20 listopada 2014

Krawcowa z Madrytu - María Dueñas


Niejednokrotnie przyznawałam się już do tego, ze wprost uwielbiam zagłębiać się w powieściach osadzonych w przeszłości, zwłaszcza takich, gdzie tłem dla rozgrywających się wydarzeń są czasy  II wojny światowej. Sięgając po owe pozycje mam z góry skonkretyzowane oczekiwania, mimo to rzadko odczuwam po skończonej lekturze rozczarowanie. "Krawcowa z Madrytu" nie była tutaj wyjątkiem - mimo że spodziewałam się czegoś całkowicie innego, zetknięcie z debiutancką powieścią  Marí Dueñas uważam za niezwykle udane. Aż chciałoby się powiedzieć - więcej takich powieści. 

Sira jest młodą, może odrobinę naiwną kobietą, która łatwo ulega emocjom. Kiedy, z wzajemnością, zakochuje się w kierowniku sklepu - Ramiro Arribasie, gotowa jest na wszystko by rozpocząć z nim nowe życie - łącznie z porzuceniem obecnego partnera i wystawieniem na ciężką próbę swoich kontaktów z matką Szczęście kochanków nie trwa jednak długo. Nad Hiszpanią wisi widmo wojny domowej i pełna obaw Sira razem ze swym partnerem postanawiają przenieść się do Maroka. To właśnie tam zamierzają wykorzystać niespodziewany majątek kobiety i rozkręcić własny biznes. Ramiro nie jest jednak tym, na kogo wyglądał, w najtrudniejszym momencie porzuca Sirę - samą w obcym kraju, bez pieniędzy, za to z mnóstwem długów. Nie widząc innego wyjścia kobieta stawia wszystko na jedną kartę. Przy pomocy nowych przyjaciół  otwiera własny salon krawiecki, który nieoczekiwanie podbija serca najbardziej wpływowych ludzi w Maroku. 

Marí Dueñas udało się mnie zaskoczyć. Sięgając po "Krawcową z Madrytu" spodziewałam się opowieści o miłości rozgrywającej  się na tle burzliwych czasów wojny i niebezpiecznych akcji szpiegowskich  Tymczasem autorka stosunkowo mało miejsca poświęca na wątek uczuciowych rozterek. Miłość, a raczej pierwszy wielki zawód miłosny, został potraktowany jako punkt wyjścia do opowiedzenia fascynujących losów Siry i początek zachodzącej w dziewczynie przemiany. Historia Siry to zdecydowanie jeden z mocniejszych punktów całej fabuły - Marí Dueñas udało się oddać determinację i siłę głównej bohaterki; pokazać że czasami to wystarcza by odnieść spektakularny sukces. 

Choć powieści z tego okresu zwykle skupiają się na przedstawieniu losów państw europejskich, ewentualnie - Ameryki Północnej, María Dueñas większość swej historii osadza w Maroku. Dzięki plastycznym opisom i doskonale oddanej atmosferze, stosunkowo łatwo wyobrazić sobie ówczesne realia. Uwagę zwraca zwłaszcza ogromna przepaść  między dzielnicą biednych mieszkańców a pełną przepychu i bogactwa elitą, zwłaszcza, ze postać Siry wydaje się być spoiwem łączącym te światy. 

Spodziewałam się tego, że lektura "Krawcowej z Madrytu" wzbogaci moją wiedzę o ówczesnych czasach - zwłaszcza gdy chodzi o wojnę domową w Hiszpanii. María Dueñas wplotła do swej opowieści nie tylko historyczne fakty, ale i postacie. Większość bohaterów, z którymi zetkniecie  się w trakcie lektury inspirowana była faktycznymi osobami, które czytelnicy bardziej zaznajomieni z ówczesną historią  być może rozpoznają jeszcze w trakcie lektury. 

"Krawcowa z Madrytu" to opowieść, która fascynuje i wzbudza zainteresowanie czytelnika niezmiennie od pierwszej do ostatniej strony, nawet mimo pokaźnej objętości. Historia niezwykle klimatyczna, doskonale przedstawiająca trudną sytuację polityczną państw, ale i siłę ludzkiej determinacji. To tego rodzaju tytuł, który powinien trafić do gustu szerokiego grona odbiorców - nawet tych odrobinę bardziej wymagających - i dlatego cieszę się, że Świat Książki zdecydował się na jego wznowienie. O ile powieści przedstawiają sobą taki poziom jak "Krawcowa z Madrytu",  warto o nich przypominać.

 ★★

14 listopada 2014

Prawdziwa historia Ireny Sendlerowej - Anna Mieszkowska


Choć gatunek biografii, i literatury non-fiction ogółem, nie jest mi bliski, wiedziałam, że "Prawdziwa historia Ireny Sendlerowej" jest jednym z tych tytułów, które będę musiała poznać. Tematyka II Wojny Światowej, zwłaszcza dotycząca Polski , byłą jednym z niewielu tematów, które potrafiły wzbudzić moje zainteresowanie na lekcjach historii.  A i sama postać pani Ireny Sendlerowej, głównie za sprawą filmu, wydawała mi się niezwykle ciekawa. I choć nie dostałam tego czego się spodziewałam, nie mogłabym powiedzieć, że jestem niezadowolona z lektury. Wręcz przeciwnie. 

"Prawdziwa historia Ireny Sendlerowej" nie stanowi biografii jej osoby, a przynajmniej nie jej całość. Książka Anny Mieszkowskiej stanowi raczej zbiór wspomnień pani Ireny Sendlerowej, w które luźno wplecione zostały fakty z jej życia. Bo choć to Anna Mieszkowska  jest autorką owej pozycji, musicie wiedzieć, że w znacznym stopniu oddaje ona głos swoim bohaterom. Przytacza ich słowa, rzadko wtrącając zbędne komentarze i przez to sprawia, że czytelnik czuje się jakby zamiast czytać - był świadkiem jakiejś rozmowy.

Autorka podzieliła całość na nierówne części, z których zdecydowana większość dotyczy czasów II Wojny Światowej. Opowiada o korzeniach Ireny Sendlerowej, o studiach i jej działalności w trakcie wojny, a także o tym jak potoczyło się jej życie po roku '45. Jako że "Prawdziwa historia Ireny Sendlerowej" stanowi wznowienie innej książki Anny Mieszkowskiej, ciekawym dodatkiem jest również rozdział o życiu pani Sendlerowej już po pierwotnym wydaniu.

Choć sięgając po "Prawdziwą historię Ireny Sendlerowej" spodziewałam się zagłębienia jedynie jej losów, chyba najbardziej ujęły mnie wspomnienia o innych ludziach - zarówno te wplecione gdzieś w książkę, jak i te umieszczone na samym końcu, w dodatku "dokumenty". Irena Sendlerowa przywołuje sylwetki ludzi całkiem zwykłych i nobilituje ich w  naszych oczach. Sprawia, że nie tylko ona jedna jest osobą, która pamięta o ich czynach.

Anna Mieszkowska skrupulatnie udziela wszelkich tłumaczeń w przypisach. Przytacza dodatkowe informacje, odsyła do innych pozycji czy przybliża sylwetki osób by nie były one dla nas jedynie imieniem i nazwiskiem. Owa skrupulatnością przejawia się zresztą również w inny sposób - Anna Mieszkowska nie tylko zamieszcza bibliografię dzieł, z których korzystała w trakcie pracy nad książka czy spis szkół noszących nazwisko Ireny Sendlerowej , ale także pokaźnych rozmiarów indeks osób, które przewijają się w biografii, wraz z adnotacją , w którym dokładnie miejscu się pojawiają.

Książka Anny Mieszkowskiej to jednak nie tylko pozycja bogata w informacje. "Prawdziwa historia Ireny Sendlerowej" została również wzbogacona o liczne fotografie czy skany. W trakcie lektury nieustannie będziecie natykać się na rozmaite  "dodatki wizualne". Poczynając od fotografii pochodzących z prywatnych zbiorów, przez skany z archiwalnych numerów gazet (i to nie tylko tych polskich) a na prywatnych notatkach kończąc. To właśnie one czynią lekturę jeszcze bardziej interesującą i po prostu bogatszą. 

"Prawdziwa historia Ireny Sendlerowej" to pozycja, z którą warto się zapoznać. Jak wskazuje notatka samej pani Sendlerowej, jest to książka nie tylko ku jej pamięci, ale również wszelkim jej współpracownikom. Anna Mieszkowska w subtelny sposób przywołuje życie "Matki dzieci Holocaustu", pozostając jednak pewne aspekty owiane tajemnicą. Bogata w fakty, ale i wszelakiego rodzaju dokumenty pozycja stanowić będzie   doskonałą lekturę dla miłośników historii i tych ludzi, którzy po prostu nie chcą zapomnieć. 

★★


10 listopada 2014

Cisza, nuda i gruba warstwa kurzu


Swego czasu żywiła dziwną urazę do bibliotek. Po latach buszowania między półkami, poczułam dziwną obiekcję do owej instytucji i pożegnałam się z nią na długi okres czasu. Wolałam kolekcjonować każdy tytuł na własnej półce (nawet gdy były to "tylko" lektury). Wraz ze zbliżającą się maturą i przymusowymi wędrówkami do biblioteki, moje uczucia zaczęły się jednak ponownie zmieniać.  A kiedy nadeszły wakacje, prawdziwa, czytelnicza rozpusta, przeprosiłyśmy się z biblioteką na dobre. W nowym miejscu, z nowym księgozbiorem i czystą kartą - nie tylko w przenośnym znaczeniu.

Zaczęłam się jednak ostatnio zastanawiać co spowodowało owe odsunięcie się od bibliotek i ze zdziwieniem odkryłam, że sporą rolę odegrały tutaj budowane przez lata stereotypy. I postanowiłam je obalić (albo podtrzymać - zgodnie z prawdą) - raz a porządnie.

1. Przymus ciszy

Podejrzewam, że ten mit ma swoje korzenie w szkolnych czytelniach. Mimo że lata podstawówki mam już dawno za sobą, doskonale pamiętam białe kartki  wywieszone na co drugim regale "Zachowaj ciszę" czy bardziej skonkretyzowane - "Zakaz rozmów" Tymczasem prawda wygląda nieco inaczej. Owszem, raczej trudno oczekiwać, że w tle  będą rozbrzmiewały radiowe przeboje i wciąż istnieją miejsca, gdzie każdy szmer wydaje się nie na miejscu (odwiedźcie bibliotekę wojewódzką w okresie przedmaturalnym i zrozumiecie o co mi chodzi), ale to tylko połowa obrazu.

W bibliotekach można rozmawiać, a czasami jest to wręcz wskazane. Coraz częściej możecie znaleźć sekcję z wygodnymi fotelami (albo chociaż plastikowymi krzesłami czy kolorowym dywanikiem) gdzie odbywają się spotkania miłośników książek czy choćby głośne czytanie dzieciom. No i są też tzw. bibliotekarze z powołaniem, którzy krążą między półkami szukając zabłąkanych duszyczek , gotowi w każdej chwili polecić im swoje ulubione tytuły czy też autorów.

2. Nuda i monotematyczność

Nuda może i nie byłaby w przypadku bibliotek tak ogromnym minusem z punktu widzenia przeciętnego czytelnika - w końcu wybiera się tam po to by  wypożyczyć książkę a nie spędzić najbardziej interesujące chwile swego życia. Mimo to i tak często to słowo towarzyszy skojarzeniom o bibliotece. Zdecydowanie ma ono jednak niewiele wspólnego z rzeczywistością. Owszem, w mojej bibliotece nie organizuje się zajęć fitness - o czym wspomina pewien artykuł i w co nadal  ciężko mi uwierzyć - ale i tak dzieje się dużo.

Po pierwsze, wspomniane już prze mnie spotkania klubu książek czy też wspieranie akcji "Polska czyta dzieciom". Po drugie, zapraszanie do bibliotek mniej lub bardziej znanych nazwisk związanych ze światem literatury (niestety, "zwyczaj" wciąż jeszcze niepraktykowany w każdej bibliotece).. Po trzecie, wydarzenia niezwiązane z literaturą np. kursy obsługi komputerów dla seniorów (i nie tylko) czy też wystawy obrazów,  zdjęć czy innych form artystycznych.

3. Burkliwa pani w okularach

O! Mogłabym pochylić się na dłuższą chwilę nad złożonością owego zagadnienia. W trakcie wizyt w bibliotece nie raz natrafiałam na osoby, które zdecydowanie powinny poszukać innego powołania (w pamięci mam zwłaszcza jedną z nich), ich liczba ginie jednak na tle tych pozytywnych spotkań. Szczególną sympatią darzę panią bibliotekarkę z czasów podstawówki, ale nie tylko. Istnieją takie panie (a i na pana  można czasem trafić), które z uśmiechem na ustach pomogą w poszukiwaniu upragnionego tytułu a od siebie dorzucą ciekawe, nowe pozycje.

4. Brak nowości

I tu niestety nie pozostaje mi nic innego jak tylko załamać z rezygnacją ręce. Bo, czy tego chcę czy nie, nie mogę kłócić się z faktami. Niestety, mało które biblioteki stać na to by zakupić nowe pozycje, wprost z list bestselerów. Bo książki są drogie a środki przeznaczone na  ten cel niewielkie. Na całe szczęście zdarzają się jednak ludzie, którzy porzucanymi na półkach tytułami dzielą sie z innymi. Sama kilka razy zawitałam do pań z książkami, po które z pewnością bym już nie sięgnęła albo które zdublowały się na mojej półce.

Poza tym trzeba docenić fakt posiadania starszych tytułów. Niejednokrotnie biblioteki  są jedyną szansą na to by zapoznać się z jakąś pozycją. Zresztą, nie trzeba szukać długo - spróbujcie znaleźć gdzieś serię "Obca" Diany Gabaldon, "Dożywocie" Marty Kisiel, "Dziennik" Anne Frank czy nawet pierwsze powieści Gai Grzegorzewskiej. Może i możliwe, ale z pewnością nie tanie ani łatwe.

5. Kolejki

Problem, który pojawia się natychmiast gdy chodzi o popularny tytuł. Znalezienie go na półkach graniczy z cudem bo albo a) ktoś jeszcze go nie oddał, albo b) właśnie został wypożyczony przez kolejną osobę. Na całe szczęście problem ten został choć odrobinę zminimalizowany przez funkcję rezerwacji. Owszem, wciąż istnieją kolejki po dany tytuł, ale przynajmniej istnieje gwarancję, ze uda się go wam przeczytać i zostaniecie powiadomieni o jego obecności w konkretnej filii. A to już duży krok naprzód w porównaniu do tego co było.


Stereotypy o bibliotece nie wzięły się z niczego. W każdym z nich tkwi, albo przynajmniej kiedyś tkwiło, ziarnko prawdy. Faktem jest jednak również i to, że jak każde instytucje tak i biblioteki zmieniają się z upływem lat.  Niejednokrotnie na lepsze. Jeśli zraziliście się ich obrazem w dzieciństwie czy też później, może nadszedł czas by sprawdzić czy wciąż jest on  zgodny z rzeczywistością. A nóż przez ten okres nabrał nowych kolorów i zdoła Was teraz zachwycić.

LinkWithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...