Zlodziejka Ksiazek

niedziela, 15 lipca 2018

Wiktoria, Daisy Goodwin
lipca 15, 2018 Comments

Możliwie, że o tym nie wspominałam, bo temat seriali nie przejawia się jakoś szczególnie często na Złodziejce Książek, ale byłam ogromną wielbicielką pierwszego sezonu „Wiktorii". Do tego stopnia, że to jedna z nielicznych produkcji, gdzie pierwsze kilka odcinków oglądałam dwukrotnie i byłam autentycznie zrozpaczona po emisji finału, co jest o tyle zabawne, że do tej pory nie widziałam drugiego sezonu. Kiedy tylko pojawiła się informacja o premierze powieści Daisy Goodwin, scenarzystki „Wiktorii", wiedziałam, że znajdzie się ona w mojej biblioteczce i będzie jak plaster na moje złamane serce. Ale nie wszystko ułożyło się zgodnie z moimi oczekiwaniami.

Młoda Aleksandryna Wiktoria po śmierci swojego wuja obejmuje panowanie w kraju. Wychowana pod kloszem matczynej opieki i intryg jej doradcy - sir Johna Conroy'a, Dryna wydaje się zupełnie nieprzygotowana do sprawowania władzy, na co w duchu liczą kolejni pretendenci do tronu. Dziewczyna trafia w sam środek dworskich intryg, polityki i miłostek, a jedyne oparcie wydaje się odnajdywać u swojego premiera - Lorda M, co zresztą staje się przyczyną dla plotek i słów krytyki.

Powieść Daisy Goodwin nie jest historią, która mogłaby stanowić  kompendium wiedzy na temat życia królowej. Historyczne fakty stanowią raczej inspiracje dla samej fabuły, aniżeli jej główny punkt i zdecydowanie nie przygniatają jej swoim ciężarem. Nie jest to jednak coś co przeszkadzałoby mi osobiście w trakcie lektury, zwłaszcza, że znając już wcześniej serial, wiedziałam mniej więcej jak prezentuje się zamysł Daisy Goodwin na opowiedzenie historii. „Wiktoria" to lekka powieść, która dużą wagę przykłada do przedstawienia uczuciowego życia młodej królowej i jej swego rodzaju buntu. Co wiąże się z wieloma zaletami.

Daisy Goodwin kreuje postać Wiktorii w taki sposób, że nie odczuwamy względem niej żadnego dystansu - jedynie sympatię, a pewnych momentach nawet nić zrozumienia. Królowa w tej historii wydaje się po wskroś ludzka i częściej postrzegamy ją w kategoriach niezrozumianej nastolatki; zdradzonej córki albo zakochanej młodej kobiety aniżeli monarchini. Daisy Goodwin sprawia ponad to, że nakreślone na kartach powieści relacje wydają się niesamowicie wręcz wiarygodne - zwłaszcza jeśli mowa o tej, która łączy Wiktorię i Lorda M, a sam czytelnik czuje się niemal uczestnikiem wszystkich intryg.

Co w takim razie nie zagrało skoro wspominałam na wstępie o pewnym rozczarowaniu? Zgubna okazała się dla mnie dosyć szczegółowa znajomość serialu. Wydarzenia rozgrywające się w powieści niemal całkowicie pokrywają się z tymi jakie obserwowaliśmy  na ekranie, a nawet niektóre z wątków nie zostają wplecione w fabułę książki (zwłaszcza te dotyczące służby). Wrażenie wtórności i przewidywalności towarzyszyło mi praktycznie nieustannie w trakcie lektury, co było tym bardziej dotkliwe, że nawet niektóre z dialogów brzmiały w podobny sposób.

Jestem nieco rozdarta, bo chociaż spodziewałam się po lekturze „Wiktorii" czegoś znacznie lepszego, zdaję sobie sprawę z tego, że mogę tak naprawdę zrzucić winy na książkę. prawdopodobnie gdybym nie znała wcześniej serialowej historii, byłabym zachwycona tym co przeczytałam. Jeżeli jesteście zainteresowani losami królowej Wiktorii i jej przedstawieniem od takiej "ludzkiej" strony, a równocześnie nie widzieliście jeszcze serialu,albo niewiele z niego pamiętacie, polecam Wam zapoznać się z „Wiktorią". 

„Wiktoria” Daisy Goodwin; tłum. Robert Waliś, Sylwia Chojnacka; wydawnictwo Marginesy; Warszawa 2017 ★★★½☆
Read more

piątek, 13 lipca 2018

Kirke, Madeline Miller
lipca 13, 2018 Comments

Madeline Miller nie jest autorką debiutującą w Polsce. „Achilles. W pułapce przeznaczenia", powieść nagrodzona Orange Prize (czyli obecnie Women's Prize for Fiction), została przetłumaczona na język polski już w 2014 roku, ale pomimo stosunkowo pozytywnych opinii, nie trafiła do szerokiego grona odbiorców. Z tego też powodu skala zainteresowania kolejną powieścią Madeline Miller, czyli „Kirke" właśnie, była dla mnie ogromnym zaskoczeniem. Trudno się nie zastanawiać czy popularność powieści wśród internautów nie jest efektem  niezwykle dopracowanego i efektownego wydania. Ale nawet jeżeli tkwi w tym choćby ziarno prawdy, nie ma w tym nic złego. Efektowne wydanie nie jest bowiem jedynym co „Kirke" ma do zaoferowania czytelnikowi.

Kirke przychodzi na świat jako córka boga słońca Heliosa i okeanidy Perseidy, trudno jednak wyobrazić sobie by mogła bardziej różnić się od swojej rodziny. Obdarzona „skrzeczącym" głosem śmiertelniczki, pozbawionej boskiej urody czy mocy - jedynym przejawem boskości Kirke jest jej nieśmiertelność. Odrzucona, wyszydzana i niekochana, rozpaczliwie stara się posmakować szczęścia - w ten sposób odkrywa w sobie pokłady czarodziejskich mocy, ale równocześnie ściąga na siebie gniew bogów i tytanów. 

„Kirke", podobnie jak debiut Madeline Miller, jest powieścią głęboko osadzoną w greckiej mitologii, nie tylko w części opisującej losy córki Heliosa i Perseidy od dnia jej narodzin. Gdzieś między wierszami autorka subtelnie wplata także wątki związane z bogami, herosami czy innymi postaciami związanymi z mitologią - Prometeuszem, Dedalem, Scyllą, Jazonem, Ariadną czy Odyseuszem. Dzięki temu „Kirke" stanowi lekturę idealną ku temu by uporządkować wiedzę czytelnika na temat greckich wierzeń, albo po prostu zaznajomić go z pewnymi informacjami - Madeline Miller kreuje swoją historię w taki sposób, że nie wymaga żadnej kompleksowej znajomości mitologii.

Autorce udaje się znaleźć pewien punkt równowagi, w którym „Kirke" dostrzegamy zarówno inspiracji mitami, jak i jej wkład własny w historię. Kreacja tytułowej bohaterki i narratorki stanowi jeden z najsilniejszych aspektów lektury. Portret Kirke - kobiety odrzuconej, niezrozumianej i niewyobrażalnie samotnej; spragnionej bliskości drugiego istoty i wplątanej w intrygę bogów - zdecydowanie porusza jakąś czułą strunę w czytelniku i przez to zapisuje się w jego pamięci. Ale nie chodzi wyłącznie o Kirke. Madeline Miller wykazuje talent do portretowania niesamowitych, choć nierzadko tragicznych sylwetek gdzieś pomiędzy wierszami - Penelopa i Odyseusz, ich syn; Medea czy choćby sama bogini Atena.

W porównaniu do „Achillesa. W pułapce przeznaczenia", Madeline Miller poświęca mniej uwagi wątkom romantycznym, co w moim przypadku świadczy jedynie na korzyść „Kirke". Ujmuje jednak czytelnika w ten sposób co za pierwszym razem - doskonałym zobrazowaniem tragizmu losów bogów i zwykłych śmiertelników. Ich bezsilności jeśli mowa o walce z przeznaczonym im losem; ponoszonym wciąż na nowo kosztem nieśmiertelności czyli przyglądaniu się jak odchodzą najbliżsi. I chociaż nie jestem wielbicielka otwartych zakończeń, alternatywa zaproponowana przez Miller wydaje mi się dobrym rozwiązaniem.

„Kirke" stanowi przykład doskonałej literatury środka. Napisana na tyle przystępnym językiem by osoby, które sięgają z reguły jedynie po literaturę rozrywkową, mogły czerpać przyjemność z lektury, a równocześnie nie na tyle prostym by traktować go w kategoriach wad. „Kirke" ma potencjał by przekonać do siebie szerokie grono odbiorców. Ja jestem oczarowana. 

„Kirke” Madeline Miller; tłum. Paweł Kolomber; wydawnictwo Albatros; Warszawa 2018  ★★★★★

A za możliwość lektury bardzo dziękuję wydawnictwu Albatros
Read more

wtorek, 10 lipca 2018

Wędrowne ptaki, Karolina Wilczyńska
lipca 10, 2018 Comments

To prawda, że powieści obyczajowe czy też tzw. literatura kobieca, nie jest gatunkiem, po który sięgam szczególnie często, ale obserwując zapowiedzi wydawnicze i śledząc książkowe konta na różnych portalach społecznościowych, nawet niejako przypadkowo kojarzę sporo nazwisk polskich powieściopisarek. I tak np. wielokrotnie słyszałam już o twórczości pani Karoliny Wilczyńskiej, zwłaszcza w kontekście jej serii o Jagodnie. Na lekturę, którejś z jej powieści zdecydowałam się jednak dopiero wówczas, gdy wówczas najnowsza z jej historii tj. „Zamarznięte serca" w kilku egzemplarzach trafiła do mojej biblioteczki. Chyba uznałam to za jakiś znak, bo nie zastanowiwszy się nawet dwukrotnie, zakupiłam po prostu brakujący pierwszy tom serii i zasiadłam do lektury. 

 Nowy blok na ulicy Kwiatowej zamieszkany jest przez niezwykle zróżnicowane grono bohaterów. Malwina to typ artystki, unoszącej się kilka metrów nad ziemią, która pomimo trzydziestki wciąż w dużej mierze polega na wsparciu ojca. Liliana jest odnoszącą sukcesy właścicielką własnej firmy, która po rozwodzie nie do końca wierzy w miłości. Róża to z kolei bardzo nieśmiała i wycofana nauczycielka, spędzająca życie z dwójką kotów u boku. A Wioletta to trochę roztrzepana młoda mama, która cieszy się z powrotu do życia w mieście. Czwórka kobiet o zupełnie odmiennym spojrzeniu na życie nieoczekiwanie odnajduje w sobie nawzajem wsparcie. A wszystko zaczyna się w zepsutej windzie, w bloku na Kwiatowej.

Kiedy zaczynałam lekturę „Wędrownych ptaków", moje wrażenia znacznie odbiegały od tych jakie towarzyszyły mi w momencie przewrócenia ostatniej strony. Wstępna część, która wprowadzała nas w opowieść o czterech kobietach, nie wyróżniała się może jakoś szczególnie na tle swojego gatunku, ale miała w sobie jakieś ciepło i lekkość, której oczekiwałam zasiadając do lektury. Ucieszyło mnie też to, że główne bohaterki stanowią przekrój oryginalnych i całkowicie od siebie różnych osobowości, bo wzrastała szansa na to, że zarówno ja jak i inne czytelniczki znajdą wśród nich kogoś z kim mogą się utożsamić. Tylko, że potem wszystko się skomplikowało. 

„Wędrowne ptaki" opowiadają historie z czterech różnych perspektyw (nie licząc wstępnej części), przy czym fragment przedstawiony z perspektywy Malwiny jest zdecydowanie największy. Karolina wilczyńska miała pewien pomysł  na to by jej powieść w jakiś sposób się wyróżniała - każda z narratorek zwraca się bezpośrednio do czytelniczki i to w taki sposób jakby łączyła je jakaś więź przyjaźni i po prostu zwierzała się jej przy kuchennym stole z ostatnich trosk. W teorii brzmi to zapewne całkiem zachęcająco i podejrzewam, że taki typ narracji znajdzie swoich zwolenników wśród czytelniczek. Ale ja się do nich nie zaliczam. Głos bohaterek w moim odczuciu przybiera przez to niestety nieprzyjemnie infantylny ton.

Część przedstawiona z perspektywy Malwiny wypada zdecydowanie najsłabiej - to tego rodzaju bohaterka, której  zachowanie irytuje pewną bezmyślnością i egoizmem, co tylko częściowo można wytłumaczyć sytuacją w jakiej się znajdowała. Wraz z kolejnymi fragmentami pojawia się jednak inny problem. Narracja Liliany, Róży i Wioletty utrzymana jest w podobnym stylu, ale ich "głosy" nie były w moim odczuciu równie irytujące. Niestety, poszczególne części nie popychają fabuły do przodu, tylko przedstawiają te same wydarzenia z innej perspektywy i delikatnie nakreślają wątki pozostałych tomów. Biorąc to pod uwagę nie czułam się nawet zaskoczona swoim znudzeniem.

Jestem w stanie docenić pewne aspekty „Wędrownych ptaków" - choćby znikomą rolę wątku romantycznego i oparcie całej fabuły o motyw kobiecej przyjaźni. Potrafię też zrozumieć, ze znajdzie się sporo czytelników, którzy rozkochają się w towarzystwie pań z ul. Kwiatowej. Ale ja czuję się mocno rozczarowana. Na pewno przeczytam „Zamarznięte serca", ale szczerze mówiąc obawiam się tego czy autorce uda się zmienić moje zdanie. Na tą chwilę, nie polecam. 

„Wędrowne ptaki” Karolina Wilczyńska; wydawnictwo Czwarta Strona; Poznań 2017  ★★☆☆☆
Read more

piątek, 6 lipca 2018

Wiedźma z lustra, Maggie Stiefvater
lipca 06, 2018 Comments

Kończenie porozpoczynanych serii książkowych zawsze stanowiło moją piętę Achillesową. Był taki moment, dokładnie rok 2016, kiedy wydawało mi się, że udało mi się zwalczyć ów słabość, ale czas pokazał, że nie miałam racji. Z tego też powodu „Wiedźma z lustra" przeleżała praktycznie rok nieczytana na mojej biblioteczce, co jest o tyle zaskakujące, że dwa pierwsze tomy - „Król kruków" i „Złodzieje snów" - jak być może pamiętacie, całkowicie podbiły moje serducho. W końcu jednak w powróciłam do świata Kruczych Chłopców. I absolutnie się nie zawiodłam.

Życie Blue Sergent nigdy nie było do końca zwyczajne - bo i jak można nazwać zwyczajnym życie pod jednym dachem z grupą kobiet, z których każda stanowi swego rodzaju jasnowidzkę, medium czy też wróżkę. Od czasu, gdy poznała Kruczych Chłopców jej rzeczywistość skomplikowała się jednak jeszcze bardziej. po ostatnich wydarzeniach atmosfera w Henriettcie pozostaje napięta. Zrozumienie przez Adama linii mocy i odnalezienie Glendowera staje się sprawą priorytetową teraz gdy w mieście pojawia się nowy nauczyciel - Colin  Greenmantle, a Mura znika z domu. Zmianie ulegają także relacje pomiędzy przyjaciółmi, a kwestia wydarzeń z dnia Świętego Marka częściowo wychodzi na światło dzienne. 

Jeśli mieliście okazję czytać którykolwiek tom Kruczego cyklu doskonale powinniście zdawać sobie sprawę z tego w jak osobliwy sposób Maggie Stiefvater opowiada swoją historię. W stylu autorki jest coś specyficznego - niepowtarzalnego i niemal poetyckiego; i po stosunkowo długiej przerwie między lekturą kolejnych tomów potrzebowałam nieco więcej czasu niż zazwyczaj żeby wczuć się w historię. Co nie oznacza, że „Wiedźma z lustra" straciła z tego coś w moich oczach. Pod pewnymi względami rozumiem nawet dlaczego niektórzy czytelnicy wskazują ten właśnie tom jako swój ulubiony spośród całego cyklu.

Maggie Stiefvater wciąż przykłada większą wagę do bohaterów niż akcji i zdarzają się rozdziały, które nie popychają fabuły do przodu. Równocześnie jednak „Wiedźma z lustra" posiada kilka istotnych a nierzadko tragicznych wydarzeń (o których nie mogę napisać za dużo przez wzgląd na spoilery) - zarówno jeśli chodzi o wątek Glendowera, pana Szarego czy postaci blue i jej rodziny. Dzięki temu mamy okazję dostrzec, że specyfika stylu Maggie Stiefvater ma też duże znaczenie na poziomie emocjonalnym. A i tak nie jest to wciąż największy atut „Wiedźmy z lustra".

Trzeci tom cyklu kładzie duży nacisk na relacje pomiędzy poszczególnymi bohaterami. Maggie Stiefvater skupia się na subtelnych gestach, małych zmianach o dużym znaczeniu. Jeżeli wątek romantyczny jest czymś co zazwyczaj przeszkadza Wam w lekturze, „Wiedźma z lustra" może okazać się rozczarowaniem, ale ja jestem zachwycona sposobem w jaki przedstawione są poszczególne relacje. W porównaniu do „Złodziei snów", trzeci tom nie jest tak mocno skupiony wokół jednej postaci, ale dowiadujemy się więcej o Blue i jej rodzinie.

Dla mnie, osoby zauroczonej historią Kruczych chłopców , „Wiedźma z lustra" nawet w najmniejszym stopniu nie stanowiła rozczarowania. Żałuję tylko, że nie zdecydowałam się na lekturę szybciej. Specyfika stylu autorki sprawia, że nie jest to seria dla każdego, ale zdecydowanie warto dać twórczości Maggie Stiefvater szansę. Ja już nie mogę się doczekać lektury „Przebudzenia króla". 

„Wiedźma z lustra” Maggie Stiefvater; tłum. Piotr Kucharski; wydawnictwo Uroboros; Warszawa 2016 ★★★★★
Read more

wtorek, 3 lipca 2018

Co działo się w czerwcu albo podsumowanie miesiąca
lipca 03, 2018 Comments

Jeśli jesteście ze mną już jakiś czas, doskonale zdajecie sobie sprawę z tego, że należę do grona osób, które bez większego problemu czytają co miesiąc sporą liczbę (bo oscylującą wokół dziesięciu) tytułów. Trochę dlatego, że po prostu czytam stosunkowo szybko, a trochę dlatego że traktuję lekturę jako najprzyjemniejszy, a przez to najczęstszy sposób na relaks i nawet w obliczu sporej ilości obowiązków staram się na nią wygospodarować chociaż kilka minut dziennie. Czytam w  domu, komunikacji miejskiej, czekając na znajomych albo aktualizacje Windowsa. Ale w czerwcu znacznie trudniej było mi wygospodarować te krótkie chwile w ciągu dnia, o czym wspominałam Wam już w majowym podsumowaniu. I i tak jestem zaskoczona jak wiele udało mi się przeczytać na przestrzeni ostatnich 30 dni. Mianowicie przeczytałam aż siedem powieści i rozpoczęłam jeszcze dwie kolejne. Wśród nich znalazły się pozycje słabsze (niestety), ale też takie, które trafiły do grona najlepszych tytułów jakie miałam okazję czytać w tym roku - można więc uznać, że równowaga została zachowana. 

A co dokładnie czytałam w czerwcu?

Opposition, Jennifer L. Armentrout ★★★☆☆
Finalny tom serii nie odbiega poziomem od poprzednich tomów, co jest o tyle dobrą informacją, że w przypadku gdy jesteście wielbicielami całego cyklu Lux, nie powinniście być rozczarowani lekturą. Równocześnie jednak Jennifer L. Armentrout wciąż powiela elementy, które przeszkadzały mi w czerpaniu przyjemności z lektury - choćby jeśli mowa o nienaturalnym tempie akcji i szybkiego przechodzenia do porządku dziennego nad śmiercią istotnych dla fabuły bohaterów. Niestety, wyłapałam tez sporo błędów wynikających z niedokładnej korekt - pojawiają się końcówki żeńskie zamiast męskich (lub na odwrót), a w niektórych scenach pomylone zostają nawet imiona bohaterów. Jennifer L. Armentrout udało się odwrócić moją uwagę w stresującym okresie, a sama historia nie pozbawiona jest humoru, ale to typowa pozycja guilty pleasure. 

Grzech, Max Czornyj ★★½☆☆
Powieść autorstwa Maxa Czornyja stanowi niestety dla mnie spore rozczarowanie. Po opiniach zasłyszanych na innych blogach czy facebookowych grupach, spodziewałam się niestety czegoś znacznie lepszego. Tymczasem Grzech jest lekturą po prostu przeciętną - z całkiem ciekawym głównym bohaterem i dobrze nakreślonym obrazem Lublina w tle, ale niewiele ponad to. Nie ukrywam, że po lekturze kryminałów autorstwa Wojciecha Chmielarza czy Anny Kańtoch, przywykłam do nieco wyższych "standardów" jeśli chodzi o język. Czułam się też bardzo niekomfortowo czytając o poszczególnych zbrodniach - przeszkadzała mi graficzność pewnych opisów, przerysowanie i potencjalnie religijne konotacje. Czy sięgnę jeszcze po twórczość autora? Zapewne tak, ale już z mniejszymi oczekiwaniami.

Sekret listu, Lucinda Riley ★★★☆☆
Jak wspominałam Wam już w osobnym tekście TUTAJ, mam całkiem pozytywne wrażenia po lekturze Sekretu listu. Wątek otrzymanego listu jest ciekawy i zaskakujący, a co ważniejsze - pozostaje taki na przestrzeni całej powieści. Trochę tu niepotrzebnej sztuczności, a sama historia mocno traci na wiarygodności, ale nie są to elementy, które mogłyby zakłócić przyjemność z lektury. Czy jest to najlepsza powieść Lucindy Riley jaką czytałam? Nie. Ale wciąż warta jest tego by się z nią zapoznać.

Przejęcie, Wojciech Chmielarz ★★★★☆
Wojciech Chmielarz wciąż utrzymuje się w czołówce moich ulubionych polskich autorów - i to nie tylko tych, którzy specjalizują się w kryminałach. Tym razem sprawa, którą rozwiązuje komisarz Mortka nie jest już tak "kameralna" jak w poprzednich tomach - historia ma ogromny rozmach i być może traci nieco przez to na wiarygodności. Z tym, że Wojciech Chmielarz ma przy tym tak fantastyczne pióro, że w jego wydaniu "kupuję" nawet taki scenariusz. Podoba mi się to, że z kolejnym tomem poznajemy jeszcze bardziej głównych bohaterów; że poprzednie wydarzenia nie pozostają bez wpływu na zachowania postaci; i że w fabule zaczynają się przewijać silne, damskie sylwetki. 

Kirke, Madeline Miller ★★★★★
Najnowsza powieść Madeline Miller przekonała mnie do siebie bardziej niż jej debiutancka historia dotycząca postaci Achillesa. Podoba mi się nie nachalność z jaką autorka zapoznaje nas z licznymi wątkami mitologicznymi (przy czym znajomość greckiej mitologii nie jest absolutnie niezbędna by czerpać przyjemność z lektury); to w jak kompleksowy sposób Miller tworzy swoje bohaterki (zwłaszcza te kobiece); i z jaką lekkością pisze o emocjach. Dla mnie Kirke  jest doskonałym przykładem lektury uniwersalnej - napisanej na tyle przystępnym językiem by czytelnik, który zazwyczaj czytuje literaturę rozrywkową, mógł czerpać przyjemność z lektury, a równocześnie nie na tyle prostym by traktować go w kategorii wady.

Zombie, Wojciech Chmielarz ★★★★☆
Trudno mi jednoznacznie stwierdzić, którą z serii Wojciecha Chmielarza cenię sobie bardziej. Uwielbiam Mortkę, ale cykl Gliwicki nie przestaje mnie zaskakiwać odwagą - bohaterowie znowu szokują swoją "szarawą moralnością"; dla autora Wolski i Górski wydają się równie istotni (a może nawet istotniejsi) niż samo śledztwo, przez co akcja ma raczej powolne tempo... Spotkałam się z opiniami, że Zombie jest powieścią zbyt rozwleczoną, ale nie mogę się z tym zgodzić. Dzięki tym dodatkowym stronom możemy się dokładniej przyjrzeć poszczególnym postaciom i spróbować zrozumieć ich motywacje, a także dostrzec subtelne różnice w ich zachowaniach. Mam nadzieję, że to nie ostatnie słowo autora jeżeli chodzi o losy Wolskiego i Górskiego.

Żona oficera, Philippa Gregory ★★☆☆☆
Bardzo zmęczyła mnie lektura Żony oficera i nawet pomimo tego, że dostrzegam pewne zalety powieści Philippy Gregory, nie mogłabym Wam jej polecić. Nie da się nie zauważyć tego jak niewłaściwymi pobudkami są podyktowane decyzje postaci i jak łatwo przyczyniają się oni do własnego nieszczęścia. Nie udało mi się znaleźć chociaż jednego bohatera, do którego czułabym choćby odrobinę sympatii, a przez to przez znaczną część nie obchodziły mnie ich losy i zastanawiałam się czy w ogóle warto skończyć lekturę. Żałuję ogromnie bo samo podejście do traumy powojennej i temat przepaści pokoleniowej były dla mnie niesamowicie ciekawe.

Co działo się na blogu?

Opowiedziałam Wam o jednej z najlepszych książek jakie przeczytałam w 2017 roku, czyli Złodziejce. Zdradziłam Wam co przeczytałam w maju, w tym nieco więcej o pewnym kryminale retro czyli Morderstwie w pociągu. No i podzieliłam się z Wami tym w jaki sposób śledzę swoje postępy czytelnicze. Oby w lipcu było tylko lepiej.
Read more

sobota, 30 czerwca 2018

W jaki sposób śledzę swoje czytelnicze postępy?
czerwca 30, 2018 Comments

Nie jestem najlepiej na świecie zorganizowanym człowiekiem. Od kilku miesięcy nie korzystałam ze swojego kalendarza; odkąd zaczęłam studia nie udało mi się przygotować postów „na zapas”, na okres gdy sama będę zajęta nauką do egzaminów (a zawsze to sobie obiecuję!); a dzień wypełniony od rana do wieczora czynnościami, które „koniecznie trzeba zrobić”, autentycznie wywołuje u mnie atak paniki. Są jednak pewne aspekty życia, które śledzę z pedantyczną wręcz dokładnością; gromadząc wszelakiego rodzaju listy i tabelę. A właściwie jeden taki aspekt - moje czytelnicze postępy. Kiedy w styczniu opublikowałam post z podsumowaniem 2017 roku, z wykresami i różnymi statystykami, sporo z Was wydawało się zaskoczonych - jak chciało mi się go przygotować? Tymczasem w rzeczywistości zabrał mi on znikomą ilość czasu - wszystkie dane zbierałam bowiem na bieżąco; w kalendarzu, arkuszach kalkulacyjnych i wszelkiego rodzaju portalach społecznościowych. 

Po co spytacie? Lubię od czasu do czasu zerknąć w jaki sposób prezentują się moje czytelnicze wybory; sprawdzić czy czytam wystarczająco różnorodnie, albo czy nie zaniedbuję swoich  domowych zbiorów (spoiler alert! Tak, zaniedbuję). I może dokumentowanie tego typu informacji w jednym miejscu byłoby wystarczającym rozwiązaniem, ale sprawia mi to zbyt dużo frajdy by z tego zrezygnować. A z jakich konkretnie narzędzi korzystam?

Lubimyczytac.pl i Goodreads

Przez bardzo długi okres czasu posiadałam konto tylko na jednym z portali - najpierw było to Lubimyczytac.pl, a potem Goodreads - ale nie tak dawno zaczęłam regularnie aktualizować informacje na obu profilach. Pozornie wykorzystuje je do podobnych celów - oceniania przeczytanych  lektur i budowania bazy tytułów, po które dopiero chciałabym sięgnąć; równocześnie jednak każdy posiada jakąś unikatową funkcję. Goodreads (poza tym, że po prostu preferuję jego system oceniania) dostarcza mi informacji na jakie zagraniczne premiery warto czekać i umożliwia uczestnictwo w corocznym wyzwaniu. Lubimyczytac.pl za to stanowi doskonałą bazę informacji jeśli chodzi o polskie wydania, w tym zapowiedzi. I nawet jeśli żaden z tych portali nie pozostaje bez wad, nie wyobrażam sobie zrezygnowanie z posiadania tam kont. 

Google spreadsheets

Arkusze Google’a są moim centrum dowodzenia. O ile zarówno Lubimyczytac.pl jak i Goodreads pozwalają mi jedynie na ocenę danego tytułu, o tyle w specjalnie przygotowanych arkuszach przechowuję wszystkie istotne dla mnie informacje. Jeden plik stanowi spis wszystkich posiadanych przeze mnie tytułów (z uwzględnieniem tego czy czytałam już daną pozycję), inny - bazę danych na temat lektur jakie przeczytałam w danym roku oraz moje postępy odnośnie postanowień noworocznych. Oprócz podstawowych informacji takich jak tytuł, autora czy ocenę, zapisuję także czy dana pozycja stanowi fragment serii; czy czytam ją po raz pierwszy czy kolejny; rok jej wydania i gatunek; płeć autora i jego pochodzenie; a także to czy książka pochodziła z moich domowych zbiorów, biblioteki, czy też była egzemplarzem recenzenckim. W ten sposób znam swoje nawyki i wiem co powinnam zmienić by jakoś urozmaicić swoje czytelnicze wybory np. nie czytać jedynie literatury amerykańskiej czy nowości. 

Bookly

Bookly to aplikacja mobilna, która śledzi nasze czytelnicze postępy. Posiada pewne punkty wspólne z Goodreads jak choćby możliwość aktualizowania przeczytanych  stron, ocenianie już skończonych książek, czy stawianie samemu sobie wyzwań. Ale równocześnie Bookly posiada pewne unikatowe funkcje, których nie znalazłam nigdzie indziej - liczy za mnie tempo mojego czytania (pod względem czasu i przeczytanych stron) i zapewnia wszystkie może niepotrzebne, ale dla mnie ciekawe statystyki. 

Reading journal

„Winę” za rozpoczęcie przeze mnie czytelniczego dziennika w całości ponoszą dwie zagraniczne bookstagramerki/booktuberki - Lotte z lottelikesbooks i Kayla z booksandlala. Obserwując ich profile, nie mogłam nie zarazić się ideą prowadzenia własnego „reading journalu”. Od kwietnia moje strony są dość monotematyczne, ale i tak je uwielbiam - notuję swój TBR, każdą książkę jaka do mnie trafia, a także wszystkie tytuły jakie uda mi się w danym miesiącu przeczytać. Ale moją absolutnie ulubioną stroną jest „page tracker”, umożliwiający mi wizualizacje tego ile stron czytam każdego dnia. 

*

Jestem niesamowicie ciekawa czy korzystacie, albo chociaż znacie któreś z tych narzędzi. A przede wszystkim - w jaki sposób wy, jeśli w ogole, śledzicie swoje czytelnicze postępy. 
Read more

czwartek, 28 czerwca 2018

Morderstwo w pociągu, Jessica Fellowes
czerwca 28, 2018 Comments

Powieść Jessiki Fellowes trafiła do mnie niejako przypadkowo. Nie planowałam wcale lektury „Morderstwa w pociągu", nawet nie dlatego że opis wydał mi się nieinteresujący, po prostu - przy tak wielu premierach, inne tytuły zachęciły mnie jakby bardziej. Skoro jednak trzymałam już powieść Jessiki Fellowes w swoich rękach, postanowiłam dać jej szansę - zwłaszcza, że kryminał retro nie jest czymś z czym stykam się zbyt często. Czy było warto? Trudno mi tak naprawdę powiedzieć. Bo chociaż nie nazwałabym „Morderstwa w pociągu" historią złą, nie mogę pozbyć się wrażenia, że wkrótce o niej zapomnę.

Louise nie urodziła się w rodzinie o szlacheckim pochodzeniu i, w przeciwieństwie do debiutujących dam, zmuszona jest zarabiać na swoje utrzymanie. Nierozważne zachowanie wuja sprawia, że dziewczyna znajduje się w rozpaczliwej sytuacji. Cudem ucieka z odjeżdżającego pociągu i, dzięki protekcji dawnej przyjaciółki, rozpoczyna pracę w Ashtall Manor, siedzibie rodziny Mitfordów. Louise szybko staje się powiernicą najstarszej z dziewcząt - Nancy. Obie zaczynają się interesować sprawą zabójstwa powszechnie szanowanej Florence Nightingale Shore. Była pielęgniarka została zamordowana - w pociągu, z którego wyskoczyła Louise.

Wbrew temu co sugeruje tytuł powieści, samo morderstwo nie stanowi głównego wątku powieści. Cała intryga kryminalna ma raczej bardzo subtelny charakter i rozgrywa się  gdzieś w tle opowieści - zabójstwo Florence Nightingale Shore częściej jest tematem rozmów pomiędzy bohaterami niż przedmiotem śledztwa. w rzeczywistości powieść Jessiki Fellowes ma w sobie znacznie więcej wątków obyczajowych osadzonych w realiach powojennych (po I wojnie światowej) i radzi sobie z tym całkiem nieźle. Zwłaszcza jeśli chodzi o klimat.

Czytając „Morderstwo w pociągu" wielokrotnie natrafiamy na informacje, które w jakiś sposób oddają realia epoki. I nie chodzi tylko o pewne konwenanse czy bale arystokracji, ale kwestie związane bezpośrednio  z wojną - brak mężczyzn, demony z jakimi mierzą się Ci, którzy powrócili, czy sposób w jaki postrzegani byli Ci, którym udało się uniknąć udziału w walkach. I tylko szkoda, że jeśli mowa o głównej bohaterce, opieramy się na ogranym schemacie - biednej dziewczyny, która musi uciekać przed swoim krewnym i zmuszona jest schronić się w domu swojego pracodawcy.

Pewne wątpliwości budzi też we mnie samo zakończenie historii - powieść Jessiki Fellowes została luźno oparta na prawdziwych wydarzeniach - w kontekście samego morderstwa, ale też niektórych postaci. W związku z tym rozwiązanie intrygi - które nie ma nic wspólnego z faktami - wydaje się nieco kontrowersyjne. Owszem, osoby, które występują na kartach powieści już nie żyją, mimo to oczernianie postaci będących odzwierciedleniem realnych postaci budzi w pewnym stopniu jakieś wątpliwości.

„Morderstwo w pociągu" może nie do końca jest powieścią skierowaną do miłośników kryminałów - wątek obyczajowy, a nawet ten romantyczny odgrywają tu powiem większą rolę niż sama intryga. Ale historia Jessiki Fellowes ma w sobie jednak coś ujmującego i w trakcie lektury całkiem przyjemnie spędziłam czas. Tylko i aż tyle.

Morderstwo w pociągu” Jessica Fellowes; tłum. Robert Ginalski; wydawnictwo HarperCollins; Warszawa 2018  ★★★☆☆

Za możliwość lektury dziękuję wydawnictwu HarperCollins
Read more