Zlodziejka Ksiazek

sobota, 19 maja 2018

Poprosisz mnie o śmierć, Peter James
maja 19, 2018 Comments

W obawie, że umkną mi jakieś subtelne nawiązania fabularne, albo, co gorsza, będę mieć trudności aby wczuć się w opowiadaną historię, rzadko sięgam po jakąkolwiek serię w kolejności achronologicznej. Nawet jeśli mowa o cyklach kryminalnych czy thrillerach, gdzie jedynym punktem wspólnym jest postać policjanta czy też innej osoby prowadzącej śledztwo. Ale zdarza mi się odbiegać od tych reguł, a „Poprosisz mnie o śmierć" jest tego najlepszym dowodem. Po lekturze „Ludzi doskonałych" byłam po prostu ciekawa jak Peter James radzi sobie w innym gatunku, a fakt przynależności do serii wydał mi się kwestią drugorzędną.

Red Westwood, agentka handlu nieruchomościami, ma za sobą trudny okres. Uwikłana w trudny, toksyczny związek z człowiekiem o obsesyjnej potrzebie kontroli i dominacji, musiała odciąć się od przeszłości i zacząć życie w nowym miejscu. Teraz w końcu wychodzi na prostą i angażuje się w kolejny związek u boku troskliwego lekarza - wdowca i samotnego ojca. Dochodzi jednak do tragedii. Karl Murphy umiera w makabrycznych okolicznościach, a chociaż wszystko wskazuje na samobójstwo, nadinspektor Roy Grace nie potrafi pozbyć się wrażenia, że coś w tej sprawie nie gra.

Poprosisz mnie o śmierć" rzeczywiście jest jedną z tych powieści, po które można sięgnąć bez znajomości poprzednich tomów cyklu - wszystkie konieczne informacje o życiu nadinspektora czy też jego współpracowników zostają przybliżone w stosownym momencie. Owszem, jestem sobie w stanie wyobrazić, że przeczytanie innych powieści z serii i zżycie z bohaterami sprawi, że pewne wątki czy też poszczególne sceny wywrą większe wrażenie na czytelniku - wzbudzą więcej emocji. Z drugiej jednak strony; obyczajowe tło nie jest czymś w czymś Peter James sprawdza się najlepiej.

Jeżeli chodzi o wątki obyczajowe można się w nich dopatrzeć pewnej sztuczności. Niewykluczone, że w przypadku dziesiątego tomu cyklu autor wyczerpał już pewne pomysły, ale rozwiązania, na które zdecydował się w „Poprosisz mnie o śmierć" mają w sobie coś z telenoweli brazylijskiej (SPOILER:uznanazazmarłąkobietapowracabyprzerwaćślubswojegomęża) Pewna nienaturalność wkrada się zresztą także w zachowanie bohaterów - trudno zlekceważyć fakt, że nie zachowują się oni w sposób adekwatny do sytuacji i kilkakrotnie powielają te same błędy.

To powiedziawszy, „Poprosisz mnie o śmierć' spełnił w moim przypadku swoją funkcję - dostarczenia mi rozrywki. To tego rodzaju kryminał, gdzie jako czytelnik znajdujemy się w pozycji bardziej uprzywilejowanej od bohaterów - pojawiają się momenty, gdy niemal dosłownie znajduje się w obłąkanym umyśle oprawcy. Wątek szaleńca-stalkera pozostaje zresztą najmocniejszym punktem fabuły. Peter James kreuje niezwykle przekonujący portret postaci i stwarza stosowaną atmosferę niepokoju. W pewnym punkcie intryga sprawia wrażenie nieco na siłę przedłużany i przez to traci na mocy, ale mimo wszystko stanowi ona zaletę powieści.

Trudno porównać „Poprosisz mnie o śmierć" do „Ludzi doskonałych", bo to historie o zupełnie odmiennym charakterze. Ale chociaż powieść z nadinspektorem nie charakteryzuje równa świeżość i oryginalność, to właśnie w tym wydaniu Peter James bardziej mnie do siebie przekonał. Jeśli szukacie szybkiej lektury, a dobrze nakreślona sylwetka sprawcy i klimat są dla Was ważniejsze niż tło obyczajowe, nie powinniście być rozczarowani lekturą. 

Za możliwość lektury dziękuję wydawnictwu Albatros


Poprosisz mnie o śmierć” Peter James; tłum. Robert Waliś; wydawnictwo Albatros; Warszawa 2018  ★★★☆☆
Read more

niedziela, 6 maja 2018

Co działo się w kwietniu?: podsumowanie miesiąca
maja 06, 2018 Comments

Powrót do codzienności po wolnym bywa trudny i zawsze ma pewien specyficzny posmak goryczy. Ciężko mi jest sobie w tej chwili wyobrazić, że jutro o 5:30 będę musiała wstać z łóżka i odbyć podróż na uczelniany kampus, ale z drugiej strony nie mogę nie docenić tego ostatniego tygodnia wypełnionego intensywnym zwiedzaniem polskich miast, odpoczynku i świętowaniem moich dwudziestych drugich  trzecich urodzin. Chociaż wiem, że rozpoczyna się w moim życiu tzw. gorący okres i to nie tylko pod względem temperatury (bo wszelkiego rodzaju zaliczenia, egzaminy, magisterka i wolontariat), nie narzekam (jeszcze!) i staram się z optymizmem wypatrywać zbliżających się wielkimi krokami wakacji.

Jeżeli chodzi o miniony miesiąc - kwiecień, muszę przyznać, że nieźle zalazł mi za skórę. Wkrótce po świętach Wielkanocnych złapał mnie jakiś fatalny wirus i po raz pierwszy od kilku dobrych lat autentycznie czułam się wykluczona z życia. Pomimo tego że spędziłam kilka dodatkowych dni w domowym zaciszu, nie wpłynęło to korzystnie na moje czytelnicze wyniki - zapoznałam się z dziewięcioma tytułami, przy czym większość z nich czytałam w drugiej połowie miesiąca. Ale za to w przypadku żadnej pozycji nie mogę mówić o rozczarowaniu.

PRZECZYTANE:

Pod osłoną nocy, Sarah Waters ★★★

Czytałam Pod osłoną nocy w dużej mierze podczas swojej choroby i prawdopodobnie dlatego tak długo zajęło mi to by wczuć się w lekturę i zapoznać się z nią w całości. Poza tym, nie ukrywam, że początkowo było mi ciężko przywyknąć do tego jak bardzo opowiadana historia różni się od Złodziejki. Sarah Waters nie skupia się tym razem na pojedynczym wątku, lecz przybliża nam losy czterech tajemniczych postaci, a specyficzna forma - odwrócona chronologia wydarzeń - sprawia, że początkowo można odczuwać pewien chaos w lekturze. Wraz z kolejnymi stronami przestało mi to jednak zupełnie przeszkadzać, a nawet doceniłam ów zabieg. Sarah Waters z niezwykłą dojrzałością pisze o powrocie do życia po wojnie i o postrzeganiu przez społeczeństwo osoby homoseksualne, a na dodatek obiera przy tym niecodzienną perspektywę - osób, które często pomijane są w literaturze wojennej. Koniec końców Pod osłoną nocy w końcu mnie jednak zachwyciło.

Żerca, Katarzyna Berenika Miszczuk ★★★½☆

Jeżeli chodzi o całą serię Kwiatu Paproci, mam względem niej dosyć mieszane uczucia - stąd też tak długa zwłoka z zapoznaniem się z Żercą - ale w moim odczuciu trzeci tom przewyższył nieco poziomem swojego poprzednika. Owszem, brakuje czegoś co narzuciło by tempo akcji, bo tak naprawdę nie wiemy do jakiego punktu zmierzamy w tym tomie i udało mi się przewidzieć pewien zwrot akcji, ale i tak zamknęłam lekturę zadowolona. Katarzyna Berenika Miszczuk utrzymuje lekki, przepełniony humorem ton swojej opowieści i wciąż zaskakuje czytelnika nowymi nawiązaniami do słowiańskiej mitologii. Tym razem jednak spycha nieco wątek romantyczny na dalszy plan, wprowadza pewną dozę tajemniczości na skutek sprawy uśmiercania istot nadprzyrodzonych, no i kończy swoją opowieść w takim momencie, że naprawdę ma się ochotę na lekturę czwartego tomu.

Wampir, Wojciech Chmielarz ★★★★

Z powodu sporej kolejki oczekujących na drugi tom przygód komisarza Mortki w bibliotece, zdecydowałam się na lekturę innej powieści pana Wojciecha Chmielarza. Ale Wampir prezentuje równie wysoki poziom co Podpalacz. Podoba mi się sposób w jaki autor kreuje intrygi kryminalne - brak tu niepotrzebnego rozmachu czy sztucznie narzuconego tempo, a poszczególne poszlaki odkrywamy stopniowo; a także sama postać głównego bohatera - owianego pewną aurą tajemniczości i wzbudzającego raczej skrajne emocje. Wampir ma klimat - brudny obraz pewnego rodzaju półświatka Gliwic - i jest po prostu dobrze napisany, dlatego nie mogę sie doczekać kolejnych spotkań z twórczością tego autora.

Eleanor Oliphant ma się całkiem dobrze, Gail Honeyman ★★★

Miałam ogromne wątpliwości czy po tylu optymistycznych opiniach powieść Gail Honeyman sprosta moim oczekiwaniom, ale okazuje się, że niepotrzebnie. Eleanor Oliphant ma się całkiem dobrze jest historią, która pobudza do pewnych refleksji i porusza raczej trudną problematykę, ale która równocześnie nie sprawia problemu w trakcie lektury. Kreacja Eleanor budzi sympatię, miejscami może także współczucie, ale nie litość i jest to jedna z podstawowych zalet całej historii. Jeżeli spodobał się Wam Projekt "Rosie", nie powinniście być rozczarowani.

Opal, Jennifer L. Armentrout ★★★½☆

W rozmowie z Panią Mamą wprost stwierdziłam, że Opal jest tego rodzaju lekturą, która niesamowicie uzależnia, pomimo tego, że dostrzega się jej wady. Nie raz i nie dwa zdarzyło mi się przewracać oczami, kiedy Katy po raz kolejny pakowała się w tarapaty, albo wówczas gdy autorka raczyła nas scenami zazdrości, ale równocześnie trudno mi było odłożyć ów pozycję na bok. Główny wątek popycha akcję do przodu, a dodatkowo pełno tu wewnętrznych cliffhangerów, które przyspieszają jeszcze proces czytania. 

Jedyna miłość razy dwa, Taylor Jenkins Reid ★★★½

Trochę tak jak w przypadku powieści Gail Honeyman, obawiałam się czy Taylor Jenkins Reid uda się sprostać moim zawyżonym oczekiwaniom. Ale Jedyna miłość razy dwa jest w moim odczuciu niemal idealną pozycją jeśli chodzi o literaturę rozrywkową z wątkiem romantycznym wysuniętym na pierwszy plan. Taylor Jenkins Reid zdecydowanie wie jak pisać o emocjach - miłości czy żałobie - i od samego początku angażuje czytelnika w opowiadaną historię. Podoba mi się przesłanie całej opowieści i to że w pewnym momencie przestaje to być tylko i wyłącznie powieść o miłości, ale przede wszystkim cieszę się, że autorka nie podążyła tropem, którego się obawiałam, a który zdecydowanie zbyt często wykorzystywany jest w przypadku wątków trójkąta miłosnego. Bardzo Wam polecam lekturę, zwłaszcza, że pozycję możecie często znaleźć za symboliczna kwotę w tanich księgarniach,

Ból, Zeruya Shalev ★★★½☆

Powieść Zeruyi Shalev jest bardzo kobieca, zwłaszcza jeśli weźmiemy pod uwagę podejmowane przez autorkę tematy - macierzyństwo, małżeństwo czy powrót pierwszej miłości - i autorka podchodzi do każdego z nich z dojrzałością i ogromem empatii. Przedstawienie poruszanej problematyki i pogłębione portrety bohaterów są najmocniejszymi punktami prozy izraelskiej prozy, ale jest coś co nie pozwala mi się nią w pełni zachwycić. Tempo relacji pomiędzy główną bohaterką a jej pierwszą miłością ma w sobie coś niesamowicie nienaturalnego. Także język jaki posługuje się Zeruya Shalev, na ogół piękny i wyrafinowany, momentami razi zbyt górnolotnymi metaforami i sztucznością. Nie żałuję lektury, ale też nie podzielam zachwytu Bólem.

Mężczyźni objaśniają mi świat, Rebecca Solnit ★★★

Mężczyźni objaśniają mi świat to zbiór esejów bardzo dobrych, dobrych i po prostu przeciętnych. Chociaż zdecydowanie zgadzam się z niektórymi spostrzeżeniami pani Rebeki Solnit i uważam, że jej głos ma ogromną siłę rażenia, nie wszystkie teksty są równie zajmujące i emocjonujące. Dużo tu statystyk - co rozumiem, bo zazwyczaj duże liczby bardziej przemawiają do społeczeństwa, równocześnie jednak na mnie dużo większy wpływ wywierało powoływanie się na konkretne przypadki.  Przeszkadzała mi także skłonność autorki do powtarzania kilkakrotnie tych samych zdań - zawsze wkrótce po pewnym uogólnieniu. Nie jestem specjalistką w literaturze feministycznej i nie wiem jak eseje pani Solnit wypadają na ich tle, ale ja spodziewałam się chyba czegoś więcej.

Szpilki za milion, Izabela Szylko ★★★

Szpilki za milion to taka bardzo lekka, zabawna historia, której znacznie bliżej do powieści obyczajowej aniżeli kryminału. Jakakolwiek intryga, o ile w ogóle możemy tak ją nazwać, zostaje zarysowana dopiero mniej więcej w połowie historii. Mamy tu do czynienia z pewnym przerysowaniem i abstrakcyjnością, ale nie na tyle by przekroczyć akceptowane przeze mnie granice. Czy powieść pani Izabeli Szylko na długo zapadnie mi w pamięci? Prawdopodobnie nie. Ale w trakcie lektury bawiłam się nieźle i zdecydowanie doceniam kreacje jednej z drugoplanowych bohaterek - pani Józefiny. 

NAPISANE:

Islandzka powieść postapokaliptyczna czyli opinia o Wyspie.
Dziewczyna z pociągu  w hiszpańskiej scenerii czyli opinia o Ona to wie.
Młodzieżówka z przesłaniem czyli opinia o Raczej szczęśliwy niż nie.
Nie do końca najlepszy thriller czyli opinia o Lokatorce.

Myślę, że zarówno maj jak i czerwiec nie będą okresem wzmożonej aktywności na blogu, ale obiecuję się nie poddawać i równocześnie z nauką, szykować się z wielkim powrotem na wakacje.
Read more

sobota, 28 kwietnia 2018

Lokatorka, JP Delaney
kwietnia 28, 2018 Comments

Powieść JP Delaney'a spotkała się z ogromnym zainteresowaniem ze strony książkowego fragmentu Internetu. Prawdopodobnie duża w tym zasługa działań marketingowych wydawnictwa, ale był taki okres, kiedy „Lokatorka" atakowała mnie zarówno podczas przeglądania blogów, jak i scrollowania Instagrama. Zazwyczaj tekstom tudzież zdjęciom towarzyszyła informacja, że to jeden z najlepszych thrillerów tego roku co powodowało jedynie, że stawałam się coraz bardziej sceptycznie nastawiona do lektury. W końcu sięgnęłam jednak po „Lokatorkę" z ciekawości czy w tych wszystkich pozytywnych opiniach rzeczywiście znajduje się ziarno prawdy. Ale moje odczucia pozostają raczej mieszane.

Jane stara się na nowo uporządkować swoje życie. Po urodzeniu martwego dziecka i pewnych komplikacjach zawodowych, kobieta zostaje zmuszona do tego by znaleźć nowe mieszkanie. Wbrew wątpliwościom, Jane decyduje się podpisać skomplikowaną i raczej niecodzienną umowę najmu lokum przy Folger Street. Ultranowoczesne mieszkanie wymaga dostosowania się do surowych reguł narzuconych przez właściciela i zgody na kontrolę. Jane nie wie jak wiele łączy ją z poprzednią lokatorką - obie kobiety są do siebie podobne nie tylko zewnętrznie; wkrótce przed przeprowadzką doświadczyły traumy i odczuwają dziwną fascynację względem tajemniczego właściciela. 

Powieść JP Delaney'a opowiada naprzemiennie historię Emmy i Jane i czytelnik stosunkowo szybko dostrzega paralelność wydarzeń z życia obu bohaterek. Tego rodzaju zabieg jest dosyć ryzykowny - chociaż rozumiem motywacje autora przy zastosowaniu tego rodzaju rozwiązania, w trakcie lektury pojawia się poczucie pewnej wtórności (zwłaszcza, gdy JP Delaney niemal dosłownie cytuje niektóre fragmenty). Umiejętnie zbudowana atmosfera niepokoju i zbliżającego się zagrożenia pozostaje jednak jedną z najmocniejszych stron „Lokatorki". Nie mogę nie zgodzić się z tym, że autor wykazuje się na tym polu ogromnymi umiejętnościami - chcąc nie chcąc zaangażowałam się w lekturę i skończyłam ją niesamowicie szybko.

Lokatorka" to tego rodzaju thriller, który przepełniony jest plot twistami i nie mam wątpliwości co do tego, że dla sporego grona czytelników będzie to dodatkowa zaleta. W moim odczuciu pojawiło się ich jednak zbyt dużo, prowadząc do tego, że podważałam każdą informację jaką przedstawiał autor. W pewnym momencie odniosłam wręcz wrażenie, że JP Delaney sam się pogubił i niektóre elementy, o których nie wspomnę ze względu na to, że byłby to spoiler, pozostawały ze sobą w sprzeczności. Na dodatek finalny zwrot akcji sporo traci na tle pozostałych i wydaje się odrobinę przewidywalny czy wręcz mało oryginalny.

Decydując się na lekturę „Lokatorki" warto też być świadomym pewnych informacji związanych z fabułą. Żeby móc czerpać przyjemność z lektury, trzeba zaakceptować to, że sama historia jest nieco oderwana od rzeczywistości i mało prawdopodobna - choćby przez wzgląd na samą ideę mieszkania przy Folger Street 21. Jak na thriller, „Lokatorka" zawiera także stosunkowo dużo scen erotycznych, dlatego jeśli jesteście szczególnie wyczuleni na tym punkcie, może to niekorzystnie wpłynąć na Wasze odczucia z lektury.

Nie jest do końca tak, że uważam „Lokatorkę" za złą powieść. Przeczytałam historię JP Delaney'a szybko i byłam zaintrygowana tym w jaki sposób autor zdecyduje się ją zakończyć, ale daleka jestem od tego by uznawać ją za najlepszy tytuł w sowim gatunku. Nie odradzam Wam więc lektury, ale też i nie uważam by była to pozycja, z którą absolutnie musicie się zapoznać.

Lokatorka” JP Delaney; tłum. Mariusz Gądek; wydawnictwo Otwarte; Kraków 2017  ★★★☆☆
Read more

sobota, 14 kwietnia 2018

Raczej szczęśliwy niż nie, Adam Silvera
kwietnia 14, 2018 Comments

Wydaje mi się, że bardzo długo oczekiwałam na moment, w którym ktoś wyda w Polsce powieść Adama Silvery. Twórczość tego autora zbierała niemal wyłącznie pozytywne opinie, a fabuła każdego kolejnego tytułu brzmiała coraz bardziej fascynująco i chyba nawet nie przeszło mi przez myśl, że mogłabym nie podzielić odczuć innych czytelników. Niewykluczone, że tym samym postawiłam przed „Raczej szczęśliwym niż nie" poprzeczkę nie do pokonania. I chociaż nie mogę nie docenić powieści Adama Silvery, pod pewnymi względami oczekiwałam jednak od lektury czegoś więcej.

Aaron wciąż stara się pozbierać po samobójczej śmierci swojego ojca. Chłopak nie rozumie dlaczego ten zostawił ich samych, a blizna w kształcie uśmiechu nieustannie przypomina o tym, że i on zdecydował się na równie egoistyczną próbę. W chwilach, w których ciężko odnaleźć chociaż odrobinę szczęścia, znajduje wsparcie u swojej zapracowanej matki i dziewczyny - Genevie. A potem pojawia się ktoś jeszcze - Thomas. Kiedy Genevie wyjeżdża na obóz, a Aaron zaczyna spędzać coraz więcej czasu z nowym przyjacielem, odkrywa że dopiero teraz jest naprawdę szczęśliwy. Z tym, że to nie wydaje się do końca właściwe.

Raczej szczęśliwy niż nie" jest powieścią, która niewątpliwie niesie ze sobą ważne, istotne przesłanie i doskonale wpasowuje się w aktualne trendy w literaturze - by różnorodność świata znajdowała odzwierciedlenie w opowiadanych na kartach powieści historiach. Adam Silvera z subtelnością i delikatnością dotyka tematu homoseksualizmu, ale wiadomość zawarta w losach Aarona ma o wiele bardziej uniwersalny charakter - traktuje o tym jak ważne jest aby akceptować samego siebie i pozwolić sobie na bycie szczęśliwym. A to nie jedyne atuty „Raczej szczęśliwy niż nie".

Świat jaki kreuje Adam Silvera pozostaje mocno osadzony w naszej rzeczywistości. Jedynym, ale nadającym całej opowieści unikatowego charakteru, elementem realizmu magicznego pozostaje wątek osnuty wokół Instytutu Lateo. Obok przesłania, zdecydowanie jest to najmocniejszy punkt powieści i celowo staram się Wam nie zdradzić zbyt dużo. Na przestrzeni historii znajdziecie mnóstwo odniesień do świata geeków - czy to jeśli chodzi o filmy, czy komiksy, czy też inne dziedziny kultury. Nieco nie zrozumiała jest dla mnie decyzja autora by używać w powieści rzeczywistych nazw fandomów, a jedynie w przypadku serii zadziwiająco przypominającej Harry'ego Pottera (łącznie z tym, że w jedną ról w ekranizacji wciela się Emma Watson) stosować inny tytuł, ale nie rzutowało to znacząco na moje odczucia.

Co w takim razie nie zagrało? Trudno było mi pozbyć się wrażenia, że pomimo obiektywnie emocjonalnego charakteru tekstu, opowiadana historia nie dotknęła mnie personalnie. Od samego początku towarzyszyło mi przeświadczenie, że przedstawiono naraz zbyt dużą ilość bohaterów i przez to odczuwałam względem nich dystans. Na przestrzeni powieści pojawiają się ponad to sceny, czy po prostu same dialogi, o nieco sztucznym, momentami infantylnym charakterze, które tylko wspomniany dystans pogłębiają

Nie chodzi o to, że chcę Was zniechęcić do lektury „Raczej szczęśliwego niż nie". Wręcz przeciwnie, uważam że to tego rodzaju wartościowa powieść młodzieżowa, z którą warto się zapoznać bez względu na to czy wciąż macie -naście lat. Chciałam natomiast przygotować Was na to, że wbrew spopularyzowanej opinii, nie jest to opowieść zupełnie pozbawiona wad i być może obniżyć nieco Wasze oczekiwania.

Za możliwość lektury dziękuję wydawnictwu Czwarta Strona

Raczej szczęśliwy niż nie” Adam Silvera; tłum. Sylwia Chojecka; wydawnictwo Czwarta Strona; Poznań 2018  ★★★½☆
Read more

sobota, 7 kwietnia 2018

Ona to wie, Lorena Franco
kwietnia 07, 2018 Comments

Thriller jest jednym z gatunków, po który sięgam zdecydowanie najczęściej. Czerpię niesamowicie dużo przyjemności z lektur o atmosferze gęstej od tajemnic i niedopowiedzeń; albo zaskakującymi fabularnymi twistami. A wydawnictwo Albatros już nie raz i nie dwa przedstawiło mi niesamowicie intrygujących przedstawicieli tego gatunku - Harlan Coben, B. A. Paris czy Alex Marwood. Ostatnio jednak coraz trudniej znaleźć mi pozycje w tym gatunku, która w pełni by mnie satysfakcjonowała. A lektura hiszpańskiego thrillera „Ona to wie" stanowi dla mnie niestety spore rozczarowanie.

Andrea mieszka na niewielkim osiedlu, w pobliżu Barcelony, razem ze swoim mężem. Po tragicznych wydarzeniach jakie miały miejsce na krótko przed przeprowadzką, kobieta poddała się nałogowi. Zamroczona alkoholem i tabletkami spędza większość dnia obserwując przez okno swoich sąsiadów - zwłaszcza małżeństwo z naprzeciwka. Odwiedziny szwagra - Victora stają się początkiem dla dziwnych, niepokojących wydarzeń. Kobieta z sąsiedztwa znika i wszystko wskazuje na to, że to właśnie Andrea jest ostatnią osobą, która ją widziała. Ale chociaż ma ona swoje podejrzenia co do sprawcy, nie może w pełni ufać osądem swojego zamroczonego umysłu. 

Po sukcesie debiutu Pauli Hawkins, większość thrillerów porównywano właśnie do „Dziewczyny z pociągu" lub „Zaginionej dziewczyny". W przypadku „Ona to wie" ma to jednak widoczne uzasadnienie. Koncepty fabularne Franco i Hawkins są do siebie bardzo zbliżone - podglądanie przez okno małżeństwa, zaginięcie żony, uzależnienie bohaterki, ale też jej zaniedbanie i konflikt z mężem (czy też eksmężem). A i to nie są jedyne podobieństwa pomiędzy oboma tytułami. Słowo plagiat jest zdecydowanie za mocne, ale wydaje mi się, że jeśli czytaliście „Dziewczynę z pociągu" istnieje niewielka szansa, że poczujecie się zaskoczeni lekturą. 

Lorena Franco wykazuje okropną tendencję do tego by przekonać nas, że nie możemy ufać Andrei jako narratorce - wielokrotnie przewija się sparafrazowana fraza „a może tylko to sobie wymyśliłam". Zresztą, czytanie z perspektywy Andrei jest doświadczeniem wyjątkowo niekomfortowym. Bohaterka ma tendencje do tego by popadać w przesadę i wszędzie doszukiwać się teorii spiskowych. A sugestie, że każdy z bohaterów skrywa jakiś brudny sekret nie wypadają zbyt subtelnie. Po powolnym, bogatym w opisy początku, akcja rzeczywiście rusza nieco do przodu - mamy do czynienia z mnóstwem niejasności i pojawia się całkiem fajny klimat. Niestety, większość z wątków łatwo przewidzieć, bo przypominają motywy z innych powieści (nie tylko Hawkins).

Nie jest do końca tak, że wszystko co przeczytałam w „Ona to wie" mnie rozczarowało. Żeby oddać autorce sprawiedliwość, Lorena Franco umiejętnie i bardzo stopniowo ujawnia pewne informacje a tym samym cały czas buduje napięcie. Miłą odmianę stanowi także sama sceneria, czyli Barcelona. Zwłaszcza, ze Lorena Franco kilkakrotnie nawiązuje do bestselerowego cyklu Carlosa Ruiza Zafona, w szczególności do „Cienia wiatru". Dla mnie był to przyjemny dodatek, choć nie zrekompensował mankamentów historii. 

Jeśli chodzi o thrillery, zawsze mam pewne wątpliwości co Wam polecać. Istnieje duża szansa, że jeżeli nie jesteście bardzo zaznajomieni z gatunkiem, „Ona to wie" okaże się dla Was lekturą znacznie ciekawszą niż to miało miejsce w moim przypadku.równocześnie jednak powieść Loreny franco była dla mnie rozczarowaniem i wydaje mi się, że na rynku wydawniczym możecie znaleźć sporo lepszych tytułów.

Za możliwość lektury dziękuję wydawnictwu Albatros


Ona to wie” Lorena Franco Godek; tłum. Elżbieta Sosnowska; wydawnictwo Albatros; Warszawa 2018 ★★☆☆☆
Read more

środa, 4 kwietnia 2018

Wyspa, Sigríður Hagalín Björnsdóttir
kwietnia 04, 2018 Comments

Chociaż od pewnego czasu nie publikuję już na blogu zestawienia z najciekawszymi premierami miesiąca, nie wyzbyłam się nawyku przeszukiwania portali książkowych czy też księgarń internetowych pod kątem  intrygujących tytułów, z którymi chciałabym się zapoznać. A „Wyspa”  autorstwa Sigríður Hagalín Björnsdóttir od razu zwróciła moją uwagę. I nie zniechęciły mnie nawet ostrożne jeśli chodzi o optymizm opinie pierwszych recenzentów. Teraz, już po skończonej lekturze, muszę przyznać, że rozumiem mieszane uczucia względem debiutu islandzkiej autorki, co zmienia jednak tego, że jest to tytuł, którym warto się zainteresować. 

Początek katastrofy jest niepozorny - Islandia traci kontakt z resztą świata. Nie działa internet ani połączenia komórkowe z zagranicznymi numerami; samoloty nie lądują, a statki nie wracają do portów. Coś co traktowane jest jako chwilowa awaria lub atak hakerów, staje się stanem permanentnym - nową rzeczywistością dla osób przebywających na wyspie. Hjalti, dojrzały dziennikarz, przez wzgląd na swoje znajomości, trafia w samo centrum rządowych działań. Maria, rdzenna Hiszpanka i była partnerka Hjaltiego, znajduje się w dużo trudniejszej sytuacji. Oboje zostają zmuszeni do podejmowania niemożliwych decyzji i zupełnego przewartościowania dotychczasowego życia.

Za sukcesem „Wyspy” stoi przede wszystkim niesamowity koncept. Odseparowanie Islandii od reszty świata jest nie tylko doskonałym pretekstem do podjęcia wielu istotnych i aktualnych tematów o naturze społeczno-politycznym, ale też przerażająco prawdopodobną wizją, zwłaszcza jeśli weźmiemy pod uwagę tempo akcji. Sigríður Hagalín Björnsdóttir nie przedstawia na siłę szybkich i drastycznych zmian wizji rzeczywistości; a z drugiej strony różnica pomiędzy obrazem świata na początku i końcu książki jest na tyle znacząca by nie pozostać niezauważoną i by w pewnym sensie wzmocnić emocje czytelnika.

Autorka skupia się przede wszystkim na przedstawieniu sytuacji z dwóch perspektyw - Hjaltiego i Marii, co jest o tyle słusznym wyborem, że odmienność statusu bohaterów pozwala Sigríður Hagalín Björnsdóttir na szerokie spektrum poruszanej problematyki. Czytamy o roli mediów, działaniach rzątu, buntach społeczeństwa, rosnącej agresji i sytuacji turystów i imigrantów, którzy pod pewnymi względami stają się metaforą dla tematu uchodźców. Przewijają się sceny drastyczne, brutalne, a momemntami niesmaczne i zdecydowanie  nie jest to lektura, którą nazwałabym przyjemną. Zwłaszcza, że islandzka autorka stara się bardzo uwiarygodnić swoją opowieść m.in. zamieszczając fragmenty stylizowane na gazetę.

Jest jednak pewna sztuczność w stylu autorki; coś co sprawiło, że jako czytelnik czułam się emocjonalnie odseparowana od opowiadanej historii. Zresztą, pewna fragmentaryczność scen z życia bohaterów również nie ułatwia uczuciowego zaangażowania w lekturę. A chociaż wiem, że nie jest to coś co przeszkadza każdemu czytelnikowi, dla mnie stanowi spory mankament. Nie do końca podoba mi się też finał „Wyspy". Rozumiem zamysł autorki - to że nie zawsze możliwe jest uzyskanie odpowiedzi na nurtujące nas pytania - ale pozostawienie tylu otwartych kwestii, zwłaszcza to co stało się z resztą świata, było dla mnie rozczarowujące. 

Powieść islandzkiej autorki zdecydowanie ma swoje mocne punkty, zwłaszcza jeśli chodzi o aktualność poruszanych tematów, ale nie jest to historia wolna od wad. Nieco żałuję niewykorzystanego w pełni potencjału. Mimo to jestem ciekawa czym jeszcze zaskoczy nas Sigríður Hagalín Björnsdóttir, a Was zachęcam zarówno do lektury „Wyspy”, jak i chwili refleksji nad zagadnieniami, o których pisze autorka. 

Za możliwość lektury bardzo dziękuję wydawnictwu Literackiemu

Wyspa” Sigríður Hagalín Björnsdóttir; tłum. Jacek Godek; wydawnictwo Literackie; Kraków 2018 ★★★½
Read more

sobota, 31 marca 2018

Co się działo w marcu?: podsumowanie miesiąca
marca 31, 2018 Comments

Czekałam na tą wiosnę z utęsknieniem. I nie chodzi już nawet o to, że z natury jestem człowiekiem ciepłolubnym i nie mogłam się doczekać wyższych temperatur. Wiosna obdarowuje mnie zawsze nową perspektywą - nawet jeśli nie otrzymuję dodatkowej godziny w prezencie, mój dzień naprawdę wydaje się dłuższy. Zresztą, już teraz możecie dostrzec tego efekty przyglądając się moim czytelniczym statystykom. Marzec był dla mnie stosunkowo zapracowanym miesiącem i zdarzały się dni, w które spędzałam w domu dosłownie kilka godzin - nieustannie kursowałam pomiędzy domem, uczelnią, a innymi obowiązkami. Wyjątkowo sporo czasu spędziłam na podziwianiu muzealnych eksponatów, powoli zaczęłam działać w wolontariacie. A mimo to jak do tej pory jest to dla mnie najlepszy miesiąc pod względem czytelniczym w tym roku. Przeczytałam aż dwanaście nowych tytułów, większość spod pióra kobiet i zbiorów mojej lokalnej biblioteki. A warto podkreślić, że spora ich część nie należała do najkrótszych pozycji.

PRZECZYTANE:

Raczej szczęśliwy niż nie, Adam Silvera ★★★½☆

Powieść Adama Silvery zdecydowanie jest historią, której warto poświęcić chwilę uwagi i w tej kwestii w zupełności zgadzam się z ogromem innych czytelników. Już sam temat jaki autor porusza w tej konkretnej opowieści - akceptacja tego kim się jest i danie samemu sobie pozwolenia na bycie szczęśliwym - jest niesamowicie istotny, ale to nie jedyne atuty przemawiające za Raczej szczęśliwy niż nie. Podoba mi się realizm opowiadanej przez Adama Silverę historii i jedynie drobny element realizmu magicznego w postaci Instytutu Lateo. W tym konkretnym przypadku fala pozytywnych opinii wpłynęła jednak w pewnym sensie na moją własną ocenę. Nie mogę powiedzieć, żeby historia Aarona nie była wzruszająca i emocjonalna, ale nie uderzyła we mnie jakoś personalnie, a niektóre fragmenty uderzały mnie pewną sztucznością i infantylnością. Chciałabym Wam jednak opowiedzieć o tym tytule więcej.

Alienista, Caleb Carr ★★★★☆

Powieść Caleba Carra to taki tytuł, o którym być może zrobi się nieco głośniej w nadchodzących dniach z racji na premierę serialu na jej podstawie, który w kwietniu zagości na polskim Netflixie. I skrycie na to liczę, bo Alienista to naprawdę unikalna historia, z którą warto się zapoznać. Tym co wyróżnia powieść Caleba Carra są przede wszystkim realia w jakich została osadzona - klimat przełomu XIX i XX wieku Nowego Jorku (a już zwłaszcza jego półświatka). Spora część fabuły skupia się na szczegółowym, a dla niektórych być może wręcz nużącym, przedstawieniu śledztwa - mówi się tu o początkach nauk związanych z kryminalistką takich jak choćby daktyloskopia i sposobie w jaki postrzegani byli wówczas alieniści - ale gdzieś w tle przewija się też codzienne życie nowojorczyków. Nie brak graficznych i być może nieco brutalnych opisów, ale ta atmosfera zostaje przełamana odrobiną humoru. I po raz pierwszy od dawna mogę powiedzieć, że jest to coś, czego jeszcze nie czytałam  - a to bardzo dużo znaczy.

Mimo moich win, Tarryn Fisher ★★☆☆☆

Nie mogę niestety powiedzieć, żeby moje pierwsze zetknięcie z twórczością Tarryn Fisher należało do szczególnie udanych. Mimo moich win przeczytałam bardzo szybko, ale trudno pozbyć mi się w tym przypadku pewnego poczucia rozczarowania. I nie chodzi wcale o to, że wszyscy bohaterowie tej powieści zaliczają się do grona  postaci, z którymi nie da się sympatyzować. Przeszkadzał mi już sam język jakim opowiedziana została ta historia - bardzo prosty, często powielający te same zwroty i skupiający się głównie na dialogach. Poza tym fabuła całej historii obraca się niemal wyłącznie wokół relacji Olivii i Caleba - do tego stopnia, że obserwujemy praktycznie tylko sceny z udziałem tej dwójki - co jest tym trudniejsze do zaakceptowanie, że tempo ich "związku" jest bardzo nienaturalne. Na pewno zapoznam się jeszcze z jakąś powieścią Tarryn Fisher, bo podoba mi się pewna odwaga autorki jeśli chodzi o kreowanie postaci i dynamika fabuły, ale już z nieco mniej wygórowanymi oczekiwaniami.

Hotel nad oceanem, Colleen Coble ★★½☆☆

To może być zaskoczeniem, ale do lektury Hotelu nad oceanem zachęcił mnie przede wszystkim opis fabuły. Przywodził mi myśl historie Nory Roberts, które kiedyś podkradałam mamutkowi i w których romans połączony jest z jakimś elementem suspensu, sensacji czy kryminału. Trochę ze wstydem przyznaję się, że bardzo wciągnęłam się w fabułę i byłam ciekawa czy moje przypuszczenia są słuszne. Dlaczego ze wstydem? Bo niemal od początku zdawałam sobie sprawę z tego, że obiektywnie nie jest to po prostu dobra historia - tempo fabuły przekracza pewne granice absurdu; relacje między bohaterami są sztuczne, a bohaterowie zachowują się nieadekwatnie do sytuacji. Nieco śmieszy mnie czyjeś porównanie Colleen Coble do Colleen Hoover i raczej nie zachęcam Was do lektury.

Wyspa, Sigríður Hagalín Björnsdóttir ★★★½☆

O Wyspie z pewnością ukaże się jeszcze oddzielny post, ale już teraz chciałam Wam w skrócie zdradzić moje odczucia. Muszę przyznać, że niesamowicie podoba mi się już sam koncept fabularny Sigríður Hagalín Björnsdóttir - odseparowanie Islandii od reszty świata i atmosfera niepewności i niepokoju jaką kreuje autora. Poza tym doceniam to, że autorka porusza różne aspekty zaistniałej sytuacji i nie stara się na siłę przyspieszyć tempa akcji - zmiany są powolne, a z drugiej strony wyraźnie dostrzegamy różnice pomiędzy wizją świata na początku i końcu książki. Ale nie wszystko ułożyło się zgodnie z moimi oczekiwaniami - trudno mi zignorować to, że przez większość fabuły losy bohaterów były mi niemal zupełnie obojętne, jakbym została emocjonalnie odseparowana od lektury; no i rozczarowujące okazały się dla mnie pewne otwarte kwestie fabularne.

Tajemna historia, Donna Tartt ★★★★★

Bardzo trudno zebrać mi w słowach co tak bardzo ujęło mnie w prozie Donny Tartt. Najchętniej ograniczyłabym się po prostu do stwierdzenia, że musicie sami sięgnąć po ów lekturę. To nie jest opowieść o morderstwie, a przynajmniej nie w takim sensie w jakim książką o morderstwie jest kryminał. Nie mamy tutaj atmosfery tajemnicy - kto zginął? kto zabił? - ani pędzącej akcji. Ale dawno nie czytałam tak niesamowicie klimatycznej i dającej do myślenia prozy. Donna Tartt nie pozwala nam zapomnieć o zbliżającej się zbrodni; sprawia że zaczynamy czuć sympatię względem bohaterów, którzy są mordercami a przez to czujemy się niekomfortowo z samym sobą. A do tego posługuje się niesamowitym stylem pisania. Jeśli nie znacie Tajemnej historii, koniecznie powinniście to zmienić.

Biały oleander, Janet Fitch ★★★★☆

Zacznę od tego, że kilka lat temu widziałam ekranizację powieści Janet Fitch i znałam zawczasu pewne rozwiązania fabularne, ale nie wpłynęło to znacząco na moje wrażenia z lektury. Nie mogę powiedzieć żeby Biały oleander całkowicie mnie zachwycił - bardzo specyficzny, trochę poetycki styl, pełen metafor i porównań niejednokrotnie utrudniał mi lekturę, zwłaszcza wówczas, gdy dotyczył on partii dialogowych. Ale z drugiej strony nie mogę też nie docenić prozy Janet Fitch. Autorka przedstawia niezwykle oryginalny i skomplikowany portret relacji matka-córka, ale tym co ostatecznie ujęło mnie w lekturze jest kreacja samej Astrid - bohaterki, która rozpaczliwie poszukuje matczynej miłości, do tego stopnia, że poszukuje jej u innych kobiet. Proza Fitch ma ponad to pewien feministyczny wydźwięk i wpisuje się tym samym w aktualne trendy literackie - kładzie duży nacisk na różnice w sytuacji kobiet i mężczyzn we współczesnym świecie.

Surogatka, Louise Jensen ★★★★☆

Surogatka była jednym z tych thrillerów, o których w ostatnim czasie było bardzo głośno, zwłaszcza jeśli chodzi o blogosferę książkową i polski bookstagram. I muszę przyznać rację większości, że jest to pozycja, która trzyma wysoki poziom i przy której można naprawdę oderwać się na chwilę od rzeczywistości. Louise Jensen od samego początku kreuje atmosferę tajemnic i niepokoju; na dodatek od samego prologu rusza z akcją do przodu i nie pozostawia tym samym czytelnikowi miejsca na nudę. Trochę obawiałam się zakończenia, bo niektóre wątki wydawały mi się raczej przewidywalne, ale okazało się, że autorka finalnie podążyła innym tropem. Tak naprawdę jedynym co można zarzucić Surogatce jest zbyt łatwowierna główna bohaterka, ale niestety jest to mankament powielany we wszystkich dotychczas wydanych powieściach Louise Jensen.

Asystentka magika, Ann Patchett ★★★★☆

Pomimo bardzo skrajnych opinii, muszę przyznać, że lektura Asystentki magika okazała się dla mnie miłym zaskoczeniem i cieszy mnie perspektywa zapoznania się z inną powieścią Ann Patchett, którą posiadam już na swojej półce. To ten gatunek spokojnej, powolnej prozy, która nie posiada wyraźnie nakreślonego wątku przewodniego i można odnieść wrażenie, że urywa się w przypadkowym momencie. Równocześnie jednak Ann Patchett w niezwykle subtelny i delikatny sposób dotyka problematyki żałoby - zwłaszcza poszukiwania śladów ukochanej osoby w innych osobach czy nawet miejscach; czy kreuje niesamowitą relację na poziomie matka-dziecko. Rozumiem co może się czytelnikom Asystentki magika nie podobać, ale sama jestem zadowolona z lektury.

Ona to wie, Lorena Franco ★★☆☆☆

Dosłownie na dniach opowiem Wam więcej o lekturze hiszpańskiego thrillera, ale już teraz uprzedzam, że było to dla mnie raczej doświadczenie rozczarowujące. Skłamałabym twierdząc, że jest to powieść zupełnie pozbawiona wad - już samo osadzenie akcji w Hiszpanii i nawiązania do bestselerowej powieści Carlosa Ruiza Zafona stanowi pewną miłą odmianę. Ale dostrzegam zbyt duże podobieństwo pomiędzy powieścią Ona to wie a Dziewczyną z pociągu. Zarówno koncept, jak i niektóre z wykorzystanych przez autorkę rozwiązań fabularnych są wtórne. A czytanie z perspektywy głównej bohaterki jest po prostu niekomfortowe dla czytelnika. Zdecydowanie jest to tytuł, który można pominąć.

Na plaży Chesil, Ian McEwan ★★★★☆

Kolejna z niezwykle subtelnych i klimatycznych powieści, które miałam okazję czytać w tym miesiącu. Bardzo krótka, bo niespełna dwustustronnicowa, ale równocześnie bogata jeśli chodzi o treść. Na plaży Chesil skupia się wokół wydarzeń nocy poślubnej i dotyka tematu seksu, ale nie jest to historia epatująca erotyzmem. Ian McEwan kreuje niezwykle przekonujący i w pewnym sensie wzruszający portret młodzieńczego i nieco naiwnego uczucia; porusza problematykę aseksualności i podkreśla pewną pruderyjność jaka towarzyszyła latom 60. Wydaje mi się, ze warto poświęcić jej chwilę uwagi, zwłaszcza biorą pod uwagę fakt zbliżającej się ekranizacji.

Onyks, Jennifer L. Armentrout ★★★☆☆

Podobnie jak w przypadku pierwszego tomu serii, w trakcie lektury Onyksu miałam świadomość tego, że nie jest to powieść obiektywnie dobra. Z drugiej jednak strony, jest w niej coś niesamowicie uzależniającego. Podoba mi się to, że bycie książkoholikiem i blogerką stanowi ważną część życia Katy i słowne przepychanki pomiędzy bohaterami. I wydaje mi się, że Onyks trzyma poziom Obsydianu. Z drobnym wyjątkiem, uważam, że  Jennifer L. Armentrout zupełnie niepotrzebnie wplotła do fabuły motyw trójkąta miłosnego, zwłaszcza że "nowy chłopak" ewidentnie wykorzystywany był jako narzędzie do wzbudzenia zazdrości w Daemonie. No takich rzeczy się nie robi.

NAPISANE:

O tym, że B. A. Paris potrafi tworzyć wciągające thrillery, ale jednak preferuję jej poprzednie wcielenie, czyli opinia o Na skraju załamania.
Nietypowa powieść obyczajowa z elementami thrillera, o skomplikowanych relacjach pomiędzy matką, synem i jego dziewczyną, czyli kilka słów o Tej dziewczynie
O tym, że nie każda matka posiada instynkt macierzyński i nie wszyscy ludzie rodzą się z natury dobrzy, czyli o Musimy porozmawiać o Kevinie
Kilka słów o tym czy trylogia o Forstcie potrzebowała kontynuacji, czyli o Deniwelacji
I o tym, że w Polsce też piszemy dobre i wartościowe młodzieżówki, czyli o Fanfiku
Read more