29 października 2014

18 Targi Książki w Krakowie


Przy okazji posta z subiektywnym przewodnikiem po Krakowie wspominałam Wam o tym jak bardzo nie mogłam się doczekać tegorocznych targów, nikogo więc chyba nie zdziwię faktem, że się na nich pojawiłam i czerpałam z nich garściami, starając się delektować każdą chwilą. Relacji z tamtego wydarzenia miało jednak nie być, bo a) w internecie można ich znaleźć już tonę   b) pojawiły się jakieś dziwne kontrowersje. Panna M. wywierała jednak na mnie nacisk i w końcu doszłam do wniosku, że to podsumowanie jest potrzebne - jeśli nie Wam to chociaż mi, żeby za parę miesięcy/lat nie zapomnieć tego co się działo. A działo się dużo.

Chociaż Targi Książki rozpoczynają się w czwartek, pierwszego dnia nie zawitałam do hali expo. Studenckie obowiązki mogłyby skutecznie zmniejszyć nieco mój entuzjazm tego dnia a i tak nie znalazłam żadnego spotkania, które przykuło by moją uwagę. Dla mnie, i panny M, która litościwie zgodziła się być moją towarzyszką, targi rozpoczęły się więc dopiero w piątek. Nie pakowałyśmy się do expobusa bo w Krakowie (z racji na miejsce urodzenia ;) ) orientujemy się bardzo dobrze, a na dodatek spodziewałyśmy się, że o tej godzinie (około 14) może być problem ze znalezieniem wolnego miejsca. W dobrym humorze, mimo raczej kiepskiej pogody, udałyśmy się więc w podróż autobusem linii 178 i, wciąż z uśmiechem na ustach, wysiadłyśmy przy centrum handlowym M1.

Nie wiem jak wcześniej, ale od tego miejsca dojście do samego budynku targów nie stanowiło problemu. Owszem, ulokowany był raczej daleko od jakiegokolwiek przystanku, raczej ciężko było go go dostrzec z głównej drogi, ale z łatwością można było znaleźć promujące plakaty, spytać o pomoc przystojnych (przynajmniej według mnie i panny M.) panów policjantów, albo po prostu kierować się za tłumem. 

Hala expo w całej swej okazałości
Wejście główne, jak widać, opanowane przez zniecierpliwionych targowiczów. 
Kala, bardzo mądrze, przegapiła moment rejestracji blogerów i jak każdy szary człowiek musiała udać się do kolejki po bilet. I nie byłoby w tym nic złego, piątek nie obfituje jeszcze w niezliczoną ilość gości, gdyby nie skomplikowane dojście do kas. Moje wrodzone gapiostwo oczywiście dało  o sobie znać i minęła dobra chwila zanim odnalazłam się w tym małym "labiryncie". Jeżeli chodzi o same bilety to cena nie uległa zmianie. Oczywiście, że zawsze mogłoby być taniej, ale z drugiej strony targi są tylko raz do roku (przynajmniej w Krakowie), a cena 5 czy 7 zł nie jest jakimś znaczącym wydatkiem. Nieco zdziwiły mnie za to płatne szatnie. O ile mi się dobrze wydaje w zeszłym roku nie było czegoś takiego i choć ta kwota 2 zł również jest raczej symboliczna to... - cóż, Polak szybko przyzwyczaja się do dobrego ;)

Jeżeli chodzi o sam budynek to pierwsze wrażenia miałam jak najbardziej dobre. Rzeczywiście wydawało się, że ma do zaoferowania więcej miejsca (przy czym wydawało okazało się kluczowym słowem w sobotę), no i zdecydowanie było nieco chłodniej - zwłaszcza gdy nie taranował nas tłum ludzi. Większy budynek okazałby się jednak zgubą gdyby nie zbawienna mapka. Podejrzewam, że gdyby nie ona kręciłabym się w kółko z szeroko otwartymi oczami i zacieszem na twarzy, doprowadzając pannę M. do szału. Także, w jej imieniu, szalenie dziękuję organizatorom. Co prawda istniała również mobilna wersja planu, ale miłe panie poinformowały nas o tym dopiero w niedzielę. Także ten...
Szatnia w piątek - jeszcze bez kolejki
Serce budynku
Zbawienna książeczka
W ciągłym użyciu
Dla mnie i panny M. piątek był takim dniem organizacyjnym. Spacerowałyśmy więc alejkami delektując się tym, że nie otacza nas morze ludzi i przyglądałyśmy się promocją. Ha! Dobre sobie! Oczywiście taki był zamiar, ale koniec końców i tak wydałyśmy całą gotówkę w portfelu. Tak samo jak cena biletów, tak i promocje nie uległy zmianie. Z reguły wydawnictwa oferowały więc zniżkę 20-25%. Pod tym względem wyróżniały się jednak Prószyński (ze swą coroczną promocją - 30%, której ZAWSZE ulegam) i niezastąpiona Filia (2+1, niestety - tylko dla blogerów książkowych).

Zgodzę się jednak z tym, że rozmieszczenie stanowisk nie było zbyt logiczne. Duże wydawnictwa niejednokrotnie dostały zbyt mało miejsca (chociaż wiem, że to akurat nie jest wina organizatora, lecz samego wydawnictwa). Poza tym te najbardziej popularne wydawnictwa znajdowały się zbyt blisko siebie. I choć w piątek wydawało się to zaletą (nie trzeba długo szukać), w sobotę stanowiło to już duży problem, gdy ludzie stojący w kolejce po autograf tamowali przejście innym.

Nie jadłam żadnego posiłku w budynku targów - ani w piątek, ani w sobotę, ani w niedzielę - nie mogę się więc wypowiedzieć na temat ich jakości czy ceny. Wtrącę za to trzy grosze  jeśli chodzi o napoje. Owszem, były smaczne i nie kosztowały majątek, ale niestety - na stanowisku było zbyt mało osób i pani przyjmująca zamówienia w pewnym momencie zupełnie się pogubiła. 
Widok z balkonu
Nieudolne zbliżenie na przystojnego pana ochroniarza
Kala, z bujnym włosem, delektuje się kawą
Szatnia w sobotę - a to dopiero początek kolejki
Jeżeli chodzi o sobotę - wszystko mogłabym zamknąć w jednym wyrażeniu - masa ludzi. Na targach zjawiłam się gdzieś przed godziną 15 (tak, nie byłam na zjeździe blogerów), nie wiem więc jak sprawa miała się w południe, ale wówczas naprawdę ciężko było zrobić choć krok bez wpadania na innych ludzi. Całe szczęście, że w piątek zaopatrzyłyśmy się w karnet bo nie wiem czy wytrzymałabym stanie w takiej kolejce (której i tak nie ominęłam jeśli chodzi o szatnię).

Miałam w planach cztery spotkania i wszystkie odbyłam. Do domu przywędrowałam więc z autografem pani Anny Mieszkowskiej (której zdjęcia nie udało mi się zrobić, ze względu na tłum wielbicieli Magdaleny Zawadzkiej),  Katarzyny Zyskowskiej-Ignaciak (z którą nawet udało mi się wymienić parę szybkich zdań.Przesympatyczna osoba i niezwykle skromna), Anny Herbich (które również jest prze kochaną osobą) oraz pana Jaume Cabre (do którego kolejka ciągnęła się i ciągnęła przeplatając z tą do pana Cejrowskiego). No i oprócz tego przywiozłam kolejne książki. 

Swoją drogą kilka osób zaczepiło mnie żeby spytać się mnie o moje zdanie na temat powieści Ty jesteś moje imię Nie wiem czy to przypadek czy może kojarzyli moją recenzję (akurat!), ale i tak jestem prze szczęśliwa, że to dzięki MNIE  kolejne osoby poznają tą przepiękną historię. 

Oblegany Jaume Cabre
Urocza Katarzyna Zyskowska-Ignaciak
Przesympatyczna Anna Herbich
Niedziela była już tylko dniem wymiany. Cieszę się, że byłam dużo wcześniej bo kolejka zaczęła się formować jakieś pół godziny przed rozpoczęciem a potem przybrała niewyobrażalne rozmiary. Jak w tamtym roku, tak i w tym przytargałam do domu kolejne 15 pozycji, na które byc może w przeciwnym razie bym się nie zdecydowała i jestem niezwykle zadowolona z tego powodu. Jeżeli chodzi o organizacje, zdecydowanie było więcej miejsca na sali, ale ludzie i tak tłoczyli się wokół stołu a w pewnym momencie zaczęło brakować ciekawych pozycji bo panie nie nadążały z dokładaniem. Całośc mimo wszystko i tak oceniam na plus.

Mimo że targi dopiero się skończyło, już oczekuję tych za rok. Mam nadzieję, że wówczas uda mi się poznać kogoś z Was. Póki co planuję jednak z panną M. wyjazd na targi do Warszawy i zastanawiamy się nad Katowicami (czy ktoś mi może powiedzieć gdzie jesteś jakiś program?). Zostawiam Was z ostatnią już porcją zdjęć i obietnicą stosu z targów i całego października (razem ze zdjęciami autografów.) 
Miejsce na relaks

Najpiękniejsze stanowisko
Dużo książek!
Dziwne stwory
Skrzynia pełna skarbów
Pan chciał uciec przed zdjęciem, ale przed Kalą nikt nie ucieknie!
A wy jak wspominacie targi?

23 października 2014

Targi Książek - Subiektywny przewodnik po Krakowie


Targi Książek to teraz temat rzeka. Wszyscy są tak podekscytowani i szczęśliwi, że wreszcie nadszedł 23 października, że chcą się tym entuzjazmem podzielić z całym światem, czemu zresztą się nie dziwię bo sama cieszę się jak głupia. Ale nie samymi targami człowiek żyje. Kraków to duże miasto (czasami wręcz przytłaczająco ogromne), na dodatek bogate w ciekawe miejsca. A jako, że ja mam to niewątpliwe szczęście by mieszkać w nim na co dzień, postanowiłam przy okazji zdradzić Wam kilka moich ulubionych miejsc, które być może okażą się dla Was pomocne przed, po czy choćby w trakcie samych targów. 

Kawa, kawusia, kaweńka

Każdy kto zna mnie choć odrobinę (alby przynajmniej śledzi mój profil na instagramie) wie, że jestem nieuleczalnym kawoholikiem. Potrafię wypić kilka kubków dziennie - mała czarna, z mlekiem, smakowa... Mało która kawa nie  spełnia moich oczekiwań. Oczywiście w Krakowie swoje filie posiadają znane marki takie jak coffee heaven czy starbucks (zresztą, obie z powodzeniem znajdziecie w Galerii Krakowskiej), nieco mniej popularne cinnabon, tchibo i mccafe ale będąc w Krakowie warto spróbować czegoś innego. Jeśli jesteście łasuchami i nie wyobrażacie sobie kawy bez czegoś słodkiego koniecznie wstąpcie do Cupcake corner. Ceny są porównywalne w stosunku do innych lokali, cappuccino i latte serwują pyszne a dodatkowo będziecie mogli posmakować PRZEPYSZNYCH babeczek w przeróżnych smakach - na słono i na słodko. Filie znajdują się na ulicy Michałowskiego 14, Grodzkiej 60 i Brackiej 4, a ze względu na przeuroczy baner raczej trudno je pominąć. Smaczną kawę w przepięknej atmosferze znajdziecie też w kawiarni Nowa Prowincja (Bracka 3-5). Nie jest to duży lokal i nie specjalizuje się tylko w kawach, ale warto tam zajrzeć Tylko jeżeli się zdecydujecie, koniecznie zajmijcie miejsce na piętrze.   Tam jest bardziej klimatycznie.

Ale jeżeli chcecie spróbować najpyszniejszej kawy/czekolady i to za niewielkie pieniądze, postawcie na Karmello. Czekolada z chilli, z wiśnią i hibiskusem, miętowa; kawy na zimn z lodami waniliowymi, moja ukochana mocca, albo po prostu  mały dzbanuszek aromatycznej herbaty... Na samą myśl cieknie mi ślinka. Lokale są dwa, jeden na Placu Wszystkich Świętych 11, drugi (ten mój) na Floriańskiej 40, ale i tak czasami brak wolnych miejsc więc musicie się spieszyć ;)

A! Jeżeli chcecie się napić kawy a za nią nie płacić, to zawsze można postawić na McDonalda.   W tygodniu do 10 a w weekendy nawet o godzinę dłużej serwują kawy za darmo. Prawdziwe wybawienie dla zaspanych studentów.

Napoje bąbelkowe

O ile kawę uwielbiam, o tyle po napoje alkoholowe, mimo wieku, sięgam rzadko, a już za piwem nie przepadam wcale. Jeżeli jednak wychodzę gdzieś ze znajomymi na miasto to przeważnie do Black Gallery (Mikołajska 24). Dobra muzyka, napoje w rozsądnych cenach, no i najlepsza miejscówka w podziemiach na antresoli ;) Panna M. z kolei poleca Dziekanat (Pędzichów 23). A że ja pannie M. ufam czasami bardziej niż sobie to...

A nieco inne "bąbelki", które tak naprawdę z bąbelkami nie mają nic wspólnego, możecie spróbować pijąc słynne ostatnio Bubble tea. Co prawda nie jest to nic nadzwyczajnego, ale warto choć raz spróbować napoju z żelkami zwłaszcza gdy jest się żelkowym amatorem.  No i akurat stoisko buble tea znajduje się (oprócz Galerii Krakowskiej) w pasażu Centrum Handlowego M1, a wiecie - od Targów Książki to praktycznie rzut beretem.

Coś na ząb

Nie wierzę, że w trakcie całego dnia nie będziecie potrzebowali takiego doładowania akumulatorów. Załóżmy, że w takim dniu nie będziecie jednak liczyć kalorii ;) Jeżeli tak jak i ja przepadacie za kuchnią włoską możecie spróbować zawitać do knajpy Mamma mia (Karmelicka 14). Plotka głosi, że to najlepsza taka restauracje w Krakowie, i chyba coś w tym jest. To co nie budzi jednak wątpliwości to fakt, że jest to knajpa bardzo zatłoczona i trudno znaleźć w niej jakieś wolne miejsce ;) Bezpieczniejszą alternatywną może się więc okazać Cyklop (Mikołajska 16). Mogę osobiście poświadczyć za ich   pizzę z kurczakiem i pastę ze szpinakiem. Coś pysznego.

Jeżeli zaś chodzi o nieco mniejsze przekąski, wypróbowałam z panną M. jedzenie z budki przy Rondzie Mogilskim - Papa's burger. Wbrew obawom, jedzenie jest świeże, smaczne i podawane z zachowaniem wszelkiej higieny. To właśnie tam zjadłam najlepsze jak do tej pory wegetariańskie panini, a i panna M. chwaliła swojego burgera (Cheese). Poza tym - obowiązkowo - jeżeli będziecie w Nowej Hucie w okolicy Placu Bieńczyckiego, wypróbujcie ich zapiekanki.  Lokal nie ma jakiejś konkretnej nazwy - zapiekanki z pieca (?) - i raczej nie zachęca do wejścia, ale same zapiekanki są po prostu przepyszne! Zwłaszcza w połączeniu z sosem majonezowym.

*

Moje oczekiwanie sięga zenitu. Nie mogę się doczekać aż jutro (a także w sobotę i niedzielę) będę się przechadzać między  stoiskami i mam nadzieję, że ktoś z Was okaże się nieco bardziej śmiały niż ja i podejdzie się przywitać. Obiecuję że nie ugryzę.  
Zostawiam Was z tymi wszystkimi miejscówkami i moim przeuroczym zdjęciem gdyby ktoś nie pamiętał jak się prezentuje.
Bawcie się dobrze!

21 października 2014

Lśnienie - Stephen King


Jestem tchórzem, i to takim pisanym wielkimi literami. Jestem TCHÓRZEM  i nie lubię się bać, dlatego jak ognia unikam wszelakiego rodzaju horrorów.  W swoim dziewiętnastoletnim życiu widziałam może trzy (z czego dwa zaliczane były do chlubnej kategorii horrorów komediowych) i nie zanosi się na to, żeby w najbliższym czasie te statystyki miały ulec zmianie. Mówię Wam to dlatego żeby wyjaśnić dlaczego tak długo zwlekałam z zapoznaniem się z prawdziwym obliczem mistrza horroru i stawiałam  na stosunkowo bezpieczne kryminały czy opowiadania. Oraz po to żeby podkreślić, że prawdopodobnie nie wszyscy z Was zgodzą się z moimi odczuciami. 

Jack Torrence nie znajduje się właśnie w najlepszym okresie swego życia. Mimo młodego wieku i ciekawych perspektyw na przyszłość, mężczyzna powoli stacza się na dno. Postępujący alkoholizm, napady agresji a w końcu trudności w dogadywaniu się z małżonką i utrata pracy - nic nie  układa się zgodnie z oczekiwaniami. Praca na okres zimowy w hotelu Panorama jest ostatnią szansą na odbicie się od dna. Jack będzie mógł spędzić czas z żoną i synem - Danielem, popracować nad własną sztuką i przeczekać trudny okres. Tyle, że odcięty od reszty świata hotel jest nawiedzony i posiada zgubny wpływ na Jacka - wolno doprowadzając go do obłędu. Czy historia rodziny poprzedniego dozorcy znowu się powtórzy?

"Lśnienie" zastało okrzyknięte  jedną z najlepszych i najbardziej przerażających powieści pana Kinga i nie sposób się z tym nie zgodzić. Trudno bowiem nie dostrzec tego, że zawiera ono kwintesencje wszystkich walorów jakie posiada twórczość autora. Stephen King nie wrzuca nas wprost do rwącej rzeki. Pierwsza część powieści stanowi jedynie wprowadzenie do całej historii. King daje nam chwilę na przyswojenie się z bohaterami i fabułą. Nie oznacza to jednak, że zupełnie pomija elementy grozy. Wręcz przeciwnie. Przez wizje Daniela, od samego początku czujemy dreszcz niepokoju na plecach i świadomość zbliżającej się tragedii.

Owo napięcie i niepokój sukcesywnie budowane od samego początku, w kolejnych częściach nabiera rozpędu. Nie będę Was oszukiwać, w trakcie lektury niemal nieustannie towarzyszył mi strach a po zmroku rzucałam książkę w najdalszy kąt żeby przypadkiem nie natknąć się na nią wzrokiem. Nie wszystkie momenty były w równym stopniu przerażające, ale jeśli nie macie doświadczenia z gatunkiem polecam Wam czytać "Lśnienie" za dnia i to najlepiej przy ładnej pogodzie.

"Lśnienie" to jednak nie tylko dobry horror, ale także ciekawie, dobrze zarysowane portrety psychologiczne bohaterów.Stephen King nie skupia się w swojej powieści tylko i wyłącznie na chwili obecnej. Ukazując nam przeszłość bohaterów, wypełnia kontury ich osobowości rozmaitymi barwami. Przybliża obraz niezdrowej relacji między matką a córką i jej wpływ na dalsze życie bohaterki; efekty dorastania w patologicznej rodzinie; przede wszystkim jednak - pełne stadium alkoholizmu.

Stephen King posługuje się swoim charakterystycznym, nieco gawędziarskim stylem. Właścwa akcja przeplata się ze wspomnianymi powyżej wydarzeniami z przeszłości czy historią hotelu a nad partią dialogów w znacznym stopniu dominują opisy. Mimo to "Lśnienie" czyta się szybko - z wypiekami na twarzy, przewracając kolejne strony. A jedyne co kuło mnie w oczy w trakcie lektury to liczne wulgaryzmy - tego typu literatura rządzi się jednak swoimi prawami.

"Lśnienie" nie jest powieścią dla każdego i jestem tego świadoma. Nie wszystkim przypadnie do gustu gawędziarski styl autora jak i sama fabuła, trudno jednak nie docenić jego kunsztu. Stephen King  umiejętnie buduje napięcie i atmosferę grozy (którą porzuca dopiero w epilogu - zresztą, może niepotrzebnie); poprzez bogate, barwne portrety bohaterów nadaje całości również  charakter psychologiczny.. Fanów Kinga nie muszę chyba przekonywać a tych, którzy wciąż zwlekają z lekturą - gorąco zachęcam. Czasem warto ugryźć coś, co wydaje się nie być w naszym guście. A nóż nabierze sie apetytu na więcej.



LinkWithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...