstką przyjaciół wybiera się na tygodniową wycieczkę do Piekła - miejsca ukrytego wśród dziczy przed ludzkim wzrokiem. Samotna podróż jest ich pierwszą poważną próbą samodzielności i odnalezienia siebie, która trwale zacieśnia więzy ich przyjaźni, a nawet staje się początkiem rodzącego się uczucia. Widok przecinających nocne niebo samolotów zakłóca jednak ich poczucie szczęścia i beztroski. Nękani najgorszymi przeczuciami wracają do rodzinnego miasteczka - Wirrawee. Opustoszałe domy, martwe zwierzęta i splądrowane gospodarstwa wydają się być spełnieniem najgorszych koszmarów. Wciąż jednak, wbrew logice, w ich umysłach pozostaje iskra nadziei.

Ellie, Fi, Robyn, Corrie, Kevin, Lee i Homer wyruszają do centrum miasta by znaleźć odpowiedź na nękające ich pytania. Nawet najgorsza prawda jest bowiem lepsza od nękającej bohaterów nieświadomości. Scenariusz minionych wydarzeń jest okrutny i pozbawia ich resztki nadziei. Australia, a przynajmniej Wirrawee, padła celem inwazji, a wszyscy mieszkańcy zostali uwięzieni przez wrogie oddziały. Przeżycia przyjaciół nie pozostawiają również złudzeń - obce wojska nie zamierzają na tym poprzestać i skrupulatnie będą pozbywać się czyhających z każdej możliwej strony zagrożeń.

Ellie i jej przyjaciele stają przed trudnym wyborem. Mogą się poddać, ukryć w bezpiecznym miejscu i przeczekać najtrudniejszy okres, albo stanąć do walki. Wbrew pozorom decyzja nie jest wcale prosta, a każda możliwość ciągnie za sobą pasmo wiążących się z nią konsekwencji. Przyjaciele muszą z dnia na dzień dorosnąć. Świat, który znali do tej pory przestał istnieć. Niebezpieczeństwo czyha na nich z każdej możliwej strony. Piekło okazuje się być rajem na ziemi... Zaczyna się wojna. Nie ma już żadnych zasad.
„Nie, piekło nie ma nic wspólnego z miejscem- piekło wiąże się z ludźmi. Może to ludzie są piekłem.”


Trudno jest przedstawić książkę wszystkim już znaną. Ale jeszcze trudniej jest ją ocenić, kiedy padły już chyba wszelkie możliwe słowa, równocześnie nie powielając cudzego zdania. O "Jutrze", jak chyba każdy zresztą, słyszałam już od dawna. Nawiązanie do jej fabuły, tytułu czy choćby okładki padało chyba z każdej możliwej strony. Oczywiście nie były to opinie obiektywne, mimo to w przeciwieństwie do podobnych sytuacji, wydawały sie zadziwiająco podobne. Czytelnicy wychwalali "Jutro" za fabułę, kreację bohaterów, oryginalną fabułę... Jestem w stanie na palcach zliczyć wady, które zostały wymienione. Nie przeczę, to właśnie przez to książka zwróciła moją uwagę. Jednak mimo entuzjazmu, który poczułam chwytając do rąk "Jutro" nie pozbyłam się nutki sceptycyzmu. Bo czy nie za dużo było już książek zachwalanych przez mniej wymagających czytelników, które okazywały się wielkim rozczarowaniem?
   
Pierwszą rzeczą, która powstrzymywała mnie przed lekturą była obawa przed podobieństwem "Jutra" do serii "Gone".  Mimo iż niewątpliwie wiele je różni, w opisie dostrzegłam pewne wiążące je szczegóły. Nic istotnego, jednak obawa pozostała, tym bardziej, że serię pana Granta darzę pewnego rodzaju sentymentem. Jak się jednak okazało były to uczucia zupełnie bezpodstawne. Jedyne co łączy obie serię to fakt, iż trudno dopatrzyć się w nich znaczącej roli dorosłych. Poza tym styl pisania autorów jest skrajnie różny. Oboje skupiają się na zdecydowanie innych aspektach - u jednego z panów główną rolę odgrywają emocję, drugi widocznie stawia na akcje. 

Na uwagę zasługują przede wszystkim bohaterowie wykreowani przez pana Marsdena. Wydawać by się mogło, że osiem głównych postaci to nieco za dużo. Przy niezbyt imponującej obszerności "Jutra", trudno przedstawić taką ilość bohaterów w sposób, który mógłby zadowolić bardziej wymagającego czytelnika. John Marsden poradził sobie z tym jednak doskonale. Z każdą kolejną stronę dostrzegamy zmianę w zachowaniu bohaterów. Jego postacie dojrzewają, ucząc się na popełnianych przez siebie błędach, sprawiając tym samym wrażenie bardziej autentycznych. Można je znienawidzić, albo pokochać, ale nie da sie przejść obok nich obojętnie.  

"Ludzie tak bardzo krzywdzą się nawzajem. Mózg mi podpowiada, że muszą być źli. Ale serce nadal nie jest przekonane"


Mimo iż nie jestem zwolenniczką narracji pierwszoosobowej, muszę przyznać, że nie wyobrażam sobie by "Jutro" mogło zostać napisane w inny sposób. Ellie sprawdza się doskonale w roli narratorki. Jej zapiski w sposób ciekawy i niezwykle intrygujący ukazują nam nową rzeczywistość w jakiej przyszło żyć bohaterom. Poza tym atutem pozostają emocje, które wręcz krzyczą do czytelnika z każdej strony.

Zdecydowanie najsłabszym momentem powieści są rozterki uczuciowe głównej bohaterki. W porównaniu do pozostałej części "Jutra" owe fragmenty pozostawiają wiele do życzenia. Sprawiają wrażenia zbyt sztucznych i pisanych jakby na siłę. Choć wątek romantyczny zwykle stanowi atut powieści, w przypadku "Jutra" sprawa rysuje się wręcz odwrotnie. Nie wiem jak sytuacja rozwija się w dalszych częściach, ale osobiście uważam, że książka nie straciłaby na swej wartości gdyby go usunąć. Czytając rozmowę Ellie i Lee miałam wrażenie, że mam do czynienia z całkiem innymi postaciami. Postaciami, których nie znałam i których, prawdę mówiąc, wcale nie miałam ochoty poznawać.

Styl Johna Marsdena  mnie zachwycił. Dawno nie czytałam tak doskonale napisanej historii. "Jutro" czyta się szybko i, wbrew raczej poważniejszej tematyki, lekko. Autor z zadziwiającą wręcz lekkością porywa czytelnika do wykreowanego przez siebie świata - świata w którym wszelkie zasady przestają istnieć. "Jutro" to historia o miłości, sile przyjaźni, ale przede wszystkim o walce. Z niecierpliwością oczekuję momentu, w którym wraz z bohaterami powrócę do Piekła. Tych, którzy wciąż nie zdecydowali się na lekturę, zachęcam do zmiany decyzji. 




Za możliwość lektury dziękuję portalowi woblink
  

Mój pierwszy maraton - Tim Rogers (zapowiedź)

Mój pierwszy maraton - Tim Rogers

Potrafiłbyś przebiec maraton? Większość osób nie potrzebuje nawet minuty, żeby odpowiedzieć na to pytanie. Odpowiedź brzmi mniej więcej tak: „Ja? 42 kilometry? W życiu!”. Nie jest to właściwy sposób myślenia. Każdy może go przebiec. Prawda, potrzeba do tego dużo czasu na odpowiednie przygotowanie, determinacji i silnej woli. Tim Rogers w książce wydanej przed wydawnictwo Buk Rower: „Mój pierwszy maraton” dowodzi, że nie musisz być zawodowym sportowcem. Jeśli tylko chcesz, i ty możesz ukończyć maraton!
Na przykładzie Maratonu Londyńskiego krok po kroku będziesz poznawał tajniki przygotowań i startu w maratonie. Dowiesz się, jak zaplanować trening, żeby osiągnąć sukces i mieć czas na życie prywatne. Jak wybrać odpowiednie buty, jak dobrać ćwiczenia, które uchronią cię przed kontuzją i co jeść, żeby zyskać dodatkową energię. Ale przede wszystkim dowiesz się, jak nie stracić motywacji, a z wysiłku fizycznego czerpać coraz więcej radości.

W przygotowaniu do pierwszego biegu maratońskiego chodzi o odpowiednie wytrenowanie organizmu i nabranie wytrzymałości pozwalającej pokonać tak długi dystans. Jednak to, o czym musisz pamiętać, to nie tylko cotygodniowe wyrabianie kilometrów, bieg maratoński to nie tylko bieganie. Do ukończenia maratonu oprócz siły fizycznej potrzebna ci będzie naprawdę silna psychika.

Autor Tim Rogers jest niekwestionowanym autorytetem do maratonu przygotował setki początkujących biegaczy, a sam 62 razy przekroczył linię mety. Poznasz prawdziwą historię jednej z jego uczennic, prezenterski stacji BBC. Opowieść kobiety, która pomimo pracy na pełen etat i braku wiary we własne możliwości postanowiła przygotować się do maratonu.

Jeśli jesteś początkującym, jak i zaawansowanym biegaczem, ta książka jest dla ciebie. Nigdy nie myślałeś o maratonie, masz problemy z motywacją, zasiedziałeś się przed telewizorem? Czas ruszyć i odmienić swoje życie. Wyobraź sobie, co możesz czuć, kiedy przebiegniesz swój pierwszy maraton. Tego nie da się opisać. Sprawdź!

I ty możesz zostać maratończykiem!

Książka dostępna od 12 października w sklepie internetowym bukrower.pl 


Osoby zainteresowane odsyłam tutaj

sobota, 8 października 2011

Oddech nocy - Lesley Livingston

TYTUŁ: Oddech nocy 
TYTUŁ ORYGINAŁU: Wondrous strange
AUTOR: Lesley Livingston
WYDAWNICTWO:Jaguar




Lesley Livinsgton to młoda pisarka i aktorka, na co dzień mieszkająca w Toronto, w Kanadzie. Zauroczona w młodym wieku historiami o mitologii i folklorze, a także starymi cywilizacjami i legendarnymi bohaterami, często uciekała do swojego własnego świata pełnego postaci z greckiej mitologii, Króla Artura i wróżek. Obecnie Lesley kontynuuje zdobywanie tytułu magistra z angielskiego na Unversity of Toronto  w specjalizacji "Szekspir i literatura arturiańska"."Oddech nocy" to jej pierwsza, debiutancka powieść rozpoczynająca trylogię o mrocznej magii, elfach i walki dobra ze złem. W październiku przewidziana jest polska premiera drugiej części historii Kelley i Sonny'ego - "Cień światła".

Największym marzeniem Kelley, przekładanym ponad wszystko od zawsze było aktorstwo. To właśnie ono stało się powodem dla którego dziewczyna opuściła rodzinne miasto i najbliższą jej osobę. Nowy Jork miał otworzyć jej furtkę do sukcesu, a teraz, na skutek zbiegu okoliczności, wydaje się on być bliżej niż kiedykolwiek wcześniej. Kelley otrzymuje wymarzoną rolę królowej elfów - Tytani w sztuce Szekspirowskiej "Sen nocy letniej". Tyle, że rzeczywistość daleko ma się do ideału.  

Sonny jest podrzutkiem - śmiertelnikiem, który jako dziecko został wykradziony rodzicom i wychowany przez Faerie. Jedyne wspomnienie jakie mu pozostało to melodyjny głos matki nucący kołysankę. Choć za swój rodzinny dom uznaje Zaświaty, w rzeczywistości nie należy w pełni do żadnego ze światów. Po latach spędzonych u boku elfów i służby Oberonowi, Sonny powraca jednak do rzeczywistości. Wraz z innymi Junasami ma za zadanie bronić bram do Zaświatów podczas dziewięcionocy

Przypadek sprawia, że los styka ze sobą ową dwójkę. Pojawienie się w życiu Kelley Sonny'ego obraca jej rzeczywistość o sto osiemdziesiąt stopni. Wszystko w to co wierzyła okazuje się bowiem kłamstwem ubranym w piękne słowa. "Sen nocy letniej" zmienia scenę, znajdując swoje odzwierciedlenie w codziennym życiu. Magia istnieje, a Kelley już wkrótce boleśnie się o tym przekona.

Kiedy byłam nieco młodsza uparcie wierzyłam wróżki. Wypatrywałam tych maleńkich istotek pośród traw i tworzyłam własne historie na ich temat. Być może właśnie dlatego do tej pory jak ognia unikałam opowieści, w których wróżki odgrywają kluczową rolę. Po pierwsze; nie chciałam by w jakikolwiek sposób naruszyły one moje wyobrażenia, a po drugie najzwyczajniej w świecie temat wydawał mi się zbyt dziecinny. Czym więc "Oddech nocy" różnił się od innych pozycji? Przede wszystkim nawiązaniem do "Snu nocy letniej". Choć nie przepadam za wszystkimi dziełami Szekspira, zarówno wyżej wspomniana sztuka jak i "Romeo i Julia" zaskarbiły sobie moją sympatię. 

Lesley Livingston nie decyduje się jednak na kopiowanie szekspirowskiego pomysłu.  Jej wróżki i Zaświat różni się od oryginału, a wspólną nicią wiążącą obie te pozycje są jedynie imiona bohaterów. Nie jest to jednak zabieg, który wpływa niekorzystnie na moją ocenę powieści. Reinterpretacja znanych tytułów bywa bowiem ryzykowna, z góry wiadomo, że pozycja ta będzie porównywana do swojej poprzedniczki, co więcej - spore grono czytelników z pewnością uzna, że nie dorównuje mu ona do pięt. Autorka "Oddechu nocy" zgrabnie wybrnęła z takowej sytuacji, wplatając "Sen nocy letniej" do swojej powieści w sposób delikatny i niezwykle subtelny.

Bohaterowie wykreowani przez autorkę są ciekawi i bez wątpienia oryginalni. Brakuje mi jednak pewnego rozwinięcia ich historii. O ile przy głównych postaciach nie stykamy się z podobnym problemem, o tyle w przypadku innych bohaterów niestety stykamy się z nim dość często.   Lesley Livingston poczęstowała nas cudownie wyglądającym ciastkiem, ale zapomniała o przysłowiowej wisience. W ten sposób pozostawiła sobie jednak otwartą furtkę, którą - mam nadzieję - wykorzysta w kolejnych tomach trylogii. 

Fabule nie można zarzucić zbyt dużo akcji. Historia rozwija się powoli, pozostawiając czytelnikowi sporo miejsca na rozmyślenia i snucie własnych domysłów.  Autorka skupia się nawet na najzwyklejszych czynnościach wykonywanych przez Kelley, o dziwo jednak, również wtedy potrafi zaciekawić  czytelnika. Pod koniec historia nabiera tempa. Wydarzenia rozgrywają się z zadziwiającą szybkością, podążając zaskakującym torem. Co prawda podobne sytuacje nie miały miejsca cały czas. Niestety zdarzały się również i momenty zbyt przewidywalne. "Tajemnice" skrywane przed czytelnikami były zbyt oczywiste, psując tym samym nieco radość płynąca z lektury. Nie zmienia to jednak faktu, że "Oddech nocy" czytało mi się lekko i, co najważniejsze, przyjemnie.

Styl Lesley Livingston jest prosty i lekki. Autorka nie zaskakuje co prawda barwnymi epitetami czy oryginalnymi metaforami, pomija również zbyt rozwlekłe opisy, ale mimo to bez problemu potrafi oczarować czytelnika. Tak jak już wspomniałam, nie miałam przedtem przyjemności zapoznać się z lekturą o podobnej tematyce, tym samym nie mam jej również do czego porównać. Mimo to wydaje mi się, że jest to pozycja na którą warto poświęcić swój wolny czas. Moja przygoda z "Oddechem nocy" upłynęła stanowczo zbyt szybko, dlatego też tak bardzo ucieszył mnie fakt, że już wkrótce na rynku ukaże się kontynuacja trylogii. Tych którzy pragną nieco magii pośród szarej rzeczywistości serdecznie zapraszam do lektury.


Za lekturę niezmiernie dziękuję wydawnictwu Jaguar 
 

czwartek, 6 października 2011

Długi wrześniowy weekend - Joyce Maynard

TYTUŁ: Długi wrześniowy weekend 
TYTUŁ ORYGINAŁU: Labor Day
AUTOR: Joyce Maynard
WYDAWNICTWO: Videograf II

Joyce Maynard to znana amerykańska autorka, która w Polsce nie zyskała jednak jeszcze szerokiego grona czytelników, ceniona głównie za powieści obyczajowe obracające się wokół tematu rodziny.  W 1988 roku, kiedy światło dzienne ujrzały jej pamiętniki, stała się przedmiotem ostrej krytyki za ujawnienie historii swojego związku z J.D. Salingerem. Joyce Maynard była reporterką "New York Timesa" , dziennikarką w kilku czasopismach, a także komentatorem radiowym. Długi wrześniowy weekend to już szósta z kolei fikcyjna powieść autorki, doceniona przez kolegów z branży literackiej.

Życie Henry'ego znacznie różni się od codzienności  rówieśników. Odkąd przed laty małżeństwo jego rodziców stało się fikcją, nic nie układało się już tak jak powinno. Pogrążona w depresji matka odgrodziła się od codziennego życia grubym murem, z kolei ojciec znalazł pocieszenie w ramionach innej kobiety. Henry stara się na swój sposób poradzić sobie z własnymi problemami, niestety - bez większych efektów. Odtrącony przez kolegów, wiecznie porównywany przez  ojca do swojego przyrodniego brata, prowadzi raczej samotne i monotonne życie.

Życie Henry'ego i jego matki ulega jednak radykalnej zmianie w chwili, gdy w ich życiu pojawia się tajemniczy mężczyzna. Zabrany z centrum handlowego Frank okazuje się być zbiegłym z więzienia przestępcą, oskarżonym o morderstwo, którego jakoby nie popełnił. Wbrew logice Adele i Henry decydują się pomóc mężczyźnie. Od tamtej pory między zakładnikami, a zdesperowanym uciekinierem wytwarza się zadziwiająca więź. Frank sprawia, że monotonne, pozbawione radości życie Adele nabiera kolorów. Kobieta wreszcie zaczyna się uśmiechać i wierzyć w lepsze jutro, z kolei Henry znajduje w osobie Franka wymarzonego ojca. Tylko czy szczęście budowane na tak cienkich fundamentach przetrwa? Jak naprawdę rysuje się przeszłość Franka? I jak upiec najlepsze ciasto brzoskwiniowe?

Muszę przyznać, że nazwisko pani Joyce Maynard było mi zupełnie obce. O ile w ogóle kiedykolwiek obiło się o moje uszy, nie zagościło długo w pamięci. Nie wiedziałam więc czego powinnam  oczekiwać po lekturze. Pierwsze co rzuciło mi się jednak w oczy wówczas, gdy Długi wrześniowy weekend wpadł w moje dłonie to rekomendacja umieszczona na okładce. Z reguły ich nie czytam. Wychodzę z założenia, że każdy ma inny gust i czyjeś słowa nie zmienią sposobu w jaki odbiorę daną lekturę. A jednak nazwisko ukochanej autorki sprawiło, że mój apetyt na twórczość pani Maynard wzrósł.

Fabuła powieści nie grzeszy oryginalnością. Mamy kobietę i mężczyznę - oboje są obarczeni ciężkim bagażem doświadczeń, oboje zwątpili w szczęśliwą przyszłość i oboje przeżywają swojego rodzaju odrodzenie. Słowem - historia bardzo podobna do setek innych opowieści podobnego rodzaju. Tyle, że Joyce Maynard kreśli nam swoją w całkiem odmienny sposób, dokładniej rzecz mówiąc - przedstawia ją oczami Henry'ego. Niektórzy z Was pewnie pokiwają z niesmakiem głową, inni, a tych będzie zdecydowanie więcej, z góry spisze powieść na straty. Bo co o miłości może wiedzieć trzynastoletni chłopiec?  Na dodatek chłopiec, który w swoim życiu nie doznał zbyt wiele rodzicielskich uczuć i który boryka się z własnymi problemami w samotności? Niewiele. Wiedza Henry'ego opiera się na skrawkach wspomnień - tych prawdziwych i tych, które stworzył w swojej głowie. Tyle, że właśnie to czyni powieść amerykańskiej autorki inną, co więcej - lepszą 

Jeżeli chodzi o bohaterów, dla odmiany ich ilość jest ściśle ograniczona. Choć oczywiście autorka wspomina wiele różnych imion, na pierwszy plan wypchnięte są tylko trzy postacie - Henry, Adele oraz Frank. Gdyby skupić się jedynie na kreacji ich charakterów, efekt nie byłby zadowalający. Dla podkreślenia efektu autorka nieco wyolbrzymiła nie które cechy, a także emocje towarzyszące kolejnym zdarzeniom. Tyle, że nie możemy zapomnieć, że bohaterowie stanowią nierozłączny element z fabułą. A kiedy te dwa czynniki zostaną połączone wspomniany wyżej mankament zanika, gdyż oba doskonale ze sobą współgrają.

Zdecydowanym atutem powieści pozostaje lekki, przyjemny i niezwykle plastyczny styl Joyce Maynard. Obranie Henry'ego narratorem było doskonałym posunięciem. Tych, którzy obawiają się opowieści oblanej słodkim lukrem mogę również uspokoić; choć miłość rzeczywiście pozostaje głównym tematem historii, nie wypiera innych, równie ważnych kwestii. Długi wrześniowy weekend to opowieść o dorastaniu i wszelkich jej aspektach. Mamy więc do czynienia z próbą akceptacji swojego, w pewnym sensie, nowego ciała, odnajdywaniem prawdziwego siebie, a także, przede wszystkim, trudną relacją z rodzicami. 

Powieść Joyce Maynard jest pozycją wartą uwagi dla tych którzy dopiero stawiają pierwsze kroki w dorosłym życiu i tym, którzy czują się już pewnie na owym gruncie. Długi wrześniowy weekend idealnie sprawdza się jako lekka, jesienna lektura. Z przyjemnością będą powracać do historii Henry'ego, a także innych opowieści pióra amerykańskiej autorki.



Za lekturę niezmiernie dziękuję wydawnictwu Videograf II

niedziela, 2 października 2011

Stosik 10/2011

Czasu na czytanie coraz mniej, a książek do recenzji przybywa. Dopiero co zrobiłam zdjęcie jednego stosika, a już następnego dnia maszerowałam na pocztę z awizo. Ale nie narzekam, naprawdę. Na dobrą książkę zawsze znajdzie się czas ;)
Czy ktoś z Was był może wczoraj na puszczaniu lampionów? W Krakowie efekt był po prostu nieziemski. Co prawda nie wszyscy zaczekali do godziny 20.30, a niektóre lampiony w ogóle nie dotarły nawet na niebo, ale i tak warto było zjawić się nad Wisłą. 
Nie przedłużając; teraz to co wszyscy lubimy najbardziej czyli stosiki. 

Od góry:

 1. Spadek - J. D. Bujak (egzemplarz otrzymany od portalu nakanapie. Zrecenzowane)
2. Labirynt kłamstw - Tess Gerritsen (otrzymana od wyd. Mira. Zrecenzowane)
3. Mroczny szept - Gena Showalter (również otrzymana od wyd. Mira. Zrecenzowane)
4. Ofiara krwi - J.R. Ward (otrzymane od wyd. Videograf II)
5. Pretty Little Liars. Kłamczuchy - Sara Shepard (zakup własny)
6. Długi wrześniowy weekend - Joyce Maynard (również otrzymana od wyd. Videograf II. Czytana obecnie)

 Od góry:

1. Rok w poziomce - Katarzyna Michalak (wygrana w konkursie na blogu)
2. Milczący zamek - Kate Morton (otrzymana od wyd. Albatros)
3. Pomiędzy - Tara Hudson (otrzymana od wyd. Jaguar)
4. Oddech nocy - Lesley Livingston ( jak wyżej. wyd. Jaguar)
5. Dwie królowe - Philippa Gregory ( egzemplarz otrzymany od Grupy Wydawniczej Publicat SA)

sobota, 1 października 2011

Mroczny szept - Gena Showalter

TYTUŁ: Mroczny szept 
TYTUŁ ORYGINAŁU: The Darkest Whisper
AUTOR: Gena Showalter
WYDAWNICTWO: Mira


Gena Showalter to autorka bestsellerowych powieści, znajdujących się na liście New York Times i USA Today. Jak nietrudno się domyślić, do jej  ulubionych gatunków literackich zalicza  się paranormal i romans. Jej sposobem na sukces konsekwentnie pozostaje połączenie zmysłowych opisów z wątkami sensacyjnymi i szczyptą humoru. W przeszłości pisała dla takich magazynów jak "Cosmopolitan" czy "Seventeen", w swoim czasie pracowała również dla MTV oraz licznych regionalnych i ogólnokrajowych programów newsowych. Zadebiutowała w 2008 roku powieścią "Mroczna noc", która rozpoczyna serię "Władcy podziemia". "Mroczny szept" to już  czwarta z kolei odsłona jej bestsellerowego cyklu o nieśmiertelnych wojownikach.

Sabin, Aeron, Gideon i reszta wojowników strzegących bogów Olimpu, przed laty popadła w niełaskę, zabijając Pandorę - strażniczkę puszki wszelakiego zła. Zmuszeni do życia na ziemi i opętani przez mroczne demony, mężczyźni mogą odnaleźć wytchnienie tylko i wyłącznie w obliczu miłości. Tyle, że i ona niesie ogromne zagrożenie...

Sabin niszczy wszystkie osoby, które kocha. Opętany przez demona Zwątpienia, został skazany na wieczną samotność. Każda kobieta, którą kiedykolwiek obdarzył miłością uległa cichym podszeptom demona i popełniła samobójstwo. Rozżalony wojownik rzucił się w wir walki, stawiając sobie za cel zniszczenie Łowców, którzy zabili jego przyjaciela, a także odnalezienie puszki Pandory. Nawet jeżeli ceną za to miałoby być jego życie. Tyle, że akurat wówczas, gdy samotność wreszcie staje się łatwiejsza do zniesienia, na drodze Sabina pojawia się Gwen.

Gwendolyn jest przerażona. Jako harpia powinna z łatwością pokonać wroga tymczasem niczym bezbronne dziecko pozwoliła się związać i uwięzić. Przez niespełna rok pozostawała w niewoli, przyglądając się okrucieństwom bezwzględnych Łowców.  Niespodziewane pojawienie się Wojowników jest więc dla niej wybawieniem. Gwen jest wreszcie wolna, przynajmniej z pozoru. Zamknięta w fortecy Wojowników, wbrew logice Gwen zaczyna pałać  uczuciem do Sabina - jedynego człowieka, który jest w stanie uciszyć żadną krwi harpie.  Tyle, że Gwendolyn nie zna prawdziwego oblicza Wojownika. Czy miłość dwóch skrajnie różnych istot ma prawo istnieć? Czy Gwendolyn ulegnie podszeptem demona? I czy prawda może stanąć na drodze szczęściu?

Do tej pory nie miałam styczności z twórczością pani Showalter. Trzymałam się od niej z daleka, na wyciągnięcie ramion, od czasu do czasu zerkając na którąś z jej pozycji na sklepowych półkach. W końcu jednak ciekawość wzięła górę. Po raz kolejny rozpoczęłam przygodę z jakąś autorką od środka - nękana wątpliwościami czy aby na pewno uda mi się odnaleźć, a z drugiej strony przepełniona nadzieją, że do tego czasu pani Showalter udało się usunąć większość mankamentów. Nie byłam jednak nastawiona na nic specjalnego. Podeszłam do lektury z dystansem, nie oczekując po niej żadnych konkretów tym bardziej, iż miałam już okazję zapoznania się podobnymi pozycjami.

Muszę przyznać, że pomysł był ciekawy.  Rezygnacja z wampirów i wilkołaków i wypchnięcie na pierwszy plan postaci zaczerpniętych z mitologii, nie jest może szczytem oryginalności, ale z pewnością przynosi pewien powiew świeżości. Mit o Pandorze i puszce, której otwarcie zaowocowało wypuszczeniem na świat nieszczęść wszelakiego rodzaju zna chyba każdy. Gena Showalter przedstawia nam jednak ową historię z innego punktu widzenia, zrzucając odpowiedzialność na barki  boskich wojowników. Pomysł ciekawy, a i realizacja nie daleko odbiega od ideału. Jedyne co przeszkadzało mi w lekturze to zepchnięcie Nadziei na samo dno.  Być może myślę zbyt stereotypowo, ale mimo wszystko obrócenie sytuacji o sto osiemdziesiąt stopni, gdzie nagle to Kłamstwo. Furia czy choćby Zwątpienie stają po stronie dobra, było dla mnie procesem zbyt sztucznym i nierzeczywistym. 

Sytuacja zdecydowanie lepiej rysuje się wśród bohaterów. Choć zgodzę się ze stwierdzeniem, że autorka  niezliczoną ilością postaci wzbudziła spory zamęt w umyśle czytelnika, podejrzewam, że zapoznanie się z poprzednimi tomami serii znacznie ułatwiłoby odnalezienie się w nakreślonej sytuacji. Zwłaszcza, że wiodące prym charaktery czyli Sabin i Gwendolyn zostali przedstawieni w sposób niezwykle zadowalający. Gena Showalter ukazuje nam ich dwa oblicza - mroczne bestie i jakże  zadziwiająco ludzkie, bezbronne istoty. W swojej kreacji na szczęście nie przekracza cienkiej granicy, która uczyniłaby z nich jedynie płaskie, papierowe postacie. Jedyny bohater - a właściwie bohaterka - która została spisana przeze mnie na straty to Legion. Jej język, sposób bycia... wszystko to niezmiernie mnie irytowało. Autorka chciała stworzyć postać oryginalną, różną od wszystkich innych, ale zdecydowanie przesadziła w swoich zabiegach.

Zdecydowanie dobrym posunięciem było natomiast wykorzystanie narracji trzecioosobowej. Tego rodzaju historie po prostu inaczej się nie sprawdzają. Kiedy brak pobocznych wątków, a historia skupia się tak naprawdę jedynie wokół jednego wydarzenia, potrzebne są chociaż krótkie wstawki podczas których odpoczniemy chwilę od głównych bohaterów.  Styl pisania pani Geny Showalter  jest prosty i łatwy w odbiorze. Jedyne co zakłóca przyjemność płynącą z lektury to wstawiane (ni z gruszki ni z pietruszki) archaizmy i nagminnie występujące wulgaryzmy. Nie wiem jak sytuacja ma się z innymi częściami serii, ale w "Mrocznym szepcie" jest to niestety zjawisko występujące bardzo często. Owszem, lektura skierowana jest do starszych czytelników, nie zmienia to jednak faktu, że podobnego rodzaju wyrażenia w nadmiernej ilości wywołują jedynie niesmak.

Obok wulgaryzmów największym mankamentem pozostaje  występujący w nadmiarze podtekst erotyczny. Tak jak już wspomniałam wcześniej, lektura zdecydowanie przeznaczona jest dla czytelników bogatszych w latach, dlatego nie mogę tak bardzo przyczepić się licznym scenom erotycznym., ale pojawiające się na co drugiej stronie sugestie stanowiły już dobitne przekroczenie cienkiej granicy.

Ogólna ocena "Mrocznego szeptu" przychodzi mi z trudem. Z jednej strony pomysł pani Showalter jak i kreacja bohaterów zdecydowanie zasługuje na uwagę, z drugiej jednak  wulgaryzmy i wspomniane wyżej podteksty pozostawiają po sobie niesmak. Osobom, które były usatysfakcjonowane twórczością pań Kerrelyn Sparks,  Lary Adrian czy J. R. Ward, seria "Władcy podziemia" również powinna przypaść do gustu. Ja natomiast po powieści autorstwa pani Showalter jeszcze sięgnę, choćby po to by przekonać się czy z czasem naprawdę jej kunszt pisarski ulega polepszeniu.


 Za możliwość zapoznania się z lekturą serdecznie dziękuję wyd. Mira.